Henryk Sienkiewicz
Droga - cz.2
IX U Złotopolskiego gwarno bywało od czasu,jak rozkolonizował Złotopole.Wszyscy znajomi okazywali mu tyle sympatii jak nigdy.Raz wraz zdarzało się,że przychodził do niego ktoś ze znajomych i mówił:- Jasiu,pozwolisz,że ci złożę jeden dowód przyjaźni i zaufania?
- Jaki?
- Pożycz mi tyle a tyle?
-Tiens!to ma być dowód przyjaźni?
-Tak jest,bo dlaczegoż nie udaję się z tym do kogo innego?Rozumiesz,że pieniędzy nie pożycza się od ludzi,z którymi nie jest się w bliskich stosunkach..no,chyba na procent,a przecież między nami mowy być o tym nie może. I Złotopolski dawał. Miał on naturę szlachcica polskiego,ową naturę,która to wyraźnie występowała w księciu "Panie kochanku ",gdy np.chodził między szlachtą i dawwał jednemu
czapkę:"weź!"-drugiemu pas:"trzymaj!" - trzeciemu szablę::"masz!" i tak aż do szarawarów. Złotopolski nie umiał także odmawiać.Zresztą,jak tu się oprzeć dowodom przyjaźni?
Prócz tego wydawał śniadania,na których można się było najeść i napić honeste - a no, nie brakło mu gości. W parę dni po wieczorze u pani Bujnickiej i po rozmowie jej z córką Złotopolski siedział u siebie w towarzystwie księcia Antosia i Maszki.Rozmawiali o narzeczonej księcia.
-Co ty z nią będziesz robił?Ha!ha!Z Berlińskich księżna M..ska,to dobrze brzmi!- rzekł Maszko.
- Co będę robił?Jeśli się ożenię,ona będzie siedziała na wsi,a ja w Paryżu.
- Albo papa,mama i dziadek Berlińscy ci pozwolą?
- Ja drwię z papy,mamy i z dziadka - Berlińskich.
- Musi być teraz w dobrym humorze twój przyszły teść?- spytał Złotopolski.
- O!i w jakim!Robią teraz wyprawę,kupują powozy i malują na nich herby.
- Swoje czy twoje?
-Jużci moje,a tak wielkie jak talerz,jak ten talerz - rzekł książę Antoś,ukazując na jeden z zastawy do śniadania.
- A twoja narzeczona?
- Kocha się we mnie.
- A ty?
-A ja piję za twoje zdrowie,Jasiu!-rzekł książę Antoś nalewając sobie szklankę wina.- Jak mi honor miły,wszystkie kobiety są jednakowe.
- Ee!
- Jak mi honor miły!Taka dobra Berlińska,jak i twoja Fania,a może nawet i lepsza,bo.. Ręka Złotopolskiego spoczęła na ramieniu księcia Antosia.
-W twoim własnym interesie nie radzę ci robić takich porównań.Ty sobie możesz brać Żydówkę,czy czarta..wszystko mi jedno,ale wara źle mówić o Bujnickiej. Książę Antoś spojrzał w oczy Jasia,ale nie znalazł w nich żartu.Złotopolski nie udawał, owszem,usta jego drżały nerwowo,a ręka tak silnie ściskała ramię Antosia,że ten ugiął się mimowolnie.
- Ależ,co tobie jest?Ależ,bo ty wszystko serio bierzesz.Ja nie miałem zamiaru..
W tej chwili dzwonek się odezwał - wszedł Miś Rossowski.Miś Rossowski zimny i sztywny jak zawsze powitał obecnych i nie rzekłszy do nikogo słowa rzucił się na fotel,a następnie wyciągnąwszy nogi począł rozczesywać palcami faworyty i poprawiać na sobie ubranie,które wyglądało jakoś dziwnie pogniecione i pomięte. Wkrótce jednak spostrzegł,że stało się coś niezwykłego.Jaś chodził wzburzony po pokoju,książę Antoś i Maszko mieli dość wystraszone miny,a przy tym milczeli wszyscy.
- Co tu u was zaszło?- spytał Miś. Książę Antoś opowiedział,co zaszło.
-Niech Antoś poda rękę Złotopolskiemu i przeprosi go..Wybacz,Antosiu,ale co innego jest Fanny,a co innego twoja narzeczona. Antoś i Jaś podali sobie ręce. Tymczasem Miś,nałożywszy szkła na oczy,przypatrywał się uważnie Złotopolskiemu.
- A teraz,wiesz Jasiu,co ci powiem?- rzekł.
- A słucham.
- Ze jeśli nie jesteś jeszcze zakochany w Bujnickiej,to przynajmniej wkrótce będziesz. Złotopolski milczał.
- Zgadłem,czy nie zgadłem?- cedził kołysząc się Miś.
-Powiem ci otwarcie.Ja sam nie rozumiem,co się ze mną dzieje.Od powrotu ze wsi nie pojmuję Bujnickiej zupełnie.Sądziłem,że będę miał przeciw sobie tylko Iwaszkiewicza,tymczasem mam i ją,najbardziej stanowczo.To mnie drażni:nie
spodziewałem się oporu -to mi psuje humor.
- Już to ty nigdy nie będziesz prawdziwym Anglikiem.Nadto jesteś sangwiniczny.
-Mniejsza o to.Wracam do rzeczy.Nie taję przed wami,że Bujnicka zaczyna mi się
podobać.Może właśnie ten opór jej - drażni mnie i przyciąga zarazem.Przy tym,jak sobie chcecie,- ale w kobiecie rozkochanej jest jakiś czar niepojęty.Oto dlatego tak nam się podobają narzeczone i młode mężatki.A Fanny jest rozkochana w Iwaszkiewiczu.
- Czy masz na to dowody?
- Jak najpewniejsze,bo z jej własnych ust.
- Z jej własnych ust?
-Tak.Sama mi to powiedziała,nie dawniej jak wczoraj u L..skich.Podczas gdy ten głupiec Zubicki czytał jakieś tam baliwerny 116 ,zbliżyłem się ku niej i po kilku słowach dałem do zrozumienia,że nie myślę zrzekać się praw,których,prawdę rzec,nigdy nie miałem.Jakoż odpowiedziała mi,że ich nigdy nie miałem,a przy tym otwarcie wyznała,że matka już chciała zrywać z Iwaszkiewiczem,że jest za mną,- ale że ona,Fania,nigdy nie odda mi ręki, bo Iwaszkiewicza kocha.Gdy to mówiła, miała łzy w oczach i w głosie.I ja byłem wzburzony.Nie sądziłem,żeby była tak uczciwą,a nigdy nie widziałem jej równie piękną.Nie zląkłbym się stu Iwaszkiewiczów,ale nie mogę znieść łez kobiecych.Powróciłem do domu zły i z klinem w głowie,bo zapomniałem wam powiedzieć,że wczoraj powtórzyła mi już drugi raz słowa,które,niech zginę,jeśli rozumiem.
- Cóż to takiego?
- Że szliśmy z Iwaszkiewiczem ((którego oby czart porwał!)dwiema odmiennymi drogami.
- No,więc?
- I że gdyby nawet nie kochała jego,to mając wybór między nami oddałaby mu rękę już za to, że szedł drogą wprost przeciwną mojej.
- Cóż to za zagadka?
- Równie ją rozumiem jak każdy z was.
- A wiesz,Jasiu,co ja ci powiem?- przerwał książę Antoś.
- Mów.
- Że i ja tego nic a nic nie rozumiem.
- Nie odzywaj się,Antosiu,zanim się nie namyślisz - rzekł Rossowski.
- I na próżno łamię sobie głowę,co ona przez to rozumiała - ciągnął dalej Złotopolski. Miś rozczesał faworyty.
-Mój kochany - rzekł - nie ty jeden na próżno łamiesz sobie głowę.Ja także myślę nad jedną kwestią,z której żadną miarą nie mogę sobie zdać sprawy.
- Czy nie miłosna także kwestia?- spytał Maszko.
- Nie!spojrzyjcie na moje ubranie.
- A toż co?pogniecione,pomięte,guzików brak?
-Otóż ma ono związek z moją kwestią.Myślę,co za przyjemność może znajdować szlachta polska w takim ściskaniu się,od którego boki bolą i całowaniu,które sprowadza puchnięcie policzków.
- Godne Misia!godne Misia!- zawołał Maszko.- Czyś tego doświadczył?
-Spójrz na moje ubranie.Idę sobie tu do was,raptem spostrzegam na ulicy brata mojego stryjecznego,który jest wzorem gospodarzy i który raz na pięć lat bywa w Warszawie.Imaginez-vous ,rozszerza nogi,rozkłada ręce,otwiera paszczę i czeka na mnie w ten sposób. Wpadam w tę otchłań;czuję,jak zaczynają mi trzeszczeć żebra,jak gniecie mi się kołnierzyk,jak rozwiązuje krawat.Zjada mnie,otacza,pożera,wchłania;na policzkach literalnie czuję suche bańki,i to ma znaczyć:Jak się masz? Książę Antoś i Maszko zanosili się od śmiechu.
- Gniewałeś się?
- Gniewałem się,alem tego po sobie nie pokazał - rzekł z powagą Rossowski.
- Co ona przez to mogła rozumieć?- mówił do siebie Złotopolski,który zajęty swymi myślami nie słyszał opowiadania Misia.
- Co ona mogła rozumieć?Przecie u licha nie popełniłem nigdy nic nieuczciwego.
- No!już mniejsza,co ona tam rozumie - rzekł Maszko - ale co ty zamierzasz czynić?
-Ot właśnie,że i ja dobrze nie wiem.Im więcej mi się ona podoba,tym mniej mam ochoty zrzekać się jej,a z drugiej strony,iść wbrew sercu i woli takiej kobiety?..
- Matka ją zmusi - zauważył książę Antoś.
- Ja nie chcę,by ją ktokolwiek zmuszał!
-A jednak powinieneś się z nią żenić -rzekł Maszko.-Ludzie jak my nie powinni ustępować takim Iwaszkiewiczom.
-Dać lekcję i ustąpić - mruczał Jaś.-Tak,to jedyny punkt wyjścia!..jedyny punkt wyjścia!
- Co? jaki?
- Taki!- rzekł wskazując na pistolety zawieszone nad łóżkiem.Miś rozczesał faworyty.
- Służę ci za świadka - rzekł.
- Stchórzy Iwaszkiewicz!- krzyknął Maszko. Złotopolski spojrzał na niego uważnie.Maszko się zmieszał.
- Daruj mi,Maszko,ale sądzę,że ty byś prędzej stchórzył - Iwaszkiewicz nie stchórzy.
- Służę ci za świadka - powtórzył Miś.
-Dobrze,ale pierwej muszę sam się z Iwaszkiewiczem rozmówić.Skończy się na tym,że ustąpię. Z Fanią, a zwłaszcza z jej łzami nie potrafię wojować.
- To do czegóż pojedynek?
-Powiedziano by,że ja,Jan Złotopolski,zląkłem się Iwaszkiewicza.Nie,pojedynek
musi mieć miejsce.Ustąpię,ale dam lekcję.Nie myślę go zabijać -ale,albo on mnie,albo ja jemu dam lekcję.
- Z jakiej przyczyny chcesz iść do niego?
- Dla rozwiązania zagadki i znalezienia powodu do pojedynku.
- Mogłeś Fanny o to spytać.
-Nie chciała mi powiedzieć,by,jak sama mówiła,nie drażnić mnie.Ona trochę przewiduje pojedynek i boi się go dla..Iwaszkiewicza.
- Kiedy do niego pójdziesz?
- Dziś.Gdzie on mieszka?
- Nie wiem,ale zastaniesz go do wieczora w fabryce.
- Pójdę do fabryki. KONIEC ROZDZIAŁU


