Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Jasiek

"Panu jezusowi za darmo." - Pań Świrenkowicz z Wilna. - Arcydzieło Wawrzusia. -

"Skrzypi wóz, wielki mróz." - Ręko rękę... łapie. - Dole i niedole Jaśka z Poręby. - Straszne spotkanie. - Przez okienko do miasta.

- Proszę waszej wielmożności...

- Czego chcesz??

- Był tu wczoraj pod wieczór ojciec gwardian.

- Jaki gwardian?

- Ojciec Makary od bernardynów.

- No i co?

- No i... - Wawrzuś wspiął się na palcach i pocałował w kolano Stwosza stojącego na schodkach przy świętym Bartłomieju.

- Do mnie miał sprawę? Czego chciał?

- E... nie do was, ino do mnie; kazał rzezać jasełka.

- Gadajże jasno, bo nieskładnie pleciesz; nie wiem, o co chodzi.

- Jedno za drugim gadam, tak jak było. Ojcu gwardianowi trza jasełek na Boże Narodzenie; przychodził do warsztatu popytać się, czyby mu który z nas nie zrobił. Ja obiecałem, ino kazał was pytać, czy pozwolicie. Jurek, siedzący nie opodal, słyszał każde słowo i złość go chwyciła, że najmłodszy w warsztacie zdmuchnął mu zarobek sprzed nosa. Zerwał się z ławy i poskoczył ku Stwoszowi.

- Chyba nie dopuścicie, mistrzu, aby głupi terminator, co ani dłuta porządnego nie udźwignie, przyjmował zamówienie na robotę, która po sprawiedliwości czeladnikowi się patrzy. Takie to małe, a takie chciwe. Aż wstyd dla warsztatu mistrza Wita. Stwoszowi nabiegły krwią żyły na skroniach.

- Milcz... Zali w moim domu ja panem abo ty? Jeszczem słowa nie przemówił, a ty się będziesz odzywał i rozsądzał, co jest ze wstydem dla mistrza Wita? Wawrzek... powiadaj, jak dalej było.

- Ano, nijak już więcej nie było, ino chodzi ojcu gwardianowi, cobyście nie swarzyli.

- Nie tylko nie będę swarzył, ale nawet zwalniam cię od inszej roboty, abyś miał czas rzetelnie się zająć zamówieniem i na porę jasełka wykończyć. Ileż ci ojciec gwardian zapłaci za one osóbki?

- Nic.

- Jak to nic?

- Ano chciał płacić, alem go w rękę pocałował i prosiłem, żeby tę pierwszą robotę, co będzie cała moja własna, przyjął za darmo. Panu Jezusowi w stajence narodzonemu na chwałę. Gadałem, co drzewa musi mi kupić, bo sam nie mam za co, i pomalować ani pozłocić nie zdolę, niechby się ze Stankiem rozmówił. Wit Stwosz położył rękę na głowie chłopca z ojcowską pieszczotą, na Jurka zaś spojrzał surowo i rzekł:

- Mniemam, że jeśli ma być w moim warsztacie chciwy, to chyba kto inszy, nie to dziecko. - I znowu łagodnym głosem przemówił do Wawrzusia: - Wyszukaj sobie na podwórzu klocków, jakich ci będzie trzeba; dajesz ty robotę Panu Jezusowi, niechże ma ode mnie drzewo w podarunku.

- A ja pomaluję i wyzłocę za darmo! - krzyknął Stach wyskakując z pędzlem ze swego kąta. - Ino się postaraj, pastuszków pięknych wyrób, świętego Józefa...

- Ach, mój Boże... jaki ja głupi! Dy ja w żaden sposób nie utrafię malučkiego Dzieciątka ani Najświętszej Panienki.

- Weźze sobie obraz Narodzenia Pańskiego - rzekł Stwosz - ten z wierzchu, co. ich trzy przy ścianie sparte, i wyrzezaj na podobieństwo, a ja ci jeszcze sam poprawię, jakbyś sobie nie mógł dać rady. Uszczęśliwiony chłopiec wyskoczył na rusztowanie i przypadł do nóg Stwosza całując jego kolana. Od tej pory urósł jakby i spoważniał: robota jasełek nie była przecie zabawką dziecinną; jeżeli mu ją powierzono, a sam nawet mistrz nie bronił, owszem zachęcał, to chyba jest się czym cieszyć i z wiarą w siebie pracować z całych sił. Pana Jezusa w żłóbku i Maryję żywcem odrobił z wzoru danego mu przez Stwosza, a tak wiernie, że mistrz pokiwał tylko głową i nic już nie poprawiał. Ze świętym Józefem łatwiej mu poszło, a pastuszków rzeźbił literalnie śpiewający Podawał im twarze czeladników mistrza Wita, a że i Stanka nie ominął, owszem, bardzo go zrobił podobnym, przeto i tamci nie mieli za co się obrażać. Jednego małego pastuszka nazwał Jaśkiem i posługując się główką robioną z pamięci przed czterema laty, palnął portret swego najmilszego druha z Poręby. Trzej królowie za to zabili mu klina w głowę; bał się, że nie dość będą wspaniali i bogaci. Ale i w tym wypadku znalazł wzory w bocznych tablicach ołtarza. Właśnie gdy już wykończył wszystkie osoby i oddał Stankowi do pomalowania, już nawet z wołem i osłem się uwinął, Jurek i Paweł, najstarsi z czeladzi, odstawili do poprawki gotowy obraz adoracji trzech króli. Już się więc nie pytał nikogo ani narzekał, ze nie potrafi, tylko czym prędzej odrobił Melchiora, Kaspra i Baltazara z najdrobniejszymi szczegółami. Murzynowi, jako Przynależy, mlecznobiałego konia sprawił, giermków, paziów, dworzan i pachołków nasypał jak z rękawa, by święci królowie z przepychem do stajenki zajechali, a przed Bożym niemowlątkiem kornie czołem uderzyli.

- Przyjrzyjcie się ino, matko - rzekł Stanko przynosząc cichaczem kilka figurek do mieszkania rodziców - czyby kto uwierzył, że te śliczne osóbki to małego Wawrzka robota?

- Ojciec chwalił go nieraz, że zmyślny nad wiek - odparła pani Stwoszowa - ano, prawdziwie mówisz, wierzyć się nie chce. Ileż on ma lat, ten kunsztmistrz?

- Trzynaście kończy, ale drobno się trzyma; kto nie wie, dziesięciu by mu nie dał. Ojciec wielkie nadzieje w nim pokłada. Jakoś w połowie grudnia Wawrzek z Wojtkiem, drugim terminatorem, zajechali tryumfalnie w dwoje wyładowanych taczek przed furtę oo. bernardynów. Brat Melchior musiał ich wpuścić ze wszystkim na krużganek, bo nadto zimno było wypakowywać figurki na ulicy i wnosić po jednej do klasztoru. Furtian pobiegł do ojca gwardiana spytać, gdzie te rzeczy mają być tymczasem złożone; a ksiądz Makary stoczył się ze schodów, pędzony srogą ciekawością, bowiem sam mistrz Wit zabronił mu półżartem zaglądać na robotę, zanim będzie ze wszystkim wykończona.

- Najlepiej od razu do kościoła i do kaplicy, gdzie ma być szopka - dysponował gwardian

- kaplica i tak kratą zawarta, da się kukły pod ścianę aż do świętej Wilii, gdzie je na podwyższeniu ustawimy.

- O nie... proszę waszej przewielebności - odważnie zaprzeczył Wawrzuś - uczyńcie mi wielką łaskę, cobym ja sam własną ręką każde najmniejsze drewienko położył tam, gdzie mu być należy. Tego nikt dobrze nie zrobi, ino ten, co wszystko w swej głowie obmyślił.

- Ale owszem, poślę cię zawiadomić i pod twoje rozrządzenie się poddamy. No, ale pokaż, pokaż choć jedną osóbkę! Nie... to chyba Stanka robota? W cudze piórka stroisz się, chłopcze!

- Jako żywo! Niczego tu cudze dłuto nie tknęło, ino moje - gorąco wykrzyknął Wawrzuś.

- Li oczka Panu Jezusowi mistrz sam poprawił, bo były za malućkie i przymknięte, jakoby Dzieciątko spało. Mistrz powiedzieli, że cale zwyczajne dziecko nie usnęłoby w tym gwarze i śpiewaniu, a nie dopiero Boski Syn. Za powrotem do domu zetknęli się chłopcy w sieni ze strojnie odzianym niemłodym człowiekiem, a ten ich o mistrza Wita pytał.

- Jest we warsztacie - odpowiedział Wawrzuś.

- Prowadźcie mnie, bom ja tu pierwszy raz. Weszli.

- Niech będzie pochwalony...

- Na wieki - odparł Stwosz nie przerywając pracy; ale spojrzawszy na gościa, rzucił pośpiesznie dłuto i z rozweseloną twarzą postąpił ku niemu.

- Czy mnie oczy mylą? Jego miłość pań Andrzej Swirenkowicz! Witajcie, witajcie! dawno w Krakowie?

- Gdzie dawno! - przeciągając z litewska odpowiedział przybyły. - Taże rozstawnymi końmi z Wilna gonię: gnatów się człek nie dorachuje... Wczoraj wieczór zajechałem, dziś gwoli rozkazania najmiłościwszego królewicza do was się kwapię, nawet uczciwie śniadać nie pośpiałem.

- Cóż za sprawa tak nagła? - spytał Stwosz z uśmiechem.

- I nagła, i ważna zaiste - odpowiedział pań Andrzej poważnie. - Spraszałbym się ja od tej posługi jego królewiczowskiej miłości, bom już w leciech i niepilno mi zdrowia tyrać, gdyby właśnie o najdroższe nam życie książęcia Kazimierza nie chodziło.

- Zaciekawiacie mię srodze - rzekł Stwosz - powiadajcież.

- Tedy rozpocznę ab ovo. Jego królewiczowska mość niedomaga już od dłuższego czasu, lecz się słabości nie poddawa, zwłaszcza w modlitwach a postach, a rannych nabożeństwach pilnie trwając. Zrazu i my dworzanie mało sobie ważyliśmy owe mdłości, brak smaku do jadła i imię symptomata, nawet nadworny medyk ino mu ziółka jakoweś warzył na wzmocnienie. Gdy wszakoż chorość nie ustępuje, sił z każdym dniem ubywa, najmiłościwszy kniaź spadł z ciała i bladość śmiertelną w twarzy nosi, lęk nas ogarnął niezmierny. Zebraliśmy się dworzanie in gremio i ostro do medyka, co sobie myśli, że książęcej osobie w naszych oczach ginąć pozwala. Gada ano, co raił skuteczne leki najmiłościwszemu królewiczowi, tenże je z gniewem odrzucił. Tak my znowuż hurmem do księdza jałmużnika. Rada w radę stanęło, że cały dwór, począwszy od podkomorzego, a skończywszy na ostatnim kuchciku, złoży się, na co kogo stać, i sprawimy votum na intencję umiłowanego kniazia. Jako się przynależy, wysłaliśmy księdza w deputacji, czy jego królewiczowska mość zezwoli na ten uczynek. Odpowiedział, że śmierć go nie trwoży, owszem, za łaskę największą u Boga sobie poczyta, jeśli go w młodym wieku raczy wziąć z tego świata, a nie dopuści, by Jego Majestat jakowym ciężkim grzechem obraził. Życzeniu jednak naszemu cale się nie sprzeciwia, owszem, i sam się do onego votum przyłożył, z tym atoli zastrzeżeniem, by się tak stało, jako jest z największym pożytkiem dla jego duszy. Tu się kończy pierwsza część, jakoby prologos tej ważnej sprawy, którą nie na co inszego opowiedziałem, ino ku wyrozumieniu całości.

- A dalej? - pytał Stwosz.

- Ta, coże długo rozpowiadać? Ołtarz fundujem do prywatnej kaplicy najmiłościwszego królewicza, a wy go, ma się rozumieć, wykonacie. Mistrz Wit zerwał się z ławy i chwycił się oburącz za głowę.

- Człowiecze... zdrajco... wolej mi kamień młyński u szyi uwiążcie i na dno morza wrzućcie! Czyż nie wiecie, jaką robotę nad siły niemal podjąłem i ta mi pierwsza nad wszystko! Hańbą się okryję, gdy na czas ołtarza mariackiego nie wykończę. Krótkie lata ptakiem zlecą, a ledwie trzecia część gotowa. Mówiąc te słowa biegał po pracowni i targał się za brodę. A pan Andrzej podchwycił tylko jedno zdanie i powtórzył je.

- Nad wszystko wam pierwsza ta robota? Nawet nad życie królewicza Kazimierza? Niech mnie kołem łamią, jeżeliście nie zełgali, mistrzu Wicie! Stwosz stanął, przeciągnął ręką po twarzy i spytał ze złością:

- Cóż ma być w onym ołtarzu? A raczej, jakiż mieć chcecie?

- Nu, ta czego sie tu było siepač? Wiedziałem, że mi nie odmówicie. Ma być szafka; nieduża, nieduża. Czego skaczecie nade mną jak ten kat? Szafka, powiadam, pół wielkości człowieka; w pośrodku Matka Boża z Dzieciątkiem.

- Stać ma czy siedzieć?

- W stojącej postaci wolelibyśmy.

- Szczęście wasze; mam ich tu z pięć w pracowni, wybiorę najlepszą. No, a potem co?

- W bocznych skrzydłach archaniołowie Michał i Gabriel, a gdyby można, i małych aniołków kilka.

- Co uznam za konieczne do ozdobienia ołtarza, dodam bez waszej rady - mruknął Stwosz niechętnie; a pan Świrenkowicz, uszczęśliwiony, że dopiął swego, miał się ku odejściu, by swym widokiem nie drażnić niepotrzebnie mistrza. Wyciągnął doń rękę i rzekł nieśmiało:

- Królewic bardzo chory...

- Na pierwsze dni lutego wykończę, nie wcześniej.

- Ostańcie z Panem Jezusem.

- Odejdźcie z Bogiem. Pan Świrenkowicz odszedł a Stwosz zawołał natychmiast chłopaków, by mu wyszukali i przynieśli wszystkie posążki Matki Boskiej, jakie były w pracowni. Oglądał, mruczał, ruszał ramionami, przykładał miarę i notował coś kredą na czarnej tabliczce, wreszcie wybrał jedną figurę i zaraz ją dał Stankowi do pomalowania i wyzłocenia. Brat Melchior zapowiadał każdemu, co w jakimkolwiek interesie przychodził do klasztoru, że w tym roku będą przedstawienia jasełkowe w kaplicy świętej Anny, począwszy od pierwszego dnia Bożego Narodzenia aż po koniec stycznia, we wszystkie niedziele i święta po nieszporach; przy czym dodawał z tajemniczą miną:

- Cale nowe kukiełki; jeszcze tak pięknych Kraków nie widział. Już 23 grudnia rano posłano po Wawrzusia, który też jednym tchem biegł z Poselskiej do bernardynów, jakby się paliło. I dobrze ksiądz gwardian uczynił, że chłopcu wolną rękę zostawił, bo tak zgrabnie jak Wawrzuś w stajence Świętą Rodzinę umieścił i pastuszków, jakoby na wyścigi bieżących z darami, malowniczo porozrzucał, nikt z braci nie byłby w żadnej mierze potrafił. Tłumy pobożnych i niepobożnych cisnęły się co święto w lewej nawie kościoła, której zakończeniem właśnie była kaplica świętej Anny. W samych drzwiach kaplicy, pa drewnianym rusztowaniu osłonionym jaskrawymi kobierczykami, wśród zieleni żywych świerczków i jodełek, przez księdza podkustoszego z Tyńca przysłanych, szarzała uboga stajenka, niedbale z deszczułek sklecona i słomianą dziurawą strzecha pokryta. Jednej połowy bramy wcale nie było, druga wisiała krzywo na zepsutej zawiasie, ü samego niemal wejścia, by widzowie mogli się dobrze napatrzyć, stał na ziemi żłóbek siankiem wysłany, w nim Dzieciątko' szmatkami owinięte. Z lewej Najświętsza Panna pochylona, ze złożonymi rękoma, z prawej święty Józef u drzwi stojący, jakby miał wyjrzeć, co za kroki i głosy coraz się zbliżają. W głębi wół i osioł na klęczkach, według słów kolędy, oddechem swym zziębłe niemowlątko ogrzewały. Nie dwunastu, jak żądał ojciec gwardian, ale ze dwudziestu pasterzy biegnie powitać Mesjasza, a każdy z podarunkiem w rękach. Są tam bochenki chleba i jaja w kobiałkach, jabłka, orzechy, kiełbasy, kurczęta; jeden pastuszek pędzi przed sobą prosiątko uwiązane na powrózku za tylną nogę, aż dziwo, że głośno nie kwiczy, bo wygląda jak żywe. Poza szopką, ukryci za choinami braciszkowie klasztorni i żacy szkolni kolędują pięknie; jest na co patrzeć, jest czego posłuchać. Ten obraz trwał do szóstego stycznia, w którym to dniu usunięto pastuszków, a na ich miejsce zjechali tłumnie i szumnie trzej królowie monarchowie. Od samego początku, od pierwszego dnia, Wawrzuś nie opuścił ani jednego przedstawienia. Sam nie wiedział, co się z nim działo; taki jakiś był dumny, pyszny, aż go wstyd ogarniał. Ukrywał jak na j usilnie j te brzydkie uczucia, ale choć nikt nie zauważył ani się domyślił hardości Wawrzusiowej, ona siedziała w głębi serca i nie chciała ustąpić. Toż te wszystkie śliczne osóbki, które się tak bardzo ludziom podobały, on zrobił, on, nie kto inny! W samo święto Trzech Króli, wmieszany jak zwykle w tłumie, słuchał uwag i żartów, wtrącał się do rozmowy, wszędzie go było pełno.

- Dwóch ino królów widzę. Gdzież trzeci? - spytała młoda wysoka mieszczka, bogato strojna, drugiej starszej, również złotymi łańcuchami obwieszonej, w prześlicznym czepcu, misternie perłami szytym. A stoi na samym przedzie i hełmu przed Paniątkiem uchyla.

- Co? Ten Murzyn obmierzły? Zębiska wyszczerzył... Ja zrozumiałam, że to sługa którego z tamtych.

- Ale! Nie widzicie to, że koronę ma złotą na hełmie i zbroicę takoż wyzłacaną? Król jest, ino czarny.

- Prawda, prawda, nawet w pieśni stoi, że "Kasper z gorącego jechał kraju".

- Ano, widzicie - wmieszał się do rozmowy poważny jakiś człek, w sutej kierei,[ ] - Zbawiciel najmiłosierniejszy dopuszcza do siebie wszelakie stany i ludy, przygarnia nędzarza i koronata; nie czarną skórą się brzydzi, ino czarną duszą.

- Słusznie mówicie, panie Marcinie; wasze słowa niczym kazanie ojca Bonifacego.

- Matusiu... a tenże śmieszny pachołek, cudacznie przybrany, to kto?

- Ten w czapie z dzwonkami? Toli błazen; przywlókł się i on w orszaku któregoś z monarchów.

- Także robota! - bąknął Wawrzuś półgłosem. - co tu ma błazen przed oblicznością Pańską?

- Ot, głupie gadanie głupca znamionuje - skarcił go pan Marcin - widzisz przecie, co tu za tłum dworzan, jakie konie, giermkowie... nawet tam dalej wóz wyładowany stoi. Z daleka idą, to se też pobrali wszystko, co chcieli, ku potrzebie; tedy błazny dla zabawki być muszą. Sprawny i roztropny był, co te śliczne osoby i królewskie orszaki rzezał, o niczym nie zahaczył.

- Ee... - ruszając ramionami drwił Wawrzuś - co mi to za cuda! Ino bym palcem ruszył, jak raz takie same potrafię, jeszcze i piękniejsze.

- Dziękuj Bogu, że święte miejsce; gdyby nie kościół, sprałbym cię za takie zarozumialstwo, ażbyś rok popamiętał. Spoza szopki chór młodych głosów śpiewał wesoło nutę: Święci trzej królowie, Od wschodu mędrcowie Idą witać Pana, Przed Nim na kolana Padają. Skarby ofiarują, Miłość okazują. Siebie z poddanymi Narodami swymi Wyznają.

- Kukły, jak kukły - podśmiewał się dalej Wawrzuś - terminator je robił, tyli co i ja.

- Im puściej w głowie, tym szumniej w mowie. Dy słyszałem od kumotra, co wpodle mistrza Witowej kamienicy mieszka, ze całe te jasełka nie kilku, nie dwóch, ino jeden rzezał, umiłowany uczeń mistrza Stwosza, którego on za oko w głowie sobie ceni. Wawrzuś urósł w dumie i radości. "«Umiłowany uczeń», «oko w głowie», o Jezu... to ja!" Chór żaków rozpoczął nową kolędę. Skrzypi wóz - wielki mróz; Wielki mróz - skrzypi wóz. Trzej królowie jadą - złoto, mirrę kładą; A komuż takiemu? - Dzieciątku małemu. Cóż to za Dzieciątko? - Musi hyc Paniątko, Któremu królowie - służyli panowie... Niektórzy z widzów łączyli swój głos z chórem, nuta jakby taneczna rozbrzmiewała po kościele. Boskiemu Dzieciątku na uciechę. Uwagi o szopce, jakiej naprawdę Kraków dotąd nie widział, ciągle się powtarzały; nie było jednego słowa przygany. Gruba mieszczka w bursztynach zasłoniła widok Wawrzusiowi, czekał spokojnie, aż odejdzie lub się nieco usunie. Cóż to?... Czy dobrze widzi?... Może mu się zdaje?... Ręka opalona wysuwa się w ścisku powolutku, wysuwa się cicha jak wąż, palce sięgają skórzanej kaletki wiszącej u pasa grubej niewiasty, otwierają guziczek, co torebkę zamyka... Tego już za wiele! Druga ręka, raczej rączka, ale pracą wyćwiczona, więc silna, skrada się za tamtą, porywa ją i zgniata jak żelazną obręczą. Złodziej drgnął... chce się wyrwać... uciekać... nie sposób: twarda rączka trzyma niczym kleszcze. Cóż to znaczy? taki malec...

- O matko... Wawrzuś! - wyrywa się okrzyk z ust schwytanego. Ludzie śpiewają kolędy, nikt nie słyszy.

- Wawrzuś... ulituj się... puść mnie!

- Co masz do mnie, złodzieju! - wzgardliwie odpowiada chłopiec i podnosi mimo woli oczy na wyrostka w baranim kożuszku.

- Jezu... Jasiek! W jednej chwili staje mu przed oczyma Poręba, tatuś, matusia najsłodsza i ten Jasiek, ten Jasiek, towarzysz, przyjaciel, prawie brat!... Zaciska rękę jeszcze silniej, usta mu się krzywią obrzydzeniem, przez zęby wyrzuca z trudem jedno słowo:

- Pójdź... I ciągnąc za sobą Jaśka Wawrzuś przepycha się ku drzwiom kościelnym. Wyszli na plac pusty zupełnie, bo przedstawienie jeszcze nie skończone, więc się ludzie nie rozchodzą.

- Nie bój się, nie trzymaj mnie, ja ci nie ucieknę - odzywa się Jasiek cicho. - Czym się spodziewał, że cię w Krakowie napotkam!

- Wolej bym cię w życiu nigdy nie zobaczył, niźli tak... - odpowiada Wawrzuś gorzko. - O mój Boże... mój Boże... a ja cię tak co dzień wspominałem, tyłem się napłakał za matusią i za tobą! Wstydno mi teraz, żem złodzieja miłował.

- Mójeś ty złoty, nie plwaj na mnie! Już mi ta nie doczyniaj... Toli w ziemię rad bym się zapaść. Widzi Pan Jezus nowo narodzony, że nie łżę.

- Co komu przyjdzie z takowego gadania? Wlazłeś w błoto, boś chciał...

- Żebym ci wszystko powiedział...

- To gadaj. Ano, czy zdolisz zaprzeczyć, żem cię złapał na bezecnym uczynku?

- Pójdźmy gdzie indziej; za chwilę zaczną się ludzie rozchodzić z kościoła.

- Gdzie pójdziemy?

- Chodźmy. Ino ulicę wszerz przebiec, zaraz bagniste łąki; tam pustkowie, nikt nam nie przeszkodzi. Przeszli paręset kroków wzdłuż murów miejskich i zawrócili na prawo. Była to istotnie najbardziej odludna część przedmieścia. Przed nimi rozpościerała się grząska nizina, teraz pokryta grubym, puszystym śniegiem, spod którego gdzieniegdzie sterczały suche, sczerniałe badyle wodnych traw i trzciny. Mokradła te między wschodnią stroną miasta a starym korytem Wisły zwały się łąką świętego Sebastiana, od kościółka, który tam stał na płaskim wzniesieniu, otoczony wiązami. Dalej ciągnęły się oparkanione składy drzewa, szopy na siano, sklecone jakby od niechcenia, mała opuszczona cegielnia, zaułki, gdzie tuliły się do siebie nędzne domostwa. W dali zaś widniał cmentarzyk, otoczony na wpół rozwalonym murem, i kapliczka świętej Gertrudy. Dziwnie ponure było to miejsce; bo też w owej kaplicy wystawiano ciała straconych złoczyńców i po egzekwiach grzebano je na owym cmentarzyku. Cała ta okolica podmiejska pospołu z łąką świętego Sebastiana nosiła nazwę Brzegi. Słońce zapadło poza miasto; na rozjarzonym niebie odcinały się czarno szczyty kościołów, wieże, baszty i mury Krakowa, ponad którym górował z jednej strony strzelisty gród wawelski, z drugiej wieżyca mariacka. Chłopcy szli w milczeniu; pod ich nogami chrupią! śnieg. Wydłużone cienie ich postaci i starych garbatych wierzb siniały na śnieżnej równinie, zaróżowionej łuną zachodu. Wawrzuś przystanął.

- Co masz gadać, to gadaj - rzekł szorstko. - Ani ci bieda, ani ci głód; kożuch masz pański, buty nowe i gębę czerwoną. Kto ci kazuje kraść?

- Właśnie takeś powiedział i tak jest: służę u pana, co mnie przymusza do złodziejstwa.

- To go rzuć. Jednej godziny ci u niego nie być.

- Juści; tak się da łacno powiedzieć, a ruszyć się odeń nie mogę. Posłuchaj mnie, Wawrzek, cierpliwie, opowiem ci wszystko po porządku.

- Ady nie można być cierpliwszym, skórom tu przyszedł z tobą. Gadaj.

- Jakoś w zimie, tego roku, coś to uciekł z Poręby...

- Nie uciekałem cale, inom się zgubił w puszczy, a potem... no, niechta; więc?

- Więc onej zimy matusia pomarli.

- Jezus, Maryja! Moja złocista matusia!

- Ale nie twoja, moja. Wawrzuś odetchnął ciężko.

- No i co?

- No i na wielkanocne święta już macocha była w domu. Z początku, jakieś parę tygodni, nie zważała na mnie; buchnęła w kark o lada co, ale to wspominku nie warte. Później ano, jak się rozpanowała w chałupie, tak od rana do nocy tatusiowi głowę klekotała, coby mnie dać do służby abo do terminu. Dla świętej zgody zaprowadzili mnie tatuś do Mirowa i dali do kowala.

- Takiego małego?

- Jakże? Dy przeszło dwa roki starszym od ciebie; jużem wtedy dziesięć lat skończył. Co prawda, siły wielkiej nie miałem, kowal bił, czeladź szturchała, uciekłem do domu. Nie na wiele się zdało, macocha znowu swoje. A cobym już nie wracał, sama wyszukała mi służbę, daleko, aże w Łobzowie, u wójta. Tamem krowy pasał bez rok. Dobrego pana miałem, głodu nie było, przyodziewa była, złego słowa mi nie powiedział. Ale mi się cnęło za czym lepszym. Jechali gospodarze z Poręby do Krakowa na odpust, od nich się dowiedziałem, co i tatuś poszli na tamten świat, a macocha całą puściznę zagarnęła dla swego synka. Już mi nie wracać do dom - myślę se - już tam nic po mnie. Podziękowałem od Nowego Roku wójtowi i poszedłem do Niegoszowic. Wzięli mnie do stajni; byłem tam blisko trzy roki. Od małego do większego, nauczyłem się sprawnie powozić. Pań miecznik bvł młody, żona też, często jeździli w sąsiedztwo abo do Krakowa- lubili, cobym ich woził, bo zawdy młode do młodego ciągnie, a siwy Łukasz jakoś im nie tak wygodził jako ja. Sprawili mi białą sukmankę, czapkę z pawimi piórami i tak my sobie jeździli choć dwa razy w tygodniu. Jak pań był dobrej myśli, to mi często rzucił kilka denarów abo i cały czeski, pani też nieraz obdarzyła, gościowi się konia podprowadziło, znowu co wpadło do garści, a na Nowy Rok zasługa; wszystkom se składał do szmatki i pod siennikiem trzymał.

- Widzisz, chciwość zawdy na zły koniec przywodzi.

- A nie. Chciałem se uskładać i choć za jakie długie lata kupić se gruntu gdzie na wsi i kmieciem wolnym być jako i tatuś. Ano, pojechali my znowu raz do Krakowa na jakiejś! starościanki wesele. Umyłem kolebkę jak się patrzy, koniem obrządził - i na miasto. Walę od razu do Sukiennic, bo tam kramy bogate, jest na co oczy wypatrować. Chodzę, chodzę, aliści podsuwa się do mnie jakiś człek dostatnio ubrany i zaczyna pogwarkę. "A skąd, a po co, a na długo do Krakowa?" Grzeczny był, mowny, szliśmy razem od kramu do kramu. Wreszcie gada, co mu się strasznie pić chce, i pociągnął mnie za sobą do miodowni. Rozpowiada, że kupcem jest, ale nie zwykłym kramarzem, ino jeździ do Gdańska, do Moskwy, nawet do Carogrodu po towary i te wielkimi pakami na furach od miasta do miast wozi i pomniejszym handlarzom z dobrym zarobkiem odstępuje. W ten sposób z jednego grosza ma czasem dziesięć i spodziewa się na starość wieść spokojny żywot w dostatkach. "Mój Boże - myślę se - i świata dalekiego się napatrzy, i majętności uciuła, a ja co? Parobek do koni, sierota, bez własnego dachu nad głową". I tak jakoś przy miodzie rozpowiedziałem mu wszystko, co miałem na sercu, nie skrywając, że chcę być kiedyś wiejskim gospodarzem. Ośmiał się ze mnie jak z dziecka i gada: "Ani za pięćdziesiąt lat nie złożysz tyle, ile trza na ziemi kawał; starym dziadem będziesz, a nie gospodarzem. Ja bym wiedział lepszy i prędszy sposób". - "A jaki? Powiedzcież mi, zlitujcie się!" - "Przystań do mnie; na początek w domu się przydasz do usług, a i tak cię lepiej zapłacę niż ten twój pan miecznik. Później, jak poznam, żeś sprawny i rozgarniony, to i w drogę cię wezmę, i handlować nauczę. Czasem, jak dobrze pójdzie, to w jednym roku zarobisz tyle, co w służbie za dwadzieścia lat." I tak gadał, gadał, a mnie aż coś szarpało do onego prędkiego zarobku. Ugodziliśmy się przez pół, bo nie wiedziałem, czy mnie mój pań ze służby zwolni. Poszedł ze mną do dworca pana miecznikowego i w sieni czekał, jaką odpowiedź przyniosę.

- Bodaj go była ziemia pochłonęła owej godziny! - zaklął Wawrzuś.

- Pań miecznik był ludzki i cale niesrogi; wyrozumiawszy, że mnie kupiec chce brać do terminu, nie przeciwił się temu i po owym weselu musiałem jeszcze tylko odwieźć państwa do domu. Za jedną drogą zabrałem swoje łachy i szmacinę z pieniędzmi. Mego nowego pana łatwo znalazłem, bo kazał pytać w tej samej gospodzie, gdzieśmy raz byli, o Hincza Bartnika. Prawie co dzień pod wieczór zwykł był tam chadzać na kubek.

- Jakże, nie połapałeś się od razu, że to rzezimieszek szkaradny? - przerwał mu opowiadanie Wawrzuś.

- Nigdy w świecie nie byłbym wyrozumiał z początku, co on za jeden. Twarz miał co prawda niemiłą i prosto w oczy nie lubił patrzeć; alem się prędko z tym oswoił i nic mi nie wadziło, że ponuro poglądał. Z początku, jako mi zapowiedział, inom był do posług. Izby zamiatałem, w piecum palił, żur albo kluski na śniadanie warzył, buty i przyodziewę czyścił. W południe szliśmy se oba do gospody na obiad. Parę razy pań wyjeżdżał z domu na kilka lub kilkanaście dni, wtedy mi sute strawne zostawiał, wszystkie izby prócz kuchni na kłódki zamykał, a i tak upominał, żebym się nie wtoczył po mieście, ino domu strzegł, bo o złodziei nietrudno. Drzwi od ulicy także na dwa spusty zamykał i żelaznym drągiem zasuwał, ino mi klucz od podwórzowej furtki zostawiał. Okna gęsto zakratowane, siedziałem jak w twierdzy. "Musi mieć różne drogości i złote pieniądze, kiej się tak boi" - myślałem. Namówił mnie, cobym i swój oszczędzony grosik dał mu do przechowania; odświętną przyodziewę także mi zamknął do komory, żeby prochem nie przepadała, anim się opatrzył, już mi wszystko zabrał, inom to miał, co na sobie. Po jakimś czasie zaczęła się nauka. Dziwuję się dzisiaj, co mię zaślepiło, żem nie odgadł, jakie to było terminowanie; wtedym się ino śmiał i niczego nie rozumiał.

- Cóż ci kazał robić? - spytał Wawrzuś.

- Kazał mi znieść ze strychu kukłę wielką, na podobieństwo człowieka urobioną i przyodzianą. Kaletek, torebek było na niej z dziesięć, a po całym kubraku ponawieszane dzwoneczki. Do każdej kieszeni wkładał denary i kazał mi je wyjmować ostrożnie, coby którego dzwoneczka nie potrącić. "Jak się zręcznie sprawisz - powiada - grosiki twoje; zadzwoni dzwonek, pójdziesz spać o głodzie." Długom się nie mógł nauczyć; inom dotknął onego cudaka, oho, juści wszystkie dzwonki dyndały na larum; pan łajał i wieczerzy nie dawał. Ale też uciechy było, uciechy, jak dobrze poszło! I coraz częściej szło dobrze, aż po jakich dwóch miesiącach tom ci wypróżniał kaletki jedną za drugą, a bałwan cicho stał, ani jęknął. Klnę ci się na rodzicielów... ani mi przez myśl nie przeszło, co to wszystko ma znaczyć. Mniemałem, że ot taka sztuka, na pokaz ludziom. Ani jednego dnia mi nie przepuścił, abym wprawy nie stracił. Któregoś wieczora każe mi się pan ubierać i iść za sobą. Ucieszyłem się; Bogiem a prawdą, cnęło mi się strasznie za jaką odmianą. Dosyć dalekośmy szli, aż stanęli przy jakimś wysokim murze. W murze była furtka; pań wyjął z kieszeni pęk kluczy, ale ze siedem próbował, zanim się udało. "Ciemno - myślę se - nie może znaleźć dobrego. Patrzcie, ludzie, co za bogacz, jaki to ogród ma okrutny". Weszliśmy po cichu, piękny dworzec wśród drzew, ale ciemno. "Stój tu - mówi do mnie - poglądaj i nasłuchuj, a gdyby kto szedł wedle domu, to gwizdnij ostro."

- Będziesz może gadał, co i wtenczas nie rozumiałeś, że to złodziej, szubienicznik? - z gniewem krzyknął Wawrzuś.

- Jak Pana Boga miłuję, nie rozumiałem! Ale czekaj, niedługo już mojej głupoty. Postałem tak z godzinę, może krócej, ale mi się czas bardzo dłużył na onym czekaniu po ciemku. Wreszcie pań wyszedł z niedużym zawiniątkiem dał mi je nieść za sobą. Ciężkie było i twarde, ledwiem dźwigał. Wróciwszy do domu zasunął się w swojej izbie, a mnie kazał iść spać. Choćby mnie ciekawość brała wyjść na podwórze i oknem zaglądać, nic bym nie uwidział, bo dzień i noc grubą derą było zasłonione. Kilka razy powtórzyła się taka wyprawa, ma się rozumieć coraz to w inszej stronie: zawsześmy wracali szczęśliwie. Aż jednej nocy, będzie temu ze trzy tygodnie, gdy tak stałem na straży, a deszcz ze śniegiem prószył gęsty, widzę, że się brama od ulicy otwiera, dwóch panów idzie rozmawiających głośno, za nimi pachołek. Jak ci nie gwizdnę co ino sił, umarły by usłyszał; ale stoję w miejscu i czekam na pana. Ani pół pacierza nie zeszło, leci ku mnie jak ten wicher, tłumoczek na ręce rzuca... "Biegaj do domu w te pędy!" - My obaj do furtki, za mur, zawróciłem się w swoją stronę, gnam cwałem, bo mi tak przecie kazał, aż tu wyraźnie słyszę: "Łapaj, łapaj... złodziej!" Jakby mi kto kosą nogi podciął, runąłem na ziemię. Matko Boska... święty Janie, patronie... u złodzieja służę! Złodziejskie łupy dźwigam! Pozbierałem się cały trzęsący i chciałem iść naprzeciw owych, co krzyczeli, oddać im skradzione rzeczy. Ale się widno gdzie indziej zawrócili, bo coraz ciszej głosy mnie dochodziły. Co robić? Zostawić tobół na ulicy, byle jaki dziad abo pijak porwie jak swoje. Odnieść do ratusza? Dy miejskie bramy pozamykane. Jutro rano zaniosę i powiem wszystko - rzekłem se w duchu i lżej mi się zrobiło. Przychodzę do domu, a pań przy drzwiach czeka na mnie. "Udało ci się? - gada - gracki chłopak; sowitą nagrodę dostaniesz." - I śmieje się łotr całą gębą. "Nie trza mi waszej nagrody! - wrzeszczę ze złością - ani mi palcem tykajcie tego tłumoka! Skoro świt idę z nim na ratusz." - "Jak wola, jak wola - odpowiada i jeszcze lepiej się śmieje - a tymczasem wejdź do izby, nie musisz moknąć na deszczu." Co miałem robić! Wszedłem. Dopiero on mi gada, żem głupi jak dwuletnie dziecko. "Idź na ratusz, idź, synku. Ładnieś zrobił, żeś mi się przyznał. Niech cały dom do góry nogami przewrócą, jednego czerwieńca nie powąchają, jednego pierścionka nie najdą. Wszystko w bezpiecznym schowaniu. Sam się w ziemię zapadnę, zje diabła, kto mnie chyci. A ciebie, złodziejskiego pomocnika, wsadzą do lochu, za czym się sprawa rozjaśni. Posiedzisz tam rok albo dziesięć, różnie się zdarza; a panowie w trybunale mają setki spraw do sądzenia, łacno i zapomną takiej drobnostki, że tam jakiś psi syn czeka zmiłowania. Hincza Bartnika nie dostaną, ale Jasiek zgnije pod ziemią." Śmiał się, ino mu te zębce łyskały w gębie, a ja stałem i patrzyłem nań jak na samego diabła. "Nawet cię zamykać nie będę - gada - wolno ci chodzić do miasta, kiedy zechcesz, i wracać, kiej ci się podoba. Wydasz mme, pójdę na hak[ ], wiem o tym, ale skoro na sądzie opowiem, żeś u mnie służył, żeś z dobrej woli stróżował, jakem p.a. robotę chadzał, żeś tłumoki za mną dźwigał a gwizdaniem o niebezpieczeństwie ostrzegał, to jakoż ci się zda, co z tobą zrobią? Może powieszą, a może się twej młodości ulitują i wsadzą do takiej ciemnicy, że do samej śmierci złotego słoneczka nie uwidzisz. A cobyś nie umknął, na łańcuszku cię do ściany przykują. Idź, synku, wydaj mnie, jeszcze ci sam drzwi otworzę." Już ci dalej nie powiem... co będę gadał! Teraz muszę spieszno do domu, czekać na pana, bo lada chwila powróci.

- To nie może być, żeby się na twoją biedę lekarstwo nie znalazło! - zawołał Wawrzuś. Jasiek ruszył ramionami.

- Choćbym uciekał na kraj świata i tam mnie dostanie. Podprowadź mnie, muszę już iść.

- Co? Na cmentarz pójdziemy?

- Bez mała - z gorzkim uśmiechem rzekł Jasiek. - Dworek Bartnika ustronny i zaciszny, a podwórze do cmentarnego muru przypiera. Uciekaj, mógłby nadejść; lepiej, żeby tu nikogo nie zastał. Zresztą, będą już miasto zamykać. Bierz się ku Nowej Bramie, bliżej ci niż do Grodzkiej.

- Chciałbym przyjść do ciebie.

- Co dzień z południa siedzę w domu sam.

- Dobrze.

- Dobranoc. Wawrzuś pośpieszył ku Nowej Bramie, a po drodze rozmyślał, jakby tu wyrwać nieszczęśliwego przyjaciela z rąk zbrodniarza. Śpiewy, krzyki, śmiechy, głos piszczałek i bicie w bęben wyrwały go z zadumy. Parobeczek z gwiazdą na przedzie, za nim trzej królowie w pozłacanych koronach i jaskrawych szmatkach, rogaty diabeł prowadzący na powrozie turonia o kłapiącym koźlim pysku, dwóch muzykantów z fujarkami, trzeci z małym bębenkiem; słowem, przebrani żacy uganiający od domu do domu po kolędzie zabiegli mu drogę.

- Wawrzek od mistrza Wita! Jak się masz!

- Co mnie zaczepiasz? Dy ja cię nie znam!

- Nie znasz? - Król Baltazar odwiązał sznurek i zdjął na chwilę długą siwą brodę z konopnego przędziwa...

- Florek!

- A widzisz? Dawnoś nie był u pana Żegoty, toś i zapomniał o mnie. Chodź z nami!

- Bramy zamykają...

- Wielkie rzeczy, przenocujemy razem, ot tutaj, w gospodzie.

- Nie mogę, mistrz by strasznie swarzyli.

- A to bywaj zdrów! Trzej królowie z orszakiem wpadli piszcząc dziko do szynkowni, drzwi nie zamknęli za sobą, światło błysnęło. Wawrzuś przystanął bezwiednie i patrzał ze śmiechem na niezgrabne skoki turonia. Ktoś przeszedł obok prędko i nagle się zatrzymał. Chłopiec obejrzał się: wysoki człowiek jakiś, w kożuchu i barankowej czapie, stał dwa kroki od niego i bacznie mu się przyglądał. Coś, niby wspomnienie snu przykrego, przeleciało przez głowę Wawrzusia... dreszcz go wstrząsnął... kto to? Czego tak patrzy na mnie? Och, te oczy... Jezus Maryja, pielgrzym!... Z otwartych drzwi gospody wyszedł zataczając się obdarto odziany człek i uderzył sobą tamtego...

- Czarny Rafał!... Śmiercim się pierwej spodziewał... A ty co robisz w Krakowie? Wawrzuś skorzystał ze sposobności, że pijak czepił się ramienia pielgrzyma, i nie oglądając się już poza siebie, pędził ku Nowej Bramie. Nie ubiegł dwudziestu kroków, zdało mu się, że ktoś go goni.

- O rety... zamknięta! Zaczął bić pięściami we wrota i wołał:

- O dobrzy ludzie... o moiściewy... otwórzcie! Kroki zbliżały się, potem ucichły, ktoś czekał. Okno na piąterku tuż ponad szkarpą otwarło się; wachmistrz ceklarzy wychylił głowę.

- A ty raku przeklęty... jak śmiesz burdy czynić po nocy? Zaraz mi się precz wynoś!

- O miłościwy pułkowniku... zlitujcie się nade mną biednym... Gdzież ja się na noc podzieję? Co wam szkodzi otworzyć?

- Juści, we trzech zleziemy na dół dla usługi waszej wielmożności. Pań starosta wczoraj się spóźnił, musiał nocować w zajeździe, a to kocię każe se bramę otwierać! Uciekaj, pókim dobry.

- A oknem wolno? - zapiszczał chłopiec. Wachmistrz parsknął śmiechem.

- Ojoj... coby nie? Nawet ci całe otworzę.

- Bóg wam zapłać! Odsądził się dla rozpędu... coś czarnego stało pod murem na boku... Wawrzuś przeżegnał się i pomknął jednym tchem, jak szalony po pochyłej szkarpie... Złapał się futryny.

- Wciągnijcie mnie do izby. jeśli łaska!

- Jak Pana mego... nie trzeba po cudach chodzić! - Wachmistrz trącił nogą drzwi do drugiej izby.

- Onufer... Jacek... Pokazać wam wiewiórkę? KONIEC ROZDZIAŁU