Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

U wiłów

Królewna i diabły. - Brzuchomówca. - Pań Prot funduje piwo. - Margosia na linie. -

Wawrzuś do góry nogami. - Koza Reksa i bat Grzegorza. - Czemu "zbyrkała" płachta u wozu. Wawrzuś otworzył oczy. - A ja gdzie? - zapytał głośno. W pierwszej chwili jakoś nic a nic nie pamiętał. Że mu jednak wcale nie chodziło o dociekanie prawdy, leżał sobie wyciągnięty na słomie, worek z owsem pod głową, i przypatrywał się. A było bardzo dużo ciekawych rzeczy do widzenia najpierw, jako porządny gospodarski syn, zauważył trzy doskonale utrzymane konie, chrupiące obrok tuż obok niego, a na ziemi leżała śliczna biała koza o długiej, krętej wełnie. Dalej w rynku, gdzie wczoraj w nocy widział mnóstwo powyprzęganych wozów, dziś zobaczył dwa szeregi straganów, a o ile mógł dostrzec ze swego kącika, różne cuda rozłożone były na tych straganach. Tuż niedaleko garncarz miał swoje wyroby, dalej koszyków moc niezliczona, obok koszykarza szewc ustawił i rozwiesił kilkadziesiąt par butów, ciżem i ciżemek w różnych kolorach. "0 raju... a to ci żółte jak słoma w słońcu! - westchnął Wawrzus, wpatrując się z zachwytem w parę trzewiczków zawieszonych rzemykami na drążku i chyboczących się w prawo i w lewo. - Zęby tak matusia tu byli, poprosiłbym... oni tacy dobrzy... kupiliby mi te cizemki. Jakie to nosy długie mają, cuję, ze prawiutko byłyby na moją nogę." Ziewnął głośno, przewrócił się na prawy bok i przymknął oczy. Po tylu przygodach należał mu się jeszcze wypoczynek.

- Jego miłość już się zbudził - zaświergotał mu nad głową jakiś cienki głosik. Popatrzył w górę. Przy olbrzymim wozie, trzy razy przynajmniej większym od innych, grubą płócienną budą krytym, stała śliczna dziewczyna. Wianuszek z jaskrawych kwiatków miała na ciemnych włosach, koszulkę bieluśką z krótkimi rękawami, gorsecik zielony jak sama trawa, czymś błyszczącym suto wyszywany, i taką samą strojną, króciutką spódniczkę. Na nogach cizemki żółte. "Oj, oj... nie będę się rusać, niech mi sie tak śni jak najdłużej... ślicności królewna!" Dziewczyna wplatała srebrny galonik do warkocza i śmiała się w głos:

- A to ci śpioch dopiero! Ludzie od niepamięci świata już pośniadali, a ten chrapi i chrapi... Nie głodnyś?

- Wolno gadać do jasnej królewny?

- Idźże, głuptasku... takam ja królewna, jako ty królowie. Margośka mi jest i tyła. Matka... ociec! - zawołała przytykając usta do szpary w budzie - bo ten mały już wstał.

- Przyprowadź go, niech co zje - odezwał się ktoś z głębi wozu.

- No, wstawaj i chodź, bo potem nie będzie czasu myśleć o tobie. Uchyliła trochę zwisającej płóciennej płachty, weszła po schodkach do wnętrza wozu i pociągnęła chłopca za sobą. Dobrze, że go trzymała za rękę, bo się tak żachnął gwałtownie, że byłby spadł ze schodów na wznak i potłukł się porządnie: O ile Margosia na pewno była królewną, choć się nie chciała przyznać, to znowu te dwie postacie, które ujrzał w tym dziwnym wozie, co był domem, czy w tym domu, co był wozem, musiały przyjść na ziemię prościuteńko z piekła. W głowie mu się mąciło... Jedno grube a krótkie, odziane po cudacku, prawy rękaw czerwony, lewy żółty; prawa nogawica sina, lewa biała w czarne koła. Sam kubrak pasiaty jakiś, jakby węże po nim łaziły... ale to wszystko jeszcze nic naprzeciw ohydnej gęby! Ani ściana nie taka biała, jak twarz owego grubasa... po niej plamy, jakby kto palec we krwi umaczał i pacnął tu i owdzie; włosy... albo to włosy? Rude kłaki obmierzłe. To drugie znowu, co stoi w kącie, czarne jak smoła; gęba i włosy, i całe odzienie. A królewna wcale nie ucieka, tylko się śmieje i gada z nimi po cichu. "0 Matko Święta... dziękujez Ci! Jakasi zwycajna kobieta stoi przy piecu i z garnka na miseckę strawy ulewa. Ukroiła chleba, odwraca sie... ady ja ją wczora w nocy widziałem!"

- Cóż, malućki parobeczku - przemówiła kobieta do Wawrzusia - dobrze ci się spało? Zbój się nie przyśnił? Odważył się o jeden krok postąpić.

- O moiściewy... - szepnął - ulitujcie się nade mną biednym, wyprowadźcie mnie stąd zaraz! Już ani jeść nie chce, byłem na one diabły nie patrzał. Choć starał się mówić jak najciszej, Margosia, stojąca tuż, usłyszała ostatnie słowa i rozchichotała się, aż na ławie przysiadła.

- Nie bójże się, nie bój, hi, ni, hi... słyszeliście tatusiu, co on gada? Myśli, żeście wy diabeł i Froncek też... hi, hi, hi... bo mnie kolki chycą! A starsza kobieta pogłaskała dziecko, podprowadziła je do piecyka i rzekła głosem łagodnym:

- Jedz, synku, z Panem Jezusem, a niczego się nie bój; ci dwaj w kącie to ludzie, tacy jako i my; ino sztuki będą pokazować na rynku po sumie, to się musieli przebrać i gęby se usmarowali. Jak się potem umyją, to zobaczysz, że wcale nie straszni.

- Śtuki? Na co śtuki?

- Takiś duży wyrósł i o wiłach nie słyszałeś? - spytał go długi, czarny diablik.

- Jako życie nie słysałem; ani w Porębie takich nie było.

- Widzisz, jak to dobrze, żeś się do nas dostał, zaraz się czegoś ciekawego dowiedziałeś

- dodał starszy.

- E... co mi ta o to, nicegom nie ciekawy, ino kaj Poręba. Tyle ludzi na jarmarku, nie ten, to insy odwiezie mnie do tatusia.

- A jakże, słusznie; ino co masz po ludziach chodzić, nie mogłeś lepiej trafić jak do nas, my właśnie zaraz jutro jedziemy do Poręby.

- Zaraz jutro? A j dobrze, dobrze! Już trzeci dzień się błąkam, sam bym nijak nie trafił.

- A widzisz? Ale za to musisz krzynę odsłużyć.

- Juści, ze odsłużę, byłem ino zdołił.

- Łatwa służba, nie bój się. Przystroję cię bogato, bo takiego brudasa wstydziłbym się ludziom pokazać, i będziesz się kręcił wedle nas, jakobyś i ty sztuki pokazował. Potem pójdziecie z Margośką między naród z miseczkami, a ludzie wam będą rzucać denary[ ]

- Na co denary?

- Na to, abyśmy jutro głodem nie przymierali i konie popaśli. Zjadłeś? Idźże na plac, do studni, i umyj się. Margoś, naciągnij mu wody. Stary pochylił się do ucha dziewczyny i szepnął:

- A dawaj pozór, coby ci nie umknął. Mało jeszcze ludzi było przy straganach, wszyscy prawie mieszkańcy miasteczka znajdowali gię na nabożeństwie w kościele. Margosia z Wawrzkiem przemknęła pomiędzy wozami, przypilnowała go, żeby się dobrze wyszorował, i czym prędzej wróciła do budy, nie chcąc się przed czasem ludziom pokazywać. Ojciec z Fronckiem także korzystali z małego ruchu na rynku; w miejscu wyznaczonym wczoraj przez pisarza miejskiego rozciągnęli wielki kobierzec, z kilku połatanych kilimków pozszywany, w pośrodku ustawili stół na kobylicach, pod stołem rozmaite przybory gimnastyczne i inne potrzebne sprzęty. Matka przywdziała czerwoną chustkę na głowę i świeży fartuch i ledwie pierwszych kilkoro ludzi wyszło z kościoła, dały się słyszeć od strony wozu linoskoczków przeraźliwe jakieś tony, bicie w bęben i odgłos dzwoneczków. Froncek to, stojąc na stole, dął co siły w piszczałkę, matka waliła w bęben, a Wawrzuś, cały w atłasach i złocistych blaszkach, potrząsał z największym zapałem grzechotką obwieszoną dwudziestoma dzwonkami. Kościół opróżnił się już po sumie, a na rynku zaroiło się od ciekawych i kupujących. Tu biegły dzieci po pierniki, od roku z utęsknieniem oczekiwane, tam parobczak wybierał dla swej dziewuchy pierścionek z oczkiem, starsze kobiety przymierzały krasne chustki, dziewczęta wiązały na szyję paciorki; inne, bogatsze, obstąpiły stragan krawiecki i targowały gorsety lub zapaski, w powietrzu unosiła się woń przysmażanych kiszek, kiełbas i flaków; gwar, śmiechy, kłótnie przy targu, a wśród tego wszystkiego kocia muzyka linoskoczków, rżenie koni i naszczekiwanie psów.

- Ludzie, ludzie... chodźcie patrzeć... wiły będą sztuki pokazować! - zachęcali się młodzi między sobą. Żartowali i drwili jedni z drugich, a jakoś nikt nie chciał przybliżyć się pierwszy do szkaradnie pomalowanych pajaców.

- Chodźże, Jagna, chodź! - zachęcał siostrę kuchcik pana burmistrza - to wszystko ino udanie; jeden posmarował gębę na czarno, drugi na biało, bo taki zwyczaj u nich, ale się bać nie trza, nikomu nic nie zrobią.

- To ino takie błazny głupie - pouczał swych towarzyszy starszy czeladnik ciesielski. - Czasami warto widzieć, jak dokazują. Tak rok, w Mogile byli, ale nie ci sami; zresztą kto ich ta pozna, wiły przejęte.

- A jak nas urzekną? - spytała Marysia organiścianka, zasłaniając oczy rożkiem zapaski.

- No, no, byłeś ino ty kogo nie urzekła... - rozśmiał się Stach, jeden z ceklarzy, starający się o względy Marysi.

- A ja wam powiadam, że to są czarowniki... - zawyrokowała przyciszonym głosem faryniarka Wajdzina, nabierając drewnianą warząchwią gorących flaków dla jego miłości pana Prota, majstra bednarskiego.

- Ile? Cztery denary? Garnuś flaków na dwa razy do gęby, i zaraz cztery denary? Słyszane rzeczy? Ani tego żywot nie poczuje.

- Kiedyście bednarz, to se kaźcie obręczami żywot ściągnąć, coby poczuł. Niech mnie one wiły sądzą, nie boję się; półkwarcie flaków za cztery denary, jeszcze i z przyczynkiem! Idźcie do Gawlikowej, rada bym uźreć, ile wam da za osiem! Jegomość pań Prot zamilkł pokonany, wyskrobał miseczkę co do ździebełka, otarł wąsy i poszedł patrzeć na kuglarzy. Przykład osoby tak poważnej i poważanej podziałał zachęcająco na innych: pojedynczo i gromadkami zaczęli się ludzie schodzić, wreszcie, tłocząc się głowa przy głowie, stanęli tuż przy scenie, czyli przed rozesłanym kilimem.

- Sławetni mistrze wszelakich cechów, szanowna czeladzi rzemieślnicza... urodziwa młodzieży płci obojga... wasze miłoście panowie gospodni z małżonkami! Gregorius Hippopotamus, magister sztuk wyzwolonych i karkołomnych, wita was! Tak rozpoczął przedstawienie stary Grzegorz, głowa rodu linoskoczków. Właściwie nie był on jeszcze starym, tylko ze względu na syna sam się tak przezwał.

- Zezwólcie, wasze miłoście, że dla nabrania sił do pracy, muszę się nieco pokrzepić... nie śniadałem jeszcze. To mówiąc wyciągnął zza pasa długi nóż, ostro zakończony, i przechylając w tył głowę, wsadził go sobie do gardła aż po rękojeść. Szept grozy przeleciał wśród widzów, a magister Gregorius wyjął z ust kordelas, ukłonił się z wdziękiem na trzy strony, pogładził się po żołądku, mlaskając językiem, i podał nóż pierwszemu parobkowi z brzegu do obejrzenia, że jest prawdziwie stalowy i mocno wyostrzony.

- Może kto spróbuje... proszę bardzo... nie? Ha, to ja jeszcze raz łyknę sobie tego kordiału za zdrowie przezacnego zgromadzenia. I powtórzył sztukę po raz drugi.

- Teraz, gdy się czuję dziwnie wzmocnionym i rześkim, jakby mi dwadzieścia lat ubyło, rad będę okazać sławetnemu zgromadzeniu skuteczność pożywnego śniadania. Hej, Froncek! Przynieś no tu antałek piwa spod wiechy... słyszysz? Czarny diablik poskoczył do najbliższej szynkowni, wrócił dźwigając z wielkim wysiłkiem sporą dębową beczułkę i postawił ją przed ojcem na stole.

- Zanim się wezmę do pracy, miło mi przedstawić waszym miłościom dziecinę płci męskiej, cudownie od urodzenia uzdolnioną. Oto jest Franciscus bipes nero! Gdy miał dzień życia, już się zapijał... mlekiem; skończywszy pięć lat chodził niezgorzej, a w dziesiącich gadał jak stary. Co najwięcej podziwu godne, że tak hojnie obdarzony od natury, wychował się zdrowo i żyje do dnia dzisiejszego. Froncek... pokłoń się państwu, a pięknie! Chłopak odbił się nogą od ziemi, obrócił się w powietrzu jak fryga, magnął z dziesięć koziołków, po czym wymaszerował na rękach do budy. Grzegorz ujął baryłkę dwoma palcami za brzeg ponad dnem wystający i kilka razy wywinął nią młyńca.

- Ho, ho! - zawołała jakaś kobieta z tłumu - antałek próżny, niewielka sztuka.

- Ja sam widziałem, że karczmarz próżny dawał! - ze śmiechem krzyknął ktoś drugi.

- Za łaską waszych miłościów - z obrażoną miną rzekł kuglarz - i próżnym antałkiem migać w kółko, trzymając go w dwóch palcach, nie tak łatwo, jak się zdaje; a dopieroż pełnym. Kto mi zaprzecza, jakoby w baryłce piwa nie było? Majster Prot opierając się na słowach owego, co widział, że antał próżny, podniósł rękę.

- O zakład!

- Zgoda!

- Kto przegra, ten wiadro piwa zapłaci; ja alibo wy.

- Dobrze!

- Dawajcie dzbany i szklanice! Przyniesiono; Grzegorz odszpuntował i nalawszy do dzbanów, uprzejmie częstował zgromadzenie. Wszyscy pili ze smakiem i śmiali się z pana Prota.

- A... bo czego tamten krzyczał głupstwa, jak nie był swego pewny? I podział się gdzieś abo cicho siedzi, bo go wstyd.

- Cale mi nie wstyd, stoję przy was.

- Gdzie? Kto? Majster Prot obejrzał się ze złością, chcąc pomścić wyśmiewiska ludzkie i koszt poniesiony, ale tuż przy nim stało dwoje małych dzieci, trochę dalej Stach z Marysią, zagadani i o bożym świecie nie wiedzący, a z tyłu Damian Jemioła z małżonką, kumotrowie a przyjaciele majstra Prota.

- Ciekawość, gdzie stoi, kiej nikogo nie widzę.

- Wlazłem do waszej kieszeni! - odezwało się coś przyciszonym głosem.

- Czary! Diabli!

- Diabelskie psikusy!... - zaczęto wołać ze strachem; niejeden by rad uciekł, ale w ciżbie trudno się było wycofać. Aż tu nagle pań pisarz, stojący również w pierwszym rzędzie, uderzył się ręką w czoło i parsknął śmiechem.

- Juści... zaraz czary! Brzuchomówca i tyle! Owa baba, co gadała, i ten drugi, i to, co w kieszeń wlazło, wszystko on sam gadał. Magister Gregorius popatrzał na publiczność z dumą i zadowoleniem i złożył nowy ukłon na trzy strony. Śmiechu i oklasków było co niemiara. Przywołano Froncka, fikał, brykał jak opętany, toczył się po kobiercu zwurięty w kłąb, ani dopatrzeć, gdzie głowa, a gdzie nogi! Potem Wawrzek podawał mu różnokolorowe piłki, a on ich dziesięć wyrzucał w powietrze, łapał zręcznie i znowu rzucał, żadna z dziesięciu nie spadła ani razu na ziemię. Na zakończenie uwiązano linę do rynny na piąterku zajazdu "Pod Złotą Gęsią", przeciągnięto skośnie do rynny na takiej samej wysokości po drugiej stronie placu i naturalnie magister Gregorius uprzedził sławetne zgromadzenie, że córka jego Margarita, dziewka wdzięczna ku wejrzeniu a cnotliwa, przejdzie po linie z jednego końca na drugi, po czym wróci na powrót cofając się. Hucznymi oklaskami przyjęto tę zapowiedź, a on dodał poważnie:

- Raczą wasze miłoście nie dziwować się głośno ani biciem rąk okazywać swej uciechy, dopokąd się ta arcyniebezpieczna sztuka nie skończy; tu chodzi o życie. Głos kuglarza drżał trwogą o ukochane dziecko... pobielana twarz wyglądała brzydko i śmiesznie. Froncek wyprowadził Margosię na kobierzec, ukłoniła się publiczności szczerząc białe ząbki, po czym pobiegli oboje "Pod Złotą Gęś". Dziewczyna ukazała się w otwartym oknie, stanęła na wyprężonej linie, z drążkiem w rękach dla utrzymania równowagi, i powoli, sztywna, jakby drewniana, nie patrząc w dół, ale prosto przed siebie, zrobiła parę kroków. Małe nóżki stawiała zręcznie i ostrożnie... Wawrzuś nie rozumiał wcale, co miały znaczyć przygotowania z liną; dopiero gdy zobaczył królewnę, stąpającą po sznurze jakieś dwadzieścia stóp nad ziemią, wrzasnął, jakby go nożem krajano, i puścił się pędem ku zajazdowi, nie wiedział po co, zapewne ratować ją od śmierci. Jakaś twarda ręka chwyciła go za kołnierz, a jeszcze twardszy głos szepnął mu w ucho:

- Stój i milcz, raku przeklęty! Jak się będziesz darł, przestraszysz dziewczynę, spadnie i zabije się. Ani mi piśnij, bo cię w szmaty potargam! Dziecko zatkało buzię rękoma i stało jak martwe, z oczami w Margosię utkwionymi, śledząc każde jej poruszenie. Ojciec grał na piszczałce jakiś marsz dziki, ale bardzo rytmiczny, matka uderzała w bęben, dziewczyna Szła po linie jak lunatyczka, stawiając nóżki do taktu, bo w tąri sposób łatwiej utrzymywała równowagę. Gdy już stanęła w przeciwnym oknie, usiadła na futrynie i odpoczywała. Była bardzo blada. Po chwilce stanęła znów na linie, ale odwrócona do niej plecami, i rozpoczęła powrót, cofając się krok za krokiem. Serca patrzących biły na wyścigi z tamburinem matki i piszczałką ojca. Jeszcze dwa kroki... jeszcze jeden... już wszystko dobrze! Teraz dopiero zahuczał rynek oklaskami i krzykiem tłumu, aż mury domów echem odpowiadały. Wawrzuś przykucnął na ziemi i wstrzymywany tak długo strach o królewnę wyrzucał z siebie głośnym szlochaniem.

- No, wstawaj... masz tu szmatę, otrzyj se ślipie - burknął półgłosem Grzegorz. - Nie mówiłem ci, że będziesz zbierał denary z Margośką? No, ruszże się! Trzeba się było uwijać, zanim publiczność ochłonie z zapału. Margosia cała w pąsach, z uśmiechem, wzięła ze stołu Przygotowane już na ten cel talerzyki, jeden dała Wawrzkowi i kazała mu iść za sobą. Widzowie znaleźli się wcale przyzwoicie, mało kto umknął cichaczem, nie rzuciwszy denara. Dziewczyna śpiewała przy tym wesołe ludowe piosenki, to znów przerywała sobie w pół wiersza, by pożartować z jednym, drugim; ładna jej twarzyczka i dowcipne słówka zjednały jej przychylność wszystkich. Na talerzyku rosła góra miedziaków, gdzieniegdzie przeświecały srebrne pieniążki. Wawrzuś nadstawiał swoją miseczkę, ale nikt na niego nie zważał; dopiero jakaś litościwa mieszczka użaliła się zaczerwienionych oczu dziecka i rzuciła mu trojaka.

- A czego to płaczesz, mały?

- To mój braciszek, dopraszam się waszej łaski - prędko odpowiedziała Margosia - pewnikiem co przeskrobał i tatuś mu dali w kark; ale to u nas chleb powszedni, widzicie, już się śmieje. Istotnie, myśl, że miałby być braciszkiem królewny, wydała się chłopcu tak zabawną, że roztworzył buzię i pokazał wszystkie zęby.

- Sławetne państwo, dorzućcie i dziecku jakich parę miedziaków; dostanie karę, jak z niczym wróci. Sprzątnięto kuglarskie przybory, deski i kobylice schowano do wozu; Grzegorz i Froncek umyli się, przebrali w suknie codzienne i wyszli pogapić się na jarmark. Poważny, otyły człek w szaraczkowym żupanie wyglądał raczej na handlarza nierogacizny niż na wiłę- pajaca. A z Froncka taki był urodziwy parobeczek, aż coś dziewczętom oczy ku niemu ciągnęło: ani gadania, żeby to był ten sam, co kozły magał i czarnego diabła udawał. On też umyślnie tak się smolił i szpecił, żeby go później nie poznawano.

- Dobrze matka zrobiła, że dziecko przyprowadziła wczoraj spać przy naszym wozie - rzekł stary do syna - tyś już za duży, koza cię nie udźwignie, a takie małe ino przyuczyć, będzie fikało aż hej.

- Matka nie zgodzą się - odpowiedział syn - dy mówili dziś rano, że trzeba dziecko odprowadzić na plebanię, to go proboszcz odeśle do domu.

- Juści proboszcz tyle wie, co i my, gdzież go odeśle? Pogadam z matką na wyrozumienie. Abo to chłopcu krzywda u nas będzie? Poje se po uszy, a zechce, to i wyżej uszu, nie narobi się, ino tyle, co naukę odprawi z godzinę co dzień.

- Aha, i co baty brać będzie - rozśmiał się Froncek.

- Bez bata nic - rzekł ojciec sentencjonalnie - i tyś brał bicie do krwi nieraz.

- Oj, brałem, brałem!

- No i co? Kości masz całe, wyrosłeś jak chabina, sztuki pięknie pokazujesz, krzywda ci?

- Żadna dziewucha wiły za męża nie zechce.

- Głupiś... a matka mnie zechciała? Zresztą, co tu gadać, poźryj ino, czy aby jedna przejdzie, co by się nie ośmiała do ciebie. Każde rzemiosło dobre, byle chleb dało. Tedy wyjedziemy stąd dziś na noc, jutro popas w Księżej Wólce, a pojutrze przedstawienie w Miechowie, bo tam właśnie przypada kiermasz. Trzeba chłopca przez jutro poduczyć, coby choć na rękach pobiegał. Dasz rady?

- Jak będzie chętny, czemu nie; chodzić na rękach cale nie sztuka.

- Pogadaj z nim mądre słowo; postrasz go mną, to usłucha Jak stary Grzegorz zarządził, tak uczyniono: przed samą nocą wyjechali z miasteczka, matka z trojgiem młodych w budzie, ojciec na koźle, biała koza na postronku za wozem. Wczesnym rankiem dotarli do ślicznej polanki w lesie; Grzegorz wyprzągł konie, rozpalono ognisko, Margosia przyniosła wody z rzeczki, matka gotowała śniadanie, a Froncek zakrzątnął się około Wawrzusia i pierwszej lekcji gimnastyki. Malec wręcz odpowiedział, że nie będzie chodził na rękach, boby się ludzie w Porębie z niego wyśmiali, gdyby odmiennie chodził niż inni.

- Ja ci też nie kazuję od rana do nocy do góry nogami uganiać, ino cię muszę nauczyć; tatuś tak przykazali.

- Na co?

- Co ci ta o to: kazali i dość. No, szkoda czasu. Wziął go wpół za krajkę jedną ręką, obie nóżki w drugą i zaczęła się lekcja.

- Nie chce... nie będę... cego mnie męcys! - wrzeszczał Wawrzuś. Aż tu Grzegorz przyskoczył z batem.

- Aw skórę chcesz? Darmozjadzie jeden! - I zaciął go po gołych nóżkach, aż czerwone pręgi wystąpiły. - Masz robić, co ci każą, a nie, to baty. I Wawrzuś robił, co mu kazano, byle nie brać batów. Zgrabniutki, drobny, lekki, tego samego rana zgłębił tajemnicze prawidła równowagi, aż się Grzegorz zdumiał, jakie dziecko pojętne. Biegał na rękach tak swobodnie, jak niejeden i na nogach lepiej nie potrafi. Przy obiedzie dostał pochwałę i kilka słów zachęty do dalszej pracy.

- Kiej ja wolę do Poręby. Gadaliście, co mnie zawieziecie do tatusia.

- Jakie też to głupie dziecko to strach - odparł Grzegorz niosąc łyżkę do ust - nie widzisz to, że prościuteńko do Poręby jedziemy? Roześmiali się wszyscy jakimś niemiłym śmiechem, tylko Grzegorzowa ruszyła ramionami niechętnie.

- Prościuteńko? - powtórzył Wawrzuś klaszcząc w rączki. - A daleko jesce?

- Ha, będzie ze trzy staje - odpowiedział Froncek poważnie, a stary dorzucił:

- E... chyba ze cztery. I znowu parsknęli śmiechem.

- Aw którą stronę?

- O tam, gdzie te brzózki, zakręca się gościniec i już Poręba jak na dłoni. Po obiedzie Grzegorz legł odpocząć. Froncek z Margosią poszli szukać grzybów, a Wawrzuś bawił się z kozą, z którą od pierwszej chwili poznania zawarł serdeczną przyjaźń... Słowa Froncka, że za brzózkami już widać Porębę, brzmiały mu wciąż w uszach; coś go gnało w tę stronę... "To i cego będę cekał, może długo jesce będą popasać - myślał - a kiedy to tak blisko, to chyba trafię." - Podszedł do Grzegorzowej i pocałował ją w rękę.

- A czego chcesz, synku?

- Przysedłem was pożegnać, idę do domu. Bóg zapłać za wsytko.

- Co też ty gadasz, dziecko? Co ci się zwiduje? Nie trafisz.

- Gadali, ze blisko; już mi ta nie brońcie, muse iść. Rzucił się jednym skokiem i gnał jak szalony ku brzózkom; bała się krzyczeć, żeby męża nie zbudzić, biegnąć nie miała siły... Ha wola boska, niech dziecko umyka - pomyślała - trafi na dobrych ludzi, może go lepszy los czeka niż -biedowanie z nami." Nieszczęściem dla Wawrzusia, droga zakręcająca się za brzózkami nie tylko że nie prowadziła do Poręby, ale co gorsza, była drogą do Miechowa, gdzie właśnie zdążali kuglarze. Z początku leciał jak na skrzydłach, a ciągle wypatrywał oczy, gdzie ta Poręba, co miała być widna jak na dłoni. Wiele drogi nie uszedł, już musiał zwolnić kroku, a po godzinie siadł pod dziką gruszą przy drodze, odpocząć chwileczkę. Słońce przypiekało, nogi trochę bolały, wyciągnął się w cieniu i usnął. Zbudził go ból piekący jak ogień... zerwał się na równe nogi... Stary Grzegorz stał nad nim czerwony ze złości i prał batem gęsto a ostro.

- Będziesz uciekać? Będziesz? będziesz? będziesz?

- Ja nie uciekał, ino szedł do domu, do tatusia!

- Masz za tatusia! Masz za Porębę! Masz! Za każdym słowem padał powiązany w węzły powrózek na zgrzebną koszulinę, dziecko zwijało się, kurczyło, drgało...

- O Jezu... nie będę ... nigdy nie będę! - zakrzyczał rozdzierającym głosem.

- Pamiętaj sobie! Jeszcze jeden raz spróbujesz, to cię tak wytłukę, że krwią spłyniesz, łotrowskie nasienie! No, zbieraj nogi, do budy! Od następnego rana rozpoczął Wawrzuś służbę u linoskoczków, ciężkie terminowanie. Musiał chodzić ,na rękach, magač kozły na odległość i w miejscu, skakać przez drążek wysoko nastawiony, a gdy już nabrał wielkiej wprawy w tym wszystkim, Margosia uczyła go chodzie na linie rozciągniętej tuż ponad ziemią. Rozpinano ją co dzień o pół stopy wyżej, a nauczycielka tłumaczyła bardzo łagodnie, głaskała i całowała, gdy się dobrze udało, a nigdy nie biła. Zrozumiał, że nie trzeba patrzeć na dół, bo się w głowie zawraca, zrozumiał, że stawiając lewą nogę, trzeba się przechylić odrobinę w lewo i nawzajem. Ale bardzo często jeszcze spadał z liny, więc o popisywaniu się tą sztuką nie mogło być mowy. Za to biała koza miała się z pyszna. Przed trzema laty, gdy Froncek był mało co większy od Wawrzusia, a koza ledwie wychodziła z dzieciństwa, wytresowano ją do pewnych ćwiczeń. Kózka myślała, że to figle, i chętnie dokazywała z Fronckiem. Ale dawno już swych sztuk zapomniała i trzeba ją było uczyć na nowo. To jedno było dobre, że nie wiedząc jeszcze, co go czeka, Wawrzuś dzielił się z kozą swoim chlebem, odkradał Grzegorzowej szczypteczki soli i tymi frykasami kupił sobie miłość Beksy na wieki. Gdy więc przyszło rozpędziwszy się chwycić kozę za rogi, przewrócić w powietrzu koziołka i stanąć jej równymi nogami na grzbiecie, Beksa nie sprzeciwiała się zbytnio woli swego przyjaciela, zwłaszcza że wspomnienia młodości budziły się w jej pamięci, nastawiała rogaty łeb jak do walki i stała jak wryta, co było ułatwieniem dla Wawrzusia. Zdarzyło się już kilka razy, że na przedstawieniach, jakie wędrowni kuglarze dawali po miasteczkach, koza i Wawrzuś podobali się najbardziej. Dzieciak nie wyglądał na swoje lata, drobniutki był i smukły, dlatego też sprawiało na publiczności wielkie wrażenie, gdy taka kruszyna wyskakiwała jak pchła z ziemi na głowę i grzbiet kozy. Stary Grzegorz winszował sobie'nabytku; chłopiec go prawie nic nie kosztował, a przyczyniał się wiele do pomnożenia zarobku. Dodzierał aksamitów i świecideł, z których Froncek wyrósł, jadł, jak myszka, a pracował nie mniej od starszych. Tylko że ciągle tęsknił za Porębą i choć przy Grzegorzu głośno o tym nie mówił, stary niejeden raz dosłyszał, jak przed Margosia wylewał swe żale. Pilnowali go też wszyscy iak oka w głowie, prócz matki, bo ta od samego początku litowała się nad dzieckiem i ciągle tylko przemyśliwała, jak by to oddać Wawrzusia rodzicom, a przynajmniej powierzyć jakiemu dobremu człowiekowi, żeby go na uczciwego rzemieślnika wykierował. W nieustannej tułaczce z jednego kąta kraju w drugi wiły trzymali się zwyczaju, że w nocy odbywali drogę, wypoczywali nad ranem, a w dzień dawali przedatawienia. Jeżeli po drodze trafiło się miasteczko, tym lepiej, a nie, to i po wsiach okazywali swe sztuki, bodaj za bochenek chleba albo wiązkę siana dla koni. W ten sposób opłacali sobie koszty wędrówki i snuli się z północy na południe, ze wschodu na zachód. Nierzadko spotykały się dwie lub trzy rodziny linoskoczków; jedni powiadamiali drugich, gdzie warto się zatrzymać i jakim traktem jechać najbezpieczniej, po czym każda buda ruszała w swoją stronę. Wawrzuś, nauczony smutnym doświadczeniem, że ucieczka nie jest rzeczą zbyt łatwą, a bat Grzegorza jest rzeczą okropną, pogodził się pozornie z losem i coraz to wspanialsze salto mortale urządzał tak z kozą, jak i bez kozy. Ale w nocy, gdy wszyscy w budzie spali twardo, a wóz posuwał się powoli po wybojach i kałużach, ach, wtedy jak ptaszek więziony, co się w klatce trzepoce i skrzydełka sobie o szczeble obija, tak biedny malec spłakiwał się gorzko i snuł dziwaczne plany oswobodzenia. Pewnej pochmurnej nocy, gdy wóz toczył się powoli leśną dróżka, co chwila potykając się o grube korzenie lub zapadając w błoto po osie, Grzegorzowa, która w dusznym gorącu zamkniętej budy usnąć nie mogła, usłyszała ciche szlochanie Wawrzusia.

- Cóż ci to, malućki? - spytała ostrożnie, by nikogo nie zbudzić, przyciągając sienniczek z dzieckiem ku sobie.

- Nic, biednym jest - odpowiedział.

- Czego biedny? Boli co? - i pogłaskała go po głowie. Wiedział, że matce można się przyznać do wszystkiego; ileż to razy słyszał, jak nastawała na męża, by chłopca oddał do jakiego dworu po drodze albo do rzemiosła. Wiedział, że go nie zdradzi, bo zawsze była dobra dla niego. Więc ją objął za szyję i najcichszym szeptem wyjąkał:

- Chcę do matusi, do Poręby. "Robaczkiem się opiekuje. Polnej trawki pilnuje..." - Przypomniała się Grzegorzowej pieśń o Boskiej Opatrzności. "Ha, może to wola Pana Jezusa - pomyślała - niech dziecko idzie, gdzie je oczy poniosą, lepszej sposobności jak dziś nie będzie."

- A nie boisz się czarnej nocy?

- Już niedźwiedź i dzik wedle mnie przełaził, juzem wilkowe ślepie w nocy widział, a nic mi się nie stało... nie boję się nicego, ino coby mnie majster nie przyłapili.

- Słuchajże: wraź se tę ćwiartkę chleba, co leży na skrzyni, za pazuchę; zmacałeś?

- Już.

- A teraz pełzaj powoli ku schodkom... płachtę odepnij... cicho... któreś się rusza. Zatrzymali oddech, czekali, Froncek znów zaczął chrapać, Margosia mruczała coś przez sen.

- Możesz iść śmiało, śpią twardo; a nie przewróć tam czego.

- Bóg zapłać; nie pocałujecie mnie na drogę? Uściskali się. Coś zaszeleściło pomiędzy skrzyniami i tłumokami, trochę świeżego powietrza wpadło do wnętrza przez odpiętą płachtę i więcej nic. Dzięki codziennym ćwiczeniom gimnastycznym skok z jadącego wozu zabawką był dla Wawrzusia, zwłaszcza ze konie drzemiąc stąpały noga za nogą; Grzegorz dla odpędzenia snu szeptał godzinki.

- Pocekaj, teraz ja mądry, już mnie drugi raz nie złapies - szepnął, grożąc ściśniętą w kułak rączką niewidzialnemu tyranowi. - Ciemno jak w kominie, schowam się w krzaki, a ty mnie sukaj, póki ci sie nie sprzykrzy. Dał susa w las. "Nie... po krzakach przysiadał nie będę; zaświecą ze dwie latarnie i gotowi mnie wypatrzyć: albo zwierz będzie przechodził, to mnie zje. Wylezę na drzewo." Ze zwinnością kota czepił się palcami grubej, popękanej kory, nogi pomagały rękom, w minutę już siedział na gałęzi. omacał z tej i z owej strony, przekonał się, gdzie drzewo ma najgęściej splątane konary, i ostrożnie, by głową nie uderzyć o gałąź, wspinał się wyżej. "O, tu mi będzie w sam raz; tu se ranka docekam." Odpięta z gwoździa płachta przymykająca wóz linoskoczków fruwała, poruszana lekkim wiatrem, i szeleściła bijąc o półkoszki. Baczne na każdy odgłos ucho Grzegorza posłyszało ten szmer...

- Cóż się ta dzieje? - mruknął. - Złamało się co czy oberwało, że tak zbyrka? Zatrzymał konie i zsiadł z kozła.

- Hej... któreż tam płachtę odpięło?

- Czego chcecie? - odezwał aię z głębi zaspany głos Froncka.

- Gadam, po co płachtę odpinacie. Jeszcze się który tłomok zesunie i wyleci.

- Anim się ruszał, śpię od wieczora na jednym boku.

- Może Margośka albo matka? Margosia odpowiedziała chrapaniem, a matka udawała, że śpi.

- Ojoj... tatusiu...

- No co?

- Siennik pusty, chłopaka nie ma! Grzegorz syknął przez ściśnięte zęby jakąś klątwę w tysiące tysięcy, ale nie tracąc czasu na próżne słowa, natychmiast skrzesał ognia, zaświecił latarnię i Fronckowi kazał zrobić to samo.

- Chodźmy szukać - rzekł - ty patrz z lewej strony, ja z prawej; nie musiał ubiec daleko; ani trzech pacierzy nie ma, jak szelest posłyszałem. Puścili się wzdłuż drogi, licząc, że dziecko dogonią. Gdy ubiegli spory kawał, dopiero im na myśl przyszło, że się mógł schować gdzie bliżej w gęstwinie. Więc wracali już powolutku, przyświecając krok za krokiem, krzak za krzakiem, jednej kępki paproci nie opuścili; przystawali, nadsłuchiwali - nic.

- Przywiąż no latarnię do żerdki, poświecisz wyżej między drzewa, może się gdzie na które wydrapał.

- O Jezu! - szepnęło dziecko - prosto na moją sosnę świeci... musi mnie uwidzieć... białą kosulę znać między gałęziami...

- Cóźeś się tak zapatrzył w jedno miejsce?

- Zobaczcie sami, coś szarzeje na samej górze...

- Gdzie, gdzie? Nie widzę... Załomotały skrzydła, wystraszony puchacz spuścił się z wierzchołka sąsiedniego drzewa i ciężkim lotem uciekając od światła, uderzył sobą silnie w twarz Grzegorza. Stary się zachwiał, wyciągnął przed siebie ręce i czepił się Froncka za ramię, a ten zaskoczony znienacka puścił drążek, latarnia upadła i zgasła.

- Dalibyście spokój szukaniu - odezwała się matka z wozu - chłopak uciekł jeszcze przed północą, a wy go tutaj upatrujecie.

- Taaak? Toś wiedziała, a nie krzyknęłaś na którego z nas?

- Właśnie, żem nie wiedziała o niczym, ino we śnie mi się majaczyło, że się ktoś wedle mnie przesuwa; nawet mnie w rękę pocałował. Nijak się ocknąć ani oczu otworzyć nie mogłam. To jedno wiem z pewnością, że więcej niż dwie godziny, jak zemknął. Tedy nie bądźcie głupi i nie szukajcie wiatru w polu. Naklęli się obaj co wlazło i powrócili do wozu. KONIEC ROZDZIAŁU