Eliza Orzeszkowa
Dziurdziowie
VII
W miasteczku o sześć wiorst od Suchej Doliny odległym,przez cały ranek świąteczny nad wielkim gwarem targowego rynku biły rozgłośne dzwony kościelne.Na rynku ludzi było jak mrowia i wszelkich zwierząt mnóstwo.Sprzedawano tam i kupowano:konie,krowy,woły, cielęta,zboże,płótna,jaja i mnóstwo innych produktów małej własności.Sanie stały tam przy saniach dotykając się szczelnie albo nawet płozami na płozy wjeżdżając,zwierzęta i ludzie stłaczali się w ruchome kłęby,krzyk rozmów,kłótni,przekleństw,targów,rżenia koni,rycze- nia bydła był ogromny i wielka pstrokacizna ubiorów i twarzy męskich i kobiecych,chłop- skich,żydowskich i małoszlacheckich.Czterej Dziurdziowie przybyli też na targ,każdy ze swoim.Piotr i Klemens przywiedli na sprzedaż konia i krowę,Stepan dwuletniego wolika,a Szymon przywiózł parę ośmin żyta i grochu.Wszystko jedno:opiszą i sprzedadzą,lepiej mu więc było chwytać i na swoją korzyść sprzedawać,co się dało.Mnóstwo ludzi po zmówieniu kilku pacierzy odprawiało baby do kościoła i zostawało przy swoich saniach i towarach.Piotr dobro swoje powierzył pieczy syna,a sam skierował się ku niewielkiemu białemu kościołowi, z którego szczytów leciała muzyka dzwonów,a z wnętrza dochodziły chóralne śpiewy towa- rzyszące procesji. W nieobszernej kruchcie ścisk był taki,że powolny i uroczyście nastrojony chłop zaledwie zdołał przebić się do kościelnego progu i parę kroków jeszcze dalej postąpić.Tu szerokie ple- cy w kożuchach stanęły już nieprzepartym murem,lecz poprzez kudłate czupryny męskie i nad kobiecymi,odświętnie ustrojonymi głowami mignęło mu złoto niesionej pod baldachi- mem monstrancji,zapąsowiały pelerynki kościelnej służby,błysnęły płomyki świec,górą frunęły chorągwie.Organy grały i kilkaset głosów chórem śpiewało.Piotr chciał uklęknąć,ale z powodu ścisku uczynić tego nie mogąc głowę pochylił i pięścią ściśniętą potężnie bił się w piersi.
– Ojcze niebieski,królu ziemski,odpuść nam ciężkie grzechy nasze... Modlitewkę tę wymyślił sobie sam w porze owej,gdy go skrucha wielka za krzywdę mat- ce zrządzoną ogarniała,i odtąd powtarzał ją zawsze,ilekroć był już bardzo nabożnie usposo- bionym.Rozpoczęła się suma.Piotr ze schylonym nieco grzbietem wzniósł oczy w górę i wpatrzył się w widziane ponad głowami tłumu rzeźby wielkiego ołtarza.Były to jakieś gip- sowe wieńce i arabeski,nad którymi stało kilka drewnianych posągów z krzyżami,z wielkimi księgami,z rękami powyciąganymi groźnie,błogosławiąco lub modlitewnie.Oczy chłopa napełniły się miękkim zamyśleniem,usta jego poruszać się przestały.Przypomniał może wszystko,co kiedykolwiek na ten sam ołtarz patrząc przecierpiał i uprosił –skruchy i trwogi swego sumienia,choroby synów,zgryzoty wszelkie i pociechy a uspokojenia.Może też nad ołtarzem i wieńczącymi go posągami świętych,pod samym sklepieniem świątyni szukał wzrokiem blasków tych i świetności,w jakich mętnie przedstawiało się wyobraźni jego króle- stwo niebieskie.Długo tak wzrokiem po wysokościach błądził i wzdychał raz po raz.
– Ojcze niebieski,królu ziemski,opiekunie ludzi... W bladawej twarzy jego,wzniesionych oczach i głośnym,wzdychającym szepcie wiele było tęsknoty,wdzięczności,pokory...Wtem organy grać przestały i w uciszonym kościele zabrzmiało donośne:
– W imię Ojca i Syna... Rozpoczynało się kazanie.Piotr z miejsca swego widział dokładnie na wysokiej mównicy stojącego księdza,śnieżną jego komżę i czerwoną u piersi wstęgę.Języka,którym kazanie mówionym być miało,w codziennym życiu nie używał,lecz rozumiał go wybornie,a w po- trzebie i mówić nim dobrze umiał.Więc głowę pochylił,ucha nadstawił i z całej siły wsłuchał się w głos czysty i donośny,pod sklepieniami budzący dźwięczne echa.Otaczający ludzie słuchali także,ale po większej części z roztargnieniem lub sennie.Postawy ich były pełne uszanowania,wzdychali nawet często albo też i rzucali oczami dokoła,albo je przymykali drzemiąc.Piotr chciwie słuchał słów rozchodzących się po kościele,ale nie wszystkie czyniły na nim wrażenie jednostajne.Były takie,które w nim nie budził y żadnych uczuć ni pojęć,i takie,które wzruszały go do głębi.W długim wstępie kapłan opowiadał ludowi o dobroci Boga i złości szatana.Przy wspomnieniu o pierwszej twarz chłopa tak wyglądała,jakby spły- wał na nią promień ideału.Miękła,wypogadzała się,pokrywał ją wyraz błogości i rozczule- nia.Lecz gdy w powietrzu zabrzmiała nazwa szatana,gęste brwi jego zbiegały się nad ocza- mi,usta drgały trwożnie czy gniewnie i poruszał się cały tak zupełnie,jakby go ogarniała żą- dza splunięcia.Powściągał się przecież przez wzgląd na świętość miejsca. Ogromny rumor kolan ludzkich padających na cegły posadzki.Organy grają znowu.Przy ołtarzu wznosi się śpiew melodyjny i błagalny,szepty i westchnienia falami szmeru płyną. Piotr gwałtownymi ruchami łokci miejsce swe rozszerzył,na klęczki upadł,do posadzki ko- ścielnej ustami przylgnął i głośno zaszeptał:
– Niechaj siła boska przezwycięży siłę szatana... Wtem ktoś go mocno w łokieć trącił.Obejrzał się i zobaczył schylonego nad sobą Klemen- sa.Parobek szeptał mu w same ucho:
– Tatku!starszyna konia chce kupić...nie wiem sam,co zrobić... Odtrącił syna ramieniem i znowu pochylał się nad ziemią,ale Klemens za kożuch go po- ciągał.
– C h a d z i,tatku,a to targ stracim...
–S k a ż y starszynie,żeby sam do kościoła szedł i ludziom Panu Bogu modlić się nie przeszkadzał... Powiedział to takim tonem,że Klemens nie nalegał dłużej,przyklęknął,przeżegnał się, dwa razy ziemię pocałował i z kościoła wyszedł.Ale Piotr nie odzyskał już uprzedniego na- stroju ducha.Coś go korcić i niepokoić zaczęło.Ramionami wzruszał,oglądał się,na koniec z klęczek powstał i kilka razy jeszcze uderzywszy się w piersi kościół opuszczał.W kruchcie spotkał się ze Stepanem,który palce w wodzie święconej zatapiał.
– A co tam z moim koniem słychać?– z widocznym niepokojem zapytał.
– Starszyna go u Klemensa zatargował.I d z i c h u t k o,a to targ stracisz... Stepan także niedługo zabawił w kościele,bo jeszcze wolika swego nie sprzedał;Szymon pomodlił się tylko przed kościelnymi drzwiami i co prędzej z pieniędzmi za żyto i groch otrzymanymi do karczmy pociągnął.Żaden z nich nie dotarł do środka kościoła ani tym bar- dziej do wielkiego ołtarza,gdzie wielkie mnóstwo ludzi spowiadało się przy konfesjonałach, a potem przed balustradą w oczekiwaniu komunii klękało. Na godzinę przed zapadnięciem zmroku rynek targowy opróżniać się zaczął;natomiast co- raz więcej sań i koni zgromadziło się u wrót obszernej,murowanej karczmy.Dla ludzi,którzy przez dzień cały modlili się i ziębli w kościele,ziębli także sprzedając i kupując na rynku, koniecznością prawie było przed puszczeniem się w drogę do domów wejść na chwilę w cie- płe jakie ściany,ogrzać się i głód zaspokoić.Przed karczmą tedy,której brama owalnie wy- krojona i cały budynek wszerz przerzynająca miała pozór czarnej otchłani,na placyku twar- dym od mrozu,śniegiem usłanym,słomą zasypanym i zamarzłymi kałużami lśniącym,stało mnóstwo sań i koni,których głowy i szyje niknęły całkiem w przywiązanych do nich worach z obrokiem. Izba karczemna znacznie tu była większą niż w Suchej Dolinie.W miasteczku na znacz- niejszą ilość gości rachować musiano niż w wiosce.W dnie takie szczególnie jak dzisiejszy zgromadzało się ich mnóstwo.Na rozłożystym kominie palił się wielki ogień,ludzie tu wchodzący stawali przed nim,rozgrzewali zmarznięte ręce,dla rozgrzania nóg uderzali sto- pami o podłogę,a potem ku stołom ściany otaczającym idąc zdejmowali z pleców płócienne, na sznurkach zawieszone worki.Wszyscy prawie worki takie posiadali.Znajdowała się w nich żywność na dzień cały z domu przywieziona.Gatunek jej i ilość zależały od względnej zamożności każdego z popasających.Jedni z woreczków swych wyjmowali tylko kawały czarnego chleba,szczypty soli i odłamy twardego sera;inni oprócz chleba i soli mieli jeszcze słoninę,kiełbasy,jaja ugotowane na twardo.Byli tacy,którzy do jedzenia szeroko rozsiadali się na ławach,i tacy którzy jedli chodząc lub stojąc.Tłum wzrastał,gwar stawał się ogłusza- jącym,zewsząd słychać było wołanie o wódkę,miód i piwo,Żydzi różnego wieku,rodzinę karczmarza składający,nieustannie przewijali się wśród tłumu z blaszanymi półgarncówkami, kwartami,czarkami,ze szklankami z zielonego szkła,z glinianymi miskami pełnymi kwaszo- nych ogórków i śledzi,którymi chłopi przekąsywali wódkę.Znajdowali się tu mieszkańcy wielu oddzielnych wsi,ale prawie wszyscy do jednej gminy należący.Prawie wszyscy też znali się pomiędzy sobą z bliska albo z daleka i zaczepiali się wzajem rozmowami o dzisiej- szym targu,o poniesionych stratach lub zyskach,o różnych okolicznościach gospodarstw swych i rodzin.W głębi izby starszyna,najwyższy urzędnik gminy,chłop niemłody,z długą brodą i w czarnej baraniej czapce po same oczy na czoło wsuniętej,dość liczną kompanię miodem częstował.W poczęstunku tym oprócz ludzi innych udział brało kilku mieszkańców Suchej Doliny,a pomiędzy nimi najważniejszą rolę odegrywał Piotr Dziurdzia,albowiem okazji do poczęstunku dostarczył koń przez niego starszynie sprzedany.Rozmowa też toczyła się o różnych zaletach tego konia,zaprowadziła do żywych rozpraw o koniach w ogólności i wzmagała się czasem w sprzeczki,które jednak starszyna przerywał zawsze,miodu do szkla- nek z blaszanego garnca dolewając i z uprzejmą powagą do biesiadników przemawiając:
– Pijcie,panowie gromada,pijcie!na zdrowie wam!na szczęście! Wyraz:panowie gromada,powtarzał się w jego ustach niezmiernie często.Czuł się on głową i naczelnikiem gminy,czyli gromady,i lękał się stracić najmniejszą sposobność przy- pomnienia o tym wszystkim.Chłopi głowami mu na podziękowanie skłaniali i zielonawe szklanki do ust nieśli.Klemens tylko nie pił i w rozmowie dotąd udziału nie brał.Młodym był,nieżonatym jeszcze,gospodarstwa swego nie miał,z ojcem tu przybył i przez niego tylko coś znaczył.Obecność starszyzny i zgromadzenie starych,poważnych gospodarzy,onie- śmielały go i wstrzymywały od samodzielnego przystąpienia do poczęstunku.Stanął tedy za ojcem i znad ramienia jego wychylając twarz swą rumianą i błękitnooką,trochę chciwie a trochę nieśmiało na półgarncówkę i szklanki poglądał.Filuterne,żywe,a teraz miodem roz- weselone oczy starszyny spotkały się z jego wstydliwym spojrzeniem.
– Aaaa!–zadziwił się ze śmiechem i palcem na parobka wskazał – aaa!panowie groma- da!czy h e t o parobek jest,czy dziewczyna? Głowę na obie strony,niby dla lepszego widzenia,przechylał.
–Patrzę,patrzę i rozpoznać nie mogę!zdaje się,że parobek,ale za plecy b a ć k a scho- wał się jak dziewczyna i wstydzi się bardzo...Nu,p o k a ż y ś...do stołu p o d e j d z i j,a to doprawdy pomyślę,że z m u ż c z y n y przemienił się w dziewczynę!... Dowcipkowaniu temu towarzyszył chór grubych śmiechów;Piotr zaśmiał się także i syna ku stołowi popchnął.
– Nu,i d z i,kiedy pan starszyna woła... Nie tak już bardzo wstydliwym był Klemens,za jakiego poczytał go starszyna.Usta wprawdzie dłonią zakrył,ale wesołymi oczami wprost na dostojnika gminy patrzał.Ten nalał pełną szklankę miodu i młodemu parobkowi ją podał.
– Pij!– zawołał – k a b y prędzej wąsy pod nosem wyrosły. I wszystkim znowu do szklanek dolewając powatrzał:
– Pijcie,panowie gromada,pijcie! Pili i śmieli się z Klemensa,który na wspomnienie o wąsach palcami powiódł po złotym puszku,który mu górną wargę osypywał,a potem głową skinął i raźnie zawołał:
– Na zdrowie,panie starszyno!
–Na zdrowie tobie!– odpowiedział starszyna,a do Piotra rzekł:–W sołdaty nie poszedł? ha? Piotr z jaśniejącą twarzą odpowiedział:
– A nie poszedł;kiedy dla niego pora na losowanie przyszła,Jasiuk jeszcze małoletni był, a mnie już chwała Bogu Najwyższemu,pięćdziesiąty siódmy roczek życia mego szedł.Brat mały...ojciec stary...znaczy jemu l g o t ę dali i został się w chacie;niech za to Pan Bóg będzie pochwalony...
– Ot i wykręcił się – zauważył ktoś z boku.
– Nu,szczęśliwy!– dorzucił ktoś inny.
– A szczęśliwy – powtórzył Piotr – k a b tylko Pan Bóg we wszystkim tak błogosławił... Starszyna znowu szklankę miodu szczęśliwemu parobkowi podawał.
– Pij!– wołał – pij i pamiętaj,kto to taki ten,co ciebie t r a c h t u j e! Chłopak zawahał się,na ojca spojrzał,ale Piotr,którego zaszczyty wszelkie zawsze przy- jemnie głaskały,rad zresztą ze skromnego dotąd zachowania się syna,szturchnął go w łokieć i zachęcił.
– Pij,kiedy pan starszyna każe... Zupełnie już ośmielony i bardzo rozweselony,Klemens nie podniósł tym razem szklanki wprost do ust,ale podniósł ją w górę z takim gestem,że aż część miodu wylała się z niej na stół,przy tym sam podskoczył.
– K a b y tak koń brykał!– zawołał i dopiero szklanicę do dna wychylił. Koncept ten podobał się otaczającym,którzy także szklanki swe nad głowy podnosząc jedni po drugich powtarzali:
– K a b y tak koń brykał,panie starszyno,k a b y tak koń brykał! Stosowało się to do konia tego,którego dziś od Piotra kupił starszyna.Wesoły z natury,a może i interes w tym swój mający,Anton Budrak,starosta Suchej Doliny,krzyknął na aren- darza jeszcze o garniec miodu.Teraz on starszynę i całą kompanię wzajemnie poczęstuje. Kilka głosów odezwało się:
– Nie c h c e m o b o l s z m i o d u;kiedy t r a c h t u j e s z,to wódki dawaj! Budrak krzyknął o wódkę,a starszynie,który miód wolał,trunek ten do szklanki lejąc,za- czął:
– J e n t e r e s jest taki,panie starszyno.C h c e m o proces o te grunta i łąki zacząć...K a b y dawność nie zaszła...co wiecie o tym,to gadajcie...może cokolwiek nam poradzicie.J e n t e-r e s jest taki... I choć już wiele miodu a trochę wódki wypił,dość przytomnie jeszcze ważną dla całej wsi sprawę opowiadać zaczął.Ale Piotr przebił mu mowę i głos przed starszyna zabrał.Maksym Budrak i trzej Łabudowie jednemu i drugiemu przerywali,z czego zrobił się wielki chaos głosów i słów.Ale starszyna do publicznych zapraw był już nieco zaprawionym.
–Po kolei,panowie gromada – zawołał – po kolei h a w a r y c i e.Wprzód jeden,potem drugi,a ja będę słuchać.Ja między wami wszystkimi n a j w y ż s z e j s z y i wszyscy wy do mnie jak do ojca...
–Jak do ojca!– chórem wszyscy potwierdzili,a w tym momencie pijany Szymon przyto- czył się ku starszynie i w łokcie go całując zaczął:
–Ja do was,panie starszyno,jak do ojca...gospodarstwa nie sprzedawajcie...h o r k a j a bieda mnie i dziatkom moim... Parę pięści wyciągnęło się i odepchnęło pijaka,który też krokiem chwiejnym polazł ku arendarzowi mrucząc:
–Chackielku,wódki daj...kiedy Boga boisz się,jeszcze ze dwa kruczki daj...jeszcze z pa- rę złotych mam...zapłacę...H o r k a j a bieda... Klemens ujrzawszy,że pomiędzy starszyną i gospodarzami zanosi się na poważną rozmo- wę o interesie,wysunął się z tego grona i poszedł do innego,które przed kominem składało kilkanaście kobiet.Jadły one także to,co z domów przywiozły,o targu dzisiejszym rozpra- wiały,sprzeczały się lub różne swe troski wzajemnie sobie opowiadały.Przy zbliżeniu się Klemensa w gromadce tej wnet rozległy się piskliwe krzyki i chichoty.Dwoma szklankami miodu rozweselony i uzuchwalony parobek znajomą jakąś mołodycę z Suchej Doliny w ramię uszczypnął,a drugiej coś takiego do ucha powiedział,że zaczerwieniła się jak piwonia i twarz ręką od niego zasłoniła.Inne,starsze,niby gniewając się,niby żartując pięściami go odpy- chały i krzyczały,aby sobie do mężczyzn szedł.Wkrótce jednak ucichły wszystkie i wspina- jąc się na palce nóg jedne przez drugie patrzeć zaczęły na przedmiot,który parobek zza sier- mięgi wyjął i im pokazywał.Przedmiotem tym byt spory obrazek przedstawiający jakąś świętą i oprawiony w ramki pokryte złoconym papierem.Święta miała czerwoną szatę,złotą koronę nad głową,a w ręku trzymała błękitną palmę.Grubo nakładane jaskrawe farby obraz- ka i lśniąca przed ogniem pozłota ramek wprawiły grono kobiet w pełen zdumienia zachwyt. Szeroko otwierały oczy i usta,patrzały,lubowały się i dopytywać się zaczęły,czy Klemens dla siebie śliczną i świętą rzecz tę kupił,czy dla kogo innego?On wiedział dobrze,dla kogo obrazek ten kupił,ale nikomu o tym nie powiedział i zanośliwie śmiejąc się z ciekawości i chciwości,które malowały się na twarzach bab,znowu go za siermięgę schował.Wtem z gromady gwarzącej i pijącej u okna zawołał go mały,ruchliwy,z zadartym nosem człowie- czek,wpół z chłopska,a wpół już ze szlachecka ubrany,leśnik z pobliskiego dworu,który dziś u ojca jego krowę kupił.
– Klemens!– wołał – hej,Klemens!wypij no z nami.Żeby krowie zdrowo było! Wychylił podaną mu czarkę i w szał wesołości wpadając ku stojącej w kącie beczce po- skoczył,przechylił ją i znajdującą się w niej wodę na podłogę wylał.
– K a b y krowa tyle mleka dawała!– krzyknął. Grzmot śmiechu zatrząsł izbą,kobiety piszczały,spódnice podnosiły i do przeciwległych kątów uciekały.Szeroki strumień wody od ściany do ściany płynął niosąc po spadzistości nierównej podłogi rzucone wprzódy na ziemię skorupki jaj,łupiny ogórków,głowy i ogony śledziów.Klemens zniknął w wirze kilkunastu chłopów,którzy go z czarkami w rękach oto- czyli,a pomiędzy którymi był także Szymon pociągający go wciąż za rękaw i z czarką w ręku mruczący:
–Pożycz h r o s z y,Klemens,z m i ł u j s i a,pożycz...choć złotówkę...wszystkie swoje już przepił...H o r k a j a dola mnie i dziatkom moim... Zmrok zapadł zupełny.Posługacze karczemni postawili na stołach w różnych miejscach izby trzy cienkie łojówki w mosiężnych i odtłuszczonych lichtarzach. Stepan Dziurdzia głośno do tej pory przywodził w niewielkiej jakiejś gromadce,widocznie uszczęśliwiony tym,że choć raz gdziekolwiek i komukolwiek mógł przywodzić.Kiedy bły- snęły światełka łojówek,spostrzegł on starszynę otoczonego mieszkańcami Suchej Doliny i poważnie coś do nich prawiącego.Na brązową,pomarszczoną twarz Stepana wybijały się rumieńce pochodzące od żywych rozpraw,w których rej wiódł,i od wódki,którą wypił.Za- ciekawiło go jednak,co też sąsiedzi ze starszyną rozprawiają,i przysunąwszy się ku grupie, którą składali,słuchać zaczął:
–Tak już trzeba,panowie gromada – prawił starszyna –inaczej nie można,bez tego już nic.P l a n i p o t e n t ó w sobie wybierzcie,żeby od was wszystkich do miasta poszli i h a d w o-k a t a najęli.P i e r w s z a rzecz p l a n i p o t e n t ó w wybrać...a druga h a d w o k a t a nająć.Całą gromadą nie będziecie do h a d w o k a t a i do sądu chodzić...P l a n i p o t e n t y wasze będą chodzić...którego tam dnia do starosty zejdźcie się wszyscy i naradę zróbcie;kogo wybrać,kto u was najmądrzejszy i na największe u w a ż a n i e zasługuje! Dziurdziowie,Budrakowie,Łabudowie i kilku innych przed siedzącym starszyną stali uważnie słów jego słuchając.Gdy skończył,parę głosów ozwało się:
–Na co nam na później odkładać?My i teraz wybór zrobić możem...niechaj pan starszyna świadkiem będzie.
– Ale – potwierdzili inni – możem,czemu nie możem.
– Nie wszyscy my tu – ktoś zaprotestował.
–Nic nie szkodzi.Co my t u t postanowim,na to zgodzą się wszyscy – twierdził starosta Suchej Doliny,Anton Budrak.
– A ile tych p l a n i p o t e n t ó w trzeba?– zapytał Piotr.
– Trzech – odpowiedział starszyna –więcej nie trzeba,ale trzech,to już koniecznie trzeba. Stepan w tej chwili pociągnął Piotra za rękaw i szepnął:
– S k a ż y,Pietruk,żeby mnie na p l a n i p o t e n t a wybrali... Ale kilkanaście głosów szept jego zagłuszyło.
– Najpierwej to już starostę prosim... Okrągła,pulchna,z konopiastym wąsem i zadartym nosem twarz Antona zajaśniała na kształt księżyca w pełni.
– Dobrze – odpowiedział – będę,czemu nie będę?A więcej kogo? Stepan już pięścią całą w bok Piotra uderzył.
– Nu,odezwij się...s k a ż y,żeby mnie wybrali... Oczy mu aż gorzały żądzą odznaczenia,a może i przywiązanej doń ruchliwej czynności. Ale chłopi plenipotentem drugim obwołali starego Łabudę,który drapiąc się w łysinę prosił, aby go od c h ł o p o t ó w tych uwolnili,a obciążyli nimi lepiej którego z jego synów.Naj- starszy,Pilip,oświadczył sam,że nie odmówi,choć mu ciężko będzie gospodarstwo opusz- czać i do miasta jeździć,ale nie odmówi.
– Niechaj b u d z i e Pilip – zgodzili się chłopi.
– Nu,a trzeci?– zapytał starszyna.
– Trzecim niechaj już będzie Pietruk Dziurdzia... Piotr wyprostował się tak,jak kiedyś,gdy go za starostę wybierano,i z rozjaśnioną twarzą za uważanie podziękował.Stepan go pięścią w bok uderzył.
– S k a ż y,Pietruk,żeby za czwartego mnie obrali... Piotr rękę do włosów z zakłopotania niosąc odezwał się jednak:
– Może by na czwartego Stepanka wybrać.
–Nie trzeba czwartego – zakrzyczano go ze stron wszystkich – pan starszyna powiedział, że trzech trzeba,więcej nie trzeba...
–To może na moje miejsce Stepana obierzecie –zaproponował Pil ip Łabuda.–I o w s z e m – dodał – mnie ciężko będzie i nie chce się...
– Nie c h c e m o Stepana!– krzyknęli wszyscy – na co nam on?z drugimi p l a n i p o t e n-t a m i tylko kłócić się będzie...o pierwszeństwo i o wszystko...
– Jeszcze h a d w o k a t a wybije – ozwał się ktoś ze śmiechem. Stepanowi krwiste rumieńce buchnęły do twarzy,w sam środek gromady wparł się i hała- sować począł.Dowodził,że wybory nie były prawne,bo wszyscy gospodarze Suchej Doliny nie byli tu obecni,że jego na p l a n i p o t e n t a wybrać muszą,a jeżeli nie,to on do sądu pójdzie...Wszczęła się kłótnia i przyszłoby pewnie do pięści,ale starszyna podniósł się z ła- wy i na Stepana krzyczeć zaczął,grubych wyrazów i przezwisk nie żałując.Czul się on osobi- ście obrażonym.
–Co to nieprawne?– krzyczał –kiedy ja tu jestem,to wszystko prawne!Ja tu n a j w y ż- s z e j s z y i wszystko stanowić mogę...Mnie sam cesarz nad wami utwierdził...jeżeli ze- chcę,ułaskawię,a jeżeli zechcę,do k a t o r g i ześlę... Stepan zmieszał się na chwilę,ale wnet potem z zawadiacką miną na arendarza o garniec wódki krzyknął i wraz z kilku przyjaźniejszymi sobie ludźmi opodal nieco od starszyny za- wzięcie pić zaczął. Piotr tymczasem,trunkiem rozmarzony,spadłym nań zaszczytem rozweselony,z kolei częstował starszynę i sąsiadów.
–D z i a k u j u!panie starszyno!d z i a k u j u,panowie gromada!–nieustannie powta- rzał,a potem stanąwszy nad Antonem Budrakiem z czarką w ręku i przymrużonymi oczami, mówił:
– Ty p l a n i p o t e n t i j a p l a n i p o t e n t,ty starosta i ja starosta...tak i p o c a ł u j m y s i a... Całowali się tak głośno,jakby korki z butelek wyskakiwały... Ogólna zresztą pijatyka dosięgła w tej chwili stopnia wysokiego,ale odznaczała ją szcze- gólność pewna.Ludzi,którzy by,tak jak Szymon Dziurdzia,upijali się na swoją rękę i bez przyczyny żadnej,było bardzo niewielu.Ogromna większość piła na zabój,ale z powodu traktamentów i okazji,a okazją było tu wszystko:koń sprzedany,krowa kupiona,spotkanie się znajomych,pogodzenie się skłóconych,wspomnienie o ojcu,który rok temu umarł,pro- jekt ożenienia syna lub wydania za mąż córki.Wesołe czy smutne zdarzenie,zysk czy strata, przyjaźń czy kłótnia,nadzieja czy żałość,wszystko wywoływało traktament po wiele razy z kolei odwzajemniany.W izbie panował niesłychany chaos głosów na przeróżne tony nastro- jonych i poruszeń,przeróżne stopnie i natury pijaństwa objawiających.W jednym miejscu izby toczyła się bójka zakończona wypchnięciem za drzwi zwyciężonych;w innym przyci- skano do ściany Żyda-arendarza,który krzyczał ze strachu,to znów łajał chłopów przeraźli- wie go łających;gdzie indziej dwaj parobcy ująwszy się pod boki,do dwóch rozsierdzonych kogutów podobni,kołysali się przed sobą,monotonnym głosem wymawiając wciąż jedne i te same słowa.Kilku mieszkańców Suchej Doliny z czarkami w rękach lazło całować starszynę, który także mocno podpity rozparł się na ławie i tak już wielką swą czapkę głęboko na twarz nasunął,że samą prawie rudą brodę spod niej widać było.Chłopi jednak dostawali się mu do policzków i cmokając w nie powtarzali:
– Ty z nas n a j w y ż s z e j s z y,ty nad nami wszystkimi jak ojciec... Szymon,przeciwnie,podszedł teraz do niego z miną zawadiacką:
–Ty mnie gospodarstwa opisywać nie śmiej!– krzyczał –bo jak opiszesz,zabiję...dali- bóg,zabiję...choć ty starszyna,a taki zabiję...i b u d z i e tobie s z a b a s z! Piotr Dziurdzia stał naprzeciw Maksyma Budraka.
–U ciebie córka – prawił –a u mnie syn...niech będzie pochwalony Pan Bóg n a j w y ż- s z e j s z y. A Budrak jednocześnie mówił:
–U ciebie syn,a u mnie córka...Czemu nie ma być woli boskiej...będzie...tylko swatów przysyłaj...
–Przysyłaj!– twierdząco powtórzył Piotr i podnosząc w górę wskazujący palec,z namasz- czeniem zaczął znowu:
–U ciebie córka,u mnie syn...niechaj,j a k t o j k a z a u,boska siła przezwycięży czar- towską siłę... Wtem Klemens ojca za rękaw kożucha pociągnął:
– J e d z i o m do chaty,tatku – cienkim,proszącym tonem zapiszczał. Był także pijanym,ale jeszcze dość przytomnym.Zachciało mu się wracać do domu,aby co prędzej Nastce obrazek oddać.Piotr spojrzał na syna zdziwionymi jakby oczami i z gnie- wem krzyknął:
– A ty chory był!tylko co nie umarł!C z a r t o u s k a j a siła chorobę tę tobie robiła... Klemens splunął.
–K a b ona świata nie widziała,ta,co mnie tej biedy narobiła!J e d z i o m do chaty,tat- ku! I za rękaw od kożucha ciągnął ku drzwiom ojca,który dając się powodować synowi na Maksyma oglądał się i krzyczał:
–Pamiętaj,Maksym!u ciebie córka,u mnie syn...Niechaj przed królestwem niebieskim przepadnie czartowskie królestwo... Przy samym progu ojciec i syn natknęli się na Szymona.
– A ty czego tu jeszcze łajdaczysz!– krzyknął na krewnego Piotr –do chaty tobie...a to ostatnią kopiejkę przepijesz...
–Już i przepił...–wnet prawić zaczął Szymon –już to,co za żyto i groch wziął,do ostat- niej kopiejki przepił...już i s z a b a s z mnie i dziatkom moim... Wychodząc Piotr i Klemens wypchnęli sobą Szymona naprzód do sieni,a potem na placyk okryty jeszcze chłopskimi saniami i końmi,choć część pewna biesiadujących rozjechała się już przedtem.Tu zobaczyli Stepana,który z szyi konia swego worek zdejmował i zabierał się do odjazdu.
– Hej,d z i a d ź k u!– krzyknął Klemens – poczekaj,razem pojedziem... Stepan miał pijaństwo ponure i złośliwe;za całą odpowiedź zaklął przez zęby,a potem do Piotra krzyknął:
– A taki,szelmo ty,ja p l a n i p o t e n t e m będę...słyszysz?
–A ty nie łaj się...bo nie ma za co...niechaj będzie pochwalony Pan Bóg n a j w y ż s z e j-s z y na wieki w i e k o u...– odpowiedział Piotr. Szymon lazł także do sań swoich mrucząc:
–Nie dała...szelma wiedźma h r o s z y nie dała...k a b ona tego świata nie oglądała...a teraz tobie i dziatkom twoim s z a b a s z! Troje sań Dziurdziów,z których pierwsze zajmowali Piotr z Klemensem,jednocześnie od karczmy odjechało i drobnym truchcikiem chłopskich koni przesunąwszy się przez miastecz- ko znalazło się wkrótce pośród śniegiem usłanych pól. Zimno!Mróz nieduży,dziesięć stopni może,nie więcej,ale wiatr silny dmie i z ziemi pod- nosi tumany śniegu.Z góry też śnieg pada,drobniutki jak pył,twardy i gęsty.Księżyc świeci, ale nie widać go za białymi chmurami,które ociągnęły całe sklepienie nieba,i choć noc ciemną nie jest,mało co widzieć można przez tę mgłę śnieżną,która pada z góry i podnosi się znad ziemi.Wiatr ją skręca w kłęby lub wielkimi płachtami rozpościera w powietrzu,a świa- tło księżyca zza białych obłoków przenika ruchome jej wnętrze białą światłością,która nie oświeca nic. Sześć wiorst tylko dzieliło miasteczko od Suchej Doliny i cała prawie prowadząca doń droga wysadzana była drzewami.W śnieżnej mgle drzewa te szarzały na kształt błądzących po polu widm,ale Dziurdziowie rozpoznawali je od czasu do czasu i zacinając konie coraz więcej przestrzeni za sobą pozostawiali.Żaden z nich nie spał.Piotr czasem z akcentem na- bożeństwa wzdychał lub coś szeptał;Klemens kilka razy gwizdać rozpoczynał;Stepan konia swego głosem ponurym do pośpiechu zachęcał;Szymon,na saniach swych leżąc prawie,stał się dziwnie rozmownym i krzykliwym.Szumiący i gwiżdżący wiatr słowa jego zagłuszał,on jednak nie dbając o to,czy jest przez kogo słuchanym,wykrzykiwał,komuś odgrażał się,na coś żalił się i kogoś przeklinał.Nagle Klemens zawołał:
– Ot i Pryhorki! Taką nazwę nosiło wzgórze obrosłe dębowym i brzozowym lasem,a o półtorej wiorsty może oddalone od wysokiego krzyża,od którego już krótki tylko i prosty kawałek drogi do Suchej Doliny wiódł.Stąd już przestrzeń paru zaledwie wiorst rozdzielała ich ode wsi,a tu także znikały drzewa przydrożne,a otwierała się gładka równina wzdęta tylko przed samym już krzyżem kilku niskimi pagórkami,których w śnieżnej zamieci zupełnie widać nie było. Minęli Pryhorki i nic już przed sobą nie widzieli.Biało i biało:na niebie,ziemi i w powie- trzu.Śnieg i śnieg wszędzie,ani drzewa,ani wiorstowego słupa,ani żadnego wzgórza.Kle- mens skręcił lejcami na lewo.Sanie zaryły się zrazu w śniegu.
– Gdzie ty pojechał?– zaszemrał Piotr.
– Dobrze,tatku,tak trzeba – odparł parobek i raźnie zagwizdał. W gruncie rzeczy,gdyby go kto zapytał,dlaczego zawrócił na lewo,kiedy od Pryhorek do Suchej Doliny droga wyciągała się prosto jak struna,nie umiałby odpowiedzieć.Był pew- nym,że wcale nie zawracał,i w potrzebie uroczyście by to zaprzysiągł. Tamci dwaj nie kierowali wcale końmi swymi.Obaj na wznak na saniach leżeli:Stepan ponuro milcząc i jakby wsłuchując się w szmery wiatru,Szymon – wciąż gadając i wykrzy- kując.Jechali.Konie czasem tonęły w śniegu i wydostawały się zeń z trudnością;czasem na gładszej przestrzeni biegły sobie truchcikiem;czasem też pod płozami sań czuć było zagony, które wiatr gołocił.Nie drogą jechali,ale polem,i nie zwracali na to żadnej uwagi,dopóki znowu nie zamajaczyły przed ich oczami wzgórze i las Pryhorek.
– A toż co?– zawołał Klemens – znów Pryhorki?
– Aaa!po jakiemu ty jedziesz?– zadziwił się Piotr. Wyrwał lejce z rąk syna i chcąc uczynić całkiem przeciwnie temu,jak uczynił tamten,ko- nia na prawo skręcił.
– Nie tak!– z sań swoich krzyknął Stepan.
–Tak!n i e b ó j ś,tak –odkrzyknął mu Piotr i jechał znowu dopóty,dopóki koń Piotra nie zagłębił się po kolana w jakimś rowie.
– Aaa!– zadziwił się chłop – t a k i znów nie tak pojechali! I z niewielką trudnością,wołaniem i ściąganiem lejców wyrwawszy z rowu tęgiego koni- ka,zawrócił nazad.Dwoje sań innych zawróciło także,ale w ten sposób,że Szymon teraz znalazł się na przedzie.Jechali i jechali,aż znowu Stepan z sań swoich do Piotra krzyknął:
– Znów Pryhorki!
– Pfu!zgiń,przepadnij,nieczysta siło!– splunął Piotr i na Szymona zawołał:
– Skręć nazad!
– N a s z t o mnie nazad,kiedy tak dobrze!– odpowiedział nowy przewodnik.
– Może i dobrze!czy ja wiem – mruknął Piotr. Klemens trząść się zaczął i dzwonić zębami.
– Tatku – odezwał się – mnie zdaje się,że znów ta choroba mnie bierze! Choroba go nie brała,ale nieprzyzwyczajonego jeszcze do trunków głowa od upicia się boleć zaczęła,a wicher przenikał kożuch i chłodem wdzierał się aż do szpiku kości.Piotr splunął znowu i szeptać zaczął:
– Panie niebieski,królu ziemski,zlituj się nad nami grzesznymi!...
–Zawracaj!–krzyczał teraz na Szymona Stepan – zawracaj,Szymon!Nie widzisz,że nad staw pojechali? Rozpoznał śród śnieżycy cienie drzew rosnących nad brzegiem stawu.Potężny głos jego przebił się przez szum wiatru i dosięgnął uszu Piotra,który wnet konia zawrócił.Za nim za- wrócili się dwaj inni. Godzina przeszło upłynęła,odkąd,wpół tylko przytomni i śnieżną zamiecią oślepieni,krą- żyli tak po równinie zwracając się w różne strony i nie mogąc trafić na drogę,którą po razy wiele w różnych już punktach wszerz przejechali.
– Czort tuman na oczy puszcza!– odezwał się Piotr.
– Ale – potwierdził Klemens coraz więcej trzęsąc się od zimna. Stepan do siebie zamruczał:
– Przyjdzie się człowiekowi jak psu zmarznąć. A po chwili dodał:
– Jakby mnie nie stało,to ta n i e h o d n a ze wszystkim by już Kaziuka zamęczyła... I westchnął. A Szymon na swoich saniach lamentował:
– Oj,h o r k a j a,h o r k a j a dola mnie i dziatkom moim! Wtem Klemens podniósł się trochę na saniach i tonem wielkiego przestrachu krzyknął:
– Znów Pryhorki!... Piotr podniósł się także i wzrok wytężył.
–A jakże!Pryhorki –potwierdził.– Czort wodzi,taki już,nie inaczej...Czort uwziął się dziś na nas,tuman w oczy rzuca i wodzi...
– Po jednym miejscu wodzi...– zauważył Klemens.
– Ale,po jednym miejscu.Czort nie inaczej...złaź z sań... Wysiadł z sań i syna wołał:
– B u d z i e m drogi szukać... Wysiedli obaj,a nadjeżdżające sanie Stepana z tymi,które się zatrzymały,zetknęły się tak blisko,że płozami zaczepiły się o ich płozy.
– C h a d z i o m drogi szukać!...– krzyknął Piotr na Stepana i Szymona. Wszyscy czterej brnąc w śniegu postąpili kroków kilka,wtem Klemens zawołał:
– B a c z y s z,tatku,b a c z y s z?(widzisz?) Rękę wyciągał do szarzejącego,ruchomego cienia,który teraz właśnie wychylił się zza la- su Pryhorek i dość z bliska powoli przesuwał się w śnieżnej mgle.
– W imię Ojca i Syna...– przeżegnał się Piotr – zgiń,przepadnij,nieczysta siło... Stepan,najodważniejszy,parę kroków jeszcze naprzód postąpił.
– Czort czy baba?– wahającym się głosem wymówił.
– Baba...–zaczął Szymon –szelma baba,h r o s z y nie dała,wiedźma ta...ja jej jak mat- ki prosił...Oho!poczekaj! I puścił się naprzód.Po paru sekundach całą siłą swych pijanych nóg ku zarytym w śniegu saniom powracał.Przypadł do swoich sań i sapiąc,klnąc wyciągać z nich zaczął jeden z po- przecznych drągów składających siedzenie i przykrytych słomą.
–Ona sama – bełkotał – wiedźma ta...czortowa przyjaciółka...kowalicha p r o k l a t a j a...h r o s z y nie dała,a po nocy ludzi na zamarznięcie wodzi...
– Ona!znów ona!– krzyknął Piotr i także poprzeczny drąg z sań wyciągać zaczął.
–Niechaj czortowska przepadnie przed boską siłą...niechaj boska siła przezwycięży czor- towska siłę...P o h a n a dusza jej...synka mnie zgubić chciała,a teraz znów na polu zamro- zić,niedoczekanie jej...
–Czego ona do naszej familii przyczepiła się i prześladuje...–krzyknął Klemens.–Czy to już moja młodzieńka głowa przepadać ma przez nią?... Stepan tchu z ust nie wypuszczał,ale także poprzecznicę z wozu wyciągał... W napełniających świat białych ciemnościach twarze ich niewidziane były,ale z głośnych sapań ich piersi,z ponurych mruczeń i pijanych wykrzyków bił wzbierający wulkan namięt- ności najsroższych:trwogi i zemsty.Minuta upłynęła,a w mgle śniegowej o kilkanaście kro- ków od trojga skupionych z sobą sań zaciemniała szamocąca się gromadka ludzi i wzniosły się krzyki i jęki straszne,które jednak wicher przykrywał swym szumem i wraz z pogwizdami swymi niósł na szerokie,burzą huczące pola... Pięć minut upłynęło,a wielka fala wiatru rozsuwając na chwilę mgłę śnieżną ukazała dro- gę,jak struna prosto wyciągającą się w przestrzeni,a na tej drodze troje sań,na których sie- dzieli czterej chłopi.Czartowską moc zniszczyli i drogę znaleźli.Konie zacięli,przeciągłymi głosy na nie zawołali,szybko posunęli się gładkim szlakiem drogi i w gęstych znowu zamie- ciach śnieżnych zniknęli.Za nimi Pietrusia,żona Michała kowala,nieruchomą plamą ciem- niała na białej ziemi.Kijami połamali jej pierś i żebra,młodą twarz krwią zalali i zostawili na pustym polu,na szerokim polu,białemu śniegowi na podściół,czarnym krukom i kawkom na strawę. ZAKOŃCZENIE W sali sądowej gorąco od ścisku i świateł.Od długich rozpraw i późnej godziny nocnej ciężkie znużenie napełnia powietrze.Drzwi szczelnie zamknięte i pilnie strzeżone otwierają się na koniec.Z głuchym szmerem powstaje z miejsc swych publiczność;obwinieni podnoszą się także w swej ławie.Długim szeregiem sędziowie przysięgli opuszczają miejsce swych obrad;jeden z nich w postawie pełnej powagi donośnym głosem odczytuje cztery pytania,z których każde stosuje się do jednego z obwinionych,a zakończone być ma odpowiedzią bar- dzo krótką:winien,niewinien. Cztery razy w głębokiej ciszy po rzęsiście oświetlonej i tłumem ludzi napełnionej sali do- nośnie rozbrzmiewa wyraz:
– Winien,winien,winien,winien. Po krótkiej przerwie głos inny donośnie ogłasza wyrok:
–Piotr,Stepan,Szymon i Klemens Dziurdziowie skazani na pozbawienie wszelkich praw ludzkich i obywatelskich,dziesięć lat ciężkich robót w kopalniach i dośmiertne pozostanie w Syberii. Skazańcy słuchali,słuchali.Głos ogłaszającego wyrok umilkł...Stało się.Po bladej jak chusta twarzy Piotra jedna za drugą ciekły łzy,ciche,ciężkie,a ręce jego podnosiły się z wol- na i splatały u piersi.
– Panie niebieski,k r o l u ziemski,niech b u d z i e wola Twoja jak w niebiesiech,tak i na ziemi – wymówił głośno,wyraźnie i zapatrzył się w górę. Stepan ani drgnął,tylko na zmiętą w tysiąc zmarszczek twarz jego spadł krwisty rumie- niec,a z czarnych oczu strzeliła rozpaczna i zarazem groźna bł yskawica. Szymon pozostał jak był:z obwisłymi rękami,otwartymi usty i mokrym,osłupiałym wzrokiem.Zdawać się mogło,że wszystko na świecie było już mu obojętnym albo że nawet nie rozumiał wcale,czym odtąd miała mu być przyszłość. Ale za tym pijakiem i głupcem podniosły się w górę dwa silne,młodzieńcze ramiona i dwie dłonie,które nie miały jeszcze czasu stwardnieć i sczernieć w pracy,konwulsyjnym ruchem wpiły się w gęstwinę płowych jak len włosów.Włosy swe w obie garście Klemens pochwycił i głośnym płaczem ryknął... Potem po jednemu ławę swoją opuszczać zaczęli i powoli,ciężko stąpając,z kolei wcho- dzili w niskie drzwi,które otworzyły się przed nimi,a za którymi widać było boczną sień budynku ciemnością swą odbijającą czarno od rzęsistego oświetlenia sali.Z powodzi świateł jeden po drugim wstępowali oni w tę czarną ciemność;za ostatnim z nich zniknęli dwaj za- mykający pochód zbrojni żołnierze.Niskie drzwi zamknęły się z wolna,bez szelestu... KONIEC KSIĄŻKI
