Maria Konopnicka

Artur

Maria Konopnicka

Z teki Artura Grottgera:Wojna I O, jak ja dzisiaj spojrzeć się odważę W ten cichy błękit i w te ludzkie twarze, Jak ja podniosę oczy gorejące Na złote gwiazdy, na jasne miesiące, Ja, co widziałem straszliwą rzecz ziemi: Krew przelewaną rękami bratniemi, Ja, co widziałem, jak słońce ją pije, I nie upadłem w proch, i jeszcze żyję? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ktokolwiek jesteś, co nosisz oblicze Mogące zblednąć albo żarem spłonąć, Ktokolwiek jesteś, co znasz tajemnicze Głębie boleści i umiesz w nich tonąć, Ktokolwiek jesteś, co ludzką masz duszę, Pójdź: jeśliś kamień nawet, ja cię wzruszę! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Sam, w czterech ścianach, co mnie zamykały, Z myślami mymi w świat smętkiem sczerniały, Z dłonią na oczach, przed pustą sztalugą Zadumałem się głęboko i długo. Bo już mnie chwytał ten duch. co po ziemi Mogił przelata skrzydłami mrocznemi I krzywdy ludów, i stare cierpienia W piorun przekuwa i w burzę zamienia, A czarę pomsty na wody wylewa... Już byłem harfą, co drży i co śpiewa, I miałem serce, jak kamień spękany. Co me ma krwi ni łez, ale ma rany. A kiedym dumał tak, uczułem nagle Gorący oddech, co mi podniósł włosy. Jak łódź. tchem morza chwycona pod żagle, Chwieje się, pręży i puszcza na losy, Tak ja powstałem, już pełen płomienia I wnętrznych głosów, i żaru, i drżenia, I pędu w sobie... Przede mną, u proga, Postać się jakaś przejrzysta bieliła. Ledwom ją uczuł, już była mi droga, Już mi szły od niej moc jakaś i siła, Już serce drżące z piersi mi się rwało Za tą dziewiczą, milczącą i białą. Ponad jej czołem, jak tchnienie wilgotne, Gdy na zwierciadło rzuca pary mętne, Takie się światło paliło ulotne, Bez złotych blasków, przyćmione i smętne. Wielem zapomniał od onej godziny; Lecz dotąd widzę ten u jej warkoczy Miesięczny płomyk, srebrzysty i siny, A także głos jej pomnę – i jej oczy. Oczy to były, jak gwiazdy, zgaszone We łzach i były dziwnie zadumane; Mogły przed Bogiem brać świat ten w obronę I wzejść bławatkiem nad pola orane, I duszy sięgnąć tajemną swą władzą... Już czułem, że mnie te oczy prowadzą, Choć jeszcze usta, jak pąki zamknięte, Nie odsłoniły słów – ciche i święte. Czy znasz anioły, które w polu głuchem Nad mogiłami po rozstajach płaczą, Jakoby brzozy szeptały tam z duchem Albo wiatr trącał o lirę śpiewaczą? Czy znasz anioły, które w pustych chatach U wygaszonych ognisk siedzą ciche, A głowy mają w piorunowych kwiatach I usypiają dzieciąteczka liche Pieśnią, co będzie im się kiedyś śniła Aż po wiek życia?... Ona taką była. Więc patrząc na nią strwożyłem się w sobie I rzekłem: – Oto jest z tych bożych jedna, Co w ciemnym lampy zapalają grobie I zapomniane prochy biorą ze dna Na siew przyszłości. – I wstrzęsło się moje Serce nadzieją wielką – i omdlało. Aż ona, widząc, że tak przed nią stoję, Dłoń, jak mgła, lekką podniosła i białą, A obróciwszy się na zmierzchy sine:

– Idź za mną – rzekła – pójdziem w łez dolinę. KONIEC ROZDZIAŁU