Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Dziwny pielgrzym

U pszczół na obiedzie. - Rozpacz Wawrzusia. - Za głosem dzwonów. - Kąpiel w lesie. -

Widziadło. - Co Wawrzus wypatrzył pod kościelnym oknem. - "Chwytaj! Łapaj!" - Oczy pielgrzyma. Wawrzuś obudził się przeziębły i bardzo głodny. Pojrzał z wysokości na wszystkie strony

- cicho. Dziki, niedźwiedzie, wilki wróciły pewno do legowisk, dopiero w nocy rozpoczną na nowo swe polowania i wędrówki. Z gałęzi na gałąź pomykając, zsuwając się po pniu, dotarł do najniższego konara i zeskoczył na ziemię. Patrzy znowu, nasłuchuje - nic. "Już tez ta dziś nie będę się kręcił w kółko jak głupi - myślał, nauczony wczorajszym doświadczeniem - ino se pójdę prosto i prosto, ani raz się nie zawrócę. Do jakiegoś przecie końca dolezę, ludzi może napotkam, to mnie do tatusia odprowadzą. Dy tatusia wszyscy znają. Ino teraz sukać trza jadła jakiego; skręca mnie cosi na wnątrzu jak wióry... a mgli..." Zerwał parę listków kwaśnego ziółka, zwanego zajęczą kapustą, zeżuł i połknął. "Dobre to przegryźć po kluskach, jak się przykrzy darmo leżeć na paświsku; ale na głodno... Trza iść, stanie mi jeść nie da." I poszedł, gdzie oczy poniosą, nie zbaczając ani na prawo, ani na lewo, ciągle prosto, jak sobie to postanowił. Głód bardzo doskwierał, godziny mijały, a gdzie spojrzy, ino mchy, paprocie, jałowce, a górą stare grube pniska... aż strach ogarnia, co to dalej będzie. Nogi takie ciężkie, spać się chce czy co takiego? "Choć do słonecka pójdę się ogrzać; jakasi polana... drzew tam nie ma; położę się na trawie, pośpie, może mi zelzy." Widok zielonej dolinki o kilkanaście kroków, słońcem oblanej, dodał mu otuchy. Podbiegł w tę stronę. "Raju... cerwona trawa! Nie... to jagody!" Rzucił się, drżący z głodu, na ziemię, jadł, jadł i odjeść się nie mógł. "Jaśka by tu puścić, ten ci przepada za poziomkami! Alezem się naładował setnie; jaze mi w ocach pojaśniało." Wyjął z zanadrza drewnianą jaszczurkę, przypatrzył jej się z lubością, westchnął i pokiwał głową. "Widzis, głupia, wsyćko twoja wina; bez ciebie ja tak na pustyni pokutuję! Wylegas sie pięknie jak królowa, a ja mizeracek tyle pędy muse rypać. Pań Jezus jeden wie, kaj zajdę. No, idź spać, pora na mnie". I wędrował dalej. Za wiele jednak ufał poziomkom; am dwie godziny nie minęło, znowu głód. Źebyż choć nadzieja wyjścia z tego przeklętego lasu! Drzewa olbrzymie konarami u góry się plączą, w zielone sklepienie wiążą; chłód, mrok, nieba nie widać, słońca nie widać, ponura, głucha cisza... Kukanie kukułki słabo dolatuje; widno wszystkie ptaki pouciekały z tej ciemni do słońca. "Cosi pachnie... - pociągnął głęboko nosem - juści, miodem wonieje, woskiem... barć tu gdzieś musi być bliziutko. Trza patrzeć, gdzie wypróchniałe drzewa. - Podniósł głowę i śledził pilnie. - Żeby ino nie za wysoko. Oho... pscoły się uwijają... mojeściewy ślicne, pokażcie mi drogę!... Jest! Oj, skoda, ze mnie tatuś nie widzą, boby mnie pochwalili. Wszystko cłowiek ma na zawołanie: i kozik, i hubkę, i krzesiwko; a zawdy ino gadają, żem niemrawiec." Skrzesał ognia, rozjarzył kawałek hubki, wsadził w szczelinę wypróchniałego drzewa, tuż przy otworze barci, a sam czym prędzej uskoczył w bok, bo rozwścieczone pszczoły mogły się nań rojem rzucić i na śmierć zakłuč. Schowany za rosochatym wiązem, czekał cierpliwie, czasem jedno oko wysuwając. Gorzki, gryzący dym z tlejącej hubki rozsnuł się białawym obłoczkiem dokoła barci, aż i przedostał się szparami do wnętrza. Z głośnym brzękiem wyleciało kilkaset pszczół na powietrze; zatrzymały się przez parę sekund w miejscu, jakby naradzając się, co robić wobec tak strasznej klęski, i zbite w kłąb, pomknęły ku górze. Niejeden dorosły nawet człowiek, ale nieświadomy rzeczy, korzystałby z pomyślnej chwili i śmiało szedł miodu wygarnąć z opuszczonej barci. Wawrzek tyle razy napatrzył się robocie ojca, że i sam zachował się jak stary, doświadczony pasiecznik. Wiedział, że na straży ukochanego ula i bogatej spiżarni zostaje zawsze kilkadziesiąt najwytrwalszych pszczół, i te albo giną uduszone dymem, albo opuszczają barć o wiele później od swych poprzedniczek. Stał więc ciągle za drzewami i czekał. A hubka nie przestawała się dymić. "No, może ta już macie dość? Mnie samego w nosie kręci, to chyba uciekły abo pomarły." (W mniemaniu ludu pszczoła za to, że dostarcza wosku na światło do kościoła, ma wyższość nad innymi zwierzętami, że nie zdycha jak one, tylko umiera jak człowiek). Wawrzuś wysunął się z kryjówki, powolutku się zbliżał do upragnionego celu, a ciągle rzucał oczyma na wszystkie strony, czy się gdzie jeszcze jaki niedobitek nie pokaże. Wspiął się na suchy konar i zajrzał do wnętrza barci. "To ci komora pełna! Hej, hej... pewnikiem niepamiętne lata się tu mają, a nikt o nich nie wie. Nawet mi nie żal, ze takim bogackom ubiorę krzynę". Spiesznie zastrugał ułamaną gałązkę w kształt łopatki, liść łopuchowy położył na lewej dłoni, podważył grubą warstwę spod samego wierzchu i wyciągnął śliczny biały plaster, złotym, gęstym miodem kapiący. "Teraz w dyrdki uciekaj, bo cię jesce dogonią!" - ze śmiechem sam siebie straszył i przygasiwszy hubkę, pobiegł pędem kilkadziesiąt kroków dalej. Usiadł pod dębem i zajadał chciwie, wyssany wosk popluwając. "Dalibyście chleba, matusiu... nijako tak samo słodkie łykać" - szepnął pół żartem; ale na wspomnienie matusi, takiej bardzo dobrej, co to i umyła, i uczesała, upieściła, do sytości jeść dała, a przed każdą biedą osłoniła, zgorzkniał mu w ustach miód słodziutki, a oczy łzami zaszły. "Biedny ja, biedny, taki samiuteńki, ani mnie nie znać w tym strasnym puscysku!... Nicym chrobacek. Jak mnie wilcy zagryzą albo niedźwiedź zadusi, to ani ptasecek nie poleci do Poręby dać znać, co już ni ma Wawrzusia. Oj, Boże, Boże... ady sie ulitujcie nade mną, święci janiołowie, i wyprowadźcie mnie na jaką dobrą drogę!" Wylizał liść miodem posmarowany, rączki wytarł mchem i ziemią do sucha - i znowu prosto przed siebie. Słońce się ma ku zachodowi, ale w odwiecznym boru jednakowy mrok o zaraniu, w południe i pod wieczór. Wawrzuś bardzo już zmęczony; długą drogą zmęczopy i płaczem, i tęsknotą za matusią. Ogarnęło go jakieś odrętwienie, idzie jak we śnie, a tylko niekiedy dreszcz go przebiega... ta puszcza nie ma końca, będzie tak szedł, szedł, aż umrze. "O Matko Boska z matusinego obrazka... weź mnie, biedne dziecko, do nieba. Już nikaj nie pójdę, położę się tutok, niech się dzieje, co chce. Ino pacierz jesce zmówię przede śmiercią. «Ojce nas, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, psyjdź królestwo»... - Zerwał się na równe nogi. - Słysycie ludzie... dzwony! Dzwony... dzwony... Rety! Kościół kajsi niedaleko! Matko Najświętso... nie będę już umierał, nie! Lecę ku dzwonom! Jakasi wieś niedaleko... O Panie Jezusie... o moja złota matusiu!" Wesoły, zdrowy, silny, wypoczęty, rzucił się pędem w stronę, skąd głos dzwonów dolatywał. Wsi wprawdzie tak od razu nie znalazł, ale drzewa zaczęły się coraz bardziej przerzedzać, światło zamierającego dnia wpadało między krzaki, chłopiec biegł, biegł, aż dotarł do jakiegoś wąwozu na skraju lasu. Górą ślady kół i kopyt końskich szły w kierunku wsi widniejącej z daleka; patrzy na dół: rzeczułka, raczej strumień, płynie sobie warciutko. Dno białym żwirem wysłane, a co kamień większy wystercza, to go woda bije i pianą obryzguje. Wawrzuś ześliznął się po skrzypach i macierzankach na sam dół, zdjął koszulę i wskoczył do wody. Pluskał się, zanurzał i wypływał, pił chciwie, kładł się jak długi na płytkim, to znów szukał głębszego miejsca i próbował pływać: wybiegał na brzeg po to tylko, by wracać i pluskać się na nowo. Kąpiel orzeźwiła go do reszty i wygnała z głowy wszystkie czarne myśli. "Śmiechu warte, jaki ja był głupi... cegozem sie bał? Cóż mi sie stało? Zjadło mnie co? A może to nawet nie była pusca, tylko taki sobie zwycajny las? Chyba już wyleze z tej wody, bo jak sie ściemni, to znowu sie gdzie zabłąkam." Podniósł oczy ku zachodowi zobaczyć, co się dzieje ze słońcem, i nagle przysiadł po szyję w wodzie, nie śmiejąc się ruszyć ani odetchnąć. "O Jezu... cosi znowu idzie..." - pomyślał kurcząc się, że mu tylko nos i oczy ponad wodę wystawały. Brzegiem wąwozu, oświetlony czerwonym blaskiem zachodzącego słońca, szedł powoli człowiek jakiś. Wzrostu był więcej niż średniego, Wawrzusiowi jednak, patrzącemu z dołu, wydał się na tym tle ognistym strasznym olbrzymem. Kapelusz miał czarny z szerokimi kresami, białymi muszelkami w miejsce taśmy otoczony; płaszcz ciemny, niemal ziemi sięgający, z kończatą pelerynką i kapturem, przewiązany w pasie trzy razy dokoła grubym szarym powrozem. Na lewym łopuchowy położył na lewej dłoni, podważył grubą warstwę spod samego wierzchu i wyciągnął śliczny biały plaster, złotym, gęstym miodem kapiący. "Teraz w dyrdki uciekaj, bo cię jesce dogonią!" - ze śmiechem sam siebie straszył i przygasiwszy hubkę, pobiegł pędem kilkadziesiąt kroków dalej. Usiadł pod dębem i zajadał chciwie, wyssany wosk popluwając. "Dalibyście chleba, matusiu... nijako tak samo słodkie łykać" - szepnął pół żartem; ale na wspomnienie matusi, takiej bardzo dobrej, co to i umyła, i uczesała, upieściła, do sytości jeść dała, a przed każdą biedą osłoniła, zgorzkniał mu w ustach miód słodziutki, a oczy łzami zaszły. "Biedny ja, biedny, taki samiuteńki, ani mnie nie znać w tym strasnym puscysku!... Nicym chrobacek. Jak mnie wilcy zagryzą albo niedźwiedź zadusi, to ani ptasecek nie poleci do Poręby dać znać, co już ni ma Wawrzusia. Oj, Boże, Boże... ady sie ulitujcie nade mną, święci janiołowie, i wyprowadźcie mnie na jaką dobrą drogę!" Wylizał liść miodem posmarowany, rączki wytarł mchem i ziemią do sucha - i znowu prosto przed siebie. Słońce się ma ku zachodowi, ale w odwiecznym boru jednakowy mrok o zaraniu, w południe i pod wieczór. Wawrzuś bardzo już zmęczony; długą drogą zmęczopy i płaczem, i tęsknotą za matusią. Ogarnęło go jakieś odrętwienie, idzie jak we śnie, a tylko niekiedy dreszcz go przebiega... ta puszcza nie ma końca, będzie tak szedł, szedł, aż umrze. "O Matko Boska z matusinego obrazka... weź mnie, biedne dziecko, do nieba. Już nikaj nie pójdę, położę się tutok, niech się dzieje, co chce. Ino pacierz jesce zmówię przede śmiercią. «Ojce nas, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, psyjdź królestwo»... - Zerwał się na równe nogi. - Słysycie ludzie... dzwony! Dzwony... dzwony... Rety! Kościół kajsi niedaleko! Matko Najświętso... nie będę już umierał, nie! Lecę ku dzwonom! Jakasi wieś niedaleko... O Panie Jezusie... o moja złota matusiu!" Wesoły, zdrowy, silny, wypoczęty, rzucił się pędem w stronę, skąd głos dzwonów dolatywał. Wsi wprawdzie tak od razu nie znalazł, ale drzewa zaczęły się coraz bardziej przerzedzać, światło zamierającego dnia wpadało między krzaki, chłopiec biegł, biegł, aż dotarł do jakiegoś wąwozu na skraju lasu. Górą ślady kół i kopyt końskich szły w kierunku wsi widniejącej z daleka; patrzy na dół: rzeczułka, raczej strumień, płynie sobie warciutko. Dno białym żwirem wysłane, a co kamień większy wystercza, to go woda bije i pianą obryzguje. Wawrzuś ześliznął się po skrzypach i macierzankach na sam dół, zdjął koszulę i wskoczył do wody. Pluskał się, zanurzał i wypływał, pił chciwie, kładł się jak długi na płytkim, to znów szukał głębszego miejsca i próbował pływać: wybiegał na brzeg po to tylko, by wracać i pluskać się na nowo. Kąpiel orzeźwiła go do reszty i wygnała z głowy wszystkie czarne myśli. "Śmiechu warte, jaki ja był głupi... cegozem sie bał? Cóż mi sie stało? Zjadło mnie co? A może to nawet nie była pusca, tylko taki sobie zwycajny las? Chyba już wyleze z tej wody, bo jak sie ściemni, to znowu sie gdzie zabłąkam." Podniósł oczy ku zachodowi zobaczyć, co się dzieje ze słońcem, i nagle przysiadł po szyję w wodzie, nie śmiejąc się ruszyć ani odetchnąć. "O Jezu... cosi znowu idzie..." - pomyślał kurcząc się, że mu tylko nos i oczy ponad wodę wystawały. Brzegiem wąwozu, oświetlony czerwonym blaskiem zachodzącego słońca, szedł powoli człowiek jakiś. Wzrostu był więcej niż średniego,, Wawrzusiowi jednak, patrzącemu z dołu, wydał się na tym tle ognistym strasznym olbrzymem. Kapelusz miał czarny z szerokimi kresami, białymi muszelkami w miejsce taśmy otoczony; płaszcz ciemny, niemal ziemi sięgający, z kończatą pelerynką i kapturem, przewiązany w pasie trzy razy dokoła grubym szarym powrozem. Na lewym łopuchowy położył na lewej dłoni, podważył grubą warstwę spod samego wierzchu i wyciągnął śliczny biały plaster, złotym, gęstym miodem kapiący. "Teraz w dyrdki uciekaj, bo cię jesce dogonią!" - ze śmiechem sam siebie straszył i przygasiwszy hubkę, pobiegł pędem kilkadziesiąt kroków dalej. Usiadł pod dębem i zajadał chciwie, wyssany wosk popluwając. "Dalibyście chleba, matusiu... nijako tak samo słodkie łykać" - szepnął pół żartem; ale na wspomnienie matusi, takiej bardzo dobrej, co to i umyła, i uczesała, upieściła, do sytości jeść dała, a przed każdą biedą osłoniła, zgorzkniał mu w ustach miód słodziutki, a oczy łzami zaszły. "Biedny ja, biedny, taki samiuteńki, ani mnie nie znać w tym strasnym puscysku!... Nicym chrobacek. Jak mnie wilcy zagryzą albo niedźwiedź zadusi, to ani ptasecek nie poleci do Poręby dać znać, co już ni ma Wawrzusia. Oj, Boże, Boże... ady sie ulitujcie nade mną, święci janiołowie, i wyprowadźcie mnie na jaką dobrą drogę!" Wylizał liść miodem posmarowany, rączki wytarł mchem i ziemią do sucha - i znowu prosto przed siebie. Słońce się ma ku zachodowi, ale w odwiecznym boru jednakowy mrok o zaraniu, w południe i pod wieczór. Wawrzuś bardzo już zmęczony; długą drogą zmęczopy i płaczem, i tęsknotą za matusią. Ogarnęło go jakieś odrętwienie, idzie jak we śnie, a tylko niekiedy dreszcz go przebiega... ta puszcza nie ma końca, będzie tak szedł, szedł, aż umrze. "O Matko Boska z matusinego obrazka... weź mnie, biedne dziecko, do nieba. Już nikaj nie pójdę, położę się tutok, niech się dzieje, co chce. Ino pacierz jesce zmówię przede śmiercią. «Ojce nas, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, psyjdź królestwo»... - Zerwał się na równe nogi. - Słysycie ludzie... dzwony! Dzwony... dzwony... Rety! Kościół kajsi niedaleko! Matko Najświętso... nie będę już umierał, nie! Lecę ku dzwonom! Jakasi wieś niedaleko... O Panie Jezusie... o moja złota matusiu!" Wesoły, zdrowy, silny, wypoczęty, rzucił się pędem w stronę, skąd głos dzwonów dolatywał. Wsi wprawdzie tak od razu nie znalazł, ale drzewa zaczęły się coraz bardziej przerzedzać, światło zamierającego dnia wpadało między krzaki, chłopiec biegł, biegł, aż dotarł do jakiegoś wąwozu na skraju lasu. Górą ślady kół i kopyt końskich szły w kierunku wsi widniejącej z daleka; patrzy na dół: rzeczułka, raczej strumień, płynie sobie warciutko. Dno białym żwirem wysłane, a co kamień większy wystercza, to go woda bije i pianą obryzguje. Wawrzuś ześliznął się po skrzypach i macierzankach na sam dół, zdjął koszulę i wskoczył do wody. Pluskał się, zanurzał i wypływał, pił chciwie, kładł się jak długi na płytkim, to znów szukał głębszego miejsca i próbował pływać: wybiegał na brzeg po to tylko, by wracać i pluskać się na nowo. Kąpiel orzeźwiła go do reszty i wygnała z głowy wszystkie czarne myśli. "Śmiechu warte, jaki ja był głupi... cegozem sie bał? Cóż mi sie stało? Zjadło mnie co? A może to nawet nie była pusca, tylko taki sobie zwycajny las? Chyba już wyleze z tej wody, bo jak sie ściemni, to znowu sie gdzie zabłąkam." Podniósł oczy ku zachodowi zobaczyć, co się dzieje ze słońcem, i nagle przysiadł po szyję w wodzie, nie śmiejąc się ruszyć ani odetchnąć. "O Jezu... cosi znowu idzie..." - pomyślał kurcząc się, że mu tylko nos i oczy ponad wodę wystawały. Brzegiem wąwozu, oświetlony czerwonym blaskiem zachodzącego słońca, szedł powoli człowiek jakiś. Wzrostu był więcej niż średniego,, Wawrzusiowi jednak, patrzącemu z dołu, wydał się na tym tle ognistym strasznym olbrzymem. Kapelusz miał czarny z szerokimi kresami, białymi muszelkami w miejsce taśmy otoczony; płaszcz ciemny, niemal ziemi sięgający, z kończatą pelerynką i kapturem, przewiązany w pasie trzy razy dokoła grubym szarym powrozem. Na lewym ramieniu, trochę ku przodowi, duża muszla biała. Podpierał się kijem zakrzywionym. "Co tez to za jedno? - łamał sobie głowę przerażony chłopak. - Wielgośne, jaze okropa, na głowie grzyb cy co takiego... carno zamatulone, śniade na gębie jak Cygan... broda strasecna, pewnikiem upiór albo dusa pokutująca. Juści nie kto insy. O raju!... złazi do wody... joj... zęby mnie tez nie uwi działo!" Wawrzuś podpełznął cichuteńko za wielki głaz na środku rzeczki i patrzył, co upiór będzie robił. Czarny człowiek zeszedł na sam brzeg, wyjął z zanadrza mały cynowy kubek, nabrał wody ze strumienia i pił. Kilkakrotnie napełniał naczynie, musiał być bardzo spragniony. Potem przyklęknął, zdjął kapelusz, odgarnął długie włosy, pochylił się i mył sobie twarz i ręce. "O retyści... ady on nie ma ucha... obmierzle wygląda!" Kalectwo i czynności tak niezgodne z powagą istoty nadziemskiej, jak picie i umywanie, uspokoiły trochę Wawrzusia; nie wychylał się jednak ze swej kryjówki i nie dawał znaku życia, bo ten dziwnie odziany, ponury człowiek przejmował go strachem i wstrętem. Wypocząwszy nad rzeką, pielgrzym wydrapał się na górę i poszedł leśną drogą ku bliskiej wsi czy miasteczku; dopiero wtedy odważył się dzieciak wyleźć z wody. Naciągnął koszulinę na mokre ciało, owiązał się krajką, jaszczureczkę, kozik i krzesiwo zasunął aż ku plecom, żeby się te skarby broń Boże nie pogubiły, i puścił się w tę samą stronę, co straszny człowiek, ociągając się i zwalniając kroku. "Niech se ta idzie naprzód, a ja za nim; abo mi to pilno? Może to carownik? Jesce by mnie w psa zaklął albo w kunia, do roboty naganiał a katował. Nie głupim". Ściemniało się coraz bardziej, na Anioł Pański dawno przedzwoniono, a Wawrzuś jeszcze siedział nad przykopą, zęby się nie zejść z czarownikiem. Aż i gwiazdy wysypały się na niebo.

- Pójdę już - rzekł zdobywając się na odwagę. - Zapukam do jakich drzwi, ulituje sie kto, pożywi i przenocuje. Ale za długo się wahał i czekał; właśnie gdy mijał pierwsze domki miasteczka, dało się słyszeć przeciągłe buczenie rogu i głos nocnego stróża: "Swiaaatło gasić! Swiaaatło gasić!" Ze względu na niebezpieczeństwo pożaru istniał surowy przepis po miastach i miasteczkach, że w godzinę po zachodzie słońca w lecie, a w cztery lub pięć w zimie (w miarę ubywania dnia), stróże nocni trąbili po ulicach i nakazywali gaszenie ognia w plecach i światła w izbach. Równocześnie zamykano drzwi domów i bramy zajazdów. Biedne dziecko znalazło się więc znowu w bardzo przykrym położeniu. Księżyc nie wzeszedł jeszcze, uliczki wąskie, ciemne; szło biedactwo bez celu, aby się gdzie ino do muru przytulić i przespać. Zbliżył się do jakiegoś domostwa, z szerokim okapem dachu opartym .na drewnianych słupkach. "O, tutok będzie spanie pańskie, lepse niż wcoraj na drzewie". - Ledwie przysiadł na przyzbie, dało się słyszeć zza płota straszne ujadanie psa, ktoś uchylił okienka i gruby, gniewny głos odezwał się:

- Cóż tam za truteń łazi po nocy i uczciwym ludziom spać przeszkadza!

- To ja, Wawrzuś Wojciechów... - zapiszczało dziecko.

- A nie pójdziesz ty do domu, nicponiu szkaradny! Ledwie to od ziemi odrosło, już się wtoczy jak złodziej. Idź mi zaraz do domu!

- Kiej nie trafie!

- A wyjść na ulicę umiałeś? Wynoś mi się... bo psa spuszczę z łańcucha! Okienko zamknęło się, pies tak zajadle szczekał, aż chrypł z wściekłości; gotów jeszcze płot przesadzić. "Wynosić się, to się wynosić; pójdę kaj indziej... ino ze te nogi straśnie bolą". Powlókł się dalej. .Dochodzi do rogu ulicy... "Cię wy, cię wy... cóż za placysko wielgośne! Na co takie? Z cterech końców ulice, domy dokoła, ani w Porębie tak nie mają. A co tez to wozów, kuniów, ludzi... powyprzęgali, na ziemi se posłali słomę i śpią. Pójdę między nich, legnę cichuśko, ady im nie ubędzie. O matko... zbój z siekierą okropecną! W drugiej ręce takie coś... przykłada do gęby, trąbi..."

- Gaaasić ogień! - krzyknął stróż, dojrzawszy światła migające jeszcze gdzieniegdzie w okienkach. Podszedł do bram i stukał w nie halabardą. "Aha, to pewno sam dziedzic; parobków zwołuje, cy co? Poprose onego, może mi da chleba ociupine; tak się jeść chce... aha, a jak mnie zwali siekierą? Trza uciekać... - Pobiegł w przeciwną stronę rynku. - A to ci stodoła dopiro! Na co taka? W imię Ojca i Syna... wieża! Dy to kościół! Panie Jezusie przenajświętszy... przecie mnie Ty od swego domu nie odgonis? Najbidniejsemu żebrakowi wolno, to i ja chrobacek prześpię sie na schodach. Nie, tak na samym wierzchu nie trza, może by się dziedzic gniewali; schowam się za przymurek; tu mi się tez to będzie spało, spało..." Wlazł do kąta przy jednej z pięciu szkarp podpierających prezbiterium i położył się. "Ojoj... cyjesi tu łachy lezą... trza usunąć, cobym bez sen nie potarasił". - O ludzie! - krzyknął i czym prędzej usta sobie ręką zatulił. "Płasc... kapelus z musełkami... kijasek.. takem sie onego zatraceńca bał, a tu mas, będziemy razem nocowali! Ino gdzie polazł? Pójdę se legnąć po tamtej stronie kościoła". Odszedł trzy kroki i szukał, gdzieby się najbezpieczniej skryć przed czarownikiem. Księżyc wypłynął już spoza niskich domków na niebo i rzucał jasne światło; coś zgrzytnęło: jedno z okien kościelnych otwarło się powolutku, a po grubym sznurze, uczepionym u klamry żelaznej, spuszczał sięczłowiek. Rękami trzymał się powroza, a w zębach ściskał nieduży tobołek zawinięty w szmatę. Wawrzuś stał jak skamieniały i patrzał... ale i tamten spostrzegł go równocześnie. Stłumiony krzyk wydarł mu się z piersi, zęby puściły zdobycz, tłumoczek upadł na ziemię, a ze szmaty licho związanej w pośpiechu wysypały się złote naczynia kościelne i promienista monstrancja. Złodziej zeskoczył z wysokości kilku stóp i twarz wykrzywioną złością okrutną zwróc'1 ku dziecku.

- O mój Jezu... to on... to ten sam!

- Widziałeś? - krzyknął czarny człowiek, patrząc w prawo i w lewo, czy się kto nie zbliża.

- Widziałeś? To dobrze! już na tym świecie nic więcej nie zobaczysz. Rzucił się ku niemu z wyciągniętymi szponami, aż tu nogą zaczepił o swój płaszcz, tylko co przez Wawrzusia wysunięty z kąta, i runął jak długi na ziemię. Chłopiec odsądził się w dwóch susach jak spłoszony źróbek i biegł, ziemi prawie nie tykając, z wrzaskiem przeraźliwym:

- Zadusi mnie! Zadusi mnie! Złodziej widząc, że go nie do pędzi, a słusznie bojąc się ludzi, pozbierał czym prędzej złote naczynia, związał w węzełek i pomknął poza kościół w najbliższą uliczkę. Na pisk Wawrzusia, rozdzierający ciszę nocną, zbiegło się dwóch stróżów nocnych i kilkadziesiąt ludzi spoczywających w rynku przy wozach z towarami przygotowanymi na jutrzejszy jarmark.

- Czego się drzesz, licho przejęte? - huknął na niego stary Mikołaj, waląc o ziemię halabardą.

- Cni ci się za prętem? Widzicie go! - dorzucił drugi stróż. - Tyle rejwachu po nocy; zerżnąć skórę, jak się patrzy, i tyła.

- Cichojcież - przerwała jakaś kobieta z tłumu - chłopak już duży, nie krzyczałby, jakby nie miał o co. Trzęsie się ano jak listeczek. Cóż ci to, synku? Powiedz, nie bój się.

- Zło-zło-dziej mnie go-nił... ch-chciał udusić!

- Gdzie złodziej? Jaki znowu złodziej? - burknął Mikołaj, obrażony, że pod jego czujną halabardą śmiał ktoś przypuszczać możliwość podobnego bezeceństwa.

- Gdzie złodziej? - powtórzyli zaciekawieni ludzie, skupiając się około dziecka.

- Wyłaził oknem z kościoła, złotości się rozsypały, a jak mnie uwidział, skocył z ręcami na mnie i gadał, co mnie udusi.

- Ot, plecie bajtała trzy po trzy.

- A co wam szkodzi zajrzeć do fary? Niech pokaże, co widział i gdzie.

- Racja, dobrze gada niewiasta; chodźmy. I posunęli hurmem ku kościołowi, Wawrzek prowadził.

- Jezus Maryja... był złodziej!

- Okno otwarte!

- Sznur wisi aż do ziemi!

- Nie skłamało dziecko! - krzyczeli ludzie, jedno przez drugie. Dokoła Wawrzusia huczało jak w ulu: w domostwach otwierały się okna, wychylały się z nich pytające głowy kobiece; mężczyźni wybiegali przed domy, tłum zwiększał sie z każdą chwilą. Jedni biegli zawiadomić proboszcza i burmistrza o świętokradztwie, inni z krzykiem rozsypali się po miasteczku, ktoś uderzył w dzwon na trwogę, Wawrzuś stał ciągle otoczony gromadą ciekawych. Stróż Mikołaj potrząsnął go za ramię.

- Gadaj no, dziecko, przyjrzałeś się też onemu dobrze? Poznałbyś go?

- Jesce by nie! Juzem go dziś widział w lesie nad rzeką; a teraz, miesiąc mu świecił prosto w twarz, od razum poznał, ze ten sam.

- Jakże wygląda?

- Ano, duży, ciemny na gębie, broda carna...

- Wybornie! - przerwał któryś z ludzi - a jak był odziany?

- Nicem cudak abo carownik - odpowiedział Wawrzuś. - Opońca z kapturem, kapelus z muselkami.

- Pielgrzym! Pielgrzym! - zawołało kilkoro naraz.

- A jakże, był tu taki przed wieczorem!

- I ja go widziałem!

- I ja! Wszyscy obecni zaczęli sobie opowiadać, gdzie który spotkał pielgrzyma; byli tacy, co rozmawiali z nim nawet. Inni widzieli, jak wchodził do kościoła.

- Aha... - zawołała jakaś dziewczyna - schował się pewnikiem do kąta i dał się zamknąć.

- Słusznie. Ino krótkie miał odzienie, wyraźnie widziałem,

- Nic dziwnego, szeroki płaszcz zawadzałby mu przy wyłażeniu oknem.

- Aha, aha, jesce cosik! - zakrzyknął nagle Wawrzuś.

- No, co?

- Ucha nie miał... lewego.

- Co? Ucha nie miał? To ci dopiero!

- Ano, po takim znaku od razu poznać. Z drugiej strony rynku spieszno szedł burmistrz, za nim sześciu ceklarzy, czyli straż policyjna. Do ceklarzy przyłączyli się stróże nocni i prawie cała męska ludność miasteczka. Podzielono ich na trzy oddziały i domyślając się, że zbrodniarz najprędzej będzie uciekał ku lasowi, bo tam w nieprzebytych gąszczach skryć się łatwo, a pościg prawie niemożliwy, rozkazał pań burmistrz zabiec mu z trzech stron i przeciąć drogę do lasu. Wyruszyli z latarniami i z pochodniami, bo jak na złość księżyc przysłoniły chmury.

- Rozstąpcie się, ludzie! - zawołał ktoś w tłumie - ksiądz idzie! Proboszcz z gołą głową biegł na przełaj ku kościołowi; stary zakrystian z latarnią w ręku, nie mogąc mu nadążyć, przystawał w tyle zadyszany.

- Usuńcie się ode drzwi! Ksiądz wyjął klucz z kieszeni i drżącą ręką ciężki zamek otworzył. Pilno mu było sprawdzić co najważniejsze, czy świętokradca nie tknął i nie rozsypał komunikantów. Burmistrz pospieszył z nim. Pokazało się, że cyborium było nie naruszone; proboszcz odetchnął spokojniej. Skarbczyk zaryglowany grubą żelazną sztabą i zamknięty na dwie kłódki znaleziono także w całości, złodziej zabrał tylko to, co było na wierzchu w zakrystii: dwa kielichy przygotowane do mszy świętej na jutrzejszy odpust, relikwiarz złoty i takąż monstrancję. Szukając po szufladach, wywlókł aparata kościelne i rozrzucił je po podłodze. Szkoda była znaczna, ale w skarbcu znajdowały się klejnoty i złote naczynia dziesięćkroć większej wartości. Jeszcze nie posprzątali z podłogi wszystkich kap i ornatów, gdy uszu ich doleciały wściekłe wrzaski. Wybiegli z kościoła. Tłum, kilkaset głów liczący, prowadził pojmanego złoczyńcę. Gdyby nie ceklarze i stróże nocni, którzy go wzięli między siebie, poszarpano by go żywcem na sztuki. Łagodna, raczej ospała ludność miasteczka, popadłszy w szał, zdolna była do najsroższego okrucieństwa.

- Pasy drzeć z łotra! - wołano.

- Oczy wyłupić!

- Ręce odrąbać świętokradcy!

- Na gałąź!

- Żywcem spalić! Z wysokości schodów kościelnych proboszcz krzyknął gromkim głosem:

- Spokój! Milczeć! Najbliżsi usłyszeli rozkaz, posłali go wstecz, strażnicy ze swej strony uciszali rozhukaną zgraję, szumiało jeszcze i wrzało kilka minut, wreszcie zmęczyli się i umilkli. Burmistrz stanąwszy obok proboszcza zawołał:

- Dość tych hałasów! Zbrodniarzaście pojmali, a sami sprawujecie się jak zbóje. O cóż krzyczycie? Wszak stoi skrępowany przed wami; jutro odwiezie go straż do grodu, sędziowie wydadzą wyrok sprawiedliwy, topór go nie minie, to pewna. Tedy nie szukajcie na nim pomsty, a zachowajcie spokój. Tłum oprzytomniał i usłuchał. Nieznajomy, którego mimo pęt na rękach trzymali za ramiopa dwaj ceklarze, skorzystał z chwili ciszy i usiłując pokłonić się burmistrzowi, rzekł tonem zupełnie spokojnym:

- Zezwólcie, miłościwy burmistrzu, abym - niewinny człowiek - rzeknął słowo w swej obronie. Groźne okrzyki zaczęły się wyrywać z tłumu.

- Uciszcie się; niech mówi - nakazał burmistrz.

- Szedłem ulicą miasta - mówił nieznajomy - szedłem powoli, zmęczony długą drogą; nie w myśli mi było uciekać ni kryć się; szukałem noclegu, a wszystkie domostwa były pozamykane. Tedy chciałem zapytać pierwszego lepszego przechodnia, gdzie plebania, i księdza proboszcza prosić kąt i wiązkę słomy, a jutro rano byłbym poszedł dalej, bo do Krakowa zdążam. Aliści, pogrążonego w myślach, napadli ze srogimi okrzykami zbrojni ludzie, skrępowali do krwi i wloką niczym mordercę, gdy nawet nie odgaduję, o co mnie oskarżają.

- Oho, wilk w baraniej skórze! - krzyknął stary jakiś mieszczanin.

- Po drodze - mówił dalej pojmany - wyrozumiałem coś niecoś, domyślam się, że popełniono tu kradzież. Zali jedną nitkę cudzą mam na sobie? Ubogi jestem, głodny, bezdomny, ale uczciwy. Rozkażcie, panie, aby mnie puszczono wolno. Jeszcze domawiał ostatnich słów, gdy z ulicy najbliższej rogatek wybiegło dwóch wyrostków z radosnymi okrzykami:

- Znaleźliśmy święte sprzęty, wielebny panie!

- Jest wszystko! Porzucił bezecnik pod płotem!

- A co? A co? Jeszcze teraz będziesz świętego udawał? - krzyknął mu ktoś nad samym uchem.

- Czyli zaprzeczam, że była kradzież? - odparł ruszając ramionami. - Złodziej uciekł, a niewinnego dręczycie.

- O ludzie... gdzież macie upamiętanie! - krzyknęła ta sama kobieta, która najpierwsza wypytywała Wawrzusia. - Ady zawołajcie dziecko, to nam powie, zali tego widział w kościelnym oknie abo inszego.

- A prawda... święte słowa!

- Dawajcie chłopaka!

- Nie ma go!

- Pewno do domu poszedł!

- Nie, skrył się za przymurek. Chodź tu, chodź, czego się boisz? Zbój związany. Przyprowadzono Wawrzusia przed oblicze pana burmistrza, ten go ujął za rączkę i rozkazał przywieść bliżej pojmanego. Jeden z ceklarzy oświecał go latarnią.

- Przypatrz się dobrze: znasz tego człowieka?

- Nie znam go.

- Widzi wasza wielmożność... dziecko chyba nie kłamie! - tryumfująco zawołał obcy.

- Więc nie jego widziałeś spuszczającego się oknem z kościoła?

- Juści, że jego.

- Czemuż tedy gadasz, że go nie znasz?

- Bo prawda. Wiem ja, kto to taki? Dziś w lesie pirsy raz w życiu go widziałem. To jakoż mam świadcyć, co go znam?

- Zaspanego, głupiego brzdąca robicie moim oskarżycielem - z goryczą rzekł pojmany. - Zaiste, bezpieczna podróżnemu przechodzić przez to sławne miasto.

- Powiedz prawdę, możeś niedobrze widział, może ci się ino zdaje? Może to był ktoś podobny, a nie ten sam? - badał burmistrz Wawrzusia.

- Cóż mi się ma zdawać? Sami se obaccie, cy ma oba usy. Złodziej nie miał lewego. Stary Mikołaj odgarnął ręką długie włosy nieznajomego. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Gdy straż odprowadzała świętokradcę do tymczasowego więzienna w podziemiach ratusza, zbrodzień odwrócił głowę i długie spojrzenie, straszny wzrok wilka schwytanego w samotrzask, utkwił w twarzy Wawrzusia. Górna warga drgnęła, błysnęły zęby...

- Do widzenia, malućki... - rzekł półgłosem. Wawrzuś nagłym ruchem podniósł łokieć ponad głowę i przerażoną twarz wtulił w fałdy rękawa. Gdy znowu spojrżał na świat, pielgrzyma przed nim już nie było. Zakrywał go tłum odprowadzający więźnia do lochu pod ratuszem. Długo jeszcze na rynku roiło się jak w mrowisku; rozbudzeni ludzie żywo rozprawiali o zbrodni i zbrodniarzu.

- Naści, możeś ty nie wieczerzał - odezwała się do Wawrzusia ta sama kobiecina, wtykając mu w garść skibkę chleba ze serem. Dzieciak nie podziękował nawet, rzucił się zgłodniały na jadło. Z podwiniętymi pod siebie nogami usiadł na garstce rozrzuconej słomy i zmiatał, aż mu się uszy trzęsły. Gdy zaspokoił pierwszy głód, oczy zaczęły mu się kleić i zasnął, sam nie wiedzący kiedy. Spał dh-igo, ale niespokojnie; zwidywały mu się straszliwe oczy świętokradcy, to znów chciał przez sen uciekać przed nim, nogi wrastały mu w ziemię, a pielgrzym dogania.jąc go, już, już sięgał mu karku. Z krzykiem zerwał się na równe nogi i nieprzytomnym wzrokiem potoczył dokoła. Cały rynek, pełen ludzi, pogrążony był w ciszy, wszystko spało, choć świtał już blady brzask. Nagle od ratusza doleciało zrazu kilka, potem cały chór zmieszanych głosów. Nad wszystkimi górował bas Mikołaja. W miarę jak się ludzie przy wozach budzili, gwar i zamęt wzmagał się i zbliżał. Coś się stało... Ale co? Wawrzuś nie pojmował. Wytrzeszczył zaspane oczy, otworzył szeroko usta, słuchał...

- Ij... głupie gadanie... - mówił ktoś lekceważąco - przecie drzwi na sztabę zasuwane.

- Jak to, gadanie? Wszak sam stróż Mikołaj...

- Śniło się Mikołajowi.

- Krata w oknie przepiłowana! - krzyknął dobiegając ktoś trzeci.

- Skądże znowu? Krata gruba.

- Musi piłeczkę zacną miał przy sobie, to i przerżnął.

- Ale że to Mikołaj zdolił spać tak twardo...

- Stary człek; zresztą, komu by przez myśl przeszło...

- I tak prędko? - zdziwiła się jakaś kobieta.

- Ano miał ze trzy godziny czasu.

- Posłali za nim ceklarzy?

- Ciekawość gdzie? W puszczę? Kamień w wodę.

- Rety... jak się burmistrz dowie!

- Ee... płakać nie będzie. Szkody w świętych naczyniach nie ma, dy Mikołajowi głowy nie zetnie.

- Ale psi syn sprawny!

- Wiadomo, z diabłem w zmowie.

- Słyszycie, ludzie? Złodziej uciekł w nocy oknem! - zwiastował nowinę kościelny, wlokąc się ślamazarnie na plebanię.

- Ejże? Naprawdę? - ze śmiechem przyjęto jego słowa. - Ale co gorsza, że króla Popielą myszy zjadły!

- Cha, cha, cha, cha! Wawrzuś patrzył, słuchał... w głowie mu się zawracało... serce dzwoniło na trwogę, a w uszach brzmiały, dwa straszne słowa: "Do widzenia, malućki". KONIEC ROZDZIAŁU