ZYGMUNT KACZKOWSKI

Grob Nieczuli

ZYGMUNT KACZKOWSKI

GRÓB NIECZUI TOM I WSTĘP Ktokolwiek będziesz kiedy w tym oddalonym zakątku podkarpackiej krainy, kędy się schodzą dawnej Małopolski i Rusi Czerwonej granice – oddawszy cześć twoją niepoliczonym tej ziemi pamiątkom przeszłości – nie zapomnij też także zapytać o miejsce, z którego najlepiej widać ruinę zagórskiego klasztoru. Miejsce to znajdziesz z łatwością, bo ci go wskażą karczmy i kopce załuskie, położone przy samym gościńcu; lecz na górze tak bardzo wysokiej, że z niej widać nie tylko tę ogromną i także na wzgórzu położoną ruinę, jak gdyby na dole, ale widać zarazem i cały krąg ziemi, otoczonej górami dokoła, przerzniętej Sanem przez środek i tak dziwnym urokiem pociągającej ku sobie, że i ty, lubo obcy i żadnym dawniejszym z nią nie związany wspomnieniem, wzrokiem twoim musisz przylgnąć do niej na długo. Ty wszakże niebawem przywiążesz się do niej i sercem i poświęcisz jej cząstkę twojego najtkliwszego uczucia, i niezapomnianą myśl o niej uniesiesz z sobą na zawsze. Ziemia ta bowiem tyle ma w sobie od Boga darowanej piękności, tyle w niej jeszcze nie pogrzebanych pamiątek zamierzchającej przeszłości, a wszystko to jeszcze tak żywe, tak wymowne i tak chwytające za. serce, że zdaje się, jakoby sama śmierć tutaj, żałując życia w grób zepchniętego za wcześnie, pootwierała wszystkie groby i trumny i siedząc przy nich, opowiadała dzieje przeszłości. I jeśli tylko masz serce i umiesz z wiarą przyjmować tułające się po tych grobach wspomnienia, jeżeli umiesz rozmówić się z starą basztą zamkową i sterczącymi kolumnami krużganku, z spróchniałą trumną i zardzewiałym w niej pancerzem lub kordem, z podruzgotaną kopią i zagniecioną w boju ostatnim misiurką, z olbrzymią skałą, zwieszającą się z góry wyniosłej, z wpółrozwaloną kapliczką u dołu i żebrakiem-staruszkiem siedzącym przy niej na głazie – to twój umysł i serce już się stąd nie oderwą i gotów będziesz w pierwszym lepszym dworcu gościny poszukać, ażeby się jak najbliżej obeznać z tą ziemią, która ma tyle czarującej piękności na licu i tyle tajemniczego uroku w swym łonie. Jakoż i o gościnę pewnie ci trudno nie będzie, bo tutaj, w jakiej czci ziemia przechowuje pamiątki ojców i dziadów, w takiej czci także u ludzi są ich cnoty i obyczaje. Więc w każdym domu, do którego cię los twój zawiedzie, czy to będzie starożytne, sczerniałe, niespożyte wiekami zamczysko, czy z gruzów dawnego szlacheckiego zameczku wyświeżone mieszkanie, czy wreszcie stary dwór modrzewiowy, nową strzechą pokryty – wszędzie znajdziesz otwarte serca i progi, wszędzie będziesz powitany po Bogu i wszędzie otoczony tą pradziadowską czcią i miłością, która dziś już nieznana na świecie, tu po staremu chowa się jeszcze dla białowłosych starców i gości. Tutaj też pewnie ci na niczym nie braknie, bo tu stół zawsze dla ciebie nakryty, misy pełne i dzbany niepróżne, i gospodarz serdeczny, i gospodyni uprzejma, i zgoła wszystko ci rade jak bratu... a kiedy co wieczór ogień na kominie rozpłonie i już cię w krześle wyzłacanym posadzą, i wszyscy się koło ciebie zgromadzą, i sam gospodarz stoliczek z zapleśniałą butelką węgrzyna ku tobie posunie: to wtedy cisza taka poważna zasiędzie, jak gdyby w kościele, a babunia-staruszka zacznie tobie tak cudne opowiadać powieści, że ci się zdawać będzie, jakobyś jeszcze nic podobnego nie słyszał. W tych bowiem powieściach wystąpi przed ciebie cały świat dawno umarły, jak żywy, i wystąpią przed ciebie ich sejmy i zjazdy, i czyny, i boje, i pokażą się tobie ich twarze i domy, i serca tak jawnie i żywo, że ci się zdawać będzie, jakoby i w tobie samym ten stary duch wskrzesnął na nowo, jakbyś ty sam miał pancerz na piersiach i szablę u boku, z nimi tu przeżył całe twe życie, z nimi podzielił wszystko aż do grobu nie mając jeszcze ani przeczucia dni łez i niedoli. Ten widok ziemi tak pięknej i tylą pamiątek zasianej, ten dom półstaroświecki do dziś dnia, ta gościnność serdeczna, ten węgrzyn spleśniały, ta babka-staruszka z swoją czarującą powieścią – wszystko to ciebie tak wzruszy, rozciekawi, rozmarzy, że już cię widzę, jako nazajutrz do świtu pniesz się przez gęste zarośle do zawieszonej nad wioską ruiny, tam własnymi rękami oczyszczasz z mchu stare głazy i wyczytujesz z nich wpółzatarte napisy; potem się spuszczasz do grobów, otwierasz trumny i przypatrujesz się prochom i kościom; potem zstępujesz do wsi, pytasz się o najstarszych ludzi i z nimi długie rozpoczynasz gawędy... zgoła badasz najpilniej i umarłe, i żywe, ażebyś odgrzebał jeszcze choć kilka odłamków tych czarujących wieści zza grobów, które w tym życiu naszym, zagłuszonym samochwalczymi wrzaski wrzekomego postępu, a przytłumionym nieukojoną tęsknotą i bólem, tyle naszemu sercu przynoszą ulgi i orzeźwiającego wytchnienia. Ale któż wie, azali przyjdzie ci kiedy do tego? – Kto wie, czy ciebie, mieszkańca puszcz nadniemeńskieh albo równin podolskich lub mazowieckich, albo błyszczącej zabawami Warszawy, jaki los szczególniejszy w to ustronie zaniesie? – Kto wie zresztą, czy wtedy, kiedy tu będziesz, już i tej ziemi nietkniętej żelazne nie poprzerzynają koleje? czy tych skał pięknych nie powysadzają w powietrze, czy tych borów odwiecznych nie powycinają do szczętu, czy tych gór samych nie rozorzą lub nie powiercą na wylot? – O! to wtedy i nie przychodź tu wcale, bo nic tu już dla ciebie .nie będzie. Kiedy te stare zamki się zamienią na warsztaty i kuźnie, te cudowne ruiny w fundamenta pod wiadukty i mosty, a te dwory i dworki na mieszkania dla tej nowej wędrówki narodów, która tłuszczą przemysłowo-kramarską zalewa świat od zachodu: wtedy stare podania i pieśni już na zawsze umilkną, nie mające przytułku wspomnienie precz za wiekami uleci, a i sama śmierć nawet, jeszcze dziś tak wymowna i żywa, wstąpi do grobu przed tym nowym wprawdzie, lecz niemniej przeto zabijającym życiem. Dlatego dzisiaj, póki czas jeszcze, chodź, ja cię w tej żmudnej ze starymi grobami rozmowie choć w części wyręczę. A jakem cię niegdyś oprowadzał po tych zamkach i dworach i pokazywał dawne ich życie i ludzi, i za ostatnim z ich rodu opowiadał zachowane przez niego powieści, tak ci dziś całą tę ziemię jakby na dłoni pokażę i tego starca grób ci pokażę, i jeszcze jedną powieść o nim samym opowiem. Owóż tedy stoimy na górze wyniosłej, zajmującej prawie środkowe miejsce pomiędzy miasteczkami Sanokiem a Leskiem. Grunt ten, którego się stopa twoja dotyka, należał od najdawniejszych czasów do Kmitów, którzy tu mieli zamek wielki, murowany z kamienia, na szczycie góry Sobieńskiej. Zamek ten, niegdyś warowny i zbrojny, błyszczał znakomitą świetnością. W nim przyjmował Kmita Władysława Jagiełłę po ślubie wziętym w Sanoku z Elżbietą Granowską; w nim gromadziła się bitna szlachta sanocka przed każdym wyjściem na boje i po każdym zwycięskim powrocie; w nim odbywały się owe królewskie biesiady, pełne najwymyślniejszych igrzysk i wschodniego przepychu, których wieści jeszcze do dziś dnia błąkają się po chatach tutejszego wiejskiego ludu... Tu na takich igrzyskach w broń i odwagę się wprawiał sławny ów Zyndram z Maszkowic, prosty szlachcic sanocki, który wszakże niedługo potem wespół z Witoldem hetmanił wojskom polskim między Grunwaldem i Tannenbergiem; tu na tym zamku czasu Zygmunta Starego gromadzili się pierwsi luminarze i pierwsi sekciarze Rzeczypospolitej, przebywał tu Klemens Janicki i Marcin Bielski, Przyłuski i Orzechowski, znachodzli na koniec przytułek i tacy, jak Krowicki, sakramentariusz, Pełka, zabójca Drohojowskiego, Odolińscy, Rozborscy, a wreszcie Balowie, wówczas zachwiani w wierze i budujący ariańskie kościoły po swoich dobrach. Wszystko to się gromadziło na zamku u wojewody i marszałka wielkiego koronnego, odbywało ze sobą zawzięte spory, ważyło główne sprawy krajowe, które lubo w Rzeczypospolitej nieraz smutne na długie wieki wywoływały za sobą skutki, tutaj kończyły się zawsze hucznymi biesiadami przy odgłosie trąb i moździerzy, którym cichymi głosy wtórowali różnych narodów lutniści, krwawymi nieraz zgiełkami goszczący rycerze i szlachta, a lud okoliczny oniemiałym podziwem. W tym zamku w owe czasy i inne, ach! ileż to świetnych się odegrało dramatów, w których miały udział pierwsze Rzeczypospolitej głowy, a o których wieść niepiśmienna utonęła w niepamięci na zawsze!... Dzisiaj z tego wszystkiego tylko kilka głazów olbrzymich pozostało w mchach i zaroślach. Ale i te jeszcze, zawieszone jak gniazdo orle na szczycie jednej z najwyższych gór okolicznych, jak zawsze w orle krainy podnoszą myśl naszą i serce, tak czasem zdają się chwiać w swych odwiecznych podstawach, jakieś głosy chropawe dają się słyszeć pomiędzy nimi, duch zamku wstaje z swojej kamiennej pościeli, wychyla się na świat do połowy, wymawiając słowa powtarzane za życia: Non omnis moriar! Ta ruina leży po twojej lewej i patrzy nieruchomie na starożytną Grzegorza z Sanoka kolebkę, która jak żebrak-staruszek, położywszy się krzyżem na brzegach Sanu i zwiesiwszy zamek swój stary ze stromej skały nad wodę, z nią szepce razem swojej dawnej świetności wspomnienia i swoje do dziś dnia jeszcze nie wysłuchane skargi... Sanok dzisiejszy, o! jakiż to obraz upadku, zubożenia i nędzy! Kiedy pełni poświęcenia się i zapału szermierze niezmordowanie walczą o prawa ubogich w świecie koteryj – sami ubodzy, nie wiedząc nic o tym, coraz głębiej się pogrążają w ubóstwo. Wolność i równość dla wszystkich, wchodząca w życie w tych krajach, za kłopoty i trudy, i niezaradność niemowlęcego życia, jeszcze zawsze nic-innego nie daje oprócz dalekich nadziei – a dobry byt, spokój i szczęście domowe zabrała z sobą usunięta opieka dawnych panujących i możnych. Tak, samym sobie pozostawione, wyludniają się gminy, upadają wsie i w coraz większe ubóstwo pogrążają miasteczka. Na tej też drodze i stary Sanok doszedł dziś do tej nędzy, że w niej nie-tylko coraz więcej się chyli i upada, ale nawet zaciera w sobie wszelkie wspomnienie dawnego szczęścia i zamożności. A przecież dawniej było tu ludno, było bogato, a często nawet i szumno. Zamek tutejszy, którego rok zbudowania utonął w zmroku nierozjaśnionej przeszłości, podczas wojen ruskich zburzony, już Kazimierz Wielki odbudował na nowo i nadał zarazem miastu prawo niemieckie. Król Władysław Jagiełło z okazji tutaj branego swego trzeciego ślubu i w dank za sowite przyjęcie, którego doświadczył od tutejszych mieszczan i szlachty, obdarzył miasto znacznymi przywilejami, które, później przez króla Kazimierza Jagiellończyka potwierdzone i pomnożone, wspomagając jego rzemiosła, rozszerzając jego handel z Węgrami i Rusią i ustalając jego dochody, otworzyły mu drogę do zamożności i wzrostu. Z tej ojcowskiej opieki królów umieli mieszczanie dzielnie i skrzętnie korzystać – a jak rychło przyszli do znakomitej zamożności i siły, i jak szlachetnie umieli tymi wpółnadanymi, a wpółnabytymi środkami rozrządzać, świadczy najlepiej sam Zygmunt Stary, który w przywileju (z roku 1510) pozwalającym im miejskie wodociągi przeprowadzać przez grunta królewskie, mówi o nich wyraźnie: „...że do wspomożenia dobra Rzeczypospolitej podług sił swoich r ę k a m i i n o g a m i chwytają wszelką sposobność”. W późniejszym czasie z łaski swojego brata, króla Zygmunta Augusta, królowa węgierska Izabella ten zamek wraz z miastem posiadła, co się także niemało przyczyniła do jego wzrostu, a podług wieści, jeszcze żywej do dziś dnia, nawet mu szczęście na dalsze czasy przyniosło. Nigdy bowiem już odtąd nie nawiedziła go żadna klęska, omijały go wojny, pomory i głody – a kiedy inne kraje i miasta częstokroć w jednym roku utrącały swoje kilkudziesięcioletnie dobytki i zamieniając się w obraz z samych ruin i zgliszczów złożony, zaledwie w pokoleniach następnych do dawnego wracały stanu – ziemia ta, na ustroniu leżąca i swoimi górami jak murem otoczona dokoła, wraz ze swoją stolicą, tak pracowitą i skrzętną, rosła ciągle w zamożność i zaludniała się gęściej jak inne. To też było powodem, że kiedy indziej ziemie tłuste, pszeniczne nie mogły się nigdy dostatecznie i trwale zaludnić, mniej urodzajne góry tutejsze roiły się ludem pracowitym i szlachtą, która, dzieląc się ciągle swymi nie-obszernymi dziedzictwy, dziwna rzecz, w jakich nieraz wertepach budowała swe dworki i jakie nieprzystępne wierzchowiny i wydmy zamieniała w role rodzajne. Ale to także było powodem, że w tej ziemi, nieprzystępnej dla wojen i wichrów światowych, w takiej czystości także chowała się stara cnota, że niezmienione z pokolenia na pokolenie przechodziły: waleczność w boju, poświęcenie się dla wspólnego dobra, religijność uczucia, miłość pomiędzy sobą braterska i owa szczególniejsza pokora, która, zmieszana z dziką czasem fantazją i butą, pozostanie po wieczne czasy najwybitniejszą cechą tutejszego lat dawnych mieszkańca. Ten spokój wewnętrzny, wiekowy tej odgraniczonej od innych ziemi stał się powodem na koniec, że się tutaj uchowała tak czysta domowa i publiczna moralność, że wszystkich sumienia i serca były jak jedno, że sprawa jednego stawała się zaraz sprawą wszystkich, że najmniejsze zgorszenie wywoływało zaraz sąd i oburzenie powszechne, a co największa, że od najdawniejszych czasów do końca pamięć publiczna nie zachowała prawie ni jednej tu popełnionej zbrodni lub głośniejszego występku. Taka była niegdyś ta ziemia, która, strzeżona na zachód obronnymi murami odrzykońskiego zamku i obejmując stąd ku północy odwieczne Junoszów-Załuskich, Strzemieńczyków- Trzecieskich, Ossoriów-Bukowskich siedziby, rozciągała się. aż po kopce ziem krasiczyńskich, starożytną Krasickich-Rogalitów kolebkę. Dalej ku północnemu wschodowi strzegła ją swoją cudowną opieką Pacławska Kalwaria, a od samego wschodu wspaniały zamek Dobromilskich Herburtów i równie świetną przeszłość mający gród Maryny Mniszchównej. Wszakże wszystkie te zamki i grody, strzegące niegdyś z swych szczytów granic tej ziemi rozległej, już są daleko za tobą. Barczyste góry, na których dawniej spoczywały ich niezdobyte warownie, nikną stąd w sinych mgłach oddalenia: tylko garby wyniosłe i z nich do góry wystrzelające ruiny rysują ci się jakby jakieś fantastyczne postacie, to na niebieskim tle widnokręgu, to w twojej własnej pamięci. I zdaje ci się, jakobyś sen miał i widział starców, stojących w daleko zakrojonym półkolu, którzy, splótłszy się ramionami ze sobą, poglądają w milczeniu swoimi pozarastanymi twarzami, czy nie zasłyszą jeszcze choćby echa tej pieśni, którą niegdy takim olbrzymim śpiewali chórem, nie dośpiewawszy do końca... Ale za to przed tobą rozwija się okolica, w której, do skał i borów niedostępnych przyrosłe, jeszcze czasem się odzywają ostatnie zwrotki tej pieśni. Jest to obraz prześliczny, mało mu równych na ziemi, a ledwie który piękniejszy... Więc najpierwej na ostatnim krańcu południowego nieba malują ci się wspaniałe szczyty Karpat, wielkie, silne, barczyste, zbite gęsto ku sobie i tak czarnymi borami okryte, jak gdyby od dnia stworzenia dopiero im jeden wiek minął i jeszcze ludzka ręka ich nie dotknęła. Spomiędzy tych borów czarnych wyglądają tu i ówdzie ostre i nagie połonin głowy, które niebieskawą obciągnąwszy się barwą, jakby mogiły na ukraińskim stepie, zdają się łączyć ze sobą, uciekać ku wschodowi i ginąć. Patrząc nieraz na tę grupę połonin, które istotnie są jakby w ruchu, zdało mi się, że to są branki zakaukaskie lub greckie, które światoburcy w swoim krwawym na Europę pochodzie prowadzili tędy ze sobą. Pozarastanych, czarnych i strasznych najeźdźców Bóg słowiański powstrzymał w pędzie i w te góry barczyste zamienił – a lekkie branki, wyrwawszy się wtedy z ich straszliwego objęcia, pozarzucały błękitne zasłony na głowy i chciały uciec do domu. Ale żelazne skamieniałych olbrzymów dłonie przytrzymały końce ich szaty i nie puściły od siebie. I tak to tutaj zostało na zawsze... Bliżej ciebie występuje w wyrazistszej postaci olbrzymiej objętości Magora, koło niej stoi ostrym grzbietem zjeżony Otryt, a po jej lewej podnosi dumnie poorane zmarszczkami czoło niebotyczny Łopiennik; przed nią zaś wlecze się krokiem leniwym stary Żuków w podartych szatach, oglądając się nie bez zazdrości na swoją młodszą siostrę Czulnię, już tymczasem młodymi zaroślami okrytą. Na tym tle gór niebotycznych i nieprzejrzanych lasów rysuje się z dawną potęgą i wspaniałością wymurowana na wzgórzu fara leska – a stojąc w takiej ciszy i takiej powadze, jak matka-opiekunka opuszczonych przez ojca sierotek z prawdziwie macierzyńską miłością tuli do siebie całą gromadkę domków podupadłego miasteczka, z których jedne zdają się zbiegać do wielkiej Skały Pogańskiej, stojącej wysoko nad miasteczkiem na górze, drugie od niej uciekać do zamku, który tuż obok, otoczony niezliczoną lip starożytnych gromadą, dumne swe dachy wznosi nad ich najwyższe wierzchołki. Skała, o której tutaj wspominam, jest to ogromna masa jednostajnego albo przez długie wieki zrośniętego ze sobą kamienia, która, stojąc na stromej górze nad miastem, z daleka wygląda jak część starego, zrujnowanego zamczyska, z basztą obronną na przedzie; z bliska, lubo trudno przypuścić, żeby to mógł być twór ludzkiej ręki, widać tu jednak niby okno, gładko w ścianie północno-wschodniej wycięte, i widać ślady schodów kamiennych. A więc i tutaj kiedyś mieszkali ludzie. Lecz któż wie, jacy i kiedy? Może tu jaki carzyk lub hetman której z hord najezdniczych założył niezdobytą dla siebie twierdzę? może jacy zgłodzeni i okrwawieni wygnańcy, uciekający przed jakimi hordami, tu się schowali na chwilę? może tu niegdy siedzieli zbójcy i stąd wypadali w równiny na łupieże i mordy? – Dzisiaj tutaj spokojnie i cicho. Mech tylko rośnie w rozpadlinach tych skalisk i pną się po niej karłowate krzewiny – a do mchów i zarośli tulą się roje gminnych podań i pieśni, zwieszając swoje cudowne kwiaty na pokarm duszy wędrowca. Sędziwy zamek, stojący prawie pod miastem na dole, starożytna to jeszcze Stadnickich i Ossolińskich, a później Mniszchów siedziba. Przechodząc zawsze wianem z rodu do rodu, od najdawniejszych czasów prawie w niczym nie zmienił swojej zewnętrznej postaci. Ozdobne wspaniałymi rzędami kolumn i ogromną wystawą piersi obróciwszy ku południowi, barczystymi plecyma swymi obrócił się ku północy i ani patrzy w tę stronę. Czasem tylko, a mianowicie wieczorem, kiedy go słońce zachodzące oświeci, zdaje się niby obracać na prawo i gwarzyć coś z tymi starożytnymi drzewy, które go otaczają z tej strony i chylą się wszystkie ku niemu. Z tej strony także, niby z podziemiów zamku i ogrodu, wypływa San już szeroki, przejrzysty i niebieski jak błękit majowy, a rozlewając się stąd coraz wspanialej i szerzej w zachwycającej piękności dolinę, jednym brzegiem podmywa cały szereg skał ubarwionych powojem i kwitnącymi bluszczami. Od tego obrazu oddziela ciebie pasmo łąk i zielonych pagórków, które zdają się niby falami zastygniętego morza, lecz na których wszędzie znajdujesz zajmujące twe oko przedmioty: tam na stromym pagórku między starymi drzewami stoi samotna cerkiewka, tutaj z falistej przeguby wychyla się wioska, ówdzie osłoniony sadami skromny na wzgórku bieleje dworek, tam przy drodze na skałce stoi krzyż i kapliczka – a w pośrodku San płynie, a Sanem płyną jodły masztowe i tratwy i śpiew flisaków rozlega się po dolinach i górach... Oprócz tego, jak po twej lewej wiszą tuż prawie nad tobą sobieńskiego zamku narożne węgły i mury – tak znów po prawej, niby u stóp twoich, uderzają cię swoją wielkością i rozległością ruiny zagórskiego klasztoru, które o ile ocalały z ostatniego pożaru, tak w swej całości się zachowują jeszcze do dziś dnia. Dlatego stoi tu jeszcze nietknięty cały front tutejszego kościoła i wszystkie ściany klasztoru, i mury ogradzające go niegdyś dokoła – a wszystko to jeszcze tak ogorzałe i tak swym nieszczęściem wymowne, że zdaje ci się, jak gdybyś widział jeszcze dymy unoszące się nad gruzami i widział mnichów, błądzących z pochylonymi głowami pomiędzy mury i szukających niedopalonych swych skarbów po zgliszczach. I mnichy te rzeczywiście błądzili tu długo, i błąkali po świecie: szukali resztek swych skarbów w popiołach i serc litościwych u ludzi; lecz nie znalazłszy ni jednych, ni drugich, wyszli z tych ruin z bólem w sercu i łzami w oczach, aby już nigdy nie wrócić... A w ruinach została cisza ponura jak w grobie. Pomiędzy mury i sterczącymi ku niebu kolumny leżą w nieładzie porozwalane głazy: tam spory kawał marmurowego nagrobku, tu anioł biały, obrócony twarzą do ziemi, indziej rycerz kamienny bez rąk i bez głowy, tam ptak wiecznej ciemności i śmierci, sowa bez nóg i bez skrzydeł... Nad tym straszliwym polem podwójnej śmierci wiecznie ze samej siebie się odradzająca natura odnosi swoje nieodbite zwycięstwo i okrywa te łomy głazów mchem i zielenią, i tu i ówdzie wypędza w górę olbrzymie chwasty i krzewy. Przez rozwalone dachy całym swym blaskiem świecące, słońce ogrzewa swym ciepłem to nadgrobowe życie tak samo, jak życie róży rumieniejącej się z brzegu na skale i lilii białej, wychylającej twarz swoją z topielisk, i pieszczonego w grządeczce fijołka. Jakóż i tutaj już nad murami zaczynają wspinać się róże i wiążąc gałązki swoje z listkami bluszczów zielonych i trawek, plotą z nich długie festony i wieńce. Tak już i na tym olbrzymim grobie zaczyna we dnie nowe maluczkie życie przygłuszać wielkie wspomnienie śmierci... Lecz kiedy słońce się schowa za góry i chłodna noc ziemię okryje, i blady księżyc wypłynie na niebo, wtedy tu inna gra się zaczyna. Wtedy tu wszystkie te mnichy wracają nazad, którzy stąd wyszli na wiekuiste sieroctwo. Jedni z nich usiadają , na głazach i opierają swe twarze zgrzybiałe na rękach, jak gdyby chcieli ukryć łzy swoje albo się oddawali wspomnieniom; drudzy idą w gmach dawnego kościoła i tam się gubią między murami. Na widok dawnych swych opiekunów kamienny rycerz wstaje na nogi i miecz podnosi do góry, sowa uderza w skrzydła i unosi się w górę, a biały anioł otwiera groby i budzi ze snu umarłych. Ci, jedni w skórach lwich i lamparcich, drudzy w pancerzach i hełmach, inni w delie i długie żupany odziani, wstają na nogi, przecierają swoje kościane czoła, gromadzą się w środku dawnej świątyni i razem z mnichami długi rozpoczynają rozhowor; i tak razem coś gwarzą i radzą, i oglądają smutne gruzy pysznej niegdyś świątyni, i łzy wylewają na gruzach... Inni przez murów wyłomy i bramy wyglądają w świat żywych; radzi by widzieć, jaki to świat jest i gdzie się podziało to wszystko, co mu pozostawili puścizną?... Aż nagle światła się zapalają na ołtarzach, kapłan staje na stopniach i poczyna się nabożeństwo jak dawniej – a oni wszyscy uklękają na grobach, kościste ręce w krzyż składają na piersiach i komę głowy pochylają ku ziemi... I tak garstka umarłych modli się Bogu za żywych. Widzi to zawsze lud okoliczny i z tego rankiem dziwne wieści roznosi po chatach. Widzi to czasem przejeżdżający podróżny i z niemą trwogą z miejsc tych straszliwych ucieka. Lecz słyszy o tym człowiek myśli i serca, rozważa pilnie i mówi: Jeszcze ta pamięć śmierci ma więcej siły żywotnej, niżeli sztuczne maluczkie życie. Jakoż tak jest w istocie. Jeszcze tu bowiem w tej ziemi, nie zawianej powietrzem materialnego postępu, nie zalanej gwarliwą czeredą wielbicieli dnia dzisiejszego nie umilkły ze wszystkim te głosy, które wieki pozostawiają wiekom, pokolenia podają pokoleniom jako najdroższą po sobie puściznę. Jeszcze tutaj w tej ziemi każden kamień coś gada, każda wąska drożyna ma swoją żywą powiastkę, każden dom swoje dzieje, nieprzerwanie się ciągniące do dziś dnia, a ginące swoim początkiem w zapomnianej już gdzie indziej przeszłości. Tak jeszcze tutaj cała przeszłość ma żywe życie, a lubo to życie, wzięte w karby wprost mu przeciwnych warunków, rozbryzgnęło się w drobne cząsteczki i objawia się tylko w nader maluczkich i rozproszonych odłamkach, toć tych odłamków jeszcze zawsze jest tyle, że z nich myśl ludzka z kochającym sercem we spółce wiąże długie i nieprzerwane całości z taką samą łatwością, jak zgrabna i prawdziwym uczuciem piękności kierowana ręka dziewicy wije wieńce z luźnie rosnących w ogrodzie kwiatów. Patrząc z tej góry na ten obraz gór, wiosek, zamków, kościołów i dworów, któren w swojej całości staje przed twymi oczyma i przedstawia ci serce, główne niegdyś tętno sanockiej ziemi, razem z nim i ta myśl staje widomie przed tobą. Będąc obznajomiony z każdym podaniem, błąkającym się po tych miejscach, wtajemniczony w dzieje każdego zamku, kościoła i domu, pamiętając gawędy wszystkich starców tej ziemi do niedawna jeszcze żyjących – kiedy to wszystko w dziwnym bezładzie i sprzeczkach kłębi się w twojej pamięci – tutaj stajesz się panem tego wszystkiego, porozrywane wieści dzielą się same z siebie na oddziały i grupy, pokrewne łączą się z sobą i wszystko razem potem zbiega się w całość tak jednolitą i spójną, a tak bogatą i rozmaitą w swych częściach, że w niej ani jednego nie brakuje ogniwa – i ten duch owych wieków, którego promienie zdały ci się tak rozpierzchnione i połamane, tutaj staje w całej potędze swojej przed tobą i dla każdego głazu ma nowe tchnienie i życie. Reszty dokona serce i na widok tego obrazu samo z siebie się budzące przeczucie... Odkąd też luźne podania, gawędy starców i pradziadowskie notaty nazbierały się u mnie w takiej ilości, żem je zaczął grupować i składać w powieści, nigdy nie pominąłem tego miejsca, ażebym na nim chwil kilku nie spoczął. Czasem po kilka godzin tutaj bawiłem; nieraz dopiero zmrok mnie napomniał, że już nie czytam w tej księdze olbrzymiej, rozpostartej przede mną, tylko we własnej pamięci i sercu... Wszakże i takie czytanie, jak się odbywało miłością, tak nie było bez znamienitej korzyści. Słowa bowiem tej księgi i słowa pamięci zlewały się wówczas w jedno, objaśniały i dopełniały się wzajem i obudzając coraz większą ciekawość, posuwały ją coraz dalej i dalej. Tym sposobem pomimo woli zapuszczałem się nieraz w te czasy, które tylko jak widma senne występują z nieprzetartej mgły oddalonych od dziejowej jasności wieków; czasy te, kiedy Wielkopolska roi się jak ul pszczelny pracowitym ludem i szlachtą herbową, w Małopolsce mniej szlachty, lecz za to coraz więksi i coraz możniejsi powstają panowie – a tutaj ledwie pierwsze i to w równinach na brzegach Sanu się pokazują osady. Zaledwie wiek jeden upływa, Wielkopolska już prawie przeludnia się szlachtą i po pięćdziesięciu rycerzy jednego herbu stawia pod jedną chorągwią – w Małopolsce już nieledwie tak samo się rozradzają panowie, tytułują się komesami, murują zamki obronne nad granicą węgierską i aż do brzegów Sanu zasięgają po ziemi – tutaj wtedy dopiero powstaje Sanok, poniżej niego zasiadają Kmitowie i zakładają kamień węgielny do zamku na Sobniu. Wszakże odtąd zaczyna się ta ziemia już coraz żwawiej zaludniać: przychodzą Balowie z Węgier i zabierają całe góry aż po sam Bieszczad pod swoje dziedzictwo, na żyźniejszych dolinach zasiadają niewyposażeni u siebie małopolscy przybysze i wszystko rośnie, i wzmaga się. Wkrótce potem sobieński zamek jaśnieje już najwykwintniejszą świetnością, a domy szlacheckie rozradzają się do takiej potęgi i liczby, że dają królom własną chorągiew na boje i spomiędzy nich wychodzi taki Zyndram z Maszkowic, który z księciem Witoldem dzieli się władzą hetmańską. Jednak jeszcze naówczas jak ziemia, tak ludzie mają swój własny, całkiem do innych wieków niepodobny charakter. Na ziemi role rzadkie, a gęstsze pasieki, bory ciemne i nieprzebyte, pełne dzikiego zwierza i zbójców – a pomiędzy borami tu i ówdzie z daleka od siebie dwory, murowane z kamienia albo na wysokich podmurowaniach drewniane, a wszystkie obronne. Każdy dwór jak forteca, a każdy szlachcic nie rolnik jeszcze, ale wciąż żołnierz albo myśliwy. Kiedy jest za domem, to się bije z Ordą, z Krzyżaki, Węgry albo zdradliwą Wołoszą – a kiedy w domu, to poluje na dziki, niedźwiedzie i zbójcę. Czasem się pokazuje na zamku sobieńskim i tam uczestniczy w biesiadach, igrzyskach i burdach. Zamek ten wówczas jest pełen bajecznej już dla nas świetności, ale ta świetność przedstawia dziwną zaiste mieszaninę wschodniego przepychu z rodowitą prostotą. I jak w charakterze ówczesnego szlachcica czy pana miesza się społem niewieścia tkliwość z barbarzyńską dzikością – tak w jego domu obok prostej lawy dębowej błyszczy przepyszna złotolita makata – tak i on sam wreszcie w dzień powszedni w baranim kożuchu i grubych butach, a w święto kąpie się w sobolach, jedwabiach i złocie. Pomimo tej pozornej sprzeczności wszakże była tam niezrozumiała dziś wielkość w tych ludziach, nie dlatego tak wielka, że od nas daleka, ale że wielka w istocie. Pomimo tej pozornej sprzeczności bowiem każdy mąż wówczas był z jednej sztuki, i jeden, i ten sam zawsze i wszędzie. Zatonął on czasem w miękkościach i zbytkach i ugrzązł nad miarę w biesiadzie, ale były to tylko przemijające fantazje, które nie miały żadnego wpływu na hart jego duszy i surowe sumienie. Toteż kiedy głos surmy bojowej albo jęki o pomoc wołającego ucisku dole- ciały do jego uszu, porzucał on bez namysłu swoje biesiadnicze rozkosze, kładł pancerz na siebie i siadał na konia. Sprawowanie rycerskich obowiązków było daleko większą dla niego rozkoszą niżeli najwymyślniejsza biesiada. Toż równie święte były mu wszystkie obowiązki, których go nauczono z pacierzem. Zaledwie umiał on czytać, rzadko sam stawiać litery, ale w tym wszystkim, co należało do jego zawodu, był mistrzem nieporównanym i dlatego rycerski swój zawód nazywał r z e m i o s ł e m. A tego rzemiosła duszą były dwa najświętsze uczucia jakich godne jest serce ludzkie: była to wiara święta i miłość ojczyzny. W tych świętości obronie walczyć było najpierwszym obowiązkiem tego rzemiosła, a w ich obrębie zginąć najpiękniejszym zaszczytom. Dlatego rzemiosło to już sami starzy nazywali zakonem i jak po zakonnemu wykonywali prawa tego zakonu, tak też i godni byli tego nazwiska. Rycerze niemieckiego zakonu tak zwani Krzyżacy, nosili krzyż na swych szatach; ale ci go nosili w sercu: toteż ci tylko byli w rzeczy zakonnymi rycerzami świętego krzyża, za krzyż walczyli do ostatnich dni swego życia i krzyż im się dostał w nagrodę po śmierci. Głównym słońcem, pod którego promieniami i ciepłem wzrósł i wychował się ten zakon rycerski, nie mający równego sobie na ziemi, była bez żadnej wątpliwości i mogła być tylko tak czysta, głęboka i niezachwiana wiara chrześcijańska, która naówczas zastopowała sobą całą wiedzę i filozofię i na swych rękach kołysała wszystkie uczucia. Wiara też taka chowała się zrazu i na zamku kmitowskim. Lecz z czasem, kiedy z powodu różnych rzeczywistych i urojonych nadużyć zaczęła się szerzyć po Europie środkowej wolnomyślność, a za nią tworzyć różne sekty religijne, i kiedy toż sekciarstwo już bez powodu zaczęło znachodzić i w Polsce dla siebie odgłos i oparcie, to i zamek sobieński zachwiał się w wierze i stał się niebawem jakby gospodą nie tylko dla apostołów i kaznodziejów kacerskich, ale nawet dla wszystkich głów niespokojnych całego państwa. Z tą zmianą na zamku, który był i najwyższym, i środkowym punktem całej ziemi sanockiej, cała ta kraina wstępuje w wigilię zmian wielkich i cale nowej dla siebie epoki. Kmita bowiem przyjmuje kacerzy i libertynów u siebie, biesiaduje z nimi, rozprawia i rzuca pomysły różnych rokoszów i niespokojów – a na te biesiady przyjeżdża także i szlachta i bierze udział gorący w tym wszystkim. Lecz kiedy Kmita po owych ekscentrycznych biesiadach, uśpiony szmerem woniejących wód, tryskających z marmurowej fontanny, pod bisiorami złotolitej kotary jak najspokojniej usypia, kiedy jego żona, pobożna i zacna Górkówna, modląc się na przetłumaczonym przez Wróbla dla siebie psałterzu, gorące prośby zanosi do Boga o oświecenie tych głów oszalałych – szlachta nic może strawić tych pociągających ku sobie nowinek i jeżdżąc po nocach od dworu do dworu, rada by na tuj drodze jak najprędzej przystąpić do czynu. Z tego powodu robi się niesłychany rozgwar po całej ziemi, wszczynają się spory pomiędzy sąsiady, powstają na się najlepsi dotychczas przyjaciele, burzą się dzieci przeciw rodzicom i zgoła przygotowuje się epoka najswarliwszej anarchii... Najgoręcej wszakże ze wszystkich chwytają się tych nowinek Balowie. Są oni możni naówczas i rozrodzeni; dziedziczą na Nowym Tańcu, Średniej Wsi, Hoczwi i dalej aż po sam Bieszczad; na swoich dobrach trzymają liczną czeladź wojskową, mają znamienite koligacje w Krakowskiem i Sędomirskiem i prawie się równoważą z Kmitami. Ci tedy stają się głównymi przywódcami różnowierczych zastępów, odstępują uroczyście od wiary, osadzają kacerzów w Hoczwi, po wielu miejscach budują zbory, a później nawet stawiają całkiem nowe kościoły, z których jeden, ariański, wybudowany w Średniej Wsi, stoi jeszcze w swojej pierwotnej postaci do dziś dnia. Ci nowowiercy znamionują się takim zapałem i wytrwałością, że w końcu, kiedy w całej ziemi sanockiej już nikomu się nie śni o nowej wierze, oni wszyscy chowają się w dawnym odstępstwie, utrzymują ciągłe stosunki z kalwinami w kraju i za granicą, dzieci swe wysyłają na nauki do Niemiec i z taką gorliwością przestrzegają swej nowej wiary, że uczuwających chęć nawrócenia się swoich synów i wnuków nawet przeklęctwami i gwałty do wytrwałości w odstępstwie zmuszają. I w ich to rodzinie zdarza się ten wypadek, że kiedy młodzieniec, konający na łożu śmiertelnym, rozpaczającym głosem błaga o katolickiego kapłana, rodzona matka przenosi raczej śmierć jego, niżeliby miała go widzieć odstępującego od wiary, w której żyli jego rodzice. Ta śmierć straszliwa była jednak już ostatnim ważniejszym wypadkiem sekciarskiego żywota Balów. Od dłuższego czasu już bowiem cala sanocka fortuna Kmitów przeszła była w ręce Stadnickich, a z tym przejściem i cała ziemia sanocka zaczęła przechodzić pomału w tę nową fazę swojego życia, do którego się przygotowywała już od czasu śmierci Zygmunta Starego. Jakoż całkiem inna postać rzeczy już teraz, niżeli była za Kmitów. Zamek sobienski już jest w ruinie, a w jego miejsce podniósł się, nie taki wprawdzie dumny i wzniosły, ale niemniej poważny i wiele gładszej powierzchowności zamek leski. Powstało przy nim, wzniosło się i zamurowało po części miasteczko Lesko; w nim stanął kościół piękny, obmurowany i uposażony dostatnio. W miasteczku Lesku osiadają rękodzielnicy i kupcy, zaczyna ożywiać się handel i przemysł i zgoła wszelka możliwa cywilizacja osiada w mieście i stamtąd rozprzestrzenia się na wsie. A wszystko to ma źródło swoje w Stadnickich. Stadniccy wprawdzie sami pod owe czasy liczą pomiędzy sobą niemało głów niespokojnych. Dziedzicząc na Żmigrodzie, Łańcucie, Lesku i mnóstwie innych majątków, utrzymują tysiączne na swoich zamkach milicje. Tymi milicjami prowadzą prawie wojny domowe z Herburtami i Drohojowskimi, oblegają i zabijają się wzajem, a na zamku leskim chowa się nawet przez jakiś czas krótki ów sławny Stanisław, nazwany „Diabłem”, który później całą prawie Europę sławą swojego junactwa napełnia, staje się jednym z najgłówniejszych filarów Zebrzydowskiego rokoszu, a w końcu ginie w wojnie domowej, zażegnionej przeciwko Opalińskiemu. Pomimo to wszakże Stadniccy wpływami swymi o wiele pod każdym względem przenoszą Kmitów. Chowa się bowiem u nich już europejska oświata, pielęgnują się poważne i stateczne nauki i kwitnie w całym blasku owa miłość braterska dla uboższej od siebie braci, która jest jedną z głównych cech różniących nasze rody zamożne od zagranicznych książąt i grafów. Coś z tej nieswojskiej pańskości chowało się w zamku Kmitów i dlatego tak bardzo ich pamięć tutaj zaćmili Stadniccy. I słusznie. Kiedy bowiem Kmita chował na swoim zamku wędrujących śpiewaków, ci chowali uczonych i sami się oddawali naukom. Tamten utrzymywał zbrojną czeredę pancernych sług i junaków, ci chowali dwór liczny z zacnych przyjaciół złożony. Tamten spraszał szlachtę sąsiednią do siebie i wyprawiał im uczty, igrzyska i pląsy, ci z bracią uboższą dzielili się chlebem powszednim i trwałym. Jakoż już w owych czasach państwo leskie liczyło przeszło dwudziestu dzierżawców i zastawników, z których każdy trzymał wieś za bezcen albo gdy trzymał ją drożej, to kwit na odebraną tenutę dostawał rokrocznie w darunku. Tak już naówczas, ojcowską opieką możniejszego od siebie brata nęcona, zaczęła się ściągać w te strony szlachta i zaludniać wsie okoliczne; później osadzały się z wolna i dalsze wioski, a pomiędzy je wszystkie rozprzestrzeniała się z zamku oświata, gładkość obyczajów i te wszystkie tradycjonalne cnoty domowe, które później, nabrawszy jednolitego ducha i form wyrobionych, stały się dla młodzieży szkołą tak wyborną i odpowiednią swym celom, że ją żadna nie zdołała zastąpić wszechnica... Stadnickich wpływ na tę ziemię jest ciągle zbawienny i ważny. Za ich powodem bowiem ściągają się tutaj nie tylko dzierżawcy i zastawnicy przez nich zapomagani, lecz osiadają także na wsiach dziedzicznych rody już znane gdzie indziej. Jakoż już wtedy, to jest około końca panowania Zygmunta III, znachodzimy około państwa leskiego ugrupowanych Korabitów- Laskowskich, Gryfitów-Bobowskich, Jastrzębców-Strzeleckich, Leliwitów-Krajewskich i Górskich. Lecz około tego czasu już zasługami około ucywilizowania i zaludnienia tej ziemi zaczynają się dzielić ze Stadnickimi i inni, a Balowie nawet sami na własną rękę puszczają się z nimi w zawody. W familii Balów zachodzi wtedy wielka zmiana. Przechodzą oni bowiem wszyscy na powrót na łono kościoła i stają się najgorliwszymi katolikami. W tym zdarzeniu występuje najjaśniej pełna zacności, powagi i poświęcenia się postać Piotra Bala, później podkomorzego sanockiego i głowy familii. Z odstępczych w wierze urodzony rodziców, będąc na nauki wysłany na jakąś nowowierczą wszechnicę do Niemiec, sam się przeniósł do Ingolsztadu, już tam na łono katolickiego kościoła powrócił i przywiózł ze sobą do kraju niezachwiane postanowienie wszystko ze swojej strony poświęcić, ażeby całowiekowe grzechy swojego rodu zatrzeć i imieniowi dawną, niepokalaną sławę przywrócić. Walki te, jakie zwodził ze swymi rodzicami, uporczywie trzymającymi się błędów kacerskich, i to zwodził w ten sposób, że ani przeciwko swojemu postanowieniu, ani przeciwko powadze rodzicielskiej nie zgrzeszył, przedstawiały obraz tym więcej zajmujący i wzniosły, ile że w końcu przecie uporczywość ich ugiął i zamarłą wiarę w nich wskrzesił. Za staruszkami, rewokującymi swe religijne odstępstwo, powracają do dawnej wiary i inni, a młody Piotr pierwszy wstęp swój w świat rzeczywisty uświetnia czynem tak wzniosłym i pięknym, że całą familię swoją, składającą się z głów kilkudziesięciu, własną ręką do pańskiej świątyni wprowadza i oddaje na powrót na usługi Matce Najświętszej i jej ukrzyżowanemu Synowi. Tak pięknie zacząwszy, zachęca on się jeszcze tym więcej do usług krajowi i wierze. Jakoż zamiast zasiadać wygodnie na którym ze swoich zabudowanych i zaopatrzonych we wszystko majątków, idzie on w głąb gór i borów i tam zakłada miasteczko Balogród. Tam zmurowuje zamek i osadziwszy go licznym zaciągiem zbrojnych, za ich pomocą całe góry sanockie na zawsze oczyszcza z opryszków. Jednocześnie w Balogrodzie muruje kościół, zakłada liczne wsie w okolicy, stawia wszędzie kościoły i przy nich s z k ó ł k i dla ludu buduje. Wykonując te prace ogromne w górach, nie zapomina on i o całej ziemi sanockiej; jakoż on to jest także, który w Nowym Tańcu nowy funduje kościół, z Hoczwi resztę kacerzy kalwińskich wyrzuca, jezuitów sprowadza do Krosna, muruje im dom i zaopatruje w dochody, a na koniec i klasztor Franciszkanów w Sanoku, spalony do gruntu, odbudowuje na nowo i zakonników do niego sprowadza. Śród tak pracowitego i pełnego poświęceń zawodu doczekuje się późnej starości, której lata ostatnie poświęca pracom piśmiennym o religii i dziejach Kościoła. Tak oczyściwszy góry tutejsze z niebezpiecznych włóczęgów i zbójców i pobudowawszy wsie w głównych miejscach, ubezpieczył on komunikację z Węgrami i założył fundamenta do zaludnienia tych borów, dotychczas ledwie zagorzałym myśliwym dostępnych. Jakoż od tego czasu zaczynają się rzeczywiście zaludniać te góry, a zaludnienie to postępuje jak na owe czasy w sposób tak szybki, że zaledwie półtora wieku potrzeba na to, ażeby cały ten obszar ogromny aż po sam Bieszczad zasiadł się dobrze osadzonymi wsiami, i to wsiami takimi, z których prawie na każdej mieszkał osobiście jej właściciel, a później nawet i kilku. Za panowania Augustów góry tutejsze r o j ą s i ę j u ż s z l a c h t ą o s i a d ł ą i l u d e m – a za konfederacji barskiej, kiedy Pieniążek pierwszy jej sztandar tu w górach podnosi, to zaraz w pierwszym dniu z samych okolic Balogrodu zbiega się do niego sto szlachty zbrojnej, którymi ima dnia tego sto Węgrów zaciężnych wojewodzińskich, uciekających tędy za Bieszczad. Nim tenże Pieniążek ze twoim oddziałem do Sanoka dochodzi, ze setki szlachty robi mu się d w i e s e t e k – a kiedy we trzy dni później konfederacja całej już ziemi sanockiej zebrała się pod Rymanowem, to liczyła już 6000 zbrojnego ludu, pomiędzy którym było 600 ludzi zaciężnych księcia Marcina Lubomirskiego, 100 Tatarów, a 2000 samej szlachty sanockiej. To są już fakta dziejowe, liczebne, które tutaj nadmienić o tyle więcej miałem sobie za obowiązek, ile że takie zaludnienie nieurodzajnych gór tutejszych w porównaniu z ówczesnym zaludnieniem innych, daleko żyźniejszych okolic, łatwo mogłoby zrodzić powątpiewanie w prawdę mojego podania. A tymczasem prawda ta nie tylko się opiera i na piśmiennych, i ustnych swego czasu dowodach, ale te dowody są jeszcze do tego stopnia szczegółowe i jasne, że nie zostawiają pola najmniejszemu wątpieniu. Jakoż sam przyznać to muszę, że gdyby nie tak całkiem niezaprzeczone, bardzo często by przyszło zwątpić o prawdzie ich podań, bo nieraz takie przynoszą wieści, które dziś w oczach znającego położenie tego kraiku tracą wszelkie pozory prawdy i wyglądają nieraz jakby poprzetwarzane cienie dziejowych zdarzeń, błąkające się między chatami wiejskiego ludu. Tak na przykład jest wieść jakaś niepewna o jakimś panu bogatym i wielkim, który kiedyś przed laty miał mieszkać pod samym Bieszczadem, w małej wiosce Żubracze. Wieść ta opisuje ze szczegółami wyniosły i uzbrojony dwór jego i dziwne rzeczy rozpowiada o jego córce. Tej wieści dziwnej, już na pierwszy rzut oka niepodobna dać wiarę, bo wieś Żubracze jest ostatnią wsią pod samym Bieszczadem, leży w tak nieprzystępnym wertepie i pomiędzy tak ogromnymi borami, że jeszcze dziś można by tego nazwać odważnym, kto by sobie ją obrał na stałe mieszkanie. A tymczasem owa wieść niby niepodobna do prawdy jest samą prawdą – na tej wsi bowiem w r. 1765 mieszkał w istocie szlachcic możny i znamienity, a do tego jeszcze princeps nobilitatis, bo podkomorzy sanocki, Hieronim Bal, urodzony z Justyny Stadnickiej ze Żmigroda, fundatorki wołkowyjskiego kościoła, która później była za Orzechowskim, a mający za sobą, tak jak jeden z jego przodków, Tarłównę, której było Jadwiga na imię. I nie mieszkał tu wcale dla jakiegoś osobliwego powodu, bo oprócz tej posiadał on jeszcze wsi kilkanaście w samej ziemi sanockiej i utrzymywał dwór najznakomitszy wśród wielki, bogaty i ludny, i urzędował na podkomorstwie aż do ostatnich dni swego życia. I tak samo jak Bal na Żubraczem, mieszkał pod owe czasy na Jabłonkach Urbański, podstoli, a później jenerał; na Smereku, Kalnicy i Łuhu Łoś młody, a dalej inni, którzy wszyscy się dadzą wyliczyć i wymienić imiennie, a wielu z nich nawet opisać ze szczegółami. Patrząc dziś na te wioski, jak są opuszczone, nieintratne i biedne, zaprawdę pojąć jest trudno, jak w owe czasy mogli tu mieszkać ludzie tacy, którzy się ubierali w aksamity, jedwabie i złoto, utrzymywali dwory liczne, otwarte, wesołe, trawili życie na biesiadach i ucztach i jeszcze synom swoim i wnukom zostawiali nie znane już dzisiaj dostatki. Ależ czyż to tylko tę jedną rzecz z owych czasów pojąć nam trudno? Całe te czasy dzisiaj już nam są dziwne! niezrozumiałe nigdy zupełnie, a domniemane li tylko wtedy, jeżeli im z góry przyznamy miłość braterską, dziś już wcale nie znaną, patriarchalną prostotę i błogosławieństwo Boże, spoczywające bezustannie nad nimi. Wróćmy wszakże do Zubraczego. Do tego Bala bowiem, naówczas tam zamieszkałego, wiąże się szczególniejsze zdarzenie, które o tyle jaśniejsze rzuca światło na tamte czasy i tamtych ludzi, ile że samą prawdę w sobie zawiera. Opowiem je tak, jak się do mnie dostało. Podkomorzy, żeniąc się z Jadwigą Tarłówną, miał już włosy przyprószone siwizną. Małżeństwo to przez lat kilka Pan Bóg żadnym nie błogosławił potomstwem. Dojmowało to podkomorzego o tyle głębiej, ile że miał się już za ostatniego potomka tej zamożnej i tak znakomitej rodziny, bo lubo był jeszcze jeden Bal, jego brat lub synowiec, dziedziczący na Nowosiółkach, lecz ten poszedłszy na kresy, od lat długich żadnej o sobie nie dawał wieści. Wszak Pan Bóg nareszcie ulitował się nad podkomorstwem i dał im córkę, która się urodziła dnia 4 grudnia w roku 1765. Wielka stąd radość w domu, sute chrzciny, przy których nowo narodzone dziecię dostaje imię Barbara. Jednakże wielkie to wesele zmienia się nagle w jeszcze daleko większą żałobę. Po chrzcinach bowiem rozweseleni goście zabierają podkomorzego na dni kilka ze sobą, a tymczasem podkomorzyna nagle zapada w słabość i umiera. Podkomorzy powraca do domu, a zastawszy żonę na katafalku, apopleksją rażony, upada przy jej zwłokach nieżywy. Dziesięć dni życia dopiero licząca Basia zostaje wprawdzie panią wsi kilkunastu, ale zarazem i sierotą, w najnieszczęśliwszym pozostawioną stanie. Nigdzie bowiem w bliskości nie było krewnych bliższych, a chociaż jacy byli, to ci, przy zatamowanej przez zaspy i burze zimowe komunikacji, może i długo nic nie wiedzieli. Tak to dziecię pozostawione dworowi, który po śmierci podkomorstwa jeszcze się jakiś czas trzyma, lecz niebawem już się zaczyna rozłazić. Wkrótce wszakże zjawiają się skądeś dwaj dalecy krewni podkomorzego imieniem Karszniccy, którzy kto wie, azali nawet z dala byli mu krewni. Karszniccy-Leliwici byli wprawdzie po kilkakrotnie spokrewnieni z Balami, a najbliżej przez Franciszka Karsznickiego, podkomorzego halickiego, który miał za sobą Balównę, a którego córka jedyna była za Bobowskim; ale jak ci wszyscy już naówczas nie żyli, tak o tamtych nikt nic prawie nie wiedział. Pewną rzeczą jest jednak, że jakimkolwiek pieczętowali się herbem, byli to wielcy hultaje, nie mający żadnej własności i hultający po świecie od dawna. Przybywszy oni do Żubraczego, zaczęli w nim zaraz gospodarować. Jakoż iście hultajskie było to gospodarstwo, do którego stanowczo i głównie dopomogły im burze zimowe tak gwałtowne i trwałe, że po ich przybyciu do Żubraczego przez kilka tygodni nie było tam żadnego przystępu. Te kilka tygodni było dostatecznymi dla Karsznickich do uskutecznienia tego wszystkiego, co leżało w ich niecnych zamiarach. Jakoż przez ten czas popakowali oni wszystkie złota, srebra i kosztowności, które zapełniły kilka sań drabnych; przez ten czas porozpędzali resztę sług wiernych nieboszczykowskich, wyprawiając ich w większej części do bliskich Węgier; przysposabiając zaś ostatki ruchomego majątku do tym łatwiejszego wywozu, spędzonymi z Zubraczego chłopami torowali tymczasem drogi do jak najprędszego wyjazdu. Niebawem też powyprawiali naprzód wyładowane kosztownościami sanie, za nimi inne sprzęty większej wartości, a wreszcie i sami, niemowlęcą Basie w pieluszkach zabrawszy z sobą, wyruszyli w drogę. Jednakże jadąc, zapewnie dobrze podchmieleni na burzę i więcej transportem dóbr zrabowanych, niżeli ich właścicielką zajęci, dziecię to drobne w jakiejś zamieci około Jabłonek zgubili i nie wiedząc nic o tym, dalej odjechali. Wszakże nad tą dzieciną, pozbawioną ludzkiej opieki w tej chwili, czuwa wyraźnie opieka Boska. Maluczką Basię bowiem, zagrożoną zmarznięciem w śniegowej zaspie, znajduje poczciwa wieśniaczka z Jabłonek, przynosi ją do swej chaty, ogrzewa, odkarmia i otacza macierzyńską miłością i pieczą. Karszniccy, ujechawszy mil parę, spostrzegają się, że dziecię zgubili, wracają nazad i odszukują je dnia drugiego w wieśniaczej chacie, lecz na prośbę usilną cieszącej się nią nad wszelki wyraz jej przypadkowej matki, zostawiają ją u niej do czasu z dodatkiem wprawdzie znacznej nagrody, ale też i z najsroższym rozkazem niewyjawienia tej tajemnicy. Po uciszeniu się burz i przywróceniu komunikacji dowiaduje się szlachta o wszystkim, co się stało w Żubraczem. Zawsze jak najsurowiej i z zakonną prawie solidarnością przestrzegająca zacności obywatelskiej, burzy się taż szlachta tym niesłychanym wypadkiem; burzy się, zjeżdża po domach, wykrzykuje i grozi krwawą zemstą Karsznickim; lecz w braku bliższych krewnych ukrzywdzonej dzieciny, w braku nawet krewnych takich, którzy by dla zysku pragnęli dla siebie tak korzystnej nad ogromną fortuną opieki, sprawa ta pomału upada i gaśnie. A kiedy wreszcie szlachta doprowadza do tego, że przez obranych do tego pełnomocników odszukuje gdzieś na Podolu Karsznickich, to już się to staje po czasie: Karszniccy bowiem wtedy wykazują sądownie im przyznaną opiekę. O małej Basi nikt nic nie wie i o nią nie pyta. Karszniccy wszakże pamiętają o niej aż nadto dobrze; jakoż po dwóch leciech odbierają ją milczkiem od przybranej matki wieśniaczej i równie milczkiem oddają ją na wychowanie do klasztoru panien benedyktynek w Przemyślu. Jakie w sprawie tego wychowania pomiędzy Karsznickimi a przełożoną klasztoru zawarte zostały umowy, pokażą to dalsze tej historii wypadki – na teraz całą tę sprawę pokrywa nieprzerwane milczenie i podczas kiedy Karszniccy wedle swojego upodobania gospodarują na pozostałych po podkomorzym majątkach, o młodej Balównie tylko bajeczne jakieś wieści krążą przez lat całych czternaście. Przez cały ten przeciąg czasu młodziutka Basia zostaje na wychowaniu w pomienionym klasztorze. Ale jakież to jest wychowanie! Oto zakonnice obchodzą się z nią wprawdzie łagodnie, ale utrzymują ją w jak najzupełniejszej niewiadomości wszystkiego, co się dzieje na świecie. Basia nie umie ani czytać, ani pisać, Basia nie ma o niczym pojęć najmniejszych, ani o Bogu, ani o ludziach, ani o tym wszystkim, co żywie na świecie. Basia nawet nie wie, azali jest świat jaki. Jej oko nie wyglądnęło nigdy za mury klasztoru, nie widziało nigdy żadnego obcego człowieka. Cały świat jej znajomy, to klasztor – a cała ludzkość, to zakonnice. Wychowana w takiej niewiadomości wszystkiego, nie usposobiona nawet o tyle, ażeby mogła zostać siostrą zakonną, zdaje się, że już daje najpewniejszą rękojmię Karsznickim, że się o majątek swój nigdy już nie upomni. Ale nad Basią czuwa ciągle opatrzność Boska. Zdarza się tedy na jednym dniu letnim, w skwarne południowe godziny, że kiedy w klasztorze jest jakieś niezwyczajne zajęcie, furta klasztorna zostaje na chwilę otwartą. Czternasty rok wtedy licząca już Basia znajduje się w pobliżu tej furty i po raz pierwszy w życiu przez nią w świat zaklasztorny wygląda. Na widok tego świata, o którym dotychczas nie miała ani marzenia, młodziutka dziewczyna staje zdziwiona jak wryta i całym wzrokiem, całą duszą, całym sercem obejmuje ten obraz, który jej się wydaje jakimś cudownym zjawiskiem. A ten obraz do tego jeszcze tak piękny cudownie! Przed samą furtą bowiem płynie San jasnobłękitny i przejrzysty jak kryształ. Szeroki on jest nad jej wszelkie pojęcia, a na jego drugim brzegu widać ogrody i domy, a dalej miasto murowane z kamienia, rozścielające się ku górze, a nad miastem widać dwa wielkie ze złoconymi krzyżami na wieżach kościoły, a nad kościołami na górze, już prawie pod niebem, widać zamek wspaniały i wielki! – Wszystko to Basie dziwnie ku sobie pociąga, sama nie wie, co robi, i mimo woli wybiega za furtę. Wszakże tam z większą daleko ciekawością niż miastu przypatruje się wodzie i widząc ją tak błękitną, tak chłodną, tak czystą, że w niej policzyć można wszystkie najpiękniejsze kamyczki, dziwny do niej uczuwa pociąg; chciałaby koniecznie użyć tej wody do syta. Jakoż nie namyślając się długo, zstępuje z brzegu i wstępuje w koryto rzeki, a pojąc się rozkoszą jej chłodu i igrając z jej drobniutkimi falami, postępuje coraz dalej i dalej przy brzegu pod wodę i zapomniawszy o klasztorze zupełnie, mknie gdzieś z dala od furty. W niedługo chwilę spostrzegają się panny, że Basi nie masz, lecz nie mogąc przypuścić, ażeby wyszła za furtę, która pod ową porę już była na powrót zamknięta, szukają ją w obrębach klasztoru. A kiedy wreszcie klasztorni słudzy wybiegają za furtę, to znów, nie mogąc przypuścić, ażeby Basia się odważyła wejść do wody, szukają ją tylko na lądzie, krzyk tedy, płacz i rozgwar w klasztorze, ale zgubionej Basi jak nie było, tak nie ma. Chcącym odszukać tę zajmującą nas zgubę, nie należy nam trzymać się mniszek, które ją nie znalazły, ale wejść raczej na tę drogę, na której istotnie znalezioną została. A droga to zaprawdę i daleka, i dziwna. Owóż tedy na granicach ziemi sanockiej, od strony województwa sędomirskiego a pilznieńskiego powiatu, leży miasteczko Niebylec. Na tym Niebylcu, na Lutczy, Konieczkowej i przyległościach dziedziczył pan Marcin Junosza Łempicki, łowczy nurskiej ziemi, który z pierwszej żony, Kaczkowskiej, podkomorzanki bełskiej, miał jedynego syna – z drugiej, niewiadomej z nazwiska, żadnego nie zostawił potomstwa – a z trzeciej, Elżbiety z Brześciańskich, miał jedenaście córek i jednego syna, Konstantego. Kiedy Konstanty był jeszcze w pieluszkach, pan łowczy nurskiej ziemi pożegnał się z tym światem, zostawując żonę z trzynaściorgiem dzieci i z znakomitym wprawdzie majątkiem, ale bez żadnej opieki. Wszakże pani Łempicka, prawdziwy typ matki, gospodyni i obywatelki swojego czasu, obchodzi się snadnie bez opieki, a nawet bez cudzej porady. Zarządza ona pozostałą po mężu fortuną wybornie i wychowuje drobne jeszcze swe dzieci z nadzwyczajną troskliwością i oględnością na przyszłość; lecz przy tym nie zapomina także i o obowiązkach macochy i równie zapobiegliwie stara się o to, ażeby mogła najstarszego syna swojego męża, z pierwszej żony urodzonego, jak najlepiej ożenić i przyszłość mu ubezpieczyć. Syn ten, przyszły dziedzic Niebylca, a dziś już namiestnik w królewskiej chorągwi, liczy już lat blisko trzydzieści i stoi ze swoją chorągwią w Przemyślu. Obmyśliwszy mu kilka stosownych partyj, jedzie pani Łempicka do niego do Przemyśla, ażeby go do wyboru jednej z nich skłonić. Pan namiestnik wszakże się waha i postanowienie swoje na czas późniejszy odkłada. Nie zadowalnia to jego macochę, lecz widząc, że na ten raz musi od swego zamiaru odstąpić, wybiera się z rezygnacją na powrót do domu. Jednakże w samą wigilię wyjazdu, robiąc różne sprawunki w mieście, każe się wieźć także do klasztoru p.p. benedyktynek, ażby tam, wybornie przez nich sporządzanych, pierników nakupić. Dzieje się to prawie w tę samą chwilę, kiedy Basia zniknęła. I trzeba właśnie takiego zdarzenia, żeby pani Łempicka sama ją tuż przy moście znalazła. Uderzona widokiem pięknej i ślicznie wyrośniętej panienki, kąpiącej się w sukienkach w Sanie, zatrzymuje swój powóz i wdaje się z nią w rozmowę. Na zapytanie: Kto by była? – dowiaduje się pani Łempicka od zalęknionej dziewczynki li tyle, że się nazywa Basia i że jest z klasztoru. Trudna jest dalsza z tą szczególniejszą dziewczyną rozmowa, bo pomimo wzrostu i wieku, jest ona dzieckiem, zaledwie umiejącym szczebiotać i nie mającym o niczym wyobrażenia. Dowiaduje się przecież pani łowczyni od niej na koniec, że jej myślą nie było wcale od zakonnic uciekać, a jeśli nie powróciła do klasztoru dotychczas, to tylko dlatego, iż się obawia słusznie zasłużonej kary za przestąpienie furty klasztornej. Pani łowczyna wszakże, przez to tym bardziej poczuwająca się do obowiązku zasłonienia swoją powagą tej dziecięcej winowajczyni, prędko tę bojaźń w niej uspokaja i sama ją do klasztoru odwozi. Tymczasem w klasztorze w samej rzeczy ogromna burza się zebrała na Basię. Przełożona i starsze panny, zamiast się szczerze ucieszyć powrotem zgubionej dziewczynki, koniecznie ją chcą ukarać. Przestraszona dziewczyna tuli się z drżeniem i płaczem do pani łowczynej, która też z całym zapałem bierze ją w swoją obronę i w końcu rzeczywiście od kary ochrania. Wypadek ten przywiązuje Basie do tej nowej opiekunki tak mocno i tkliwie, że kiedy przychodzi do pożegnania, zaledwie się zdoła od niej oderwać. Ale to także pozyskuje dla Basi całe serce pani Łempickiej, która po części z litości nad biedną nieznajomą sierotą, po części z ciekawości okrywającej ją tajemnicy, pozostaje umyślnie jeszcze dni kilka w Przemyślu i skarbiąc sobie różnymi sposobami serce zakonnic, codziennie Basię odwiedza. Doświadczonej i biegłej w podobnych sprawach matronie nietrudno było już od dni kilku odkryć całą tajemnicę, otaczającą Basię i zamierzony cel jej pobytu w klasztorze. A po wykryciu tego i ona także stawia sobie cel względem Basi i zwierza się z niego tylko swojemu pasierbowi. Nieskory do ożenienia Łempicki nie bardzo rączo chwyta się tego, lecz ciekawością wiedziony, z chęcią przystaje na to, ażeby i on z macochą odwiedził Balównę u kraty, na co pozwolenie u przełożonej przez zapobiegliwą łowczynę już wyrobione. Pani Łempicka nawet przez te dni kilka zrobiła daleko więcej, usposobiła ona bowiem całkiem do swoich zamiarów Basię i widziała się nawet po dwakroć z owoczesnym biskupem przemyskim, Józefem Skierskim, i miała z nim długie narady. Dosyć że: „... tak ułatwiwszy wszystko – pisze sam pan Junosza-Łempicki, wówczas namiestnik, później rotmistrz chorągwi pancernej – przywiodła mnie moja macocha do furty, a ja, zachwycony anielską pięknością osieroconej dzieciny, a nawet jej niewiadomością nęcony, od razu przylgnąłem do usnutego projektu pani matki i bez najmniejszego oporu ze strony panny, pod pretekstem przewiezienia ją na spacer na górę zamkową, Przemysława imię noszącą, wywieźliśmy młodą Balównę z klasztoru wprost do katedry, gdzie ówczesny biskup przemyski, Skierski, herbu Jastrzębiec, dal nam ślub za indultem”. Tym sposobem ta nieszczęśliwa ofiara drapieżności krewniaków w oka mgnieniu prawie uwolnioną została z wiekuistego więzienia i los jej przyszły, odpowiedni jej ogromnej fortunie, jej imieniowi i wrodzonym przymiotom umysłu i serca, zabezpieczony na zawsze. Wszakże nie koniec na tym, dziwne bowiem jeszcze koleje miało przejść to małżeństwo, zanim wolno mu było w spokoju pożywać owoce bólów, poświęceń i szczęścia. Łempicki, wziąwszy ślub w katedrze przemyskiej, lubo żona jego była mu już przez kościół oddana, ucieka z nią jednak czym prędzej, jak z ukradzionym towarem. Jeszcze dnia tego samego wyjeżdża on do Niebylca, gdzie na zamku murowanym, odziedziczonym wraz z majątkiem po ojcu, siada. Obwarowuje on się zewnątrz od wszelkich spodziewanych napadów, a pod tą obroną z dziwnie tkliwym i bogobojnym uczuciem używa szczęścia, które o tyle jest większym i czystszym, i świętszym od zwykłych dni majowych małżeńskich, ile że żona tutaj nie jest jeszcze kobietą, lecz dzieckiem, a mąż jest nie tylko kochankiem i mężem, ale zarazem nauczycielem i prawie ojcem. Z najtkliwszym też uczuciem pisze sam o tym Łempicki: „Sądzę, że Ewa, na świat przyszedłszy – są jego słowa – więcej się wszystkiemu nie dziwiła, wszystkim nie bawiła, jak młodziuchna żonka moja, która prócz ołtarzy w kościele i kurytarzy w klasztorze nic nie znała. Ale poczciwe to było serce, serdecznie mnie pokochała. Pod przewodnictwem mojej macochy kształcić się zaczęła, a nauki od abecadła z nią zacząć musiałem. Lecz wszystko, co jej pokazywałem, pojmowała sercem i wyrabiał się w niej powoli ten duch szczytny, ten rozsądek i ta godność, które były głównymi cechami późniejszego jej życia”. To szczęście wszakże, mające tak głębokie podstawy moralne, nie miało trwać długo. Niebawem bowiem dowiadują się Karszniccy o wykradzeniu Balówny i jej ślubie z Łempickim. Karszniccy do tego czasu jak najhaniebniej pogospodarowali w majątkach swojej pupilki. Oprócz zabranych kosztowności i sprzętów cennych roztrwonili oni cały i wszelki jej majątek ruchomy, co większa! wsie takie, jak Hoczew z przyległościami, Teleśnicę, Sannę, Zawoż i Zwierzyń posprzedawali zupełnie, a inne powypuszczali w zastaw lub w długoletnie dzierżawy. A od takiego męża, jakim był Łempicki, pan na Niebylcu, towarzysz chorągwi pancernej, a do tego jeszcze sławny swojego czasu legista , należało im się spodziewać sprawy niełatwej, bo nawet liczyć mogli na to z pewnością, że nie tylko ich o rachunki z dóbr wezwie do sądu i z sądu nie puści, ale jeszcze i za takie obejście się z Basią zadośćuczynienia poszuka. Wszakże pomimo to wszystko nie tracą jeszcze serca Karszniccy. Ich pokalane sumienia nie kaja się najpodstępniejszych intryg i na nieszczęście służą im dobrze po temu towarzyszące czasowi stosunki. O owych czasach wiele by dzisiaj powiadać, bo to były pierwsze lata po tak zwanej rewindykacji Galicji – istna wieża Babel opinij, uczuć, wyobrażeń, władz, sądów itd. – pole, jak najrozłożyściej otwarte wszystkiemu i wszystkim – toteż je krótko charakteryzuje Łempicki, mówiąc: „I pod samą miarę siedzimy w tym kale, ani w nim się utopić, ani wygrzebać się zeń nie możemy”. Toteż takie pole jak najlepiej posłużyło Karsznickim. Wkrótce bowiem Łempicki, obwiniony o tajemne knowania przeciwko cesarzowej-królowej, wzięty jest na swym zamku, otoczony strażą i odwieziony na zamek krakowski. Zaledwie zaś jego wzięto, Karszniccy zbrojno napadają na zamek w Niebylcu, palą go, a śród pożaru porywają Basie i osadzają znowu w klasztorze. Tymczasem Łempicki, uwięziony w Krakowie, przechodzi męki piekielne. Oderwany od żony, od majątku i swojej własnej rodziny, dręczy on się kolejną niespokojnością o wszystko, bo wszystko teraz zostawione jest na pastwę dowolną Karsznickim. Dobywa też on wszelkich sił z siebie, ażeby się uniewinnić i jak najprędzej wolność odzyskać, ale jakoś mu to nie idzie. „Indagowany, odpowiada jak na prawego szlachcica przystało” – ale mu to najmniej pomaga. Po ukończeniu śledztwa papiery odesłane do Wiednia, z tych papierów żadna wina się nie pokazuje na niego, lecz pomimo to więzień pozostawiony w więzieniu. Śród tego czasu Karszniccy, niezadowoleni jeszcze tym wcale, co już uskutecznili, nie zasypiają zgoła swej sprawy. Posiadają oni na powrót Balównę w swych ręku, ale chcą jeszcze prawność tego posiadania mieć po sobie. W tym celu podali oni o unieważnienie jej ślubu z Łempickim, wkrótce też sami jadą do Wiednia, mataczą, kręcą i w końcu – po kilkumiesięcznych zabiegach – uzyskują w istocie wyrok unieważniający samowolny ślub małoletniej Balównęj. Z tym wyrokiem śpieszą się oni czym prędzej do Przemyśla i już są w Przemyślu, i już biegną z nim do biskupa, kiedy wstępując w progi biskupiego pałacu, dostrzegają w nim niezwyczajną żałobę. Przerażeni pytają: co by to było? – i dowiadują się, że biskup przemyski, Skierski, zgasł przeszłej nocy. Przybyli więc o dzień jeden za późno, albowiem w prawie kościelnym jest powiedziano wyraźnie: że kiedy ksiądz, który złączył małżeństwo, umiera, ślub dany przezeń pozostaje ważnym na zawsze. Tak więc i wyrok Karsznickich istnym zrządzeniem opatrzności Boskiej, czuwającym wciąż nad sierotą, spełza na niczym. Po usunięciu jednej przeszkody, stojącej złączeniu się na powrót małżeństwa na drodze, z równą szybkością usuwa się i druga. Wszakże i Łempickiego nie uwalnia z więzienia ani jego niewinność, ani zdolność prawnicza, ani jaki bądź przewidziany koniec tej sprawy, tylko także taki sam nieprzewidziany przypadek, także zrządzenie tej samej opatrzności, czuwającej bez przerwy nad Basią. Łempicki bowiem wciąż siedzi i żadnej nie ma nadziei. Lecz zdarza się, że Stanisław August, król polski, odwiedza Kraków naówczas. Lubo Kraków należał podtenczas jeszcze do krajów pozostałych pod rządem Stanisława Augusta, cesarzowa-królowa trzymała na zamku krakowskim swych więźniów – takie to były czasy i takie stosunki! – król, będąc w Krakowie, odwiedza zamek i w zamku się dopytuje o więźniów. Korzysta z tego szczęśliwego zdarzenia Łempicki, uzyskuje posłuchanie u króla i opowiada mu całe swoje położenie. Wzruszony tym położeniem monarcha obiecuje więźniowi wstawić się za nim do cesarzowej-królowej i na jego szczęście dotrzymuje swej obietnicy, po czym w istocie wkrótce Łempicki, uniewinniony zupełnie, wypuszczony na wolność. Pierwszym krokiem Łempickiego po odzyskaniu wolności było oczywiście połączenie się z żoną. Jakoż w istocie z Krakowa jedzie on wprost do Przemyśla, odbiera swoją najukochańszą żonę z klasztoru i uwozi ją z sobą do Niebylca. Szczęście jego domowe powraca nazad, które teraz jeszcze o tyle większą ma cenę, o ile jeszcze większymi trudami i cierpieniami jest odkupione. Nie jest to szczęście wszakże bez dni pochmurnych. Pomiędzy wonne kwiaty miłości i wzajemnego szacunku plotą się także piołuny. A tymi są głównie majątkowe straty i zawikłania. Łempicki bowiem, ożeniwszy się z jedną z najbogatszych panien swojego czasu, nie tylko za nią rzeczywiście nic nie wziął, ale jeszcze przez nią niemało ze swego uronił. Na Niebylcu spalono mu zamek i wszystkie gospodarskie budynki, zrabowano mu wszystkie zasoby i poniszczono dobytki. Wraca on z żoną do domu, ale w domu zastaje tylko ruinę, pustkę i zniszczenie. Wszakże go to wcale nie zraża. Bez skargi na ustach, a z ufnością w błogosławieństwo Boże, podaje on sobie z żoną rękę do obopólnej wytrwałości i pracy. I praca mu idzie sporo, i Pan Bóg mu błogosławi. Wkrótce też odbudowuje swój zamek, stawia nowe budynki i gospodarstwo swoje do dawnego przywodzi ładu. Jednocześnie wytacza proces Karsznickim o żonine majątki. Krząta on się około tego umiejętnie i zręcznie, ale już tu idzie oporniej. „Sto procesów przeprowadza kolejno” – ale nie każden z nich pożądane przynosi owoce. Sądownictwo ówczesne służy więcej krzywdzącym niż ukrzywdzonym i w tym największa przeszkoda. W kilka lat także umierają Karszniccy, a z ich śmiercią niektóre sprawy same przez się padają. Inne rozwlekają się jeszcze bardziej, przedłużają się w lat dziesiątki i dalej!... Jednakże po leciech dwudziestu i kilku kończy on te procesy i z majątków żoninych odbiera w całości Średnią Wieś, Zubracze, Solinę, Polanczyk i inne. Rozległe te posiadłości, wyniszczone do najwyższego stopnia, wymagają jak najstaranniejszego zarządu, aby mogły do dawnego bytu powrócić. Z dala nie da się taki zarząd prowadzić i są już wtedy te czasy, w których o wierne sługi równie trudno, jak o dobrych przyjaciół. Dlatego Basia a dzisiejsza pani Łempicka proponuje mężowi, ażeby odtąd w Średniej Wsi zamieszkali. Mąż na to zezwala, ale nie mogąc znieść rozdziału ze swoim ukochanym Niebylcem, wkrótce sam do niego .powraca. Odtąd pani Łempicka sama w Średniej Wsi mieszka – i tu dopiero występuje ta osobliwszych cnót pani w całej swojej wielkości i blasku. Całym majątkiem swoim ona sama zarządza. Nie trzyma żadnego rządcy ani podstarościego, lecz wszędzie rządzi przez włodarzów, przez chłopów. I wszystko pod jej ręką rośnie, rozwija się i przychodzi do stanu bogactwa. Na wszystkich wsiach stają nowe budynki, wszystkie role obfitują w urodzaj, wszystkie gromady przychodzą do zamożności. Z gromadami osobliwie umie się ona obchodzić. Nie jest ona ich panią, lecz opiekunką i matką. Zna ona każdego gospodarza, każde dziecko we wsiach swoich i wie, co się dzieje pod każdą strzechą. Nie znosi nigdzie głodu i niedostatku i wszystkich własną wspomaga ręką. Zaprowadza spichrzę gromadzkie i nadzór starszyzny nad pracą i rządzeniem się wszystkich, i tym sposobem ubezpiecza ich dobry byt materialny. Szczególniejszy wszakże wzgląd jeszcze ma ona na ich stronę moralną. Nie cierpi nigdzie lenistwa, pijaństwa, kradzieży i ażeby te chwasty wyplenić z gruntu, osobne ku temu tworzy instytucje. Tymi instytucjami .są wszędzie sądy gromadzkie, które nie tyle mają na celu karę, ale głównie poprawę, a w razie niepoprawności banicję. Tym sposobem staje się ona fundatorką nie tylko dobrego bytu swych włościan, ale podnosi ich z czasem do tego stopnia moralnie, że nie masz u nich przykładu żadnego występku, a oni sami stają się w długie czasy pamiętnym przykładem dla swoich braci sąsiednich. Lecz takich celów dopiąć może tylko taki charakter, jakim pod każdym względem jaśnieje osierocona niegdyś Balówna. Była ona pobożną całą duszą i sercem, ale bez ostentacji i wielomówstwa. Modliła się Bogu nie godzinkami, lecz uczynkami, modliła się całym życiem swoim. Dobro bliźnich było u niej zawsze na pierwszym miejscu, jej własne na miejscu ostatnim. Hojna i szczodrobliwa dla wszystkich, dla siebie była oszczędna i wyrachowana; pobłażająca wszystkim, a najsurowsza dla siebie, nie położyła się nigdy do snu, jeżeli, obliczając się z swoim sumieniem, nie wyrachowała się przed sobą z dokonanego na tym dniu poczciwego uczynku. Jej serce było zawsze w zgodzie z rozumem, a jej rozsądek umiał po prostu rozwiązywać wszystkie najzawikłańsze trudności. Nie mieszkając z mężem w latach ostatnich, odwiedzała go często i jego przyjmowała u siebie, otaczając go zawsze najtkliwszą miłością i głębokim szacunkiem. Jej dom należał do najgościnniejszych w okolicy, a jej umiejętność przyjmowania wszystkich gości z równą uprzejmością, lecz przy tym z godnością a bez próżnej i niezmierzonej wystawy, żyje w pamięci sędziwych sąsiadów do dziś dnia. Śród tak cichego w swoim rodzinnym zakątku, a przecie pełnego takich cnót świetnych zawodu, umarła ta świątobliwa matrona w roku 1823. Jej pogrzeb należy do najświetniejszych i wystawnością podejmowaną przez męża, i mnogością mów pogrzebowych, lecz głównie owym płaczem tysiąco-głośnym jej licznych gromad, które jednym, nieutulonym jękiem, jakby lamentem całej ziemi, napełniły powietrze. Mąż o kilka lat jeszcze ją przeżył, umierając dopiero W roku 1830. Z tego małżeństwa pozostała li jedna córka Zofia, która była za hrabim Ankwiczem. Tak więc te góry tutejsze, nie tylko że były tak zaludnione, jakimi się pokazują w Nieczujowych powieściach, ale nawet się rodzili i mieszkali w nich ludzie tacy, na jakich dzisiaj wzmóc się nie umieją nawet najpołożystsze doliny. I te cnoty domowe i publiczne, i owe obyczaje dawne, na mocy których utrzymywał się tak nieporównanie piękny stosunek włościan do panów, dlatego właśnie, że ta kraina była tak górzysta i obcym żywiołom tak nieprzystępna, chowały się tutaj w takiej czystości, że tak jak w powieściach Nieczui, tak i w nietkniętych piórem późniejszych podaniach, wszystko, co dobre, poczciwe i czyste, to swoje, a co tylko występne lub tylko dziwaczne, to pewnie jakiś z krain obcych tu przywleczony niestatek. Rozpatrując się tak w pisanych, jak ustnych pamiątkach domowego życia tej ziemi, dziwić się trzeba zaiste, jak surowo przestrzegano tutaj zacności i cnoty, i jak silną i czynną była pod tym względem opinia publiczna. Wszyscy mieszkańcy tutejsi byli tu niby jakimś zakonnym stowarzyszeniem, w którym kapituła, złożona ze starszych, bezustannie czuwała nad moralnością stowarzyszenia. Jej policja była tak czujna, że najmniejsza drobnostka nie uchodziła jej wiedzy, jej sąd był zawsze doraźny, często nawet tak srogi, że śmierć przynosił obwinionemu. Niżej opowiem wypadek, stwierdzający to podanie, tutaj zaś wspomnę o tym, że nie kto inny, tylko tak silna opinia publiczna sprawiła to, że od najdawniejszych czasów, aż do ostatnich, dzieje tutejsze nie przypominają ani jednego głośniejszego występku, ni jednej zbrodni. W ostatnich latach dopiero, kiedy rozwiązłość obyczajów za Sasów rozgrzeszyła całą Rzeczpospolitą do tego stopnia, że owoczesne dzieje domowe składają się niemal z samych burd, zajazdów, zabójstw i innych gwałtów, i tutaj także popełnioną została zbrodnia, która wszakże, lubo niemniej jasne rzuca światło na stan ówczesnych obyczajów i moraliności publicznej, zawiera w sobie jeszcze jeden rys taki, że dla niego samego zdarzenie to powinno wzbudzić nasze zajęcie. Zdarzenie zaś to było następujące: Jan Prosper na Załuskach, Gostkowie i Łasku, Junosza z Tabaszów Załuski, kuchmistrz Wielkiego Księstwa Litewskiego, Chęciński, zawistowski starosta i Orła Białego kawaler, dziedziczył w ziemi sanockiej na miasteczku Jasienicy i okrążających go wsiach kilkunastu. Dobra te wszystkie były niegdyś częścią dóbr odrzykońskich, czyli kamienieckich, które po Kamienieckich, Betmanach, Bonerach przeszły do Firlejów, przez Firlejównę do Tarnowskich, przez Tarnowską do Wierzbowskich, a przez Ludwikę Wierzbowską dostały się Hieronimowi Załuskiemu, kasztelanowi rawskiemu, który był ojcem kuchmistrza. Pan kuchmistrz sam, mający Szołdrską za sobą i z nią dzieci siedmioro, rezydował na Jasienicy. Był to co do imienia i co do majątku pan znakomity, bo oprócz Jasienicy posiadał jeszcze tu Jabłonicę z przyległościami, a w Sieradzkiem państwo łaskie i państwo gostkowskie na rozgraniczu Sieradzkiego i Łęczyckiego. Przy tym wszystkim jednak był on umysłu spokojnego, a zamiast hucznym ówczesnym biesiadom, raczej naukom, rodzinie i gospodarstwu oddany, sam też wszystkie swoje majątki administrował. Pomimo to wszakże wieś Jabłonica z przyległościami dostała się około roku 1740 imć panu Antoniemu Baranowskiemu, stolnikowi dobrzyńskiemu, za małą sumę w zastaw trzechletni. Ten Baranowski, jaki człowiek był, trudno wiedzieć; pewna rzecz tylko, że przybył tutaj z ziemi dobrzyńskiej, że szukał tędy wsi do dzierżawy lub kupna, że mu się Jabłonica podobała nad inne, że ją chciał kupić koniecznie, a kiedy tego otrzymać nie mógł, poty męczył pana kuchmistrza, póki jej nie otrzymał w zastaw trzechletni. Jakoż ją trzymał trzy lata, a po trzech leciech wyprosił sobie rok czwarty: lecz kiedy po czwartym chciał jeszcze pozostać dalej, pan kuchmistrz nie chciał na to żadną miarą zezwolić. Po długich prośbach wszakże zezwala Załuski jeszcze na rok jeden, ale pod tym warunkiem, ze na rok przyszły o świętym Janie ma mu być Jabłonica oddana bez żadnych kwestyj. Baranowski zostaje, lecz już w biegu tego piątego roku daje się słyszeć z tym wszędzie, że z Jabłonicy za nic się nie ustąpi. Niecierpliwi to dosyć kuchmistrza, lecz zniecierpliwia daleko więcej, kiedy wysławszy na kilka dni przed świętym Janem swego rachmistrza, imć pana Jełczyckiego, do Baranowskiego z wezwaniem, ażeby sobie sumę zastawną odebrał, dostaje od niego stanowczą odpowiedź, że sumy tej nie odbierze, że ma inne do niego pretensje i Bóg nie wie, co jeszcze, a w końcu, że z Jabłonicy żadną miarą się nie ustąpi. Pisarzem grodzkim sanockim był naówczas imć pan Józef Malicki, późniejszy kasztelan, Wojciech Wielogórski regentem, a susceptantem Aleksander Rzepicki – do nich się tedy, jako do siedzących ciągle w Sanoku, udaje pan kuchmistrz, jak ma sobie w tej sprawie postąpić. Imć pan Malicki, przejrzawszy dokumenta, zapewnia kuchmistrza, że byle tylko sumę zastawną wraz z kontraktem zastawu złożył w kancelarii grodzkiej sanockiej, to pan Baranowski najniezawodniej będzie zmuszony oddać mu Jabłonicę natychmiast. Pan kuchmistrz tedy, zabrawszy z sobą to wszystko, zabiera także swego rachmistrza Pełczyckiego i w sam dzień nawrócenia świętego Piotra i Pawła udaje się do Sanoka, pewny tego, że wszystko jak najlepiej załatwi, nazajutrz do domu wróci, a w kilka dni potem Jabłonicę odbierze. Nie była to wszakże sprawa tak łatwa. Baranowski bowiem, lubo sam może nie tyle zły i mniej zręczny, ma jednak dziwnie sprężystą podporę w plenipotencie swoim, imć panu Mietelskim. Ten Mietelski jest to szczwany lis palestrancki, który całe życie przepędził na trybunałach i sądowych kadencjach, to jako plenipotent, to delator, to wreszcie świadek lub poplecznik najęty. Przez tego Mietelskiego śledzi Baranowski każdy krok Załuskiego, jakoż się dowiaduje i o tym, jaką on odpowiedź odebrał od Malickiego. Dowiaduje się wreszcie, że z deportacją sumy zastawnej sam pan kuchmistrz w dniu świętego Piotra i Pawła ma udać się do Sanoka. To mu też odbiera ostatnią nadzieję, jakoż do przynoszącego mu tę wiadomość Mietelskiego powiada z żalem:

– Jużeśmy teraz całkowicie przepadli. Lada jaki rajca z ciebie, Mietelski! a inną drogą może bym się przecie usiedział był w Jablonicy, boćby bez niej nie zgłodniał pan kuchmistrz. Ale na to Mietelski:

– I tak się waszmość jeszcze usiedzisz. Mam. ja sposoby na wszystko. Owo więc i na to jest sposób, a ma się tam oprzeć o kogo pan kuchmistrz, mam i ja się też oprzeć o kogo w Sanoku. Toż to nie tylko tam pan Malicki i panowie grodowi; jest tam przecie i chorągiew pancerna, a w tej chorągwi są tam Kunicki i Waryczeńko, a jegomość masz zasie swoich.

– Więc cóż powiadasz, Mietelski?

– Pojedziemy i my do Sanoka – odpowiada Mietelski – a tam obaczymy. – Jakoż rzeczywiście, kiedy pan kuchmistrz dopiero na dzień świętego Piotra i Pawła wybiera się do Sanoka, Baranowski z Mietelskim już w wigilię tam przybywają. W Sanoku wówczas stoi rzeczywiście chorągiew pancerna. Jest to chorągiew jw. Józefa Mniszcha, kasztelana krakowskiego, której namiestnikiem jest imć pan Ludwik Lubieniecki, Antoni Osuchowski chorążym, a z towarzystwa bawią przy niej naówczas imć pan Kosobucki, Jan i Mikołaj Bukowscy, Józef Siedliski, Witski i kilku innych. Pomiędzy tymi wszakże znajdują się jeszcze dwa indywidua, jeden Kunicki, a drugi Waryczeńko, zwany czasem Waręzki, o których trudno przypuścić, ażeby byli istotnymi towarzyszami chorągwi, bo na to nie zezwalają ich późniejsze uczynki. Towarzystwo w chorągwi było tak znamienitym zaszczytem, że o niego ubiegały się najpierwsze imiona; towarzyszem chorągwi nie mógł być wówczas, tylko szlachcic herbowy, znanego powszechnie domu, a nawet i dla takich jeszcze uzyskanie tego zaszczytu było pod owe czasy taką trudnością, że nawet szlachcic osiadły i piastujący już ten albo ów urząd w powiecie miał siebie za szczęśliwego, jeżeli go za pomocą instancyj i długich zachodów uzyskał. W takiej chorągwi zresztą, której każdy prosty towarzysz nie mógł pójść pod komendę nawet jenerała cudzoziemskiego autoramentu i która przeto składała się prawie z samego kwiatu ówczesnego obywatelstwa, nawet za Sasów przestrzegano z taką surowością honoru, zacności i czystości spraw wszelkich, że o tym, ażeby się .pod nią jako istotny towarzysz mógł znajdować człowiek podejrzanego charakteru i wolnego sumienia, nie można ani pomyśleć. Kunicki i Waryczeńko, lubo ich manifest pani kuchmistrzowej litewskiej takimi zowie, nie mogli być jednak towarzyszami chorągwi. Jakoż inaczej i całkiem prawdziwie wyjaśnia nam to tradycja. Chorągiew taka, konsystująca w Sanoku, jeżeli się samowolnie nie mieszała w sprawy powiatowe albo prywatne, nie miała właściwie nic do czynienia. Lubo więc obowiązkiem było, ażeby chorągiew taka była o każdej porze przynajmniej w trzeciej części towarzystwem okryta, towarzysze jej jednak, będąc po największej części szlachtą osiadłą, mającą w domu swoje własne zajęcia, nie siedzieli nigdy w chorągwi, kontentując się tym, że się po kilka razy do roku zbierali na koło rycerskie, że swoich luzaków, czyli pocztów utrzymywali w Sanoku i zresztą sami byli na każde zawołanie gotowi. Porucznikowi jednak albo namiestnikowi, komenderującemu chorągwią, przykro było siedzieć w miasteczku z samym tylko chorążym; asystując zresztą wedle zwyczaju sądowym kadencjom, procesom kościelnym i wszystkim innym miejscowym obchodom, rad by był mieć zawsze przy sobie choć taką z towarzystwa reprezentację. Nie mogąc jej zaś mieć ze strony towarzyszów chorągwi, których najwięcej kilku przy nim bawiło, przysposabiał ją sobie sztucznie. O to zaś wcale nie było trudno. Albowiem wówczas, przy długoletnim spokoju i ogromnym rozmnożeniu się szlachty, mnóstwo było młodzieży w kraju, którzy żadnego nie znachodzili zajęcia. Było też wielu ludzi, którzy, śród powszechnego nieładu przywłaszczywszy sobie nazwisko, stopień wojskowy lub urząd jaki, włóczyli się z miejsca na miejsce, szukając utrzymania dla siebie w powszechnie zachowywanej gościnności. Drudzy, posłużywszy czas jaki na Kresach, porzucali ciężką tamtejszą służbę i na lekszą w kraj się puszczali; inni dla jakiego łotrostwa wykluczeni z chorągwi lub z regimentu, ze zmyśloną historią niewinnego prześladowania zaciągali się w jakiej dalekiej krainie do nowej służby. Tacy więc goście, lubo zresztą niewielką ich obdarzano ufnością i w chorągwiach okrytych, konsystujących po wielkich miastach, żadnego im nie dawano przystępu – w chorągwiach jednak takich, którym zwykle brakowało nie tylko okrycia, ale nawet reprezentacji, częstokroć łatwego doznawali przyjęcia. Jakoż za takich gości także należy mieć Kunickiego, a przede wszystkim już Waryczeńka, który nawet nie miał ustalonego nazwiska. Jakoż imć pan stolnik dobrzyński, przybywszy wraz z swoim Mietelskim do Sanoka, nie udał się wcale do nich; tylko rozkazawszy w gospodzie zgotować obiad i nakupiwszy win różnych gatunków, jak gdyby nic nigdy nie było, całą chorągiewną starszyznę do siebie zaprosił. Na tę fetę stawili się z chęcią namiestnik, chorąży i wszyscy towarzysze. Jedzono, pito i bawiono się aż do rana; rano zaś imć pan Lubieniecki, mający swe gospodarstwo we wsi Zahutyniu, o ćwierć mili od Sanoka odległej, do siebie znów wszystkich zawezwał. Wkrótce też zajechały przed gospodę karabony i kałamaszki i widzieli to wszyscy, jak całe to towarzystwo, śród rozgłośnie śpiewanych pieśni i gęstego strzelania z rusznic i pistoletów, wyjechało precz z miasta. W Zahutyniu de noviter repertis gościna – i tu dopiero stolnik dobrzyński, zostawiając Mietelskiemu robotę około Kunickiego i Waryczeńka, sam przed starszyzną zaczyna rozwodzić żale na pana kuchmistrza, opowiadając, jako go gnębi i zdziera, i teraz jeszcze chce z posiadanej prawnie dzierżawy wyrzucić. Burzą się na to winem i bezsennością porozgrzewane umysły – lecą klątwy i groźby na wszystkich koronnych i litewskich kuchmistrzów – dostaje się przy tym wojewodom, starostom i kasztelanom – a wrzekomo ukrzywdzonemu szlachcicowi dostaje się ręka bratnia i obietnica pomocy. Dzieje się to już w sam dzień świętego Piotra i Pawła. W ten dzień też w samej istocie przyjeżdża do Sanoka i kuchmistrz. Ale pan wielki, z wielkim jeżdżący dworem, przyjeżdża późno i nim dla siebie miejsce znajduje w gospodzie, słońce już bliskie zachodu. Obawiając się, aby go z przyjęciem deportowanych pieniędzy nie odroczono do jutra, posyła Pełczyckiego do pana pisarza. Pan pisarz, grzeczny i uprzejmy dla wszystkich, uprzedzającym jest dla tak znakomitego dygnitarza i odpowiada przez Pełczyckiego, że czekać będzie w kancelarii i deportowane pieniądze przyjmie – choćby też i przy świecach. Pan kuchmistrz tedy się wybiera powoli i nim się wybrał, zmrok już zapada na dworze. O zmroku dopiero wychodzi on z swojej gospody, idzie z nim razem Pełczycki, a za nim hajducy na noszach drewnianych niosą sumę zastawną. Kiedy tak idąc do grodu, którego kancelarie znajdowały się w przyziemiach zamku, położonego na drugim końcu miasta, przychodzi na rynek, w rynku, śród nieprzejrzanego już zmroku, z niewiadomego miejsca daje się słyszeć jakiś gromki głos, wołający:

–Śmierć to niosą, nie pieniądze! Pan kuchmistrz nie zrozumiał sam dobrze, ale zrozumiał Pełczycki i powtórzywszy mu te słowa, mówi do niego:

– Jw. panie! bodajby tu na nas nie było jakiej zasadzki. Ale Załuski, w swoim czystym sumieniu i dobrym rozumieniu o ludziach, zbywa niczym Pełczyckiego i tak w milczeniu dochodzą wszyscy do zamku. W zamku, w kancelarii grodzkiej, zastali istotnie światło i pp. Malickiego, Wielogórskiego i Rzepeckiego czekających z aktami. Wszakże ledwie pan kuchmistrz, wszedłszy do kancelarii, zaczął się witać z imć panem pisarzem – daje się słyszeć tumult jakiś na dziedzińcu zamkowym. Nie można zrazu rozpoznać, co się to dzieje, ale słychać wyraźnie brzęk szabel, różne pomieszane hałasy jakby pijanych ludzi, a między nimi i głosy: bij, zabij! takiego a takiego syna! – Kuchmistrz spogląda z zdziwieniem na pana pisarza, ten zaś nawzajem na niego – a tymczasem drzwi od samejże kancelarii otwierają się z wielkim łoskotem i cała ta hurma krzykaczy wpada wewnątrz do izby. Na jej czele widać najpierwej Lubienieckiego, Baranowskiego i Kunickiego, za nimi wpada Mietelski i Waryczeńko, a dalej kilkunastu jeszcze uzbrojonych, których wszakże już niepodobna rozpoznać. Przeciwko tym napastnikom powstaje z pasją imć pan pisarz grodzki, lecz ci wszczynają od razu taki tumult i hałas, że jego głos ginie śród wrzawy. Tymczasem Baranowski rzuca się na kuchmistrza, lżąc go śród tego rozgwaru najbrzydszymi słowami; Załuski się cofa za stół do kąta, ale w tej chwili napadają na niego Kunicki i Waryczeńko, i kiedy jeden rozmachanymi rękami strąca mu z głowy kapuzę, drugi dobytą spod kierci szablą, tnie go w głowę tuż koło lewego oka. Cięcie to nie tylko że trafia kuchmistrza w miejsce tak słabe, jak skronie, lecz jest zarazem tak silne, że go od razu powala na ziemię... Widząc to imć pan Pełczycki, dobywa szabli i na czele kuchmistrzowskich hajduków rzuca się z wściekłością na napastników, ale w tej chwili od nich już żadnego nie doznaje oporu, bo wszyscy oni, obaczywszy kuchmistrza leżącego na ziemi, sami się jak najprędzej wynoszą. Wkrótce potem cisza już jest w kancelarii grodzkiej sanockiej – panowie grodowi zaciągają w akta deportację sumy zastawnej i sporządzają akt eksposesji Baranowskiego, a kuchmistrzowscy hajducy na tychże samych noszach, na których przynieśli pieniądze do zamku, odnoszą teraz zranionego swojego pana do jego gospody. Złożywszy Załuskiego na łożu w gospodzie, Pełczycki przywołuje natychmiast felczerów, przywozi lekarza zamkowego z Leska, posyła po jakiegoś mnicha lekarza do Krosna i jednocześnie rozsyła konnych posłańców z zawiadomieniem o dokonanej zbrodni na wszystkie strony. Zabiegi te jednak niewiele pomagają choremu. Załuski leży bez przytomności przez noc całą aż do rana, a rano lekarze oświadczają sfrasowanemu Pełczyckiemu, że tylko jeden Bóg może mu pomóc, a i od Boga będzie to cudem... Nazajutrz wszakże jeszcze w czas przed południem zjeżdża się do Sanoka niemało szlachty sąsiedniej i przybiega także rozstawionymi przez Pełczyckiego końmi pani kuchmistrzowa litewska. Pani kuchmistrzowa pada z rozdzierającym serce lamentem na kolana u łoża męża – a oburzona tą zbrodnią szlachta, rzuca się w miasto za odszukaniem Baranowskiego, Mietelskiego, Kunickiego i Waryczeńki. Poszukiwania ich są daremne, ani jednego z nich bowiem nie masz już w mieście – szlachta rzuca się w pogoń za nimi, drudzy czepiają się pozostałych w mieście namiestnika i chorążego, z czego wszczyna się tumult, hałas i rąbanina, przy czym pomiędzy innymi, poznaczonymi z lekka, jeden z młodych Gumowskich jest tak zesiekany, że do sześciu tygodni potem goi się z ran swoich w Sanoku. Przez następne dni ciągle nowa szlachta się zjeżdża do miasta, a do czwartego dnia rano wszystko, co tylko żyje, co tylko szablę nosi w całej ziemi sanockiej, jest zgromadzone w mieście. Szczupły Sanok rozpiera się pod tym niespodziewanym zjazdem, jego domki nie są w stanie wszystkich gości pomieścić – wszakże ci goście nie są wybredni i mieszczą się na poddaszach i w sieniach, drudzy się kwaterują w chatach wiejskich na sanockiej posadzie, inni się nawet rozkładają obozem nad Sanem. Szlachta ta, zgromadzona ze wszystkich kątów, przez całe dnie oblega gospodę, w której leży Załuski, a co znaczniejsi idą go naocznie oglądać; drudzy, uraczywszy się po winiarniach na ten niespodziewany frasunek, wywołują po ulicach pomstę Bożą na zbrodniów, inni nawet wpadają na zamek, to znów do kwatery chorągwi i grożą tak panom grodowym, jak i Lubienieckiemu srogim rozsiekaniem i śmiercią. Poplecznicy i przyjaciele Załuskich nie zaniedbują niczego, ażeby usposobienie szlachty na swojej stronie utrzymać, jakoż co dzień, co godzina, dają tu i ówdzie ognia poostrzone szabelki. Jednak ażeby nigdzie do tumultu nie przyszło, czuwa pilnie chorągiew pancerna. Chorągiew ta już od dni kilku jest całkowicie okryta, ani jednego nie brakuje w niej towarzysza, ani jednego luzaka. Główną komendę ma nad nią imć pan Marcin Nieczuja-Ślaski, który przez swoje życie już niejednej porucznikował chorągwi i tu też postępuje sobie dziwnie surowo. Wszyscy towarzysze są ciągle pod bronią; odwach jest utrzymany porządnie; Lubieniecki i Osuchowski wraz z pocztowymi, na których pada podejrzenie wspólnictwa zbrodni, obłożeni, to honorowym, to rzeczywistym aresztem; bezustanne ronty przeciągają ulice i zgoła cala ziemia sanocka za pomocą porozsyłanych komend wzięta jest w czujną policję, ażeby w niej choć jednego z zbrodniarzy wyśledzić. Takie naprężenie trwa przez dni siedem. Siódmego dnia wieczór kuchmistrz, wycieńczony na siłach, umiera. Wieść ta jak błyskawica rozbiega się po mieście. Wskutek niej nowy rozruch się robi. Zbija się w tłumy szlachta, grozi i tym, i owym, i w swej zapamiętałości grozi nawet samemu miastu. Niewiele brakowało do tego, żeby rozżartym tłumom trza było poświęcić jednego z uwięzionych towarzyszów, dlaczego zapewne Lubieniecki wraz z Osuchowskim zaraz po śmierci kuchmistrza znikają także bez wieści. Czujna wszakże i ciągle czynna chorągiew utrzymuje spokój powszechny, późną nocą rozchodzą się tłumy na swoje leże, a tymczasem pani kuchmistrzowa litewska wraz z przybyłymi krewnymi i całym dworem przygotowuje się do solennego aktu oskarżenia, mającego się odbyć nazajutrz. Jakoż w istocie nazajutrz zaraz rano zaczyna się ten akt pompatyczny. Wtedy corpus exsangue śp. kuchmistrza ubrane jest w szaty jego imieniowi i tytułom odpowiednie. Ciało to, położone na mary, kirem obwieszone dokoła, niosą w żałobę poubierani hajducy z nieboszczykowskimi herbami. Za ciałem z rozgłośnym jękiem i niepowstrzymanymi łzami, ciężką żałobą okryta, postępuje pozostała po zmarłym wdowa; koło niej idzie, wtórząc głośno i łzom, i jękom matczynym, siedmioro drobnych, osieroconych dziatek. Dalej kilku krewnych przybyłych, cały dwór nieboszczyka kuchmistrza i wszyscy słudzy, wszystko to w ciężkiej po swoim panu żałobie. Za nimi wreszcie ciągnie kilkaset szlachty, jedni z głowami pochylonymi w smutku ku ziemi, drudzy z okiem pałającym zemstą i szukającym zbrodniarzy. Około tego ogromnego konduktu ciśnie się lud pospolity tłumami, pomiędzy które przeciągają konne i piesze poczty towarzystwa chorągwi. Wszystko to ciągnie krokiem powolnym na zamek i wchodzi wreszcie na zamkowy dziedziniec. Tam przeciw nim wychodzą starosta i sędzia, i pisarz, i zgoła cały sąd grodzki. Okryta kirem i łzami zalana wdowa śp. kuchmistrza, prezentuje sądowi jego wybladłe zwłoki: w imieniu swoim, w imieniu sierot, przyprowadzonych za sobą, i całej nieboszczyka familii, zanosi ona żałosną skargę na to srogie zabójstwo do sądu, prosi o sądowne obejrzenie zwłok nieboszczyka, o wyraźne uznanie i ogłoszenie dokonanego na nim zabójstwa, a wreszcie błaga o ukaranie zbrodniarzy. Tym skargom i prośbom towarzyszy rozgłośny płacz samej wdowy, jęk dzieci, szlochanie krewnych, sług i przyjaciół zmarłego, a nareszcie i stokroć jeszcze głośniejszy gwar zgromadzonej tak tłumnie szlachty, z ust której tutaj wyrywają się tylko niezrozumiałe groźby, tam wyraźniejsze przeklęctwa, ale gdzie indziej także i wcale zrozumiałe przeciw samemu sądowi zarzuty: jakoby i on był winien w części tej zbrodni, będąc ze zbrodniarzami w zmowie i odbywając umyślnie dlatego sprawę kuchmistrza w nocy!... Na taką skargę i prośbę dobitną, popartą jakimi dwiema lub trzema setkami szabel, sąd jest dziwnie usłużny. Ogląda on natychmiast ranę nieboszczyka kuchmistrza i uznaje ją bez wątpienia śmiertelną; ze swej strony, wedle sił wszelkich, utula w żalu wdowę i płaczące sieroty; jakoż także bezzwłocznie deleguje od siebie urodzonego imć pana Pawła Cieszanowskiego z Grabówki, ażeby tenże zbrodnię tę za spełnioną, a imć panów: Baranowskiego, Mietelskiego, Kunickiego i Waryczeńkę za zabójców śp. kuchmistrza swoim czystym i zrozumiałym głosem ogłosił. Na tym się kończy akt ten solenny, po czym pani kuchmistrzowa zabiera zwłoki mężowskie do dóbr familijnych, szlachta się pomału rozjeżdża do domów i tylko chorągiew pancerna pozostaje w Sanoku. Chorągiew zostaje cała, po zniknieniu bowiem rzeczywistych zabójców, o nią tu chodzi najwięcej. U jej namiestnika i chorążego motorowie tej zbrodni znaleźli dla siebie oparcie, a to jest plama niemała. Chorągiew nie może tego sobie zapomnieć i dlatego zbiera się na koło. Koło to jest burzliwe i gwarne, bo każdy czuje, jak wielką jest ta plama, a nikt nie widzi na nią żadnego środka. Wszakże wśród tej rozgwarnej narady zdobywa sobie znowu główny głos imć pan Nieczuja-Ślaski i powstawszy za stołem tak mówi:

– Mości panowie i bracia! dawnymi czasy służba w chorągwi pancernej była najpiękniejszym w Rzeczypospolitej zazczytem. Chorągiew była tak jako kościół: kto do niej wstąpił jakby się zbliżył ku samemu Bogu. Na chorągwi nie mogła być żadna skaza ani nawet cień żaden, a każdego jej towarzysza słowo ważyło tak jak przysięga. Toteż wówczas chorągiew stawała i za rząd, i za sądy, i nieraz za to, czego by żaden sąd nie potrafił. W dzisiejszych czasach cóż się to między nami nie dzieje? Oto chorągiew nasza, zamiast czuwać nad całością Rzeczypospolitej, nad sądów powagą i zacnością obywateli, jeszcze sama daje pochop zbrodniarzom! Powiadają wszyscy, że to jest wypadek: ale tak nie jest, panowie bracia! Plama ta nie jest wypadku skutkiem, jeno skutkiem tego, żeśmy wszyscy, jako jesteśmy, zmaleli, żeśmy podupadli na duchu i zubożeli na cnotach ojcowskich, żeśmy zgoła z olbrzymów poszli w niedorostki i karły! Zamiast stać mężnie na straży najpierwej wiary świętej, a potem ojczyzny, pilnujemy głównie naszej własnej szkatuły i gardła – zamiast przestrzegać surowo czystości sumienia, popuszczamy sobie cugli codziennie więcej i rozpasujemy na wszystko – zamiast się ćwiczyć w dawnym rycerskim rzemiośle i po staremu rwać się choćby i z łańcucha domowych obowiązków do posługi publicznej, zastawiamy się pierwszym lepszym przybyszem, dajemy zjadać rdzy nasze misiurki i kordy, a sami się rwiemy do pierzyn! Z żelaznych mężów zeszliśmy na łątki słomiane, z opatrznych i pracowitych ojców w słabe i niezaradne dziecięta. Huc decrevere gigantes! Tak mówi Nieczuja i powiada na koniec ze smutkiem, że co się stało, to się już odstać nie może. Ale potrzeba przynajmniej, ażeby drugi raz się co podobnego nie stało.

– A pewni tego będziemy dopiero wtedy, jeżeli służbę około chorągwi będziemy pełnić wedle starego zwyczaju. Więc ani nam się w tej służbie dać zastępować nieznajomym adwenom, ani zezwalać na to, ażeby się lada kto chlubił tytułem towarzysza, ani przy kielichu i za przekupstwem afektów odprawować obiory. A kiedy w choragwi nie będzie namiestnikował ten, który mieszka najbliżej Sanoka; ani do egzakcji podatków wybrany ten, który przychudł na swojej wiosce, ażeby się też na egzakcji podkarmił; ani chorągwi naszej nie będzie nosić ten, który nie ma co nosić u siebie w domu – tedy i ład będzie, i bezpieczeństwo pod każdym względem i nie stanie się nigdy podobny teraźniejszemu wypadek. Tak skończywszy swą mowę, proponuje najpierwej zupełną puryfikację chorągwi i całkiem nowe obiory, potem napisanie listu o tym do jw. rotmistrza; a wreszcie, ażeby odtąd przynajmniej przez czas jakiś kilkunastu towarzyszów mieszkało wciąż przy chorągwi. Lubo cierpkie zaiste są prawdy powiedziane przez starego imć pana Nieczuję, nikt jednak się przeciw nim nie odzywa i wszyscy jednogłośnie zgadzają się na poczynione przez niego wnioski. Puryfikuje się tedy chorągiew w ten sposób, że z niej wychodzą na zawsze nieobecni już Lubieniecki, Osuchowski, Kunicki i Waryczeńko i nawet z pocztowych, którzy byli przy owym zabójstwie, żaden nie pozostaje w chorągwi. Następują natychmiast wybory i te wypadają najlepiej. Namiestnictwo bowiem dostaje się imć panu Ossorii-Bukowskiemu z Nozdrca, który później był podkomorzym tej ziemi, a chorąstwo imć panu Błońskiemu z Bereski, który później był stolnikiem sanockim i którego pierwsza konfederacja chciała mieć koniecznie marszałkiem. Po napisaniu o tym relacji do Mniszcha kilkunastu towarzyszy zostaje przy chorągwi – wszyscy inni się rozjeżdżają do domów – i dawna cisza rozlega się w mieście Sanoku. Taka też sama cisza zalega i w Jasienicy, na dawnym dworze nieboszczyka kuchmistrza. Po jego pogrzebie, odprawionym z wielką pompą owemu czasowi właściwą, pozostała wdowa wynosi się stąd na zawsze i zamieszkuje w miasteczku Łasku w województwie sieradzkim. Opiekę nad pozostałymi majątkami, nad sobą samą i siedmiorgiem sierotek porucza ona stryjeczno-rodzonemu bratu śp. męża, Jędrzejowi Stanisławowi Załuskiemu, podówczas już biskupowi krakowskiemu, który z ojcowską troskliwością zajmuje się wychowaniem starszych jej dzieci. Popiera on także całym wpływem swoim proces przeciwko zabójcom kuchmistrza, lecz dla ich niebytności i nawet zaginionych zupełnie o nich wieści, nie doprowadza do żadnego skutku. Pani kuchmistrzowa więc wreszcie zarzuca dalsze poszukiwania, nosi sama przez lat kilka grubą po mężu żałobę; tę żałobę zamienia później na habit zakonnicy i w tak wiernej pamięci nieodżałowanej swej straty, oddana wychowaniu dzieci, modlitwom i miłosiernym uczynkom, pomstę za krzywdy swoje pozostawia samemu Bogu. Od tego czasu mija lat kilkanaście. Zajęta po większej części hucznymi biesiadami i biesiadniczymi burdami szlachta, zapomina już całkiem o dokonanej na śp. kuchmistrzu litewskim zbrodni. Zapomina ona o niej tym bardziej, ile że dotychczas żaden z jej motorów ni wykonawców nigdzie na jaw nie wyszedł; nawet o samym Baranowskim, który tu przecież swoje dobytki i ową sumę zastawną zostawił, nie dała się słyszeć żadna wieść nigdy. Wszystko to gdzieś się podziało, zniknęło, przepadło. Aż dnia jednego, kiedy pani kuchmistrzowa litewska, już późnymi latami zgarbiona matrona, lecz zawsze jeszcze habit zakonny nosząca i mieszkająca naówczas w Lasku, o wieczornej godzinie z kilką pań innych w wielkiej dworu swojego komnacie, daje jej znać służący, że jakiś pielgrzym, powracający ze Ziemi Świętej, prosi o wstęp i posłuchanie u pni. Świątobliwa matrona chętnie zezwala na to – jakoż wkrótce otwierają się drzwi i wchodzi przez nie starzec białowłosy, z długą po pas białą brodą, w strój zwyczajny pielgrzymów przybrany, który się zbliża wprost, do pani Załuskiej i prosi, ażeby mu pozwoliła pomówić z, sobą słów kilka na osobności. Zniepokojona tym cokolwiek staruszka, namyślała się trochę, lecz na usilne prośby pielgrzyma odchodzą do przyległej komnaty przytomne damy, a ona, pozostawszy sama z pielgrzymem, pyta go, czego by żądał. Wszakże natenczas pielgrzym rzuca się przed nią na kolana i mówi przerywanymi słowy:

– Nie powstanę ze ziemi, póki mi nie przebaczysz,

– Któż jesteś? cóżeś mi winien? – pyta pani Załuska.

– Jestem Baranowski – powiada starzec klęczący. Na wspomnienie tego nazwiska, ba, nawet wprost na widok samego zabójcy męża przerażoną matronę porywa tak gwałtowne uczucie zgrozy i żalu, że przez długą chwilę stoi nad starcem jak gdyby niema i nie jest w stanie ani słowa przemówić. Jednak po chwili, powróciwszy do władzy nad sobą, wymawia z łkaniem te słowa:

– Bóg mi każe przebaczać, przebaczam, bodajby i On ci tak samo przebaczył. Po czym pielgrzym powstaje z ziemi i znika. Co się później stało z tym Baranowskim, rzecz niewiadoma. Tutaj w Sanockiem żadna wieść o nim nic nie przynosi. Zapewne resztę swojego pokutniczego życia skończył w jakim klasztorze. Taka jest powieść rzetelna o zabitym Załuskim. Podaję ją tak, jak się sama składa z manifestu pani Załuskiej, wniesionego do grodu, i z żywej tradycji. Jakoż wszystko tu jest prawdziwe: i owo podstępne wmieszanie w to towarzyszy chorągwi, i napad wieczorny, i owe rącze ujęcie się całej szlachty za zabitym, i puryfikacja chorągwi, i nawet owo podanie o zjawieniu się Baranowskiego po powrocie ze Ziemi Świętej, które nie tylko się utrzymuje w domu tak słynnym z oświaty, rozumu i nauk, jak dom Załuskich, ale powtarzane mi było niemal przez wszystkich starców tej ziemi, przechowujących dawne tradycje. Chcąc też główne mementa tego zdarzenia rozebrać, wiele by się dało powiedzieć o owych czasach, które po tysiąckroć już sądzone i obrabiane, jednakże jeszcze różnie się przedstawiają u różnych... To wszakże, o ile by mnie zawiodło na szerokie pole obyczajowo-dziejowej rozprawy, o tyle niewłaściwym jest skromnemu wstępowi do jeszcze skromniejszej powieści... Jakoż natomiast przejdę raczej do jeszcze jednego wspomnienia z domowych dziejów tej ziemi, które, tak samo jak poprzednicze, powinno nie tylko dać nam prawdziwe i jasne wyobrażenie o potędze i sile owoczesnej opinii publicznej, lecz przez powłokę, dziś tak okrzyczanego (powszechnie za szeczero-polskie mianego, a w rzeczy żywcem z Niemiec do nas przeniesionego) saskiego pijaństwa i biesiadniczości przepuścić nas w głąb ówczesnego narodowego sumienia, które zaprawdę jeszcze daleko godniejszym jest tego, ażebyśmy dzisiaj zawiązali w nim na powrót dawnego pokrewieństwa stosunki, niżeli bezwzględną obrzuciwszy go klątwą, na zawsze go się wyparli. Zdarzenie to odnosi się do familii Chojnackich, zamieszkałej naówczas w Sanockiem. Nazwisko to występowało już nieraz w różnych rymowanych i nierymowanych powieściach i Chojnackiego figura różne już przybierała postacie. Figura ta wszakże nie wszędzie jest taką samą, jaką była niegdyś w istocie; gdzieniegdzie nawet jest ona zlaną z trzech różnych osób całością, z których każda miała w rzeczy wcale odrębne znaczenie i stanowisko, i swój właściwy charakter. Nie wspominam tu o tym dlatego, ażebym, na wzór własnego popisu łaknącej i uboczne względy na celu mającej krytyki, chciał prostować poetyczne zmyślenie, często wiele piękniejsze od prawdy, ale głównie dlatego, że do zrozumienia rzeczywistego faktu niezbędną jest znajomość rzeczywistych premisów. Owóż tedy Chojnaccy, piszący się z Chojnat, a używający klejnotu Trzaska, jak dawno byli zamieszkali w Poznańskiem, Sędomirskiem i Rawskiem, tak niedawno w Sanockiem. Dopiero Józef Ossoliński, wojewoda wołyński, żeniąc się, a (jak wówczas mówiono) przystając do Stadnickiej, wojewodzianki także wołyńskiej, osiadając na żoninym majątku Lesku i przyprowadzając tutaj ze sobą kilku szlachty, swoich dworzan, czyli przyjaciół, przyprowadził także i Chojnackich. Przybyły z nim był to pan Maciej Chojnacki, stolnik rawski, potem pisarz, a w końcu nawet tytułujący się sędzię grodzkim sanockim. Był to mąż nadzwyczaj poważny i po staremu stateczny, nie był nigdy dworzaninem, lecz za to szczególnie wiernym przyjacielem Ossolińskiego. Takim zawsze się mienił i miał nawet wszelkie prawo do tego, bo nie tylko nie odstępował nigdy Ossolińskiego w żadnej opinii ani w żadnej przygodzie, ale nadto był on sam nawet spokrewniony z znakomitymi domami, i kiedy jeden z jego przodków miał za sobą Ogińską, drugi ożeniony był z Ossolińską, wdową po Korytku. Jakoż pan stolnik, przyszedłszy tutaj, lubo wziął zaraz Zagórz, jedną z najpiękniejszych wsi państwa leskiego w dzierżawę, kupił jednak natychmiast wieś Strwiążyk, ażeby miał i własne w tej ziemi dziedzictwo. Ten Chojnacki, z Gostomskiej albo może nawet Stadnickiej, miał dwóch synów, Edmunda i Antoniego. Młodszy o wiele Antoni nie odznaczył się żadną osobliwością i dożywszy w spokoju bardzo późnej starości, ledwie trzydzieści lat temu, jak umarł – starszy zaś Edmund, nie posiadający nigdy żadnego urzędu i tytułujący się zawsze tylko stolnikowiczem rawskim, to jest właściwie ów zawołany junak swojego czasu, do którego tak mnogie i tak charakterystyczne się wiążą powieści. Jaka była jego młodość najpierwsza, niepodobna powiedzieć z pewnością. Według niedokładnego podania miał on być w różnych szkołach i już w szkołach miał się odznaczać swoim charakterem burzliwym i zręcznością w robieniu bronią; miał też być także przez jakiś czas krótki na dworze samego króla, gdzie jednak jego charakter niesforny nie dopuścił mu dłuższego pobytu. Pewna rzecz wszakże, że kiedy wrócił w progi ojcowskie, był to młodzieniec, który wzrostem przenosił najsłuszniejszych o głowę, który rwał postronki jak nici i konie wywracał, lecz przy tym także posiadał wielką ogładę światową, nieobce mu były nauki i umiejętność kilku języków. Jego dzieje publiczne, że je tak nazwę w braku innego wyrazu, są już skądinąd dostatecznie znajome. Nie miał on równego w całej sanockiej ziemi, i to nawet pod żadnym względem, bo jak zręcznością, odwagą i siłą przenosił wszystkich, tak górował nad nimi sprężystym charakterem, niepokalanym sumieniem i głową. Jakoż jest to rzecz osobliwa w Chojnackim, że jak był z charakterem dziwnie namiętnym i nawet gwałtownym, jak całą ziemią tą trząsał, rwał sejmiki w Sądowej Wiszni albo na przekór zrywać je chcącym, własną wolą je utrzymywał lub składał; jak się zrywał do sądów, do napadów i miewał nieraz najwybredniejsze różnych wojen pomysły; jak wyraźnie jakiś duch dziki, nieokiełzany wichrzył nim ciągle i podpalał w nim głowę i serce – tak w rzeczy samej był to człowiek najdelikatniejszego sumienia, najtkliwszych uczuć i z wszystkich o nim krążących, zapewne nieraz różnie poprzekręcanych, podań ani jedno go nie obwinia o żadną krzywdę wyrządzoną drugiemu, ani nawet o cień takiej krzywdy. Wyświeca to jeszcze daleko jaśniej pogląd na jego życie domowe i familijne stosunki, o które nam głównie tu chodzi. Owoż tedy ten Edmund, który powróciwszy do rodzicielskiego domu, stał się niebawem ulubieńcom, ba, prawie bożkiem całej sanockiej ziemi, jednę miał przecie osobę, która nie dzieliła wcale tego tak powszechnego afektu. A tą osobą był na jego nieszczęście jego rodzony ojciec. Poważny i stateczny pan stolnik, na poły niby jakiś surowy Rzymianin, a na poły roztropny polityk i dworak, nie podobał sobie od razu w synie, który obdarzony wcale innymi przymiotami umysłu i serca, wcale też inną obrał sobie swego żywota drogę. Pan Maciej, dumny ze swoich tak bliskich z wojewodą stosunków i pamiętny swych dawnych tak znakomitych koligacyj rodowych, chciałby był widzieć swojego syna całkowicie na owej drodze, na której się przychodziło do znamienitych fortun i szumnego znaczenia. W tym, a nie innym celu zapewne posyłał on tego syna do szkół, utrzymywał go tam z niemałym kosztem na stopie wyższej, wkręcił go potem na dwór królewski i za protekcją Ossolińskiego i innych panów torował mu drogę do dalszej sobie upodobanej promocji; a tymczasem ten Edmund, nie tylko z pracowitych zabiegów ojcowskich nic a nic nie korzystał, lecz jeszcze, powróciwszy do domu, okazał się od razu na drodze zamysłom ojcowskim diametralnie przeciwnej. Zamiast gładkiego i ugrzecznionego młodzieńca, szermierz rycersko-junacki – zamiast roztropnego i układnego dworaka, człowiek prosty i prawdomówny – zamiast kornego i aplikującego się panom stronnika, niezawisły w swych zdaniach, śmiały, odważny obrońca osobistej swobody

– nie podobał się Edmund ojcu do tego stopnia, że w krótkim czasie stał się nie tylko obojętnym dla niego, ale miejsce obojętności zastąpił nawet pewien rodzaj odrazy. Jakoż w podob- nym razie, a z innym synem byłby sobie pan stolnik postąpił zapewne inaczej, ale Edmunda osobiste przymioty i jego tak doraźnie zdobyte i tak znamienite znaczenie w powiecie, wynikający stąd zresztą o tyle jeszcze przykrzejszy stosunek jego do ojca, zniewoliły nawet nienawistnego pana stomika do tak oględnego obejścia się z nim, że zamiast mu jawnie okazywać swą niechęć, oddał mu swoją dziedziczną wieś Strwiążyk w bezwarunkową dzierżawę. Na tej wsi siedząc i mając za sobą niemal całą sanocką szlachtę, wszedł on dopiero zupełnie w swoją rolę właściwą. Jakoż ciągle na koniu, trząsając sam sejmikami i szlacheckimi zjazdami, polując tu na niedźwiedzie i dziki, a gdzie indziej na stronników wichrzącej po kraju Familii, opierał on się nieraz w swoich wycieczkach o Węgry, a nawet aż o Kresy. Tak minęły dwa lub trzy lata ostatnie panowania Augusta III i pierwsze cztery lata panowania nowego króla. Z wybuchem konfederacji barskiej Edmund oczywiście jest pierwszy, który się jej chwyta z zapałem. W wystąpieniu zbrojnym tutejszej ziemi uprzedza go wprawdzie zrządzeniem przypadku Pieniążek, ale Chojnacki już za moment jest przy niej i kiedy inni ciągną przez Sanok na pola rymanowskie, on z osobnym oddziałem puszcza się na werbunek do Bukowska, Nowego Tańca i Dukli. Od zebrania się pod Rymanowem służy on ciągle przy tej konfederacji aż do jej końca. Ale i tutaj zdradza się głównie jego z jednej strony niesforny, a z drugiej całkiem dla siebie bezinteresowny charakter. Pomimo to bowiem, iż w tych rozpierzchnionych rozruchach, gdzie kto nie chce ozdabia się szumnym tytułem marszałka albo regimentarza, o nic by łatwiej nie było jemu, jak o okrycie się takim lub tym podobnym błyskotliwym honorem: nie widać go nigdzie sięgającego ani po tytuł, ani po wyłączną dla siebie władzę; – przeciwnie nawet, on to sam pierwszy proponuje na marszałka konfederacji sanockiej imć pana Bronickiego z Nowego Tyńca i proponuje go właśnie dlatego, że jest „mężem oględnym i ma doświadczenie wojenne”. Edmund sam dla siebie rezygnuje z wszystkiego – on chce „się bić tylko” przy tej niezmiernie szczęśliwej okazji. Jakoż bije się on teraz do syta. A ażeby mógł się wybić na wszystkie strony, nie wiąże się z nikim na długo. Podczas konfederacji widać go niemal wszędzie, gdzie tylko dobrej bitwy nadzieja. Jest on więc przy Kazimierzu Puławskim i przy Franciszku, jest jakiś czas przy księciu Marcinie Lubomirskim, wiesza się potem przy Bierzyńskim i ma szczęście być czynnym w owej sławnej bitwie w miasteczku Pilznie, którą tam z taką chwałą stoczył pułkownik Sawa. Takie miotanie się we wszystkie strony, takie gorące pragnienie boju, znamionuje jego charakter rycersko-junacki, ale to świadczy także o dawnej tego charakteru niestałości i jakby jego wewnętrznym rozdarciu. Jakoż nie można powiedzieć inaczej, jak tylko, że był to człowiek obdarzony znamienitymi przymiotami, lecz jego duch nie miał spójni, nie miał więzi wewnętrznej. A takich wielu było naówczas – od Ksawerego Branickiego i pana Szczęsnego aż do takich Kirkorów i Dzierżanowskich było ich prawie tysiące i wszyscy w gruncie rzeczy byli jednacy – bo takie głównie owoce wydawał ówczesny, równie ni spójni wewnętrznej, ni więzi swej nie mający duch czasu. Pośród konfederacji trwającej przybywa Chojnacki po kilka razy w Sanockie. Czy przybywa na wypoczynek po trudach wojennych? Nie, nigdy; lecz zawsze po to, ażeby obaczyć, co też robi szlachta sanocka, i aby tych, którzy istotnie przyszli odpocząć, na nowo do pracy napędzić. Jakoż za każdym jego przybyciem wiąże się nowa konfederacyjka w Sanockiem i rusza w pole... Po upadku konfederacji wszyscy, którzy zostali przy życiu, już powrócili do domu, lecz Chojnackiego długo jeszcze nie ma. Już myślano, że zginął, ale nic, wcale. Jak mawiał zwykle: „Od tych much ani bąków (tak nazywał dla rozróżnienia kule karabinowe i działowe) ja pewnie nie zginę” – tak też się stało w istocie. Nic zginął od nich i po skończeniu konfederacji udał się za jej jeneralnością aż do Bawarii. Nienasycony pięcioletnią rozrywką, miał jeszcze dalsze nadzieje. Wszakże w Bawarii przekonał się aż nadto prędko, że już czas żadnych nie mieć nadziei. Więc wrócił i wrócił prosto do kraju. Na świętego Szymona i Judy jarmark roczny odbywa się w Krośnie. Na tym jarmarku jak zwykle zgromadzona jest mnoga liczba szlachty sanockiej. Słońce jesienne już się schyliło ku zachodowi i prawie zmrok już zapada. Szlachta, pokończywszy swe jarmarkowe zajęcia, gromadzi się tu i ówdzie po dwóch, po kilku, po kilkunastu. Ci się wypytują o wzajemne nowiny, tamci opowiadają o wkraczających wojskach cesarzowej-królowej, inni przypominają sobie ostatnie boje, przypominają rannych i płaczą poległych. Dostaje się tam pewnie niejedno wspomnienie i Chojnackiemu, o którym do .dziś dnia nie masz ni jednej wieści... kiedy wtem, jakby czarnoksięskim przywołany zaklęciem, zjawia się żywy i cały Chojnacki na rynku. W tej podróży towarzyszy mu pan Adam Cieszanowski, łowczyc podobno sieradzki, ale także z ziemi sanockiej, który z ran odniesionych w jednym z ostatnich bojów goił się tam. gdzieś nad Dunajcem czy Wisłą i odtąd nieodstępnym jest przyjacielem Edmunda. Poznawszy szlachta swego ulubionego Chojnackiego, nie może się posiąść z radości. Szał jakiś osobliwy napada wszystkich. Porywają go na ręce i niosą do gospody w tryumfie. Do gospody, zbiega jaka pięćdziesiątka ciekawych. Długo w noc trwa gawęda, ożywiona zapewnię niejednym wiwatem na cześć przybyłego... Wszakże nie koniec na tym. Nazajutrz rano wszyscy Sanoczanie wybierają się razem w podróż do domu. Biorą pomiędzy siebie Chojnackiego i wiozą go jakby jakiego zbawcę lub naczelnika nowej konfederacji. Po drodze gęsto wstępują do dworów i zapraszają się sami jakby z kuligiem w gościnę. Współziemianie ich przyjmują z zwykłą sobie ochotą i podejmują u. siebie wedle możności. Dosyć że robi się z tego jakiś rodzaj tryumfalnego obchodu, który zapewne w rzeczy uczcić miał pamięć samej konfederacji, lecz że jej wyobrazicielem najlepszym i ostatnim jej losów ostatnich zwiastunem był tutaj Chojnacki, więc wszystkie wieńce tego tryumfu dostają się Chojnackiemu i stąd do tego już dawniej tak czczonego bohatera teraz jeszcze nowa przywiązuje się chwała i cale nowym otacza go blaskiem. Cały też oświecony promieniami tej chwały i blasku, osiada on znowu w Strwiążyku i po staremu, lubo teraz o wiele już cichszy i spokojniejszy, używa czci i miłości braterskiej po całej ziemi. Jednak niestety! głośny ten tryumf jest już ostatnim echem jego głośnego życia. Nieodrodny syn swego czasu, kiedy ten czas się spełnił do ostatniej godziny, nie ma już także w sobie warunków życia. Nad uwieńczoną głową bohatera swojego czasu wisi już wtedy straszliwy wyrok nieodwołalnych przeznaczeń, który bądź co bądź musi się spełnić koniecznie. Jakoż spełnia on się w istocie – i Chojnacki niebawem wypełnia dni swoje tak samo, jak ten duch, który go zrodził i utrzymywał przy życiu. Na jego śmierć wprawdzie składają się całkiem proste wypadki, ale wszystko to dziwnie Boża prowadzi ręka, tak dziwnie, że nie zostawia nam nic jak pokorne milczenie. Owoż tedy Chojnacki, zasiadłszy na powrót w Strwiążyku, używa czci i miłości całej tej ziemi jak dawniej. Cześć ta jest nawet teraz jeszcze daleko większa, bo krom nowego blasku jest on dziś poważniejszy, doświadczeńszy i tak w znajomość ludzi, jak wiadomości bogatszy. Pomimo to jego stosunek do ojca jest taki sam, jak dawniej, a nawet w rzeczy jeszcze cokolwiek gorszy. Pogorszyły go bowiem różnice politycznych opinij, które, dawniej różne tylko w zarodzie, dziś wyszły na jaw w najrzeczywistszej praktyce. Edmund, jeden z najgorliwszych stronników konfederacji barskiej – a jego ojciec, lubo może nie całkiem stronnik Stanisława Augusta, ale wraz z wojewodą stronnik spokoju i dawnego porządku. Im zaś więcej się dają uczuwać skutki panowania nowego króla, które stolnik wraz z zgodnymi ze sobą w opinii nazywa wprost skutkami konfederacji barskiej, im przez to więcej się wzmaga jego niechęć ku dawnym konfederatom—tym jego serce jeszcze więcej się burzy przeciw swemu konfederackimu synowi i stosunek ten wreszcie przybiera aż tak wyraźne formy, że Edmund, czując to, jak dalece niemiłym jest ojcu, wcale nie bywa u niego. Zachodzą wszakże wtedy cale nowe okoliczności. Oto klucz seredeński, należący do państwa leskiego, a wcale niedaleko od Zagórza odległy, trzyma prawem zastawu alboli też dzierżawy imć pani Salomea Strzelecka, skarbnikowa gostyńska. Jest to młoda, nie więcej jak dwudziestodwuletnia wdowa, nie tylko znamienita niezwykłą pięknością, ale przy tym i znamienicie bogata, posiadająca prócz rozległego i zasobnego gospodarstwa jeszcze i znaczne sumy gotowe, pozostałe i zapisane jej testamentem po mężu. Na świętą Katarzynę tegoż samego roku jest dany wielki bal na zamku leskim, na który zaproszona jest nie tylko prawie cała szlachta okoliczna, ale zjeżdżają się także i znakomitsi panowie, jako Józef Potocki, krajczy koronny, i Józef Mniszech, chorąży wielki koronny a starosta sanocki obadwa starający się o córki wojewody Ossolińskiego. Pomiędzy zaproszonymi liczy się także i pani Salomea Strzelecka. Przybywa ona wcześnie, ażeby znaleźć gospodę dla siebie i znachodzi ją u jednego z mieszczan tutejszych, który na pomieszczenie się i rozłożenie toalety balowej odstępuje jej swoich obudwóch izb, sam się wynosząc czy do szopy odległej, czy też do którego z sąsiadów. Ludzie pani Strzeleckiej umieszczają się w stajni, a ona sama tylko ze swoją służebną, zakwaterowawszy się w izbach, zaczyna zabierać się do ubierania. Pod ową porę, upatrzywszy ją wprzódy zapewne, wchodzi do tych izb jakiś człowiek pijany, wrzekomo niegdyś przez nią nie zaspokojony a oddalony sługa, i upomina się tytułem zatrzymanej zapłaty o jakąś sumę, tak znaczną, że pani Strzelecka, pomimo całego przestrachu, widzi się być zmuszoną stanowczo mu jej odmówić. Napastnik wszakże nie myśli wcale odstąpić i po gwałtownym swarze rzuca się na wystraszone niewiasty. Powstaje stąd krzyk, płacz i hałas, który przez nie domknięte okna rozchodzi się po ulicy... Na ten bal zamkowy do Leska przyjechał także i Edmund. A czy to mając jeszcze dość czasu do swego pojedynczego ubrania, czy może dla jakiej innej sprawy istotnej, wychodzi wieczór w miasto i w ową porę właśnie znajduje się pod oknami owego domku, do którego zajechała pani Strzelecka. Słysząc jakiś krzyk i płacz kobiet, i wyraźny przy tym glos napadającego na nie mężczyzny, nie namyśla się ani chwili i wpada w tym momencie do izby. Obaczywszy zaś na własne oczy, co się tam dzieje, porywa owego napastnika w swoje żelazne ręce i nie pytając wcale, kto, co i tam dalej, rzuca nim z taką siłą do okna, że ten, strzaskawszy sobą ramy i szyby, z głuchym jękiem pada na środek ulicy... Pani Strzelecka, przestraszona może jeszcze więcej takim ratunkiem niżeli samą napaścią, nie umie ani słowa wymówić i opuszczając ku ziemi i przestrachem, i wstydem zapłonione oblicze, tuli się milcząc do ściany... Pan Edmund także jakoś niewiele więcej ma do mówienia, a widząc się już tu wcale niepotrzebnym, kłania się pięknie i równie milcząc odchodzi... Jednakże cudne wdzięki pani Strzeleckiej pozostają mu tak widomie w pamięci, że tylko o nich myśli aż do samego balu. Cóż dopiero powiedzieć o nim, kiedy te same wdzięki ujrzał podniesione po dwakroć świetną toaletą balową? a co nareszcie o tym, kiedy na sali balowej na jej własne wezwanie musiał do niej przystąpić i z jej ust najpiękniejszych usłyszeć dziwnie wymowne podziękowanie za tak dzielny i taki prędki ratunek?... Pan stolnikowicz rawski, lubo naówczas miał już pewnie lat ze trzydzieści kilka, nie znał jeszcze żadnej miłości. Zajęty ciągle sejmikami, zjazdami i dalekimi wyprawami za bitwą, a przez pięć lat ostatnich bezustannie konfederacją barską, nie miał ani sposobności, ani nawet czasu do tego. A miłość późna, zwłaszcza u ludzi tak gwałtownego serca i namiętnej kompleksji, zwykła mścić się surowo za lata bez niej przeżyte. Toteż w tak mściwe objęcia chwyciła ona teraz tego rycerskiego junaka. Do podniesienia tej namiętnej miłości przyczyniło się zapewne niemało jego usposobienie ówczesne. Upadek konfederacji barskiej, sprawy takiej, do której był przywiązany całą duszą i sercem, napełnił go dziwnie głębokim smutkiem i przygniótł ciężkim żalem jego wrażliwe serce. Tenże upadek konfederacji wraz z nowym rządem i ładem w kraju odebrał mu także jego dotychczasowe zajęcie – przy żalu więc dawny wódz niespokojnej szlachty, pogromca wichrzycieli krajowych i sędzia doraźny powiatowych konfliktów, uczuł teraz dziwną czczość w duszy i niewymowne znudzenie. Do tego jeszcze ów naprężony stosunek z ojcem napełniał go ciągłą, nieosłodzoną niczym goryczą... Bądź jak bądź jednak, pewną jest rzeczą, że Edmund, powróciwszy z owego balu do siebie, nie wytrzymał ani dni kilku, ażeby nie odwiedzić pani Strzeleckiej. Przyjęty wdzięcznie i mile, w krótkim czasie po kilkakroć swoje odwiedziny powtórzył, a znajdując z każdym dniem coraz lepsze przyjęcie, stał się niebawem jej gościem ledwie że nie codziennym. Wszakże ta rzecz, tak jak była, ani mogła, ani na pozór potrzebowała trwać długo. Edmund, jak wszędzie, tak i tutaj, miał najczyściejsze zamiary. Obustronne okoliczności byty jak najzupełniej odpowiednie i równe. Obustronna wzajemność wskazywała sama dalszego postępowania drogę – jakoż nie było wcale nad czym się długo namyślać. A jak to wówczas nad takimi rzeczami namyślano się jeszcze daleko mniej niżeli dzisiaj, więc i Edmund nie ociągał się długo i dnia jednego z deklaracją formalną wystąpił. Deklaracja jego została bez kwestii przyjętą. Radość tedy z obu stron wielka, a jeszcze większa dlatego, że taki osobliwszy przypadek, jakby wyraźne zrządzenie Boże, zbliżył ich dotąd nieznajomych do siebie, że ta znajomość tak szczęśliwie i z takim zadowolnieniem stron obu zamieniła się w miłość i że uświęceniu tej miłości ślubem małżeńskim żadna nie zagroziła przeszkoda. Wszakże kiedy się tak cieszą oboje i układają już przyszłe urządzenie się swoje, a może nawet dzień ślubu, pyta pani Strzelecka nawiasem, czyli nie postawi Edmundowi jakiej trudności ta okoliczność, że ojciec rodzony, imć pan stolnik rawski, od niejakiego czasu po kilkakroć do Seredniego przyjeżdżał, występował zawsze dosyć paradnie, koni nie kazał wyprzęgać, prawił jej różne komplementy, a nawet już ją kazał zapytywać z daleka, ożyliby miał trwać dalej na tej nader mu miłej drodze, czyli wszelką porzucić nadzieję. Na tę wiadomość Edmund zbladł jakby ściana. Ocuciwszy się trochę, pyta swojej oblubienicy:

– I jakiż respons dałaś mu waszmość pani? I odbiera na to odpowiedź, że pani Salomea, nie chcąc sobie narazić takiego personata, a do tego jeszcze tak bliskiego przyjaciela jw. wojewody, jakim jest imć pan stolnik, nie dała mu właściwie żadnego responsu, tylko tak sobie rzecz tę zostawiła do jakiej szczęśliwej okazji... To objaśnienie dobiło stolnikowicza do reszty. Stał on jak ściana blady i jak ściana milczący przez długą chwilę, a potem westchnął głęboko i rzekł te słowa:

– Ha! Bóg to sam związał i On sam tylko rozwiąże! Kiedy pan Edmund po tej scenie u pani Strzeleckiej wrócił do siebie, dziwnie był smutny i rozstrojony. Gdyby w tej miłości i konkurencji był znalazł dwóch, dziesięciu, dwudziestu współzawodników innych, to byłoby go pewnie tylko o tyle więcej cieszyło. Pewny swojej miłości, byłby z nich wybił połowę, a drugą połowę wystraszył. Ale współzawodnikiem ojciec i jeszcze taki ojciec do tego!... to mu odebrało nie tylko wszelką chęć dalszego współzawodnictwa, ale tak pomieszało w nim wszelkie uczucia i myśli, że sam nie wiedział, co czynić. Jakoż naówczas byłby pewnie odstąpił, lecz miłość... miłość go trzymała na żelaznej uwięzi i nie dała ani pomyśleć o odstąpieniu. Trzeba więc było myśleć o rozmówieniu się z ojcem i myślał o tym pan Edmund. Lecz myślał tak mozolnie i długo, że minął jeden tydzień i drugi, i już trzeci zaczynał, a on jeszcze ani jednego słowa nie wymyślił, którym, miał przemówić do ojca. Nie zastanawiający się nigdy dotychczas nad niczym i nie potrzebujący nigdy więcej jak mgnienie oka na to, ażeby się rzucił sam jeden na cały tłum nieprzyjaciół albo się zdecydował na jakąś ukraińską wyprawę – dzisiaj nie mógł się zdecydować na jedną krótką rozmowę – z rodzonym ojcem. Zdecydował się wszakże nareszcie i do ojca pojechał. Obaczywszy go stolnik, wiedzący zapewnię już o wszystkim, o czym i cała ziemia wiedziała, przyjął go jeszcze surowiej niż zwykle i już przy drzwiach zapytał, czego żąda od niego? To zmieszało tym bardziej Edmunda, lecz zebrawszy się, powiedział wszystko, co miał do powiedzenia. Jednak o ile zręczny szermierz każdą bronią żelazną, o tyle całkiem nieświadomym był on szermierstwa myślą i słowem. Nie wiadomo jest wprawdzie, w jakiej formie on ojcu rzecz, swoją przedstawił, ale z odpowiedzi ojcowskiej się pokazuje, że go się spytał w końcu: azali to prawdą jest, że on sam zaczął konkurować o panią Strzelecką? – pan stolnik bowiem, zapominając całkiem swojej zwykłej powagi, wpadł wówczas w złość tak gwałtowną, że zawołał do niego:

– I waść jeszcze śmiesz mnie się pytać o to! Idź! i żeby cię oczy moje więcej z tym nie widziały! Taka była odpowiedź ojca. Z nią, jak mnich kwestarz od zamkniętej bramy bogatego pałacu, powrócił Edmund do domu. Był to cios zabójczy dla niego. Nie wiedział on teraz już wcale, co począć. Wszystko byłby potrafił, ale sprzeciwić się woli ojcowskiej w tej sprawie, o tym nie umiał nawet pomyśleć... Dziwnym się to może wydawać komuś, że ten hardy junak swojego czasu, którego całe stanowisko społeczne i niemal wszystkie polityczne opinie były niezgodne z rozumieniem ojcowskim, dzisiaj przeciwko woli ojcowskiej nie miał odwagi wykroczyć w rzeczy na pozór mniejszej. Wszakże nie powinno to dziwić nikogo; jest to bowiem jeden z najcharakterystyczniejszych rysów owoczesnego wychowania i wyobrażeń. Według nich syn dorosły, już sam w sobie jednostka w składzie społecznym, już obywatel, nie miał wcale obowiązku w swoich opiniach politycznych lub sympatiach stronniczych oglądać się na takież opinie i sympatie ojcowskie, bo na tym właśnie zależała owa osobista swoboda, owa tak zwana źrenica ówczesnej wolności, którą sam każdy chciał mieć nietykaną dla siebie i stąd jej nie odmawiał nikomu do tego stopnia, że nawet ojciec jej nie odmawiał synowi. Ale przy takiej wolności, że tak powiem, na polu, cale inny obyczaj zachowywał się w domu. Dom szlachecki ówczesny, dom, czyli rodzina, była to instytucja tak ścisłymi i surowymi prawami rządzona, że nie wiedzieć, do czego ją snadniej porównać, do małego państwa czy do małego zakonu? Była ona wszakże na poły jednym, na poły drugim. Bo jakby państwo jakie, każdy dom taki miał swoją odrębną tradycjonalną politykę, jak zakon mnisi swoją regułę, a jak obydwa rządzony był samowładnie. Rządził nią zwykle ojciec, a jego wola była tak dalece świętą nie tylko dla dzieci, ale i dla powszechnej ówczesnej opinii, że każde przeciwko niej wykroczenie, nawet w takim razie, kiedy by słuszność była po stronie wykraczającego, uważane było za grzech po prostu śmiertelny i pociągało za sobą rodzaj hańby publicznej. Jakoż pomimo niezliczonych przysłowiów i form mówienia, potwierdzających prawdę tego stosunku ojca do swojej rodziny, jak np.: „Kto nie słucha ojca, matki...”, „Krzywda ojcowska nie boli”, „Ojciec wybije, a Pan Bóg wygoi” itd. rzeczą jest wiadomą powszechnie, że komu przydano miano „zły syn”, ten nie mógł nigdy i nigdzie mieć oka, bo ciążyła na nim jakby połowa infamii – Władzę zaś tę wykonywali najsurowiej ojcowie w sprawach czysto domowych, pomiędzy którymi oczewiście najpierwsze trzymały miejsce wyjście za mąż i ożenienie. Jakoż w tej zwłaszcza surowości nikt im. przeszkadzać nie miał ani prawa, ani widział potrzeby, a jeżeli już z końcem może nie wszędzie indziej, tu jednak zawsze każdy ojciec miał słuszność, a każde dziecko przeciwne nigdy nie miało słuszności... Taki był wówczas obyczaj i w nim, jak w drugiej religii, wychowywały się pokolenia ówczesne. W nim też także wychowany pan Edmund, nie śmiał ani pomyśleć o tym, ażeby bez ojcowskiego błogosławieństwa mógł do ślubu przystąpić. Będąc zaś z drugiej strony prawie więcej jak pewnym, że błogosławieństwa tego nigdy nie otrzyma od ojca, znalazł on się w tym położeniu, w którym koniecznie trzeba było postanowić czarno lub biało: więc albo złamać siłą wszystkie przeszkody i bez błogosławieństwa ojca do ślubu przystąpić, albo zrzec się swej narzeczonej na zawsze. Jakoż według wszelkiego prawdopodobieństwa jeżeli kto, to najpewniej taki junak odważny, mąż zdecydowanych przymiotów, powinien by się był w oka mgnieniu przechylić i zrobić jedno lub drugie. Ale jak często prawda zdaje się niepodobną do prawdy, tak i prawdopodobieństwo nie zawsze prawdą. W Chojnackim zamiast rączej decyzji zaczyna się walka długa, bardzo chwiejna i zapewne niepospolicie bolesna. Albowiem z jednej strony większa w nim wiara niżeli odwaga – z drugiej silniejsza miłość niżeli władza nad sobą samym. I tak targany to w jedną stronę, to w drugą, jedzie on na radę do swej narzeczonej. Ale cóż za radę dać może kobieta, przywiązana najżywszą miłością? – oczewiście spokojną i skuteczną naradę zastępują płacze i jęki, a zamiast stanowiącego środka występuje półśrodek, zamykający się w słowie: Czekajmy.

– Ha! więc czekajmy – odpowiada pan stolnikowicz – i czeka. Jednakże czekając, niepodobna mu jest nie odwiedzać tej, której odtąd poświęca wszystko, co tylko może poświęcić. Pan stolnikowicz odwiedza więc swoją narzeczoną od czasu do czasu i zapewne dość często. Lecz odwiedziny takie teraz, po odmówionym błogosławieństwie przez ojca, nie są na swoim miejscu. Są one bowiem dzisiaj prawie połową przekroczenia zakazu ojca. Odwiedziny te nawet mogą być przez złośliwych uważane jeszcze daleko gorzej; pani Salomea bowiem jest młodą wdową, pozostawioną samej sobie, i nawet nie ma nikogo z starszych w swym domu... Czuje to wszystko Edmund i dlatego nie zastanawia swoich odwiedzin, ale stara się je odbywać kryjomo. Jeździ on więc po nocach, tam w dzień przyjeżdża, bawi godzinę lub więcej i wraca... lecz aby go nikt nie widział, czeka gdzieś w lasach do nocy. Czasem o kilka mil naokoło objeżdża, aby ślad zatrzeć za sobą... Czasem po kilka tygodni przesiaduje u swego przyjaciela, pana Adama Cieszanowskiego w Płonnej, i stamtąd do Seredniego dojeżdża... I tak to trwa resztę zimy i całą wiosnę, i lato. Przejdźmyż teraz do opinii publicznej, do szlachty. Szlachta, oczewiście, więcej sobą zajęta wzajemnie niźeli jakim bądź innym zajęciem, wiedziała o wszystkim od samego początku. Lecz jakaż była tej szlachty o tej sprawie opinia? Oto już od samego początku Edmundowi wprost nieprzychylna. Szlachta ta bowiem, lubo wcale nie miała dla pana stolnika sympatii, pamiętała jednak o tym, że to jest ojciec. Szlachta ta zresztą nie mogła tego przypuścić, ażeby Edmund nie wiedział o tym, że jego ojciec zaczął konkurować o panią Strzelecką, boć się to działo publicznie i wszyscy o tym wiedzieli. W jej oczach tedy stanął tylko fakt nagi, że Edmund puszcza się z własnym ojcem w zawody, fakt zaiste już sam w sobie dość nieprzyjazne rzucający światło na syna, wszakże niebawem jeszcze o wiele nieprzyjażniejszy dlatego, że się nim tak powszechnie zajęto. A zajmowano się nim oczewiście tak samo, jak się zajmowano dotychczas samym Edmundem. Jakoż już wtedy zaczęły z wolna otwarte występować głosy przeciwko niemu, a głosy te podnieśli naprzód wszyscy ojcowie dorosłych synów, niektóre matki zapewne, a nareszcie i ci, którzy i dawniej może tylko przymusowo Edmundowi przychylni, dzisiaj, po zaszłych zmianach w rzeczy publicznej i przy przypisaniu tych zmian konfederacji barskiej, której Edmund najwybitniejszym był zwolennikiem w Sanockiem, nie widzieli wcale potrzeby tajenia się z swoją ku niemu niechęcią. Bohaterowie sprawy upadłej, najnieszczęśliwsi to ludzie zazwyczaj – jeżeli nieprzyjaciele pozwolą im odjąć od ust przeznaczony dla nich kielich goryczy, to przyjaciele im go przychylą na nowo – i muszą go spełnić do dna koniecznie. A takim bohaterem sprawy upadłej był Edmund. Owóż więc i to jedno, i tamto drugie postawiły go zaraz z samego początku w takim stosunku do ogółu szlachty, że dawny blask jego zaczął blednąć z niesłychaną szybkością i dawne sympatie ziębić się także tym torem. Wkrótce wszakże Edmund się udał po błogosławieństwo do ojca i ojciec mu go stanowczo odmówił. To zastanowiło dotychczasowe szemrania – czekano dalszych kroków Edmunda. Lecz kiedy Edmund potem zaczął na nowo bywać w Seredniem, kiedy te odwiedziny zaczęły się stawać coraz częstszymi i kiedy je jeszcze do tego odwiedzający pokrywał coraz misteniejszą tajemniczością – to nie tylko głos opinii publicznej przeważył się stanowczo przeciwko niemu, ale sprawiło to jakiś rodzaj tak powszechnego. wzburzenia, jak gdyby tu chodziło o jaką z spraw najważniejszych. I jakkolwiek zdarzenie podobne dzisiaj, przy dzisiejszym zupełnym rozchwianiu się publicznego sumienia, zaledwie by mogło obudzać dwuznaczne tu i ówdzie uśmiechy i obojętne poszepty, wówczas jednak stało się ono sprawą całego powiatu publiczną i nawet rzeczywiście sprawą tak ważną, że się nią najpowszechniej zajęto. Było to naturalnym skutkiem tej moralności ówczesnej, która upadając już wtedy stopniowo gdzie indziej, tu jednak, w tym odosobnionym ód świata powiecie, chowała się jeszcze w starodawnej czerstwości i sile. Moralność ta była tu wówczas jeszcze tak nawet surowa i krzepka, a sumienie społeczne było tak jednolite i jędrne, że jako morze trupa w swoich bałwanach, tak ono żadnej moralnej zgnilizny nie mogło znieść w swoich granic obrębie. Tu zaś poczuwało się jeszcze o tyle więcej do wykonania swojego prawa, ile że ta zgnilizna pokazała się na człowieku, który stał tak wysoko nad innymi i który, jak ze swej wysokości dotąd przyświecał wszystkim swoimi cnotami, tak teraz z tejże samej wysokości zaczął rozsiewać zaraźliwe promienie złego. Do tego powszechnego wzburzenia przyczynił się zapewne niemało surowymi cnotami jaśniejący dom Ossolińskich, dom, który miał główną nad całą szlachtą przewagę, w którym było dwie dorodnych już córek i którego nieodstępnym przyjacielem był ojciec Edmunda – i przyczyniły się zapewne swym groszem wdowim uboższe, starsze i mniej szczęśliwe sąsiadki młodej, bogatej i pięknej Strzeleckiej. Cokolwiek bądź, wielkie stąd powstało wzburzenie po całej ziemi. Zjeżdżano się, krzyczano, hałasowano i o niczym nie mówiono jak o tym. Śród tego czasu odsuwano się coraz bardziej od uwielbianego do niedawna Edmunda, a na niektórych zjazdach dziwne nieraz dawały się słyszeć względem zawziętego grzesznika zamiary. Jakoż z innym, kto wie, do czego by było przyszło, ale do takiego stolnikowicza, który konie wywracał i butami swymi mógł był połowę szlachty wydeptać, niełatwo było przystąpić – i szlachta cała tylko ponurym, lecz zaprawdę zabijającym milczeniem objawiła swe potępienie... Tego usposobienia opinii publicznej dla siebie nie mógł Edmund nie uczuć już wtedy, kiedy dopiero jej pierwsze zaczęły na jaw występować znamiona. Żyjący dotychczas w tak nieustannych uściskach miłości braterskiej, czuł on każde najmniejsze tych uścisków zwolnienie. Uczuwszy zaś je w samej istocie, uczuł je zaraz głęboko i uczuł nawet istny ból z tego powodu. Im dalej wszakże, tym dobitniej zaczęło się to usposobienie wyjawiać! Z początku dalsi, później i bliżsi znajomi zaczęli go wyraźnie unikać. Odstąpili go wreszcie nawet i najbliżsi. Dom jego, dawniej jak ul pszczelny rojący się gośćmi, stanął pustką bezludną. On sam, pierwszy gość każdej fety, każdego zjazdu, dziś omijany przez wszystkich. Tyloletni, nieodbity rozjemca sporów sąsiedzkich, pierwszy ukrzywdzonych obrońca, super-arbiter wszystkich spraw powiatowych, dziś, jakby nie żył na świecie. Co większa nawet! Kiedy się gdzieś przypadkowo pokazał na jakim odpuście, jarmarku lub targu, gdzie było mnogo szlachty jak zwykle, nie tylko go po staremu nie okolili wszyscy za pierwszym dojrzeniem, ale nikt zgoła nie podał mu nawet ręki, ledwie dziesiąty go pozdrowił z daleka, a zresztą każdy uciekał od niego, jak od pomoru lub głodu.. Tak samo z drugiej znów strony postępowano z Strzelecką... I dopiero wtedy Edmunda porwał ból tak silny, że mu nie był już mocen. Szarpany przezeń, zmienił się cały do niepoznania. Z wesołego młodzieńca stał się mężem ponurym i chmurnym, z hałaśliwego często junaka milczącym mnichem. Jego twarz, rumiana i świeża, wychudła i zżółkła, broda się zaostrzyła jakby u suchotnika, ogniste oczy w głąb policzków zapadły

– z olbrzymiego budową i wzrostem męża zrobił się szkielet olbrzymi... Wówczas to nieszczęśliwy ten człowiek, siedząc nieraz wieczorem w ganku swojego domu, był dziwowiskiem przechodniów. Siedzącemu z głową spuszczoną ku ziemi łzy się czasem puszczały z oczu i dużymi kroplami spadały po wychudłych policzkach. Budził się wtedy z swych marzeń bolesnych, podnosił oczy do góry i nieodstępnemu od siebie Cieszanowskiemu skarżył się z żalem:

– Hej! panie Adamie! co się to ze mną stało! Gdzież przyjaciele moi, gdzie poplecznicy, gdzie cała szlachta moja? Gdzie ci, których całymi setkami wodziłem po sejmikach i bitwach; gdzie drudzy, którzy się za szczęśliwych mieli, kiedy ich w ogniu tylko cień mój zasłonił; gdzie wszyscy, którzy by byli dla mnie krwi utoczyli spod serca?!... Wszakże tyle wszystkich skarg jego było. Bo zresztą tylko zęby zacinał i milczał. Ufał jeszcze sobie i myślał, że zniesie i przetrwa to wszystko. A kiedy doznał jakiego nowego tej srogiej klątwy dowodu, burzył się jeszcze, zrywał się i mówił z zawziętym gniewem do przyjaciela:

– Hej! niech no tylko nie grają ze mną dalej w tę grę diabelską! Boć ja wiem dobrze, czego im braknie. Zapomnieli już mojej ręki! Lecz biada temu, biada! mówię, kto mi pierwszy w nią wpadnie! Jakoż wtedy jak gdyby umyślnie, a było to prawie gdzieś z końcem łata, przeznaczenie nieszczęsne nadarzyło właśnie po temu sposobność. Miało się to stać w sposób następny: Jednym z obojętnych wszystkim drobnym sprawom miejscowym, a więc i sprawie stolnikowicza, był podstoli pomorski, mieszkający na murowanym zameczku w Hoczwi. Do niego dnia jednego wieczorem Chojnacki, czy to z domu umyślnie, czy powracając ze Seredniego, wstąpił w gościnę. Oprócz gospodarza zastał tam kilku szlachty, pomiędzy którymi znalazł się także i Deręgowski, stolnik ostrzeszowski. Deręgowski była to prawie druga edycja Chojnackiego. Równy mu wzrostem, niekiełzaną fantazją i siłą, był on także jednym z najpierwszych junaków; – zachodziła wszakże pomiędzy nimi ta ważna różnica, że jeżeli Chojnacki był wydany na białym papierze, to tamten na prostej bibule. Był on bowiem niepowściągliwym burdą i haniebnie sławnym bibułą. Był wszakże przy tym niegdyś jednym z najbliższych przyjaciół Edmunda, Dziś odstąpił go tak samo, jak wszyscy, a będąc najgłośniejszym krzykaczem i więcej ufającym swej sile niż inni, może też jeszcze głośniej powstawał przeciwko niemu. Po długim niewidzeniu spotkawszy się dzisiaj, tylko się wzrokiem zmierzyli i nic więcej. Lecz kiedy gęste zaczęły krążyć kielichy, Deręgowski nie mógł się powstrzymać od równie gęstych do Chojnackiego przycinków. Chojnacki zrazu wszystko to milcząc połykał, lecz kiedy go tamten nazwał bisurmanem, zaprowadzającym modę serajów – rzucił się na niego i wyzwał go zrazu na rękę. Przez długą chwilę trwał jeszcze spór i usiłowanie pogodzenia zwaśnionych, ale na próżno. Śród tego sporu Deręgowski się trochę otrzeźwił i wspomniawszy na żonę i dzieci, zmiękł był cokolwiek i miał powiedzieć do podstolego:

– Bitwy mu nie odmówię, ale żeby mi stolnikowicz dał fryszt do trzech dni, to bym go przyjął z wdzięcznością. Ale stolnikowicz nie pozwolił ani na dzień, ani nawet do jutra. Porozbierawszy się tedy z kontuszów i żupanów, szli w dziedziniec natychmiast. W tym pochodzie Deręgowskiemu wypada szabla z ręki, co już bardzo złym było znakiem, lecz kiedy się chylał po nią, wysunął mu się zza otwartej koszuli szkaplerz, noszony zawsze na piersiach. Szkaplerz ten wziął Deręgowski do ręki, pocałował i rzekł: – Panie Boże! przyjm to za spowiedź świętą ode mnie. Przytomni temu tak tym wzruszeni zostali, że jeszcze raz usiłowali przywrócić zgodę. Ale Chojnacki na to obrócił się tylko do Deręgowskiego, już stojącego na placu, i zawołał:

– Bisurmaństwa nie zlizać językiem. Panie Józefie, czas! Z tymi słowami natarł. Zwarli się tedy te dwa olbrzymy ze sobą, jakby dwie całe chorągwie. Wszakże niedługo trwała bitwa. Po kilkunastu cięciach Deręgowski się zachwiał i po- walił się z jękiem na ziemię. Przyskoczono do niego i znaleziono na nim dwie wielkie rany, a jego samego bez zmysłów. Wzięto go na kobierzec i zaniesiono do zamku. Posłano po felczera i uczyniono wszystko, co trzeba, ale wszystko na próżno. Deręgowski umarł jeszcze tej samej nocy. Zdarzenie to, lubo niedawno upragnione przez Chojnackiego, nie przyniosło mu jednak żadnej ulgi ani pociechy. Owszem, nawet po trzeźwiejszym namyśle przygniotło go jeszcze bardziej do ziemi. Co zaś do ogółu szlachty, to stało się ono u niej ciosem dla niego zabójczym. Nikt już teraz nie hałasował ani krzyczał przeciwko niemu, bo najstraszliwsza zgroza zdjęła umysły wszystkich. Nikt nie pragnął losu Deręgowskiego dla siebie i dlatego wszyscy milczeli. Ale było to milczenie już zaprawdę zabójcze. Chojnackiego postać dzisiejsza zmieniła się w jakiegoś straszliwego upiora, w jakąś plagę powiatu tak straszną, że nikt nie śmiał jej dotknąć ani wspomnieniem, lecz wszyscy pragnęli jak najprędszego od niej zbawienia... Ostateczna ta zmiana opinii doszła wprędce do uszu Edmunda i powaliła ducha jego do reszty. Jego boleść wewnętrzna rozlała się po całej krwi jego i zamieniła się w zabijającą truciznę. Pod jej morderczym działaniem zaczął schnąć już i padać. Nie brakowało już – tylko jednego silniejszego weń uderzenia, ażeby ostatnie wydobyć zeń tchnienie i zmieść go z tej ziemi na zawsze. Ale niedługo trza było czekać i na to. Śród tego czasu wkrótce jesień nadeszła. Z jesienią zaczęły się polowania. Polowania były to niegdyś najulubieńsze Chojnackiego zabawy, było to w domu najpiękniejsze pole jego junackich popisów. Nie obchodziło się też dawniej żadne polowanie bez niego, a jego myśliwska powaga była tak znamienita, że dopiero obietnica jego przybycia dawała każdemu z sąsiadów hasło do zapraszania innych. To go jeszcze raz ocuciło, pokazując mu pewnie jakiś nowy promień nadziei. Myślał może, że polowania staną się mimowolnym środkiem zbliżenia go na powrót do szlachty. Smutna to była pociecha dla tego, który niegdy sam trząsał tą całą szlachtą, ale jeszcze smutniejsza przez to, że była tylko nowym złudzeniem. Jakoż zaraz po św. Michale kilka się odbyło polowań, a o nim nikt ani pomyślał. Zapowiedziane zostały nareszcie wielkie łowy u Brześciańskich, kasztelaniców lubaczewskich w Ustianowej, i zaproszono na nie prawie całą szlachtę sąsiednią. Dawniej czyniący zaszczyt każdemu, komu dał się zaprosić, dzisiaj wyczekiwał on tych zaprosin jakby zbawienia. Ale minął już dzień ostatni, a zaprosiny nie przyszły. Pomimo to wszakże nabrał on jeszcze jakiejś osobliwszej odwagi – i postanowił na to polowanie pojechać. Odwaga taka była to już rozpacz ostatnia, ale w tym położeniu nawet i rozpacz niedziwna. W Ustianowej w dzień polowania jeszcze może godzina była do dnia, kiedy kilkudziesięciu szlachty było zgromadzonych w komnacie. Właśnie co kończono śniadanie i cisza panowała powszechna, jak to zwykle przed czynem, kiedy się drzwi otworzyły i wszedł do komnaty ów straszliwy dla wszystkich Chojnacki. Gdyby który nieboszczyk z grabu, gdyby upiór z nadgranicznej mogiły, gdyby żywa postać morowej zarazy była stanęła pomiędzy nimi – nie byłoby to na nich tak przerażającego zrobiło wrażenia, jak kiedy teraz stanął przed nimi Chojnacki. Wystraszonymi też oczyma wszyscy spojrzeli na niego, niektórym pomimo woli powypadały z rąk łyżki i noże, wszyscy zgrabieli na miejscu – i w całej komnacie grobowe zapanowało milczenie. Tymczasem Chojnacki z założonymi rękami przed siebie, z głową pochyloną ku ziemi stał i milcząc patrzał na wszystkich. Bóg sam wie tylko, jaki tam wyraz wtedy był w jego twarzy! Scena ta trwała przez krótką chwilę, a na nią szlachta nie umiała odpowiedzieć inaczej – jak tylko pełnym grozy milczeniem. Powalony moralnie bohater, żebrał już wtedy tylko litości dla siebie – ale już i litości nawet nie było dla niego., Wkrótce też, kiedy w tym tłumie jeden się znowu ocucił, zerwali się razem wszyscy i jakby po śnie jakim lub przywidzeniu powybiegali w dziedziniec do koni. Chojnacki sam został w komnacie. Wtedy po chwili zbliżył się ku niemu wraz z Cieszanowskim ktoś litościwy, zapewne młodszy z kasztelaniców, i przyniósłszy mu jakieś martwe słowo pociechy, namówił go, aby pojechał wraz ze wszystkimi na łowy. Chojnacki, ledwie widzący dobrze, co się z nim dzieje, wszystko dał zrobić ze sobą. Wyjechawszy na miejsce łowów, zostawili go jego towarzysze na jakiejś wysoko położonej polanie, a sami odjechali dalej. Siedząc na koniu ze spuszczoną ku ziemi głową, słuchał przez jakiś czas psów grania i gwarów myśliwskich. Lecz kiedy te się oddaliły od niego, zlazł z konia, zdjął z niego kułbakę, a oparłszy głowę na niej, położył się na murawie. Przez długą chwilę tak leżał, lecz pomału siły go zaczęły opuszczać, nieodpędzony sen zaczął gnieść mu powieki – i wreszcie zasnął. Polowanie tymczasem trwało przez cały dzień. O samym zachodzie słońca nawołali się wszyscy myśliwi i zaczęli się zbierać na oznaczone miejsce. Zbiegając się ku sobie, kilku z nich wpadło na tę polanę, a między nimi i Cieszanowski. Ten, obaczywszy Edmunda leżącego na ziemi, zbliżył się ku niemu i zaczął wołać na niego, ażeby wstawał. Ale Edmund się nie odzywał. Cieszanowski się schylił i dotknął go ręką – a Edmund był zimny jak lód. Na jego wołanie zbiegła się wkrótce niemal cała szlachta przytomna i okrążyła półkolem dawnego swego bohatera zakrzepłe zwłoki. Wszyscy na niego patrzali śród powszechnego milczenia. Wszakże w tej ciszy poważnej po niejakim namyśle miał się dać słyszeć z tłumu głos jakiś mówiący:

– Sic transit gloria mundi. Na to zaś Cieszanowski, spojrzawszy groźnie temu tłumowi w oczy:

– Mości panowie – rzecze – nie wiem, azali nie będziecie zdawać ciężkiego rachunku z tej śmierci! Ale na to znów odezwał się jakiś głos z tlumu:

– Nie mamy sobie nic do wyrzucenia. Vox; populi, vox Dei! Te słowa były jakby mową pogrzebową na grobie tego, który, niedawno pierwszy pomiędzy całą tą szlachtą, był przez nią w tryumfie obnoszony na rękach... Kara to straszna zaprawdę w porównaniu z nagrodą! Pogrzeb jego był taki sam prawie, jak koniec życia. Za jego trumną szedł tylko Cieszanowski i kilku sług wiernych nieboszczykowskich... Pan stolnik, ojciec, wytrwał w swoim nieprzebłaganym gniewie do ostatniego momentu i żył jeszcze kilka lat potem w najlepszym zdrowiu. Pani Strzelecka zakończyła resztę dni swego życia w klasztorze. Owóż więc takie są te żywe tradycje, te ostatnie zwrotki owej niedokończonej pieśni, które jeszcze tu i ówdzie błądzą po tych sanockich górach... Ale i one nie istnieją już dzisiaj w swojej dawnej całości. Jak lamowe kontusze, jak złote pasy ówczesne tylko w porozdzieranych kawałkach dadzą się dzisiaj znachodzić po starych skrzyniach i trumnach; tak i żywe podania o tych, którzy je niegdyś nosili, żyją już tylko w porozrywanych ułamkach. A niektóre z nich rdza wiekowa poprzeżerała na wylot, drugich złoto brantowne nieoddartą okryło się pleśnią, z trzecich zaś zgoła została się tylko garść prochu. Trzebaż było dopiero Bóg sam wie tylko po jakich kątkach odszukiwać te rozpierzchnione atomy, trzeba je było z rdzy i pleśni oczyszczać i ich prawdę na starych księgach próbować – a dopiero te, które wytrzymały tę próbę, składać mozolnie w całości, ożywiać je starym, z grobów wskrzeszonym, duchem i do nowego obudzać życia. Praca to nudna i żmudna zaprawdę, choć tak maluczkie tylko zwykła wydawać owoce. Wszakże wszedłszy raz na tę drogę, nazbierawszy szczegółów dosyć i znalazłszy klucz, jak je wiązać ze sobą, samo się to już jakoś rozwijało ze siebie i jedna podań gromadka, związana z sobą i ożywiona, dawała związek i życie drugiej. Tak powstawały z martwych niegdyś istotnie żywe, lecz dziś już dawno popróchniałe postacie, tak odżyły na nowo te stare i już tak zardzewiałe prawdy, że świat dzisiejszy ledwie je sercem pojmuje i we czci swojej kładzie tylko na równi pamiątek... Wszakże jak w wieńcu pomiędzy liście zielone i kwiaty wije się barwna nitka tej ręki, która je z sobą wiązała, tak w wiązankach tych podań pomiędzy stare i znalezione prawdy wije się nitka dzisiejszego marzenia... Jest to grzech wielki – mówią niektórzy sędziowie. Grzech to jest wielki w istocie, ale pomimo to usprawiedliwienie z niego nietrudne. Czyjaż to bowiem wina, że tak już bardzo popróchnieli umarli? czyjaż to wina, że ich prochów i kości na całe postacie już nie wystarcza? Mając zaś do wyboru albo dawać drobniutkie, nie mające związku ze sobą ni znaczenia ułamki, albo wedle gotowych w naturze wzorów pospajane ze sobą, dawać je w składnych całościach

– wybór mój nie mógł być wcale wątpliwym. Rzeczy te zresztą dzieją się zwykle same ze siebie i całkiem pomimo woli. Patrząc bowiem na owe szkielety ludzi, ruiny zamków i domów, na blade cienie obyczajów, praw i społeczeństw, martwe i nieme już dzisiaj, lecz takie, które żyły niegdyś życiem istotnym – sam ze siebie jakiś duch wstaje, który głos za nie zabiera i w naszych oczach dawne wraca im życie. Tak widząc w marmurowym grobie kości zmarłego człowieka, widząc kawałek złotogłowiu z szat jego, strzaskaną pochwę wydartego mu z grobu oręża i wpółzatarty napis na jego trumnie, całkiem pomimo woli naszej zmarły ten człowiek wstaje przed nami jak żywy, przywdziewa nazad na siebie swoje bogate szaty, przypasuje oręż do boku i już się poty od nas nie ustępuje, póki go z naszej strony nie ubierzemy w to wszystko, co nam o nim przynosi wiedza i przypomnienie. Wszakże nie koniec na tym: zbudzona bowiem tym wyobraźnia zrywa się coraz silniej i postępując dalej o własnych siłach, wiedzie nas w całe tego zmartwychwstałego męża życie. A kiedy potem ta wyobraźnia zaprowadzi nas do jego murowanego zameczku, zapozna nas z jego całą rodziną i krewnymi, i sąsiadami i z nich ułoży cały szereg tak rozmaitych scen i obrazów, że w nim się znajdą i bitwy, i krwawe zajścia domowe, miłość i zawiść, prywata i poświęcenie, śmierć i ciche życie domowe, poświęcone rodzinie, ojczyźnie i Bogu... a co wiedzieć natenczas, czyli to było tak w rzeczy, czy być musiało, czyli tylko być mogło?... Czemu się zaś to dzieje, czemu ten jakiś duch niewidomy, będący w nas albo z nami, wszystko martwe, co znajdzie, zaraz na powrót powołuje do życia i to prawdą, to snem, to marzeniem wiąże w nierozerwane całości, Bóg to sam wiedzieć raczy – ja nie wiem... Tak nie wiem także, czemu mi się jawią raz po raz dawno już pogrzebane postacie, czemu znam ludzi, których nigdy nie widziałem na życiu, czemu słyszę w głos ich rozmowy, perory, waśnie, czemu widzę częstokroć całe zjazdy i sejmy, i bitwy tak jakby się działy przede mną, chociaż nigdy przy nich nie byłem?... Tak nie wiem także, czemu z tych różnych ludzi, ich spraw i rozmów, i waśni, niektóre tylko pozostają mi trwale w pamięci, a inne się zacierają i giną?... Ale wszystko to ma swój grunt i przyczynę, która się z czasem wyjaśnia... Tak przez lat parę nie wiedziałem zaprawdę czemu, ile razy spojrzałem na ruinę zagórskiego klasztoru, zawsze widziałem tam mego starego Mieczuję. Był on już bardzo stary natenczas, tylko wieniec białych jak mleko włosów okrążał jego sędziwą głowę i był już przygarbiony i drżący. Miał na sobie wypłowiały kontusz z granatowego sukna, pas wystrzępiony na biodrach i białą czapkę na głowie. W takim stroju i takiej postaci siadywał on tam przed klasztorem na głazie, a jakichś kilku ludzi było zgromadzonych około niego, którzy słuchali, co mówił. Ale nie było tak zawsze. Czasem opierał swoją zgrzybiałą głowę na ręce i myślał. Potem znowu się budził i udzielał słuchaczom swych myśli. I jakbym go dziś jeszcze widział, jak po dłuższym namyśle patrzy przez chwilę przytomnym w oczy, potrząsa z zwątpieniem głową i mówi głosem pełnym powagi i żalu:

– Nie masz nic smutniejszego, jak być starcem w dzisiejszych czasach. Pięćdziesiąt lat wojen, prowadzonych bronią żelazną i umysłową, uczyniły to, że nowy naród osiadł na starej ziemi. Z dawnego państwa zostały się pod każdym względem tylko ruiny i zgliszcza. Nad szkieletami starych zamków i grodów unoszą się szkielety starych opinij i wyznań. Niektóre z nich bywają wywlekane stamtąd na krotochwilę żakom i swawolnikom, inne, przystrojone w teatralne koturny, odgrywają komedie dla wynarodowionej i bezbożnej gawiedzi – starzec tylko białowłosy, z przytępionym wzrokiem i trzęsącą się głową, uklęka czasem pod tymi świętymi murami i złożywszy ręce w pokorze, oddaje tam cześć dawnym bogom narodu, dla których nie masz już nigdzie kościoła... I tak mówiącego obskakują go znowu wąsate pacholęta nowego wieku, przypatrują mu się, skaczą około niego, szarpią go za pas i za żupan i mówią: – Starcze! powiadaj nam co, bo nam się nudzi! I dobroduszny starzec kończy z pośpiechem swoje myśli pobieżne, poprawia się na swoim omszonym głazie i zaczyna powiadać powieści. Zgromadzona rzesza, oczy wlepiwszy w niego, słucha go zrazu ciekawie, powtarza sobie jego słowa, dziwi się jemu, że znał wszystkich jej ojców i dziadów... Starzec się zapala i mówi bez przerwy; jemu się zdaje, że uwięziwszy ich oczy i uszy przy sobie, uwięził zarazem i serca... i głos jego podnosi się coraz wyżej, biała czapka się na bok przewiesza, wyciągają się ręce, w tył odlatują wyloty... Lecz wkrótce dostrzega on poniewolnie, że jego słuchacze śmieją się tam, gdzie on by płakał, gdyby miał jeszcze łzy w piersiach; inni zasie udają litość i współczucie nad tym, z czego się śmiano po wszystkie czasy – i pokazuje się jawnie, że słuchaczów do mówcy nie wiąże serce, tylko oko i ucho. Wtedy nagle starcowi urywa się mowa, głowa jego opada na piersi, oczy wlepiają się w ziemię, a z jego ust pobielałych wymykają się słowa: – Barbarus hic ego sum, quia haud intelligor illis!... Po takim wyznaniu nie otwiera on więcej ust swoich ani patrzy nawet w tę stronę, gdzie po bezdrożach błądzą nowych pokoleń gromady... ale natomiast wraca pomiędzy mury swej celi, owija się w resztki wypłowiałego żupana, owija się w stare modlitwy swoje i tak czeka w spokoju, póki anioł śmierci nie uderzy brunatnym skrzydłem w jego łoża wezgłowie, mówiąc:

– Czasy twoje się dopełniły; chodź, zawiodę cię aż do onej marmurowej pościeli, w której śpią twoi hetmani i rotmistrzowie... Tak widząc zawsze postać mego starego skarbnika pod murami klasztoru, nie wiedziałem przecież, dlaczego mi się właśnie tu zjawia i zjawia w ten sposób, jak gdyby to miejsce zawierało w sobie historię ostatnich dni jego życia albo nawet jego kości i prochy? Miałżeby tu być w samej rzeczy grób jego?... Ta myśl wszakże nawijała mi się wtenczas li tylko przelotnie. Zajęty jego życiem i tym, co się działo za jego życia, i mając tego tyle do opowiadania, że ledwie cząstkę zdołałem złożyć i spisać, zajęcie się jego śmiercią i grobem zostawiałem sobie na później. Wszakże niebawem nauczyło mnie doświadczenie, że nie wszystko, co się znalazło w ówoczesnych podaniach i pismach, da się opowiedzieć w dzisiejszych czasach... Niektóre rzeczy, lubo w części już zapomniane, są jednak jeszcze za świeże!.. Inne mogłyby się na jaw okazać, lecz dopełniwszy pierwej różnorakich warunków... A ponieważ o wszystkich przedmiotach dziejowych za sławnym naczelnikiem równie sławnego zakonu musiałem sobie powiedzieć z góry: Sint ut erant, aut non sint! – więc na bardzo wielką część owych podań musiał paść wyrok: Non sint! Tym sposobem daleko prędzej, niżeli się spodziewałem, zbliżyłem się piórem do ich dna i do końca. Przyszła więc kolej na ostatnie dnie i na śmierć mego starego Nieczui. O tych rzeczach natenczas, jako odłożonych na później, mało jeszcze wiedziałem. Głuche tylko wieści i niepewne wspomnienia snuły mi się po pamięci. Wszakże przyszła mi na myśl także i owa postać jego, jawiąca mi się pod murami klasztoru. Jak tedy niegdyś za jego żywą postacią szedłem w ślad, aby znalezione już wiązać i nowe odszukiwać albo dopełniać podania, tak dziś za jego sennym zjawiskiem poszedłem, ażeby porozrzucane nici tych podań jeszcze raz schwycić i skończyć. Jakoż pokazało mi się niebawem, że owa postać senna nie na próżno mi się zjawiała pod murami zagórskiego klasztoru. Imć pan skarbnik bowiem miał rzeczywiście pod koniec życia niemałe z tymi miejscami styczności. I tak najpierwej jego siostra Jadwiga, podkomorzyna sędomirska, utraciwszy męża i znaczną część jego i własnego majątku, przeniosła się była tutaj i około roku 1781 kupiła była też samą wieś Zagórz na własność, w której zaraz po śmierci imć pana Macieja Chojnackiego, jej dotychczasowego dzierżawcy, stałe sobie obrała mieszkanie. U swojej siostry, z którą zawsze w najlepszych żył stosunkach, bywał często pan skarbnik i nawet jako jej opiekun stawał w jej imieniu na sądach. Oprócz tego miał on jeszcze i z samym klasztorem osobiste relacje, a nawet zakonnikom tamtejszym jeszcze za życia swego krom innych dobrodziejstw sumę jakąś zapisał, o czym sam pisze w jednym z swych listów, mówiąc: – „Pobożnym zakonnikom zagórskim, którzy się tak troskliwie opiekują zbawieniem duszy mojej, lubo z pomocą Boską już się dla nich uczyniło cokolwiek, co ma i pewne znaczenie, i pewną niesie prowizję, przecież trza będzie i nadal nie umykać pamięci...” Z dalszego ciągu tego listu, którego tylko jedna kartka została, zdaje się także wypływać, jakoby skarbnik miał był myśl już natenczas kiedyś na stare lata osiąść w jakim, a najpodobniej w tymże samym klasztorze. Domysł ten także potwierdzała i wieść jakaś niepewna, że w tym klasztorze był w samej rzeczy jakiś stary szlachcic na dewocji, który całe życie strawiwszy na wojnach, tam na modlitwach przeżył resztę dni swoich. Wszakże to było wszystko, co mi się dało odszukać. Pod koniec drugiego dziesiątka teraźniejszego wieku klasztor zagórski się spalił do szczętu, a w nim spłonęły wszystkie jego papiery i wszystkie pamiątki; osieroceni zakonnicy rozeszli się po świecie, a z nimi zaginęły i wszystkie wieści na zawsze... Pomimo to wszakże postanowiłem zwiedzić jeszcze raz tę ruinę. Nie mogłem się wprawdzie i po niej nader wiele spodziewać, bo od lat przeszło trzydziestu była ona zostawiona burzom i słotom, lecz przecież... może jeszcze jaki kawałek nagrobka? może jaka blacha ze starej trumny? może choć myśl jakaś, jeśli nie całkiem prawdziwa, to przynajmniej podobna do prawdy?... Jednakże błądząc między tymi murami, nie dojrzałem nic, co by odpowiedziało choć w części moim poszukiwaniom. Zimne i nieme głazy dokoła, pomiędzy nimi zielska i chwasty, i owóż wszystko, co tam widziałem... Wszakże zmęczywszy się bliższym opatrywaniem głazów, kiedy wychodząc stamtąd, aby piersi napojone zgnilizną i pleśnią świeżym odżywić powietrzem, wszedłem w dawny klasztorny kurytarz, w jednym miejscu musiałem się zatrzymać na chwilę, bo mi się zdawało widzieć ślad jakiejś żyjącej i tu zamieszkałej istoty. Kurytarz ten nie miał nad sobą już ani dachu, ani nawet sklepienia i prawa jego ściana była już na wpół zwalona, lecz za to w lewej, która mieściła w sobie niegdyś cały rząd cel klasztornych, pomiędzy drzwiami powywalanymi na wylot, ujrzałem jedne niby na powrót sprawione i na kłódkę żelazną zamknięte. To mnie zastanowiło cokolwiek, lecz wiedząc dobrze, że przed rokiem i dawniej żadnej żywej istoty tutaj nie było, odwróciłem od tego szczegółu moją uwagę, a natomiast zwróciłem ją całą na drzwi same, a właściwie na odrzwia. Odrzwia te bowiem były z jakiegoś ciemnego i twardego kamienia bardzo ładnie wykute i mając rozmiar daleko większy niżeli wszystkie drzwi inne, miały na sobie nawet jeszcze dość widne ślady zręcznie rzeźbionych floresów, przedstawionych wypukło. Z tych odrzwi wszakże pozostało teraz już tylko dwa słupy poboczne – całego wierzchu nie było. Na widok tego przejęło mnie jakieś smutne uczucie żalu, bo mi się zdawało (jak to zwykle się zdarza w podobnych razach), że ten wierzch musiał być daleko piękniejszy niż słupy boczne i że go ktoś wyjął umyślnie... Już mi się zaczęły nawijać różne domysły, różne ciemne przeczucia, kiedy wtem gdzieś opodal ode mnie usłyszałem suchy i ciężki kaszel jakiegoś starego człowieka. Obróciłem się w tę stronę i ujrzałem staruszka, zgarbionego pod ciężarem wiązki suchych gałęzi, który krokiem powolnym wchodził właśnie w kurytarz. Obaczywszy mnie stojącego pod drzwiami, zastanowił się cokolwiek, lecz potem zbliżył się ku mnie pomału i zrzucił ciężar swój tuż koło mnie na ziemię.

– Niech będzie pochwalony...

– Na wieki wieków.

– To wy tu mieszkacie, staruszku?

– Ja, panie! – odpowiedział z westchnieniem starzec – a cóż robić, mój panie, kiedy człek nie ma innego przytułku...

– Jakże? to nie macie już żadnych krewnych ni bliskich?

– Może i są tam gdzie jeszcze! ale któż ich tam teraz odszuka, kiedyśmy się ze trzydzieści lat nie widzieli? I nie poznaliby mnie już teraz i nagnaliby mnie od siebie!

– A dlaczegoż tu właśnie wybraliście sobie mieszkanie? wszakżesz lepiej by było gdziekolwiek bądź indziej, byle pomiędzy ludźmi.

– Pomiędzy ludźmi! – powtórzył staruszek z dziwnie gorzkim uśmiechem – o! już to, panie, nie ludzie, którzy dziś mieszkają na świecie. Wolę już tutaj. Tutaj przeżyłem moje lata młode, niechże już tutaj i grób znajdę dla siebie.

– Tuście przeżyli lata młode? – powtórzyłem prędko i zacząłem dalej i niecierpliwie wybadywać staruszka. I jakież było w pierwszej chwili zdziwienie moje, kiedy się dowiedziałem od niego, że przez lat kilkanaście był ogrodniczkiem klasztornym i był w tej służbie prawie aż do spalenia klasztoru... Wszakże zdziwienie to i wynikająca stąd uciecha były tylko chwilowe; niebawem bowiem przekonałem się aż nadto dowodnie, że staruszek miał pamięć jak najzupełniej starganą. W jego całym umyśle nawet był taki nieład, że mi plótł rzeczy nie mające ze sobą żadnego związku, a o czymkolwiek bądź zaczął, przechodził zaraz na Węgry, gdzie trzydzieści lat bawił i których pamięć przygłuszyła w nim wszystkie jego wspomnienia dawniejsze, a nawet i wspomnienia młodzieńcze, które zwykle u starców najżywiej się przechowują w pamięci. Nie tracąc wszakże jeszcze nadziei dowiedzenia się choć czegoś przynajmniej, wyłożyłem mu krótko i zrozumiale, o co mi chodzi, i starałem się sam mu te czasy tak żywe przypomnieć, żeby już plótł, co mu się będzie podobać, byleby nie zajeżdżał na Węgry. Wysłuchawszy mnie z bardzo poczciwą, a nawet natężoną uwagą, oparł się o krawędź rozwalonego komina i bardzo długo coś myślał, lecz nareszcie się zebrał i opowiedział mi to, co wiedział, prawie w następujących słowach:

– Onego czasu, ale to bardzo już dawno, bo i niedobrze pamiętam, jeno jakby sen jakiś mi się to kręci... otóż onego czasu przyjechał tu był do klasztoru jakiś pan wielki i żołnierz wielki, ale już stary, bo był siwy mało nie tak, jak i ja teraz. A ten pan był bardzo bogaty i przywiózł ze sobą znaczne skarby we wielkich skrzyniach, a ojcowie go bardzo grzecznie przyjęli. A potem wybrał sobie jedną celę i dał do niej dorobić drzwi wielkie żelazne i odrzwia kamienne.

– A to pewnie ta sama cela?

– Może i ta – odpowiedział staruszek – ale już tego nie pomnę... Otóż w tej celi schował on swoje skarby i sam w niej zamieszkał, i tak Panu Bogu ślubował, że już tu swego życia dokona na modlitwach i na pokucie. Ale jakoś nie dotrwał w tym ślubie. Bo jako to żołnierz był z niego wielki, tak też zaraz, jak tylko nowa się wojna zaczęła, zabrał się stąd i poszedł. A swoją celę zamknął i swoje skarby w niej zamknął, a tak przykazał, że jeśli zginie na wojnie, wszystkie te skarby mają się dostać ojcom, aby się Bogu modlili za jego duszę. Pomnę to nawet, że nade drzwiami tej celi był jakiś napis, co my to nieraz go oglądali, bal nawet i goście różni go oglądali z podziwem, bo to tam były snadź wypisane te wszystkie skarby... A już co potem się stało, tego nie pomnę. Jeno tak mi się widzi, że ten rycerz już nie powrócił... O! i pewnie nie wrócił, bo pamiętam to dobrze, że w tej celi mieszkał potem ksiądz kaznodzieja, który się lubiał bawić ogrodem i nieraz nawet we współkę ze mną robił rydlem na grządkach... A już też wtedy i owego napisu nie było, bo też i skarbów nie było... Zastanowiwszy się chwilę nad tym tak smutnie poszarpanym podaniem, nie mogłem wątpić jednak, że w nim jest jakiś cień prawdy, a że ta prawda się nie odnosi do nikogo innego, jak tylko do nieboszczyka skarbnika, byłem więcej jak pewny. Widząc wszakże, że już się więcej od tego staruszka nie dowiem, usiłowałem przynajmniej go naprowadzić na przypomnienie sobie koniecznie, gdzie się podział ów napis znad owej celi, którym nie mogło być nic innego, jak tylko ów wierzch brakujący tym odrzwiom kamiennym, które dopiero co oglądałem. Usiłowanie moje nie dawało mi żadnej nadziei, wszakże rozmawiając z nim dalej, jakże się nie zdziwiłem, kiedy spomiędzy głazów, leżących w kącie tej samej celi i poprzyrastanych chwastami i trawą, na jednym z nich zdawało mi się jak najwyraźniej widzieć wyrzeźbioną tarczę herbowną, a na niej pień o pięciu sękach z mieczem wbitym weń z góry. Przystąpiłem w ten moment bliżej i znalazłem tam ten sam wierzch owych odrzwi kamiennych, który tak, jak go sobie przerysowałem na prędce, kładę tutaj poniżej Oparłszy się plecyma o wyłom muru, zastępujący okno w tej celi, stałem tam nad tym głazem, sam tego nie wiem, jak długo. Tysiące myśli snuło mi się przez głowę, tysiące uczuć odzywało się w sercu. Rzeczy prawdziwe zdawały mi się całkiem niepodobne do prawdy, a prawdopodobnych nasuwało się tyle! Smutek ciężki przejął mnie wreszcie, że rzeczy takie jeszcze niedawne już tak niezdartą pokryte pleśnią!... Czy tak jest także i u innych narodów?... O! tam wcale inaczej!... przechowują tam najmniejsze drobnostki, przechowują nawet błędy przeszłości w niezatartej pamięci dlatego tylko, że były niegdyś własnością ich ojców i dziadów. I taką pamięć każdy tam rozumie, i nikt jej znaczenia nie paczy, i nikt jej nie sława na drodze. Dlatego żyją oni ciałem i duchem, a mając przeszłość, mają i przyszłość przed sobą. My, czymże dzisiaj jesteśmy? Żyjemyż przynajmniej duchem w nierozerwanej spójni z tymi, którzy nas porodzili? Nie sąż pomiędzy nami tacy, którzy ten związek ducha i serca własnymi rozrywają rękami? Nie sąż, którzy z lekceważeniem rzucając przeszłość, niespokojną swą myślą przenoszą się w kraje cudzoziemskich idei i w nich szukają zbawienia?... Nie wiem i tak nie sądzę. Byłoby to zaprawdę szaleństwem, z którego zanadto straszne wyniknęłyby skutki, ażeby o nich można pomyśleć bez zgrozy. Tak myślącemu mimowolnie nasunął mi się obraz życia tego staruszka, którego teraz miałem przed mymi oczyma. Staruszek ten urodził się tu na tej ziemi i znalazł chleb i zajęcie w klasztorze. I było mu tutaj zapewne nieźle. Ale klasztor się spalił, a z jego spaleniem zaszła zmiana i w jego losie. Ustało jego dotychczasowe zajęcie i trzeba było innego poszukać. Ale zamiast go szukać w tej samej ziemi, o jeden zagon dalej albo o jedną wieś dalej, albo i te same grzędy uprawiać, których przecież pożar nie zniszczył – porzucił on lekkomyślnie wieś i ziemię rodzinną i poszedł w kraj daleki i cudzy, aby tam szukać chleba na dzisiaj i nadziei na przyszłość. Trzydzieści lat błądził po owych krajach nieznanych, przedeptał jego wszystkie ścieżki i drogi i pewnie niejednego się chwytał rzemiosła – ale cóż stąd za skutek? Oto stargał swe siły w krwawych z losami zapasach, doczekał się ciężkiej, niezaradnej starości i wrócił. Wrócił nazad w te miejsca, gdzie żyli jego ojcowie i gdzie on sam przeżył cały wiek swój młodzieńczy – ale te miejsca teraz już mu nawet nie były ojczyzną. Cudzoziemiec we własnym kraju, obcy na własnych grzędach, nie pamiętał już nawet, co się działo za jego własnego życia. Tak zerwawszy zupełnie z przeszło- ścią, nie miał jej wcale, teraźniejszość jego, o! jakaż biedna i nędzna! – a cała przyszłość – za grobem. Tak marząc smutnie nad owym głazem i porównywa jąć w marzeniu losy pojedynczego człowieka z losami krajów, ziem i narodów, nie uważałem wcale, że już słońce się dawno schowało za góry i coraz ciemniejszy zmrok opadał na ziemię. Chłód wieczorny, zawiewający przez wyłom muru, zbudził mnie wszakże o tyle prędzej, ile że parę mil miałem stamtąd do siebie, a konie moje zgłodniałe już od kilku godzin na próżno czekały na mnie na górze. Jakoż żegnając się zaraz dobrym słowem i datkiem ze staruszkiem, chciałem natychmiast wychodzić. Ale staruszek, nałożywszy tymczasem ognia na rozwalonym kominie i ogrzawszy się przy nim, a teraz ważąc w ręku pieniądze, rzekł do mnie:

– Już to jegomość odchodzi? Zatrzymałem się jeszcze.

– Bo to widzi jegomość – mówił dalej staruszek – mnie to samemu żal wielki, że ja nie umiem już o tym powiedzieć, na co sam wtedy patrzałem. Ale to dawne czasy! już i własnych krewnych się zapomniało, a nie dopiero cudzych! Przecież może ja sobie jeszcze co o tym panu przypomnę... Anoż zaraz znowu mi się coś przypomina i to tak mi się widzi, że kiedy ten pan tutaj siedział, albo może i inny... a nawiedzali go tu drudzy panowie i chodzili nieraz z nim po ogrodzie; to wtedy przychodził tu także do niego i leśniczy z Zagórza, który mu nosił zwierzynę. A przychodziła z nim także i jego żona, którą wołali Marcjanna... A to już taki dobrze pamiętam, bo ta Marcjanna zachodziła wciąż do ogrodu i brała stąd jarzyny i szczepy. A z tego powodu była tutaj raz bitwa wielka pomiędzy ludźmi, przy tym i mnie się tak dobrze dostało, żem na to leżał przez kilka czasów. A kiedym był chory, to ta Marcjanna odwiedzała mnie i cieszyła, i obiecała mi służbę drugą wynaleźć, kiedy bym tę porzucił!... A już tam dalej i nie wiem, jeno mi się to jakoś tak kręci, boć i tak było... A ta Marcjanna może jeszcze gdzie żyje, bo młoda była... Ten szczegół zajął mnie oczywiście daleko więcej niżeli to wszystko, czego się dotychczas dowiedziałem z ust jego. Jakoż w dalszej, na nowo rozpoczętej rozmowie przekonałem się, że kiedy się staruszek rozrusza i dobrze namyśli, to jeszcze niejeden szczegół mu się przypomina. Wszakże nie mogłem już na ten raz długo z nim rozmawiać, bo było, jak to mówią, i głodno, i chłodno, i do domu daleko. Powróciłem więc nocą do siebie – a nazajutrz rozpocząłem poszukiwania wyż wspomnionej leśniczynej Marcjanny. Poszukiwania te wkrótce jak najlepiej się opłaciły. Leśniczynej tej wprawdzie nie było już w Zagórzu, ale była na kupionym przez siebie folwarczku w dalekich górach. Stała się też ona dla mnie skarbem nieocenionym. Urodzona niegdyś na dworze nieboszczyka skarbnika, ciekawa do najwyższego stopnia i obdarzona osobliwą pamięcią, wiedziała ona nie tylko to wszystko, co sama zapamiętała, ale pamiętała i to, co gdziekolwiek słyszała. Była przy tym przez lat kilkanaście w służbie u pani podkomorzynej sędomirskiej i znane jej były najskrytsze tego domu tajniki, co mnie też obchodziło najwięcej. Tak tedy w części od niej, w części zaś od owego staruszka, który później, odżywiony i opatrzony, jeszcze niemało szczegółów dotyczących tej sprawy sobie przypomniał, nazbierałem ustnych podań tak wiele, że z ich pomocą ostatnie lata życia nieboszczyka skarbnika wyjaśniły mi się prawie zupełnie. Rzeczy te wszakże są tak ściśle związane i z niektórymi szczegółami jego własnej, a daleko dawniejszej przeszłości, i z dziejami jego bliższych przyjaciół i krewnych, że je niepodobna było rozerwać. Dlatego zostawiając je w ich naturalnej całości, dopełniłem je tylko tymi wiadomościami, których brakło w podaniach, a które dla dzisiejszego słuchacza są prawie niezbędne – z czego wszystkiego złożoną powieść, szereg Nieczujowych powieści ostatecznie kończącą, opowiadam następnie. KONIEC ROZDZIAŁU