Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Cala bieda

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI

CAüE űYCIE BIEDNA

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI

CAŁE ŻYCIE BIEDNA

– Pokój ci,kochany Konstanty Podwysocki. d.6 stycznia 1874. Drezno SŁÓWKO AUTORA Odczytując dziś tę powieść,możebyśmy gotowi zgodzić się na zdanie recenzenta (p.K. Podwysockiego),który sprawozdanie o niej zakończył pytaniem:czy warto się jej było ro- dzić?A jednak tę próbę,która na dwa wydania w krótkim przeciągu zasłużyła,umieszczamy w nowym zbiorze z pokorą,z uśmiechem:– jako miłą pamiątkę młodszych czasów. Była to jedna z pierwszych powieści naszych,wydanych w zbiorze szkiców Zawadzkiego; grzechem jej może zbyt wiernie odtworzona rzeczywistość,charaktery zarysowane jaskrawo, a jedna Anna aureolą swojego nieszczęścia nie może posępnego obrazu rozjaśnić.Zbudowali- śmy ją na jakimś opowiadaniu rzeczywistego wypadku,ale postacie są nasze aż do zbytku rażąco i przykro pospolite. Kto świat widział z różnych stron jego,nie zaprzeczy,że ludzi w nim takich bywało dosyś, że i podkomorzyny,i Bałabanowicze się trafiali,i pan Mateusz mutatis mutandis [4] chodził u nas po świecie,i taki sędzia,nie gorzki,nie słodki,często się nastręczał.Może jednak wybra- ne typy zbyt są wyraziste,i wadę tę uznając sami,prosimy o pobłażanie.Mauluczki ten wize- runek wiejski z dobitności kilku charakterów jakąś wartość mieć może. Jakkolwiek niewiele upłynęło czasu od napisania tej powieści,potrzegamy sami,że wielka zaszła zmiana w obyczajach naszych i zewnętrznym objawie życia.Dziś mniej mamy tych ekscentrycznie nacechowanych fizjonomij:wszystko się jakoś zatarło,wygładziło,stało przy- zwoitszym i nie tak bijącym w oczy.Dla malarza i powieściopisarza trudność tym większa w pochwyceniu jednostajnego na pozór oblicza społeczności. Zarzucają powszechnie nowej szkole,że zuchwale sięga do głębi duszy i tłumaczy czło- wieka,ale cóż ma począć,gdy ta cywilizacja niwelująca nic nie zostawia,za co by pochwy- cić,z czego by ją odmalować można.Wszyscyśmy do siebie podobni jak dwie krople wody,a zaprawdę –nieciekawi,trzeba się trochę wedrzeć w człowieka,żeby dobadać różnic i piętn ukrytych.Powieść nasza jest pozostałością czasów,w których nie tak się jeszcze poprzebie- rali ludzie za modne z dziennika paryskiego figurki. Żytomierz,dnia 18 września 1856 roku. I

DOM PANI PODKOMORZYNY Wśród rozległej równiny,którą gaje brzóz i sosen zamykały W oddaleniu,wznosił się sta- ry wysoki dom drewniany otoczony obszernym sadem i zabudowaniami gospodarskimi.Do niego wiodła droga wysadzana starymi lipami,wśród których biel ała kaplica św.Jana Nepo- mucena u źródła.Dziedziniec był obszerny i przerżnięty kilkakroć ścieżkami wydeptanymi od kuchni do tak zwanego pałacu,do oficyn i stajen. Stary dom,który tak pompatycznie [5] pałacem nazywała czeladź i chłopi,była to budowa wysoka,z wyniosłym dachem nastrzępionym kominami,z oknami wielkimi,z gankiem wspartym na czterech drewnianych kolumnach.Z jednej strony czyściejsze szyby w oknach, bielejące zza nich firanki i gdzieniegdzie przeglądające wazony z kwiatami dowodziły,że to była strona pańska,pokoje bawialne;z drugiej mniejsze i w części potłuczone szyby pozasła- niane bielizną rozwieszoną i pozaklejane papierem tłumaczyły,że tu były izby kobiet służą- cych i czeladzi dworskiej. Przed domem siadła grzęda kwiatów pożółkłych otoczona splecionym z gałęzi brzozowych koszem.Stara jedynaczka topola wznosiła się jeszcze pod oknami,z jednej strony już uschła i niedaleka losu swoich sióstr,których tylko pnie suche w tej samej linii pod oknami sterczały. Na ganku stary mops posiwiały na usługach domu siedział poważnie i patrzał w lipową aleję. Koło stajen przy wyciągniętej starej karecie pracowało kilku ludzi. Pod oficyną prano bieliznę,a pod kuchnią rozmawiało kilku ludzi dworskich. Cicho było i poważnie wokoło tego domu,którego staroświecka fizjonomia i stare otacza- jące go drzewa dowodziły w mieszkańcach spokojnego gustu i przywiązania do tej siedziby. Wszystko co się działo dokoła,miało pozór rzeczy zwyczajnych,koniecznych,odbywających się nałogowie [6] .Każdy z ludzi był na swoim miejscu,przy swoim zatrudnieniu:mops nawet używał świeżego powietrza z przekonania o potrzebie i z nałogu,nie z żadnej przypadkowej fantazji;była to jego gankowa godzina. Wszedłszy wewnątrz domu dawała się czuć ta sama spokojność,ten sam odwieczny po- rządek:każdy przedmiot godził się z drugim,jakby z niego wyniknął i z nim razem był stwo- rzony;nie było nic nowego i nic uderzającego,nic dodanego.W sieniach świecące od wycie- rania ławy i skrzynie,stary zegar z kukawką gdakający bez ustanku,na ścianach zapylone wieńce kilkuletnich dożynek.U drzwi wiodących do sali na lewo leżała słomianka do otarcia nóg.W oknie śpiewały w klatce kanarki. W sali znowu ten sam porządek odwieczny.Przez całą jej długość leżało płótno zabezpie- czające starą,niegdyś woskowaną,posadzkę od szwanku.Na niebiesko malowanej ścianie wisiało zwierciadło w ramach drewnianych z brązami i dwa portrety;mężczyzny w peruce i kobiety z różą w ręku,z muszkami[7],w rogówce[8].Pod nimi stała kanapa obciągnięta nawlecz- ką i widocznie w niektórych miejscach wysiedziana;przed nią uporządkowane dokoła stolika krzesła w pokrowcach także,które tylko od święta zdejmowano. Na kominie był osadzisty zegar niegdyś brązowany,a dziś do niepoznania sczerniały, ozdobny w kwiaty,zwierzęta,wiszące medaliony itp.Obok niego porcelanowe figurki paste- rek i pasterzy arkadyjskich stały i siedziały otoczone skamieniałościami:gruszkami,kamie- niami,ślimakami i konchy [9]zamorskimi.Ekran stary i wypłowiały zasłaniał kominek,którego strzegły w zupełnym komplecie wyprostowane stojąc:mieszek,łopatka,szczypce i kruczek[10]. Przy ścianach stały w największym porządku krzesełka,gdzieniegdzie stolik od roboty okryty suknem.Okna Otaczały firanki haftowane dość zżółkłe,ale starannie zawieszone.Boczne ściany okrywały sztychy za szkłem i emblematyczne cyfry z wieńcami:pamiątki imienin, ślubów i dni wesołych.Nikt zwykle w sali nie siedział,był to pokój dla gości i dopiero za nim w gabineciku niemniej porządnym mogłeś znaleźć panią domu,zacną wdowę,jaśnie wiel- możną Dorotę z Dylągowskich Sumińską. Niemłoda to już była osoba i do młodości już nawet wszelkie straciła pretensje,nie mając je czym usprawiedliwić.Na wygodnym krześle rozparta,umieściwszy nogi na stołeczku,w okularach,zacna matrona spoglądając na dwoje piesków u nóg jej na poduszkach spoczywa- jących ciągnęła kabałę z miną tak poważną,tak zajętą,jak gdyby pisała najważniejsze dzieło albo liczyła odległość ziemi od słońca.Przy niej leżał sznureczek od związywania kart i fute- rał od okularów;dalej nieco stał dzwonek staruszek i szklanka wody z cukrem przykryta spodkiem od filiżanki. W oknie siedziała druga osoba,jejmość panna Anna,siostrzenica pani Doroty zajęta poń- czoszką,a niekiedy spoglądająca ukradkiem w długą lipową aleję.Nic nie przerywało mil- czenia prócz jednostajnego faworytów piesków chrapania,które jak chód regularny zegaru odzywało się. Pani Dorota była już wcale niemłodą,ale przez regularne życie potrafiła się zachować w pozorach średniego wieku.Sucha,wyprostowana,poważna,z oczyma szarymi,z włosem siwym,ale pokrytym czapeczką i lokami,całe tak swoje życie ze wszelką przyzwoitością i w największym przepędziła porządku.Z nieboszczykiem mężem w zgodzie i błogosławieństwie Bożym przeżywszy lat dwadzieścia kilka,bezdzietna,już lat kilkanaście nosiła czepiec wdo- wi i,jak prawej przystało niewieście,pobożna,miłosierna,oszczędna,gderliwa,kończyła życie kabałą i pieskami.U pani Doroty najznamienitszą figurą w domu był ten zegar w sie- niach,który rozporządzał dniem i wyrokował,kiedy trzeba było spać,jeść,chodzić,wstawać itp.Wszystko działo się według jego rozkazów,słudzy bali go się może więcej niż samej pa- ni;sama jejmość słuchała go z pokorą,dając pierwsza dobry przykład nieograniczonego po- słuszeństwa.Gdyby kiedy staremu zegarowi przyszła była ochota stanąć,cały dom byłby sta- nął i nie wiedział co począć;szczęściem panujący ten starzec,mimo podeszłego wieku,nie groził jeszcze bezkrólewiem,a co rok zegarmistrz z bliskiego miasteczka zaglądał wewnątrz badając pilnie stan jego zdrowia,który zwykle przeczyszczeniem się kontentował. Panna Anna siostrzenica pani domu było to młodziuchne i miłe stworzenie.Miała ledwie lat szesnaście,gdy ją przysposobiła ciotka i osadziła przy sobie.Blondynka,niebieskooka, średniego wzrostu,wysmukła i zręczna,chociaż nie była cudem piękności tak jednak harmo- nijnie wszystko w niej się z sobą godziło i odpowiadało sobie,iż na pierwszy rzut oka każde- go musiała ściągnąć uwagę.Na jej twarzy panował wyraz nieprzebranej słodyczy,śmiały się usta,uśmiechały oczy,jednak nie tym szyderskim uśmiechem zalotnictwa lub szyderstwa, które widujem w oczach kobiet zepsutych lub do zepsucia skłonnych,lecz łagodnością chrze- ścijańską.Zdawało się patrząc na nią,że się nigdy gniewać nie mogła,nigdy zniecierpliwić; wyglądała jak anioł przebaczenia i cierpliwości. Toteż pani Dorota bardzo kochała siostrzenicę i głośno się z tym odzywała,że jej wszystko zapisze,co miała z siebie i z zapisów nieboszczyka męża.Niemało to młodzież okoliczną nęciło ale na nieszczęście panna Anna nie śmiała za nikim się odezwać a ciotka nikogo jesz- cze godnym jej nie osądziła.Czy spieszno było młodej dziewczynie wyjść za mąż?tego nie wiem.To pewna,że czasem spoglądała niespokojnie w okno,zamyślała się nad robotą,szu- kała rozrywki pielęgnując kwiatki,nie sypiała w nocy i modliła się gorąco;jednakże gdy za- lotnicy przyjeżdżali,przyjmowała ich tak zimno,poważnie,obojętnie,że każdy z nich odjeż- dżał zrażony. Ciotka też ze wszelką przyzwoitością i wedle wszystkich reguł przyjmowała ich i żadnego jeszcze nie dopuściła do oświadczenia się.Większa część młodych sąsiadów już nawet znu- dziwszy się porzuciła była pannę Annę uważając ją za niezdobytą fortecę. Tak się miały rzeczy w chwili,kiedy się ta historia zaczyna.Wybiła czwarta na zegarze w sieniach,skrzypły drzwi od sali,dał się słyszeć chód powolny –i łysy,siwy,wysoki,chudy Jan.stary sługa domu w szaraczkowej kurtce,palonych butach,z chustką od nosa i tabakierką wyglądającą z kieszeni wszedł,jak zwykł był wchodzić od lat dwudziestu:z tacą,na której była kawa i sucharki.Postawiwszy ją na stoliku przed panią cofnął się ku drzwiom i stanął pod progiem zażywając tabakę. W tej chwili pani Dorota zawiązała sznurkiem karty,zdjęła z nosa i schowała w futerał okulary,przysunęła tacę i zaczęła nalewać kawę.Pieski przywykłe zbudziły się słysząc dźwięk garnuszka i filiżanki,a Jan założywszy w tył ręce,stał w milczeniu.

–Chłodno na dworze,Janie?–zapytała pani,bo zwykła go była pytać zawsze o toż samo od lat dwudziestu.

– Chłodno,pani,ale pogodnie.

– A co się tam dzieje z kanarkami?

– Zdrowe,pani,tylko się trochę samce poczubiły.

– Aniela nigdy dobrze nie dopilnuje śmietanki,oto węgla pływają po niej. Jan zamilkł,bo nie śmiał ani wymawiać ukochanej Anieli,ani sprzeciwiać się pani.

– Panno Anno,rozlej pieskom śmietankę. Posłuszna porzuciła robotę i poszła pieskom służyć,w czym Jan pospieszył jej dopomóc. W nagrodę dostała panna Anna sucharek,który,pocałowawszy ciotkę w rękę,położyła na oknie.Następnie Jan zabrał tacę i mierzonym krokiem wyszedł zamykając pilnie drzwi za sobą.Tu zaszła zmiana dekoracji.Pani Dorota kazawszy sobie podać książkę do nabożeństwa wzięła się do pacierzy,a panna Anna wyszła do sali bawić pieski ciocine. Jeszcze zegar nie uderzył był wpół do piątej,gdy w ulicy lipowej ukazał się powóz prosto dążący do dworu.Postrzegła go panna Anna i pobiegła uwiadomić ciotkę.Natychmiast pani Dorota wyszła do sali i usiadła za stolikiem,a siostrzenicę wyprawiła,aby przygotowano her- batę. Tymczasem coraz się zbliżał powóz stuknął o próg we wrotach i z turkotem zajechał przed ganek.Pani Dorota podniosła się nieco dla zobaczenia,kto przyjechał,ale rozpoznać nie mo- gła. W sieniach dały się słyszeć głosy,chrząkania,szeptania,wreszcie zakręcono klamką i otyły,rumiany pan sędzia Buczkowski wszedł ze wszelką przyzwoitością i uszanowaniem cisnąć się do ucałowania ręki gospodyni,która na widok jego powstała i niby się uśmiechnę- ła. Za nim wszedł młody człowiek i (to niemało zmieszało panią Dorotę)bardzo świeżo i przyzwoicie ubrany,mogący mieć lat około trzydziestu,rumiany,wesołej twarzy,oczu błysz- czących,ledwie poczynający odrobinę łysieć,zbudowany jak Bóg przykazał,przy tym ciem- noblondyn.Ubranie jego okazywało człowieka dobrego towarzystwa i wcale nie wieśniaka; toż potwierdzał lekki trochę szyderski uśmiech ust i jakaś mina,po której łatwo poznać nad- psutego swobodą kawalerskiego życia człowieka. Pan sędzia,otyły i dawniej zalotny a miły człowiek (taka była o nim przynajmniej tradycja w sąsiedztwie),z rewerencją[11] przystąpiwszy do ręki pani Doroty przedstawił jej młodego człowieka jako swojego krewnego,pana Mateusza Wideckiego,niedawno osiadłego w tych stronach,który spieszył ze złożeniem swego uszanowania pani podkomorzynie dobrodziejce. Naszastawszy mocno,nogami na znak uszanowania przybyli usiedli na wskazanych krze- sełkach i uroczyste rozpoczęło się milczenie. Pani Dorota szukała w głowie od czego zwykła była rozmowę z przybywającymi zaczy- nać,pan sędzia patrzał po ścianach i uderzał palcami po kolanie,pan Mateusz oglądał się z miną człowieka,który bada ducha domu.Gdy wszyscy milczą jeszcze,przez drzwi od bocz- nego pokoju weszła z rumieńcem na twarzy panna Anna.Goście powstali,ukłony,przywita- nie i znowu milczenie.Pan Mateusz tylko poglądał już nie po ścianach,ale najpilniej,jak być może,wlepił oczy w pannę Annę. Gdy się to dzieje,pani Dorota odchrząknęła i zaczęła rozmowę

– Pan sędzia już zapewne ukończył siejbę?

–O!nie jeszcze – odpowiedział zapytany – jeszcze mam kilkadziesiąt korcy żyta do po- siania.

– A jakże tegoroczne wydaje?

–Ledwie po korcu kopa;bardzo źle,będzie drożyzna.Żydzi już się zaczynają dowiadywać o żyto.Pani dobrodziejka ma podobno kilkoletnie?

– Tak jest,z trzech lat. Tu uznał potrzebnym wtrącić się w rozmowę pan Mateusz.

– Jest to bardzo dobra rachuba – rzekł – nie przedawać w tanie czasy.

–Oczywiście!–dodali pani podkomorzyna i pan sędzia.Po czym znowu nastąpiło milcze- nie. Jan przybrany w surdut nowiuteńki,w którym wyglądał jak w worku,wniósł talerz jabłek; następnie podano herbatę.Rozmowa zwolna i ze wszelka przyzwoitością toczyła się,jak to pospolicie na wsi bywa,o cenach zboża itp. Pani Dorota,zawsze w każdym młodym człowieku domyślająca się konkurenta do panny Anny,spód oka mierzyła pana Mateusza i w duchu osądziła go bardzo przyzwoitym człowie- kiem. Lecz dziwne wrażenie zrobił on na Annie.Ona,co przywykła była z jednaką obojętnością spoglądać na wszystkich,kiedy weszła do pokoju i spojrzała na niego,uczuła jakiś dreszcz przechodzący po ciele i drżeć poczęła sama nie wiedząc czego.Serce jej bilo gwałtownie,nie śmiała spojrzeć,obrócić się,ruszyć,bała się ust otworzyć.Kto inny byłby to wziął za prze- czucie,lecz ona nawet się nad tym nie zastanowiła,co to było;tak bowiem przejęta była po- słuszeństwem,że nie czuła w sobie woli,nie przypuszczała przeczucia. W prostocie ducha zdawało jej się,że ciotka powinna była czuć i myśleć za nią,że to do niej wcale nie należało.Znając przy tym panią Dorotę wiedziała,że jej nie wolno mieć swojej woli i myśli;bo jak zegar kierował całym domem,tak wola pani rządziła wszystkim,co ją otaczało,aż do najdrobniejszych czynności.Przytłumiła więc bi cie swego serca,niespokoj- ność i,usiłując zapomnieć o gościu,który ją takim strachem nabawił,wzięła się do robienia herbaty.Wtem,gdy ją zalewa starannie,słyszy,że ktoś wstaje,idzie,zbliża się i w końcu ujrzała młodego gościa przy sobie.Zupełnie już wtedy nie wiedziała co począć,w uszach jej zaszumiało,w głowie się przewracało,w oczach ćmiło,a ciotka z niesłychanym także zdu- mieniem i nieukontentowaniem spojrzała na kawalera,który tak nieprzyzwoicie,przy pierw- szej bytności,ośmielał się zbliżyć do panny Anny. Nic tego nie zważał pan Mateusz i śmiało ofiarował swoją pomoc Annie do robienia her- baty.Zaledwie biedna zebrała się na niewyraźną odpowiedź:

–Bardzo dziękuję,ja tak jestem przywykła...Uparty gość nic na to nie zważając koniecz- nie obstawał przy zaczęciu rozmowy z Anną.

– Pani zapewne lubi kwiaty?

– Tak,tak jest – niewyraźnie odpowiedziała.

– Musi to być piękny ogród.

– Tak,piękny ogród. Znowu się urwało.Biedna Anna rzucała okiem na ciotkę,której szare oko wytrzeszczone i usta zaciśnięte grozić jej się zdawały i bronić nieprzyzwoitej z kawalerem rozmowy.Naresz- cie po kilku próbach przekonawszy się pan Mateusz,że z tego nic nie będzie,usiadł i zamilkł. Podano herbatę;pan sędzia głośno gadał,panna Anna siadła z daleka pomięszana,pan Mateusz już po ścianach tylko patrzał,ciotka okazywała najtrafniejszy humor.Gdy Jan wy- niósł tacę,goście zaczęli spoglądać na zegarki,powoli włożyli rękawiczki,pożegnali się i odjechali. Zaledwie zahuczało,pani Dorota ruszając ramionami powstała z kanapy,rozkazała stoły pościerać,pozwoływała rozpierzchnione pieski i odezwała się:

–Ależ to jakiś jegomość impertynent [12]!Tak zaraz obcesowo sobie do panienki się przy- siada.Bardzoś Wpanna dobrze uczyniła.żeś mu nie odpowiadała.

– Ja,ciociu,odpowiadałam – rzekła Anna.

–A to bardzo źle,nieprzyzwoicie;trzeba było udawać,że się nie słyszy.Któż to widział kiedy,z pierwszą wizytą i zaraz do panny w konwersacje!Proszę,żebyś mi wpanna drugi raz to pamiętała:udawać,że się nie słyszy.To wcale nie uchodzi,żeby młoda panienka gadała z kawalerami.Powiedz,aspanna,niech Jan tu pościera;podaj mi mój różaniec.Idź precz Amor! Idź precz!Jaki impertynent!A,bo i ten sędzia;po co go tu było przywozić?Na poduszkę Żolka,na poduszkę!W Imię Ojca i Syna i – idź aspanna do ogrodu,a okryj się ciepło;niechaj Aniela przyjdzie z pończochą do przedpokoju!W Imię Ojca i –a nie pójdziesz precz z krze- sła!Weź aspanna chustkę od nosa i trzewiki ciepłe!A która tam godzina?po szóstej,późno! Dajże aspanna pokój,już nie chodź do ogrodu,bo rosa pada. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec