Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Konik zwierzyniecki

Wesele w Pisarach. - Szedł do Poręby, zaszedł do Krakowa. - Tatar na drewnianym

koniu. - Znowu pielgrzym. - Dlaczego św. Wojciech ma dwie głowy? - Ojciec Szymon. Bór się zaczął ożywiać... rozbudzone ptactwo napełniało powietrze wesołym świergotaniem... poprzez wierzchołki drzew niebo się zaróżowiło na wschodzie. Wawrzuś zmówił pacierz, uskubnął chleba z darowanej przez poczciwą Grzegorzową ćwiartki i obliczał w duchu, czy można już zleźć z drzewa bez obawy. "Ee... chyba mnie już gonić nie będą... pojechali przed siebie, to ja się obrócę z powrotem. Pójdę lasem, ale już ino samym krajem, cobym drogi z oczu nie stracił. Dy mi już ani pusca nie dziwną; cego bym się miał bać?" Rozpoczęła się nowa wędrówka, z tą różnicą, że już dziś Wawrzuś zmądrzał o wiele, uważał się za bywalca, bogatego w wielorakie doświadczenie; czuł, że się już lada kogo nie zlęknie ani też nie uwierzy pierwszemu lepszemu, co by go chciał do rodziców odprowadzić. Szedł śmiało, głodu się nie bał, okolica była ludna, gościniec uczęszczany, wszystko wcale inaczej niż przed paru tygodniami w puszczy. Około południa zaszedł do jakiejś wsi i przybliżył się do pierwszej chałupy, gdzie zobaczył drzwi otwarte i całą rodzinę obiadującą w sieni. Stanął opodal, ale tak, by go dostrzeżono.

- Cóż to za dziecko? - spytał gospodarz.

- Widzi mi się Bartków Pietrek ze Szydła.

- Ale gdzie... zahaczyliście, matusiu, co Pietrek na nóżkę słaby, a ten prościuśki jak świeczka - zawołało któreś z dzieci.

- Najlepiej zapytaj, kiejś ciekawy.

- Hej, chłopak, czego tu chcesz?

- Wody mi dajcie, straśnie mi sie pić chce - odpowiedział Wawrzuś całując gospodynię w rękę.

- A jeść nie? - spytała, ujęta pokornym zachowaniem się dziecka.

- Bóg zapłać, mam jesce kawał chleba, co mi Grzegorzowa dali.

- No, sam chleb to prawie na Wielki Piątek; zjedzże krupniku razem z nami, na zdrowie ci. Baba podała mu łyżkę, siadł na progu przy jej córeczce i nabrał z miski krupniku uczciwie omaszczonego wędzonką.

- A cóż to za jedna ta Grzegorzową, co ci dała chleb? - spytał gospodarz. Wawrzuś nastraszył się. Jak się przyzna, gotowi go wiłom oddać, stary zabije na śmierć...

- To moja chrzestna matka; byłem u niej dwa tygodnie.

- A teraz gdzie?

- Wracam do domu, do Poręby.

- Kaź ta Poręba? daleko? Może aż pod Krakowem?

- Juści ze ta - odrzekł Wawrzuś, rad, że mu się odpowiedź tak sama nasunęła. Nie wiedział, co znaczy Kraków, tego wyrazu, jako żył, jeszcze nie słyszał.

- Takiś malućki, jeszcze pobłądzisz?

- Nijak nie pobłądzę; znam drogę, bom już nieraz do chrzestnej matki chodził. - "E... lepiej umykać dalej - pomyślał - jak zacną rozpytywać, jesce sie z cym wygadam i będzie bieda." Wstał, podziękował chłopu i babie, pochwalił Pana Jezusa - i za drzwi.

- Czekaj no, dziecko, czekaj, straszne dale do tej Poręby... ani jutro na południe nie zajdziesz; a jakbyś na nielitościwych trafił, naści sera i szperki w szmateczce; opędzisz głód, zanim do matusi zajdziesz. A może ty nie masz matusi?

- Oj, mam! A dobra... taka jak wy, a może jesce lepsa. Poszedł. "Ano, tyłem się dowiedział, co Poręba daleko, äze pod jakimsi Krakowem, i nie zajdę, aż po jutro z południa. Dobre i to; nie będzie mi się snęło iść, kiej wiem pokąd. A ten Kraków, to może dąb jaki stary abo góra wielka; ale ze o nim w domu nikady nie gadali?... Ino cy dobrze idę? Tyle ściezków na wsyćkie strony, a gościniec tez się cęsto dzieli. A nuż pobałamucę? Ludzi pytać - źle, nie pytać - jesce gorzej." Idzie, idzie, ku zachodowi instynktownie się zwraca, bo wciąż pamięta, że w Porębie słońce do boru i do rzeki zaglądało przed zachodem. Ze wschodząc świeciło ku rzece z drugiej strony, a w południe przeglądało się w wodzie z góry, o tym nie myśli; ku zachodowi dąży. Popasał już ze dwa razy i przespał się z godzinkę, z daleka wieś dostrzega. "Ot, znowu trza iść między ludzi. Wiecór zapada, może pozwoli kto przespać się kaj na słomie." Wszedł w długą, prostą ulicę, po lewej stronie domy drewniane, strzechą kryte, gdzieniegdzie chałupy z chrustu gliną grubo obrzucone; po prawej same stodoły i stajnie.

- Jak się ta wieś nazywa? - spytał chłopca pędzącego gęsi do domu.

- Pisary - odpowiedział pastuszek, machnął prętem i zaśpiewał znaną do dnia dzisiejszego w okolicach Krakowa gęsią pobudkę: "O lala haaa! O lala haaa!" ,,Pisary... cóż po nich... ano, trza się kaj zaprosić na noc. Cosi gra... muzyka hucna... o matko... a może to oni?" Wsunął się do jakiejś nie domkniętej stodoły, przycupnął za drzwiami, strasznie się boi, że wiły skądś wylezą, porwą go i zabiją. Ściemniło się zupełnie, już by się dawno powinno skończyć przedstawienie, a tu coś gra, gra ciągle. Słychać buczenie grube i pisk niby trąbki; pierwszy strach przeminął, Wawrzuś przysłuchuje się muzyce. "E... głupi ja, głupi... ady to inse granie, nie nase!" Noc ciemniusieńka, tak jak wczoraj, można śmiało wyjść z kryjówki, nikt się nie zadziwi, że jakieś dziecko idzie przez wieś. Tedy wyszedł ze stodoły i za słuchem się kieruje ku onemu graniu... Zobaczył chałupę dużą, wesoło ogniem na kominie i kilkoma kagankami oświetloną; z okien bucha światło na równe, duże podwórko... dwóch kobziarzy siedzi na przyzbie i skoczne przygrywają, a parobcy i dziewki kręcą się, oberka wywijają, do taktu sobie przytupują, a coraz to któraś para staje przed muzyką; chłopak czapki z fantazją poprawia i śpiewa... Wawrzuś oparł się o płot, pręcie rączkami rozsunął, patrzy i słucha. Hanuś moja, Hanuś, cego mnie ty nie chces? Ja ciebie tak lubię, a ty z Jaśkiem sepces! Przybiega druga para. Świeci miesiąc, świeci, gwiazdy pomagają. Kaj się nie obrócę, dziewki mnie kochają! A dziewczyna wykrzywiła się szyderczo, rzuca pół grosza muzykantom i odśpiewuje: Żeniłby się z kozdą, żadna ci nie rada! Kochają, kochają, jako i psi dziada... Znowu przylatuje para, znowu śpiewki, śmiechy, dogryzki... Po drugiej stronie chałupy, na wysokiej przyzbie siedzą gospodynie i gwarzą. Stół zastawiony przed nimi, a z izby wybiega to matka, to która z dziewcząt, wynosząc olbrzymie michy z pokrajaną w kawały kiełbasą, tłustą pieczoną wieprzowiną, to znów ser na sicie i żytni placek do niego; siwy kmieć zaprasza gospodarzy do stołu, wynoszą z zimnej komory dzbany z piwem i gąsiorki z miodem. Chłopi jedzą stojąco, bo nie ma się gdzie rozsiadać; ale mniejsza o ławę, jeśli jest co na ząb położyć i czym gardło popłukać.

- Dy to wesele... - szepce Wawrzuś za płotem - ta w wysokim wieńcu to panna młoda... a ten z różdżką na capce to młody pań... tak samo jak w Porębie... ach, jak tez kiełbasa wonieje... jaze okropa... zęby dali choć raz ugryznąć... oj, Boże... I jak poprzednio za słuchem, tak teraz idzie za węchem... stanął pod ścianą pizy kobziarzach, może go kto spostrzeże; wszak na weselu nie wolno podróżnego odpędzić, straszny grzech nie poczęstować. Wyskoczyła z izby śliczna dziewucha; wstążki od paciorek fruwają niczym skrzydełka, spódnic na niej ze sześć, a sute... co się ruszy, to szumi i chrupi wedle niej. Wyniosła piwa dzban i mięsa na chlebie kobziarzom, przestali grać, podziękowali pięknie i zabrali się do jedzenia. Zobaczyła chłopca.

- A to co za gość? - spytała schylając się do Wawrzusia i zaglądając mu w oczy. - Skądżeś ty się wziął u nas? Cudze dziecko, nie pisarskie, prawda. A może ty głodny?

- No - odpowiedział z przejęciem. To króciuchne, jednozgłoskowe słówko znaczyło przed czterystu laty, zarówno jak dziś w gwarze ludowej, bardzo stanowcze twierdzenie. Dziewczyna zrozumiała od razu, jak bardzo się chce jeść, gdy ktoś powiada "no". Chwyciła chłopca za rączkę i pociągnęła go za sobą do stołu.

- Kiełbasy dać?

- No.

- I placka?

- No.

- Siądźże se na ziemi w kąciku, cobyś ludziom do tańca nie gawędził i jedz z Panem Jezusem.

- Cię wy... cię wy... a to ci chłoposko wielgośne! - rozśmiał się jeden z drużbów. - Markociliśmy się, co starosta zachorzał, patrzajcie, ludzie, jakoż wam się zda, może ten będzie dobry? Wziął Wawrzusia na ręce, obnosił i pokazywał wszystkim, a gospodarze się śmiali, głaskali dziecko po buzi i niemal każdy się dziwił, skąd się maleństwo wzięło.

- E... co mi to za starosta, co do nikogo nie przypija! Hej, kumotrze, za zdrowie wasze! Ktoś nalał miodu kubeczek.

- Pij, pij, to dobre, słodkie... Wypił, zasmakowało, dali jeszcze, wypił i drugi kubek. Drużba go spuścił z rąk, bo mu pilno było do tańca; kobziarze już zaczynali buczeć. Ale dziewczęta się wymawiały, że zmęczone i głodne, że muszą jeszcze przekąsić. Posiadali parami na trawie, zajadali i popijali. A Wawrzuś stał oparty o ścianę, bo jakoś dziwno mu się robiło w nogach i w głowie... niby to chciało się skakać aż pod niebo, a znowu za chwilę całe podwórze i stół, i przyzba z gospodyniami, wszystko się kręciło i drygało, że już wolał przycisnąć się z całej siły do ściany, bo ta jedna przynajmniej zachowywała się spokojnie. Zaczęły się tańce na nowo. Parobcy pokrzepieni mięsiwem i rozweseleni miodem strasznie dokazywali. Śpiewki sypały się gradem, jeden odtrącał drugiego sprzed muzyki, przekrzykiwali się, ani zrozumieć nie było można, co który śpiewa. Wywijali dziewczętami, a nawet patrzącym w głowie się zawracało. Ten sam drużba, co pierwszy mianował Wawrzusia starostą, namówił pannę młodą, żeby z dzieckiem zatańczyła. Chcieli sobie zażartować z malca, pewni, że się będzie wstydzić albo skakać jak niedźwiadek. Tymczasem Wawrzuś miał wyborne ucho, czuł takt, a bat starego Grzegorza wyuczył go trudniejszych rzeczy niż wykręcanie się w oberku. Przy tym dwa kubki miodu wlały srogi animusz w jego serce. Puścił się w tany z niezmierną fantazją, a choć pannie młodej sięgał do pasa, chwycił ją silnie za kaletki u gorseta i hulał do upadłego, aż się wszyscy dziwowali, co za dzieciak taki zawzięty.

- No, puszczaj... ty... bo tchu złapać nie möge! - prosiła Kondusia; ale Wawrzus nie słuchał, ino zawijał w kółko a w kółko. Wreszcie ulitował się, puścił dziewczynę i jakimś szałem porwany, opadł na ręce i przewrócił kozła, znów drugiego, znów trzeciego... miotał sobą tak zgrabnie i prędko, że tylko migało coś w powietrzu - dziecko, pająk czy piłka. Chłopi, zaskoczeni znienacka, rozstąpili się na boki, wytrzeszczyli oczy, dziwowali się. Po dziesięciu czy dwunastu koziołkach zmęczone dziecko przysiadło na trawie, zasłoniło twarz rączkami, odpoczywało.

- A to ci wisus dopiero! - zawołał jeden z parobków - stało se w kącie niemrawe, malućkie, zbiedzone, przysięgałby człek, że trzech zliczyć nie umie, a to, moi ludzie, opętaniec jakiś, diabelskie nasienie.'

- Ij... jaki zaś opętaniec... - ujęła się Magda, owa dziewczyna w szumiących spódnicach

- nie wiesz, co chłopaki wyprawiają na pastwisku? A sameś na ręcach nie łaził, jakeś był mały? Widzicie go... opętaniec! Maciuperne toto, wieciutkie jak badylek, spoiliście ze zbytków miodem, a teraz się dziwujecie, że mu się w głowinie przewróciło, robi, samo nie wie co.

- Sprawiedliwie gadasz, Magda - przyświadczył ojciec - nijakiego diabelstwa w tym nie ma, ino dziecko zwinne niczym kocię, to i dokazuje, jak może. Ot, żeby wiłom dać takiego, co by z niego za rok zrobili!

- Pamiętacie, stary Grzegorz, jak tu był we Wielkanocne Święto, co się naszukał za małym chłopcem; obiecował od niego pięć śrybła rocznie, przysięgał się, że mu włos z głowy nie spadnie, cóż, kiedy nawet Maćkowa, co ich ma siedmioro, a Sobka nie chciała oddać - dorzucił wójt. Wawrzus słyszał gwar głosów, nie zważał i nie rozumiał, o czym mowa; siedział na ziemi oszołomiony miodem i tańcem, oczy mu się kleiły. "Wlezę gdzie w kąt i prześpię się do jutra" - pomyślał. Wtem imię starego Grzegorza obiło się o jego uszy; ocknął się i oprzytomniał w jednej chwili; usłyszał koniec rozmowy o wiłach, mówiono, że stary chłopca szukał... straszne ciarki go przeleciały. Podpełznął nieznacznie w cień, przeczekał chwilę; znowu kawałeczek, jest tam jaka szpara w płocie?...

- Gadajcie se ta, co chcecie - upierał się przy swoim zdaniu Tomek, a ja i tak nie wierzę, coby dziecko przez nauki, samo z siebie mogło wyprawiać takie cuda. To nieczysta sprawa i tyła.

- Śmiechu warte, jak się onemu wszędy diabły i czarownik! zwidują... - zawołał Kostek, zwany we wsi niedowiarkiem, bo się śmiał z czarów, uroków i kłócił się nawet z wójtem, że nie ma na całym świecie ludzi, co by umieli sprowadzać deszcz, pogodę, rzucać na kogo chorobę albo ją słowami zdejmować. Prawdziwy niedowiarek!

- Czekajcie, ja was pogodzę - odezwała się Magda podchodząc ku nim. - Dy najprostsza rzecz popytać dziecko; może go kto i nauczył kozły magać, cóż by to było dziwnego? Hej, malućki, chodź no tu, coś ci powiem!... Gdzież to polazł? Tylko co siedział na trawie, ot tu.

- Może do izby poszedł?

- A przy muzykusach go nie ma?

- Śpi pewno pod wiśnią, zobaczcie.

- Nie, tu go nie ma; może się załgał do komory i gospodaruje.

- Nie. komora zamknięta.

- Poszedł za bramę?

- Stoimy tu z godzinę - odezwało się kilkoro malców - a nijaki chłopak nie przechodził.

- Aha, aha, cóż teraz będzie? Śmiejcież się ze mnie! Czego się nie śmiejecie? Aha! Czyja prawda? Wyrosło spod ziemi nieproszone, nadokazywało diabelskim sposobem i zapadło się w ziemię z powrotem. Żeby tak na mnie, tobym w te pędy posłał po Dudzinę.

- E... nie prosili jej na wesele, gdzieżby teraz przyszła? Gniewa się, ano co strach.

- To ją można przeprosić; ojoj, wielkie cuda... kiełbasy wianek posłać i kukiełkę, w dyrdki baba przyleci.

- Ale po co?

- Względem Kondusi.

- Cóż ci ta znowu o nią?

- Oj, Nastka, Nastka, dwadzieścia roków łazisz po świecie i co z ciebie? Kiej diabeł z panną młodą na weselu tańcuje, wiadomo, co to znaczy.

- Matko święta... - zawołała Magda ze złością - z malućkiego, ślicznego dziecka diabła robi!

- Już cię Kostek przekabacił na swoją wiarę? A samego proboszcza pytaj, niech ci powie, czy diabeł nie przybiera wszelakiej postaci? Abo mu to dziwne w dziecko się przerzucić? Wszyscyśmy widzieli, jak hulał z Kondusią, omal z duszą uciekła. A potem taki był rad ze siebie, aż se koziołki magał na ona uciechę.

- Powiedzże mi - szepnęła Nastka, młodsza druhna, trącając go w łokieć - co będzie z tego, że diabeł z Kondą tańczył?

- Ano źle będzie; pierwszego śniegu nie doczeka nieboga. Dlatego gadam, co Dudziny tu potrza. Okadziłaby dziewuchę w porządku, pomruczała nad nią, jak się należy, i wszystko dobrze.

- A to ja biegnę po nią.

- Biegaj; ino z próżnymi rękoma daremna fatyga. Wysunąwszy się po cichusieńku przez szczelinę w płocie, Wawrzuś przemykał bokiem drogi bojąc się odetchnąć głośniej, żeby go kto przechodzący nie posłyszał. Pewny był, że go chcą zatrzymać gwałtem i Grzegorzowi odesłać. Droga zniżała się ku rzece, słychać było chlupotanie wody po kamieniach. "Jakże to? Kładki by nie było? Dy gościniec dochodzi do samej rzeki... strasecna ciemnica, jesce gdzie wpadnę i utopie sie. Aha... - pomacał ręką wyżej i niżej, przekonał się, że jest poręcz i duże deski przybite do palików - to już wszystko w porządku, da się przejść na drugą stronę." Idzie, idzie, znowu wieś. Psy ujadają. "O Jezu... skocy który na mnie... zagryzie..." Na chybi trafi rzucił się w bok na prawo, gdzie jakoś mniej ciemno było. Może tędy bliżej w pole? Biegł potykając się,dwa razy upadł, kolana sobie do krwi porozbijał; wszystko głupstwo, byle jak najdalej od tych ludzi, co go chcą oddać Grzegorzowi. "Po ciemku mnie chyba nie najdą; a ino sary świt, polecę dalej. Tu se tymcasem przenocuję." Uskubnął siana z wysokiej sterty, zakopał się w nie z głową i zasnął smacznie. O wschodzie słońca wędrował dalej. Co zobaczył jaką wieś z daleka, omijał ją i przechodził bokiem, polami; a nuż wiły dali znać wszędzie, że im Wawrzuś uciekł? Każdy przecie pozna, że to on Wawrzuś. Lepiej nikogo nie spotykać, lepiej mdleć z głodu, niż wracać do bata. Szczęściem droga prowadziła go sama, nie bał się zbłądzić. Z prawej strony gościńca lasy niezgłębione, gdzieniegdzie wyrąb, można poziomek uskubnąć, wody się napić ze źródełka... "O rety, wieś! Tak ci ją las zasłonił..." Naprzeciw idzie podskakując dziewczynka trochę większa od niego; prowadzi krowę na powrózku i wyśpiewuje cieniutkim głosikiem na całe gardło: Nie ma wsi na świecie jak nase Balice, Krowa posła w śkode, wzieni mi spódnice; Nie trzeba ci było chodzić na jagody, Toby i krowisia nie lazła do skody. "Widzicie, ludzie... przez pytaniam się dowiedział, jak się wieś nazywa! Ij... co bym ta uciekał... śmiało se przejdę, choćby kto pytał, nie przyznam się, żem Wawrzuś." Sunie z zadartą głową, jakby święcie wiedział, dokąd idzie; a nie wie nic. Spojrzał na słońce. "Musi już być chwila z południa... gospodyni mówiła wcoraj, ze zajdę do Poręby przed wiecorem. Trzeba uwazować..." Idzie, wypoczywa, zpowu idzie... Jakiś wędrowiec z tłumoczkiem na plecach wyminął go; pogwizduje wesoło. "Młody, ładny, może mi nic nie zrobi... przycepię się do niego."

- Wielemozny panie! wielemo...

- Do mnie tak gadasz? - zaśmiał się wędrowiec - a czego chcesz, robaczku malućki?

- Ja by chciałem iść razem z wami, bo samemu straśnie markotno.

- Chodźże, chodź, i mnie będzie weselej. A którędy droga?

- Do matusi, do Poręby. A wy skąd? - ośmielił się spytać podróżnego.

- Ani wyrozumiesz, choćbym ci tłumaczył, z daleka, bardzo z daleka idę. Jakże ci na imię, parobeczku?

- Wawrzuś. A wam?

- Stanko. Szli razem. Wędrowiec opowiadał bardzo zajmujące rzeczy, jak go ojciec w dziesięciu latach oddał do złotnika; może ten majster miał jakie po ojcach przezwisko, ale nazywano go powszechnie tylko Wojtkiem. U niego to wyterminował sześć lat, nauczył się rzemiosła i zaraz po wyzwolinach poszedł w świat z kilku innymi czeladnikami. Najdłużej był w Norymberdze, niemal cały rok.

- W cym, w cym?

- W Norymberdze. To jest miasto na cały świat sławne. Uczyłem się tam znowu u bardzo znacznego majstra, Lebrechta, świadectwa piękne do domu niosę. Z Norymberg! wyszedłem tamtego lata; zatrzymywałem się po drodze w inszych miastach; tu tydzień, tu miesiąc, tu dwa, dziś nareszcie wracam z utęsknieniem do ojców, jako i ty do swojej matusi. Teraz odpoczniemy, zjemy se co, a za godzinkę już koniec mojej drogi. Usiedli pod drzewem, Stanko zdjął z pleców zawiniątko, rozwiązał, dobył czystą szmatkę, z niej chleb i mięso pieczone; u pasa na sznurku miał nóż składany, ukroił sobie i malcowi, jedli i gawędzili.

- No, śpieszmy się; tak mnie już coś gna, ino bym leciał jak na skrzydłach.

- A ta wieś jak się nazywa, nie wiecie?

- Jakżebym nie wiedział? Dy ja tutejszy: to Łobzów; najjaśniejsi królowie mają tu zameczek dla wypoczynku w lecie albo gdy na łowy jadą. Ojciec mówili, że to wielki król Kazimierz zbudował. Szli dalej; pola okryte zbożem nie zasłaniały widoku.

- Jezus, Maryja... co to takiego! - krzyknął Wawrzuś i rozkrzyżował rączki.

- Gdzie? Co? Czego krzyczysz?

- Rety... a tam, tam, tyle tego... mury strasecne, więzów tyle... jedna wedle drugiej... strzelają äze do nieba! Może to nie naprawdę? A wy nic nie widzicie?

- Aha, toś ty chyba pierwszy raz w tej stronie, kiedy Krakowa nie znasz?

- Jakiego Krakowa?

- Jakiego? Widzisz przecie miasto przed nami, to miasto nazywa się Kraków.

- O Jezu... a kaź Poręba?

- Jakże to? Do Poręby idziesz i nie wiesz gdzie?

- Gadali ludzie, co pod Krakowem...

- I j... kto by się ta z tobą dogadał. Chodź ze mną, zaprowadzę cię do naszego domu, przenocujesz, a jutro będziesz tej swojej Poręby szukał. Co krok to nowe zdumienie. Wawrzuś zarzucał swego towarzysza pytaniami, na które ten odpowiadał, jak umiał.

- Na co takie grube mury?

- A to, widzisz, dla obrony; całe miasto jest otoczone dookołusieńka murem, za czym jest rów głęboki i szeroki, pełen wody, i znowu grube mury z basztami. Gdyby tak na przykład napadli Polskę Tatarowie i zapędzili się aż ku miastu, co już nieraz bywało, to na mury się nie wdrapią, bo tam łucznicy siedzą schowani i strzałami ich rażą. A choćby się jakim, cudem przedostali przez pierwsze, wpadają do wody, a z baszt i wewnętrznych murów tysiące strzał jak deszcz na nich leci. Takie miasto murami i basztami obwarowane nazywa się twierdzą. Widzisz tę ogromną, okrągłą basztę, co tak jako hetmań stoi na czele? Tamtędy wejdziemy do miasta.

- Puscą nas to?

- A jakże, każdego puszczają przez cały dzień. Dopiero na noc most podnoszą, a insze bramy na kraty i łańcuchy zamykają. Daj rękę, pójdziemy przez most. Nie bójże się, my nie Tatarzy, nie zabiją nas. Weszli na podwórze Rondla, połączonego długim wąskim korytarzem z Bramą Floriańską; Wawrzuś trzymał się ręki i poły Stanka, bał się, że skądciś żołnierze wyskoczą i porwą ich do więzienia. Ciężkie drzwi Bramy Floriańskiej stały otworem, weszli w ulicę.

- A to ci wysocyzny dopiero! - dziwił się malec patrząc na wąskie, o dwóch lub trzech oknach domy, spiczastymi dachami kryte, jeden podobny do drugiego; trójkątne szczyty kamienic, ujęte w ramy czerwonej dachówki, rysowały się na tle pogodnego nieba jak zęby olbrzymiej piły.

- Raju... a foto co? To ogromne...

- Kościół największy w Krakowie; kościół Panny Maryi.

- A na co taka ciżba? Rety... boję się!

- Czekaj no... co by to być mogło? Nie rozumiem... chorągwie, krzyże, ach, prawda! Na obczyźnie człek rachubę traci; zapomniałem, że to dziś oktawa Bożego Ciała. Tak, tak, procesja u Panny Maryi. Widzisz, jaki plac niezmierny? To rynek krakowski. Ciżby się nie bój, ino mnie się trzymaj. Jak widzę, już się nabożeństwo kończy, procesja do kościoła wchodzi, a bractwa niektóre z obrazami wracają do swoich parafii.

- Jakie te chorągwie okropnie ładne! Ta żółta mi się najbardziej podoba.

- Dlaczego?

- A bo żółta farba to już najpiękniejsza.

- Ale, ale, Wawrzuś, wielką uciechę ci sprawię. Do domu nie mam po co iść teraz; ojcowie ani wątpienia w kościele; zresztą, i sam rad konika zobaczę, dwa lata go nie widziałem.

- Jakiego konika?

- Poczekajże, zaraz ci opowiem. Ino sobie stańmy pod Sukiennicami, naprzeciw Brackiej ulicy, to się napatrzymy do woli.

- Gadajcież!

- Więc słuchaj uważnie. Będzie temu ze dwasta lat abo i więcej, szli Tatarzy do Polski, bardzo dziki a okrutny naród. Palili wsie i miasta po drodze, wpierw zrabowawszy wszystko, co snę dało. Starych a niemowlęta zabijali, zdrowych i młodych w jasyr, czyli w niewolę brali i do swego kraju niczym bydło robocze pędząc katowali srodze. Ludziska mdleli na samo wspomnienie Tatarów. I zdarzyło się jednego razu, że w oktawę Bożego Ciała, tak właśnie jako i dziś widziałeś, odbywała się procesja po krakowskim rynku. Aliści nagle od strony Zwierzyńca wpada na koniu człek jakiś, ledwie żyw ze strachu, i nie bacząc na święte wizerunki ani na duchowne osoby, wrzeszczy na całe gardło: "Bramy zamykać! Na mury, ludzie! Bronić miasta i życia... Tatarzy!" - "Tatarzy!" - zakrzyczeli wszyscy strasznym głosem: kto ino miał zdrowie i siły jakie takie, leciał na mury jak szalony. Niewiasty pokryły się z dziećmi po domach... Zaryglowano bramy, podniesiono mosty, a gdy nadbiegła ćma tatarska, przyjęto ją tak godnie, że na drugi dzień już gdzieś dalej pognała, miasto zostawiając w spokoju. Na pamiątkę tego wydarzenia burmistrz i sławetna rada zezwolili, aby syn, wnuk, prawnuk i najdalszy potomek onego, co miasto tym rychłym zawiadomieniem uratował od zagłady, corocznie po procesji wyjeżdżał na rynek w tatarskim przebraniu i przeróżne krotochwile wyprawiał. Ino musi na drewnianym, nie na żywym koniu harcować, coby przypadkiem w ścisku nie zrobił komu krzywdy.

- E... na drewnianym? Jakże to?

- Ano, wdziewa na siebie strój tatarski, turban na głowę, przyprowadzają mu pięknie wyrobionego konia, ino bez nóg i z dziurą w grzbiecie. Tedy włazi do niego, pętlice z rzemienia, mocno przybite z przodu i z tyłu onej drewnianej kukły, zarzuca sobie przez głowę na ramiona, coby się koń z jeźdźcem kupy trzymali, potem kapa suta aż do ziemi, uzda do lewej ręki, szmaciana maczuga do prawej i wio na rynek. Kompanię ma poczesną, równie za Tatarzynów przebraną, i muzykantów z piszczałkami, co przed nim idą a przeraźliwie przygrywają.

- Nie bać się? - spytał Wawrzuś, spoglądając z niepokojem na ruch coraz większy od strony ulicy Brackiej. Tłum płynął w rynek, jakby pędzony czy popychany przez kogoś; ludzie się tłoczyli, choć jeszcze nic nie było do widzenia. Wyruszyli bowiem zawczasu ku Zwierzyńcowi, aby mieć największą uciechę i powitać konika u wejścia do miasta. Ale go jakoś długo nie było widać i jaki taki rozważył, że mniej zobaczy w ciasnych uliczkach, a w tłoku łatwo i żebra połamie; więc zaczęto się cofać ku rynkowi. Tymczasem zastępy czeladników, terminatorów, żaków, czyli uczniów szkół krakowskich, które dotarły aż do mieszkania konika, sunęły teraz przyśpieszonym krokiem, wyprzedzając bandę Tatarów i kapelę. Ci właśnie pędzili przed sobą tłum gawiedzi w rynek. Pomieściliby się wszyscy swobodnie, jeszcze by dużo wolnego miejsca zostało, gdyby nie to, że każdy chciał być jak najbliżej, a także, ponieważ przywilej nadany owej zabawie przeznaczał jej miejsce w rynku, między ulicami Bracką a Szewską, nie dalej. W tym kącie więc skupiły się tysiące ciekawych. Krzyki, śmiechy starszych, wrzask i płacz dzieci, gniecionych w tłumie, brzmiały w powietrzu jak szum wichru przed burzą. Nowa powódź lunęła z Brackiej w rynek; jakiś dziki okrzyk olbrzymiego chóru... fałszywe, skrzypiące dźwięki piszczałek... Tatar na drewnianym koniu galopował ku ratuszowi.

- A co, widzisz choć krzynę? - pytał Stanko Wawrzusia.

- Nie... nic a nic nie widzę; ludzie mi zasłaniają. Ino kajniekaj jakiesi chorągiewki migają.

- A to są rotmistrze onego, rum czynią przed nim, coby miał gdzie skakać i dokazować. Przybliżmy się; wielkie rzeczy, że dostaniemy po łbie, pała z kłaków, strachu więcej niż czego. Kto ino postąpi k'niemu, zaraz wali, nie pyta. Ale to ino dla śmiechu, nie ma się czego bać. Wsuwali się powolutku, a coraz bliżej, nareszcie Stanko wziął Wawrzusia na ręce, bo już byli blisko.

- Ojoj... teraz widzę... a to ci cudak śtucny! Ale koń ma głowę haniebną... do nicego niepodobna taka głowa. Tatar usłyszał krytykę swego wierzchowca, zwrócił się nagle, łypiąc strasznymi oczyma spod wyczernionych brwi, i wrzasnął:

- Haniebna? Masz, coby twoja była piękniejsza! I rznął chłopca miękką maczugą po czuprynie. Hucznym śmiechem przyjęto ona srogą karę, muzyka zarzępołiła jakiś wiwat, Tatar poskoczył dalej, a tłum zbitą kupą za nim. W tej samej chwili Stanko spuszczał Wawrzusia na ziemię, ale nim go zdołał wziąć na powrót za rączkę, fala biegnących potrąciła dziecko, kilkanaścioro ludzi przedzieliło towarzyszy murem, a mur stawał się coraz grubszy. Gdyby Wawrzuś był upadł, zatratowano by go na śmierć; szczęściem nie stracił przytomności, czepił się jedną ręką fałdów jakiejś spódnicy, drugą chwycił za połę czyjejś kapoty, i tak sobie płynął z prądem, nie tykając nogami ziemi. Spódnica i kapota miały widocznie dosyć tej zabawy, bo się zaczęły wycofywać ku środkowi rynku, gdzie z rzadka już tylko stały gromadki ludzi. Wawrzuś poczuł bruk pod nogami, otrząsnął się i przetarł oczy. "A to ciżba dopiero! Będzie tego chyba ze sto... okrutecnie gęsto! Dzięka Bogu, com się na wolniej sy plac wydostał. Ale co teraz? Poćciwy Stach byłby mnie przenocował; kaź go najdę..." Mignął mu się szary kubraczek i jasne włosy spadające spod czapki... skoczył w tę stronę... "Może to Stanko?... oho... już go nie ma!" Nagle chwycił się za głowę i przypadł kurcząc się do ziemi. Dech mu kołem stanął w piersiach... serce lodem ścierpło... Dwa kroki od niego, oparty o drewnianą kratę zamykającą Sukiennice, stał niemłody jakiś człowiek. Wysoki był, szczupły, odziany po mieszczańsku, ale strojnie. Włosy miał czarne, twarz śniadą, gładko wygoloną, oczy ponure, uśmiech niemiły. Rozmawiał po cichu z jakimś chłopakiem o kędzierzawej rudej czuprynie. Coś mu tłumaczył, a tamten głową przytakiwał. Garstka starszych mieszczan stała tam także z żonami i dziećmi; Wawrzuś schowany za nimi nie śmiał się ruszyć. "O Jezu... stoi se wolno i nikogo się nie boi! A może to nie tein? Może jego brat, ze taki podobny? Cegoz się trzęsę... dy mnie nie widział; przybliżę się po cichuśku i dobrze go obeźrę." Wstał z ziemi, postąpił krok, zajęci rozmową ani patrzeli w tę stronę; podsunął się bliżej. "Brody nie ma ani wąsów, cale insy... może mi się zdawało... ale te ocy, te ocy srogie! Cyby mógł być na świecie drugi cłek z takimi nożami w ocach... Żebym dopatrzył, zali ma lewe ucho, tobym już wiedział, jaka prawda." Tak się rozzuchwalił, że stanął tuż za domniemanym świętokradcą. Pochylił się i głowę tylko zwróciwszy ku górze starał się dotrzeć wzrokiem pod opadające na ramiona czarne włosy nieznajomego.

- No, czego chcesz, mały? Co się kręcisz pod nogami? - złajał go któryś z mieszczan i szturchnął w kark pięścią. Wawrzuś zatoczył się prosto na czarnego człowieka. Spojrzeli na siebie. Oczy dziecka wołały: "Poznaję cię!" Tamte drugie zmrużyły się nagle, jak oczy kota, gdy ma skoczyć na ptaszka. Rzucił przez zęby jakieś parę słów swemu towarzyszowi, ten znowu kiwnął głową potakująco i odwrócił się, jakby odchodził

- właśnie w stronę Wawrzusia. Wtedy starszy szepnął coś po raz drugi... Zdawało się chłopcu, że teraz już obaj patrzą na niego... "Zmówili się... pilnują mnie... zobacą, kaj idę, złapią, zabiją gdzie w kącie... stary się boi, cobym go nie wydał... Co robić? Gdzie się schować? Uciekać? Ale gdzie?" Pchnięty przedziwnym instynktem malec dał susa, jakiego by się ani Froncek nie powstydził... prosto w najgęstszy tłum otaczający konika zwierzynieckiego. "Zadepcą, to zadepcą - myślał z rozpaczą - ale ty mnie palcem nie tknies, zbóju przejęty!" Czepiając się żupanów, spódnic, kubraków, jak to już pierwej czynił z powodzeniem, znalazł się ni stąd, ni zowąd, ku swemu i tatarskich chorążych zdumieniu, na środku wolnej przestrzeni, gdzie właśnie zmęczony tańcem konik popijał z dzbanka piwo na pokrzepienie. Wawrzuś zakołysał się dla rozpędu, odbił się lewą nóżką od ziemi, chwycił za łeb drewnianego konia, tak jak to robił z Beksą u Grzegorza, magnął koziołka przez głowę Tatarowi i spadł w tłum po przeciwnej stronie. Szczęście sprzyjało biednemu dziecku: nie tylko że nikogo nie uderzył sobą, ale i sam się nie potłukł. Wybuchy śmiechu, klaskanie w ręce i tysiączne okrzyki powitały ten skok śmiertelny małego akrobaty... Widzowie byli pewni, że to koncept umówiony między nim a Tatarem, i gdy chłopiec roztrącał pierwsze szeregi i pchał się w tłok głową naprzód, myślano, że śpieszy przygotować jakąś nową niespodziankę; wszyscy tedy ustępowali mu z największą skwapliwością, dopomagając bezwiednie do ucieczki. A on się przeciskał, prześlizgiwał, byle jak najprędzej, byle jak najdalej. Wydobył się z tłumu i nie oglądając się poza siebie, pobiegł w pierwszą lepszą uliczkę. Zmrok zapadał. "Ach, zęby już nocy docekać jak narychlej! Toby ja onemu gdzie bądź umknął; miasto wielkie, może by mnie przecie jutro nie znalazł. Jezu... ktoś idzie!" Wskoczył do jakiejś sieni i przytulił się do ściany za drzwiami. Ludzie przeszli rozmawiając głośno i śmiejąc się. Zanim się odważył ruszyć z bezpiecznego kącika, znowu rozległy się kroki. Przeczekał i tych. Tymczasem ściemniło się zupełnie. Wyjrzał ostrożnie. "Kaź ja się teraz podzieję, nieboracek?" Uszedł ze sto kroków, zawrócił bezmyślnie w jakiś zaułek, znowu głosy ludzkie... A tu w pobliżu nigdzie domu nie ma, tylko mury jakichś ogrodów po jednej i po drugiej stronie drogi... "Aha!" W zagłębieniu muru, na kamiennej podstawie drewniana figura św. Wojciecha. Jednym skokiem stanął na postumencie i wsunął się poza świętego; nikt nie zgadnie, że za martwym, nieudolnie wyrzeźbionym posągiem bije żywe, biedne, struchlałe serduszko. Kroki zbliżają się coraz bardziej; dwaj ludzie rozmawiają żywo; co ujdą parę kroków, to przystają. Znowu idą... zatrzymali się tuż przy figurze.

- Mądrzyście, ani gadania - ze złością się ktoś odzywa - ciekawość, co miałem robić?

- Złapać, gębę ręką zatkać, cwałem do Rudawy i amenodpowiada ktoś drugi.

- Juści; a rynek aż się roi od ceklarzy! Ino by szczeniak zaskowyczał, już po mnie. Czemużeście go sami nie chytali, kiedy to tak łatwo?

- Głupiś... biegać nie umiem. A choćbym nawet zdolił,. nie przystoi poważnemu człowiekowi. Ot, stało się... próżno żałować przeszłorocznego śniegu! Gdyby nie to, że dziś jeszcze musimy wyjechać, jutro do południa odnalazłbym trutnia i zrobił mu wieczne odpoczywanie. No, chodź. Toboły trza. zapakować. A kiesek ile?

- Szesnaście.

- Co? W takim ścisku ino szesnaście? Ja ich mam dwadzieścia siedem za pazuchą. I same ważne, pełne złota, do chudopachołków anim się zbliżał. Co mi po skojcach i denarach! Odeszli. Cisza zaległa pustą ulicę, tylko na drzewach za murami listki o czymś gwarzą między sobą.

- To nie do uwierzenia - szemrze grusza do jabłoni - zawsze był taki spokojny, trzydzieści lat patrzę na niego.

- I ja go znam jak siebie samą - odpowiada jabłoń - przysięgłabym, że do dnia dzisiejszego miał tylko jedną głowę.

- I trzymał ją przechyloną na prawe ramię - dodaje czereśnia.

- Czubek infuły ukruszył się odrobinę i ręka z pastorałem sczerniała od deszczów, ale to drobnostka - mruczy stary orzech - najważniejsze, że całe lat trzydzieści zachowywał się przystojnie, jak należy, a dziś... - orzech potrząsł gałęźmi wzgardliwie.

- No, patrzcie... bo mógłby kto powiedzieć, że stara jabłoń bajkami się trudni, patrzcie, z lewego ramienia wyrasta druga głowa!

- Malutka, złotowłosa główka!

- Nie... tego już za wiele! Widzicie? - z oburzeniem szumi śliwa.

- Jakoś nie dojrzę, co takiego? - pyta grusza.

- Dwie bose nóżki wyłażą spod białej komży!

- Dwie nóżki... czy podobna! Wiatr cichnie... drzewa śpią... Wawrzuś biegnie z płaczem prosto przed siebie. Ach, tak się strasznie boi! Którędy iść, żeby nie spotkać okrutnego zbója? "O Matko Boska z matusinego obrazka, prowadź mnie!" Biegnie dalej. Wielki ciemny budynek zastępuje mu drogę. Czy kościół? Noc ciemna, nic nie można rozróżnić. Jakieś schodki, jakieś drzwi... Ojciec Szymon, bernardyn, powracał w nocy od chorego; brat Elfegus z latarnią szedł przodem. Dochodząc już do furty spostrzegł coś ciemnego na schodach... przyświecił, popatrzył się.

- Ojcze wielebny, dziecko śpi na naszym progu. Ojciec Szymon pochylił się i nic nie odpowiadając wziął dziecko na ręce. Brat Elfegus zadzwonił. Weszli do klasztoru. KONIEC ROZDZIAŁU