Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Święty Kazimierz

Do Wilna. - Piwna polewka u pani Saiomei. - Kąpiel Wawrzusia w Narwi. - O czym

Bystry gadał z Kudrasiem. - Strzafa Stonka i nóż pielgrzyma. - Żółte ciżemki. - "Omni die die Mariae". - Zgon królewicza. Listy z Wilna przynosiły coraz to smutniejsze wieści o chorobie królewicza Kazimierza. Ostatni posłaniec przywiózł tylko kilka wierszy, z trudem widocznie napisanych, a osobno list od przybocznego i ulubionego dworzanina, pana Świrenkowicza, donoszący, że chory do cna z siły opadł i ledwie z przymusem szklaneczkę mleka trzy razy dziennie wypija. Ciężko zasmucony król posłał czym prędzej dwóch na j pierwszych lekarzy z Krakowa, pokładając w nich lepsze nadzieje niż w nadwornym medyku królewicza. Wit Stwosz dowiedział się o tym wszystkim od Kallimacha i kwapił się z wykończeniem ołtarzyka; Stanko, Jurek i Wawrzuś pracowali nad rzeźbieniem figur i ornamentów, mistrz doskakiwał do chłopców co godzina, krzyczał, że robota stoi, wzywał pomsty do nieba i piekieł nad próżniakami, za czym Przyjrzawszy się bliżej, klepał ich po plecach z zadowoleniem. Dni całe aż do zmroku pracowano z takim natężeniem, że mowy nie było o swobodniejszej chwilce; pozostawały czeladnikom na wypoczynek tylko niedziele. Wawrzuś wyglądał każdej jak kania deszczu, by się zobaczyć z Jaśkiem i obmyślić wspólnie plan wyswobodzenia go ze szponów Hincza Bartnika. Tymczasem, ilekroć w niedzielę po południu biegł do przyjaciela, za każdym razem zastawał drzwi zamknięte i okiennice pozasuwane. Trzydziestego stycznia posążki Matki Boskiej, archaniołów Michała, Gabriela, jako też pół tuzina skrzydlatych dzieciaków, stały w pracowni pomalowane, wyzłocone, gotowiuteńkie. Można się było spodziewać, że wysłańcy z ołtarzem dojadą na miejsce za jakie trzy lub cztery tygodnie. Zwłaszcza że szafę miano robić już w Wilnie, by nie tracić czasu i nie przysparzać ciężaru. Zaopatrzywszy Stanka w pieniądze potrzebne do długiej podróży, mistrz Wit wyprawił go z Jurkiem i Wawrzkiem w drogę. Woźnicę mieli doświadczonego bywalca, ruszyli z Krakowa pełni otuchy, radzi, że taki kawał świata zjadą, Wilno zobaczą, a co najważniejsze, pokłonią się miłościwemu królewiczowi, którego żaden z nich, jako żył, nie widział. W ostatnich dniach stycznia spadły wielkie śniegi; przezorny Błażej był na wszelaką pogodę przygotowany, od razu więc po pierwszym popasie zdjęto koła i włożono wóz na płozy, za czym jechali sporzej dobrą sanną. Nie mogli jednak zbytnio męczyć koni, nie mając innych do zmiany; woźnica tedy, a zarazem naczelny wódz wyprawy, przeznaczał popasy i noclegi, ?echano krótkimi dniówkami. Pierwszy nocleg przypadł w Proszowicach, nazajutrz w Nowym Mieście Korczynie, potem przez Tursko, Sandomierz, Kraśnik do Lublina. W Lublinie kierować się mieli wprost do dworku pana Mikołaja z Proszowic, brata pana Żegoty.

- A wiecie którędy? - spytał Stanko Błażeja.

- Nie wiedziałbym? - odparł stary. - Ady w święta woziłem tu pana Żegotę; miał zostać dwa tygodnie, ale piątego dnia my się zabrali z powrotem.

- Zachorzał czy co się stało?

- Ee... nic ważnego... wszędy dobrze, a doma najlepiej. - Błażej machnął ręką ze śmiechem. - Ot, zaraz, w tej ulicy na lewo. Strzelił z bata dwa razy, podjechał i zatrzymał konie. Stanko skoczył z wozu, ale nim zdążył zastukać do bramy podwórzowej, wrota same się otwarły, dobniutki, zawiędły człeczek w szarym żupanie wybiegł z pośpiechem i ręce ku niemu wyciągnął:

- Witam, witam... wiem wszystko... na ścieżaj bramę jako i serce moje ku przyjęciu miłych gości otwieram! Bryka wjechała, gospodarz zamknął czym prędzej, przeciągnął drąg przez drewniane klamry i rzucił się drugi raz witać podróżnych.

- Bóg zapłać waszej miłości za tak skwapliwą gościnność - rzekł Stanko z ukłonem. - Do królewicza Kazimierza ołtarzyk wieziemy.

- A jakże, a jakże, brat mi rozpowiadał dokumentnie o wszystkim; daj Bóg, cobyście jeszcze na porę zajechali. Wejdźcie do izby, proszę. Usiedli na ławie, pań Mikołaj rozpytywał o nowiny: czy kroi miłościwy nie zamierza syna odwiedzić, czy ołtarz mariacki ma się już ku wykończeniu, co porabia brat Żegota, nagle... urwał w pół zdania i skoczył na równe nogi rumieniąc się jak żaczek. We drzwiach ukazała się podobnie chuda i zasuszona jak mąż, ale o głowę odeń wyższa pani Salomea Proszowska. Pan Mikołaj pobiegł ku żoneczce.

- Nie było cię doma, dziewko najmilsza, gdy Opatrzność Boska zesłała nam gości.

- Widziałam już - odparła pani zimno - bryka, cztery konie, parobek...

- Aha, com to chciał rzec - wpadł jej mąż pośpiesznie w mowę - pozwólcie, wasze miłoście, że was zapoznam: syn mistrza Wita z towarzyszami; a to mój przyjaciel dozgonny, sercem ukochana Salusia. Od rana mróz cierpią, dziewko najmilej sza, przydałaby się piwna poleweczka na rozgrzanie. Dozgonny przyjaciel uśmiechnął się słodziutko.

- Już się warzy; właśnie sama przyprawiłam - äw ucho mężowi syknęła - na jeden krok z domu niesposób się ruszyć, wiecznie jakichś darmozjadów naprowadzasz, ino ja za progiem.

- Z twarogiem świeżym, powiadasz, Salusiu? Z twarogiem? Dziewkoż ty moja! Widzicie, wasze miłoście, czego ino myślą zażądam, z oczu mi chęć odgaduje, na każdym kroku mię psowa, jedynaczka moja!

- Dla asana ani kropli... żebyś mi się nie ważył tknąć! Masz być chory... - zaszemrało ukochanie jedyne.

- Aż dwa gąsiory, drogości moje? Wiesz przecie, że od wczoraj niedomagam, nawet nie pokosztuję. Tym ci lepiej, goście nie wzgardzą, niech będzie i dwa. Grzanek misę kopiastą, nie zapomnij, ptaszyno. Salusia wymknęła się z izby spiesznie, nie chcąc karcić małżonka przy obcych, i wlała kwartę wody do piwa gwoli dopełnienia zapowiedzianych dwóch gąsiorów. Po wieczerzy podróżni pożegnali gościnnych gospodarzy, bowiem przed świtem jeszcze mieli wyruszyć dalej. Bez przygód zajechali do Kocka, następnego dnia do Białej, cały dzień wypoczęli w Drohiczynie, gdzie warowny zameczek, przez Konrada Mazowieckiego wzniesiony, z wysokiej góry w błękitnawoszarych wodach Bugu się przegląda. Z Drohiczyna pośpieszyli do Bielska na obiad i zaraz dalej. Dojeżdżają do Narwi, rzeka w lód się zakuła, śnieg na niej; patrzą w prawo, patrzą w lewo, mostu nigdzie ni znaku... Błażej podrapał się w głowę, zlazł z wozu i chodzi nad brzegiem.

- Cóż myślicie - spytał go Stanko - przebierzemy się chyba na drugą stronę? Ślady sani, kopyt, widno wszyscy tędy jeżdżą.

- Ta, ano niby tak, alebym wolał...

- Rzeka stoi, lód mocny, kiedy wozy przechodzą.

- Ale nasza bryka ciężka, a piąty już dzień mrozu nie masz. Ano, co robić... nic tu nie wystoimy,-trza jechać. Przeżegnał konie batem, poszły. Lód cichy, nie dudni pod kopytami... Błażej strasznie chmurny idzie przy koniach i chłopakom zleźć kazał, żeby jak można ulżyć saniom.

- No widzicie, było się czego bać - śmieje się Jurek - już więcej niż pół drogi! Błażej nic nie odpowiedział, oczyma śledził każdy krok koni. Nagle... zachrzęściło coś głucho, woda bryznęła spod kopyt, trzask się rozległ okropny, chlupot... pierwsza para koni zapadła się po brzuchy w wodę.

- O Jezu... nie mówiłem! Hej, chłopaki... co tchu!... biegajcie na tamtą stronę... światełka niedaleko... wołajcie ludzi z drągami, niech śpieszą konie ratować. Ino duchem! Na prawo... na prawo... tam bezpieczne! Konie, zanurzone w wodzie, chrapały ze strachu i drżały od zimna; druga para za nimi szarpała się i przysiadała na zadach, a lód pękał coraz dalej... po kilku minutach zapadły się i one. Sanie przechyliły się na bok, jedna paka zesunęła się w wodę, szczęściem nie poszła pod lód, tylko wsparta jednym kantem na zielonej roztrzaskanej tafli, sterczała do góry, grożąc z każdą chwilą osunięciem się w głąb. Biednemu Błażejowi zdawało się, że trzy godziny czeka, choć naprawdę wieś była blisko, chłopcy gnali bez opamiętanią, a ludzie we wsi, dowiedziawszy się o przzygodzie, w oka mgnieniu się zabrali i biegli z pomocą.

- O mój Boże... świętości wiozą dla chorego królewicza! - dziwował się wójt pędząc przed sobą ośmiu parobków z tęgimi drągami. - Zbierajcie nogi, chłopcy, a żywo, wszakci naszemu umiłowanemu kniaziowi służymy! Dobiegli.

- Najpierwsza rzecz odciąć konie; inaczej nie damy rady - komenderował wójt. - Dobrze. Teraz po trzech z każdej strony, drąg pod brzuch i dźwignąć z wody!... Fiedor... tumanie jeden... gdzie stajesz? Nie masz oczu? Pójdziesz pod lód i kto cię będzie szukał? Hawryło... Semen... ku brzegowi ciągnąć; koń mądry, sam się ano gramoli... do góry drągi! Przysądzić się! No! To już, sława Bohu, jeden! Wańka, pędem z nim do mojej stajni, wytrzeć wiechciami do sucha, całego derami owinąć i powrozami owiązać pod brzuchem, coby się zagrzał. Nic mu nie będzie. Macie drugiego? Ot, mołojcy! Pietia, prowadź i tego do wsi, a zrób tak, jakom Wańce przykazał. Wyciągnąwszy szczęśliwie konie, wzięto się do wozu. Wawrzusiowi straszno się zrobiło, że paka od godziny w wodzie stoi, a posągi choć jak najtroskliwiej grubym płótnem owinięte, wiórami i sianem poprzetykane, zamokły na pewno; świeża farba odstanie, złoto się zetrze... nieszczęście. Miałże stać darmo i przypatrywać się, jak inni pracują? Inni, obcy ludzie, co ani wiedzą, jaki tam cudny archanioł Michał z mieczem ognistym albo Gabriel z lilii gałązką... Choć podźwignąć, choć na suchym lodzie zeprzeć... Schylił się, namacał kant paki pod lodem, ujął go silnie, szarpnął i wpadł głową naprzód do wody. Gdyby nie Błażej, który go w tej samej chwili za połę od kożucha pochwycił, byłby niechybnie poszedł na dno; a tak tylko czoło zakrwawił o spiczasty odłam lodu, łyknął zimnej wody więcej, niżby chciał, i przemókł do nitki. Poczciwy Błażej zatulił go we własną opończę i na rękach zaniósł do ciepłej izby w chałupie wójta. Parobcy wynieśli obie paki z pomocą Stanka i Jurka na brzeg sanie cofnięto na twarde miejsce i ostrożnie doprowadzono na drugą stronę. Po tej ciężkiej robocie zaprosił wójt podróżnych i całą młodzież, co się tak dzielnie spisała, do siebie na poczęstunek. Nawet Wawrzusina przygoda zakończyła się całkiem pomyślnie, bo tylko guzem na czole. Wieczór spędzili podróżni na gawędzie z wójtem, który słuchał ciekawie opowiadań o Krakowie, o wspaniałościach dworu królewskiego i o wiezionym do Wilna ołtarzu na ofiarę za zdrowie królewicza. Nocleg pokrzepił wszystkich i nazajutrz rano podziękowawszy gorąco za ratunek i gościnność ruszono wprost już do Białegostoku na obiad. Aż tu w drodze pokazało się, że jeden z koni przy załamaniu otarł sobie nogę do krwi, spuchła mu i kulał porządnie. A Wawrzuś, rano jeszcze zdrów i wesół, ku południowi zaczął narzekać na głowę, chwyciły go dreszcze, wczorajsza kąpiel dziś dopiero dawała się we znaki. Z kulawym koniem i chorym chłopcem nie docierali już do samego miasta; radzi wjechali do pierwszej lepszej gospody, jaka im się tuż przy rogatkach nawinęła. Karczmarka usłała Wawrzusiowi wygodne spanie na przypiecku; ciągle narzekał na głowę, gorączka go rozbierała. To drzemał, to się budził, to jakby rozmawiał, śmiał się, to stękał i znowu zasypiał, by za chwilę zerwać się z krzykiem. Poleciwszy go opiece gospodyni Błażej poszedł opatrzyć konia, a Stanko z Jurkiem wybiegli po obiedzie na miasto. Chory chłopak uspokajał się z wolna, gorączka ustępowała, usnął twardo i smacznie. Obudził się przytomny i trochę rzeźwiejszy; powiódł zdziwionym wzrokiem po izbie, jakoś nie mógł sobie przypomnieć, skąd się tu wziął i dlaczego leży za piecem. Spostrzegł siedzącego przy stole człowieka w grubym kubraku, przepasanego skórzanym pasem; zajadał smacznie jajecznicę z kiełbasą. Karczmarka przyniosła mu dzbanek piwa, popił, otarł olbrzymie wąsy i odsapnął z zadowoleniem. Gospodyni wyszła do piekarni, a gość wstał z ławy, przeciągnął się, ziewnął i wyjrzał do sieni. Zaklął w sto diabłów, splunął i usiadł na powrót. Coś go musiało niecierpliwić, bo przytupywał nogą i bębnił palcami po stole. To wstawał, to siadał, to na ulicę wychodził, a spluwał przez zęby raz za razem. Drzwi skrzypnęły, wszedł młody człowiek o gęstej kędzierzawej czuprynie; usiadł przy drugim stole nie patrząc w lewo ani w prawo i oparł głowę na rękach.

- Ij... cóż znowu za figlasy... - półgłosem rzekł starszy - widzisz przecie, że ani psa nie ma w izbie, możesz mówić śmiało.

- Zostanę tu - odparł młody - wejdzie kto, lepiej, że się nie znamy.

- I to racja. Gadaj, coś sprawił?

- Dużo i mało; a Majster niech z tego kleci, co zdoli.

- No, Bystry, nie marudź. Otwórz kłódkę.

- Otwieram, a i tak nic nie będziesz wiedział. Słuchaj. Jedzie ich dwóch ze Lwowa; Ormiany są. Jeden kobierce z Persji wiezie, makaty złotem przerabiane, balsamy i wonności wschodnie. Jest tego bryka wyładowana, cztery konie ją ciągną, piąty przodem doprzężony, hajduczek na nim. Drugi kupiec zasię ino dwie skrzynki ma na tymże wozie, ale w nich perły i wszelakie najdroższe kamienie; jedna ich garść starczy za tamto wszystko.

- Jakoż trza rozumieć te kręte słowa ?dużo i mało"? Dwie skrzynie klejnotów jeszcze ci nie dosyć?

- Mądry odgadnie snadnie, głupiemu na myśl nie wpadnie.

- Miejże se uciechę, żem głupi, a gadaj wyraźnie, bez przypowiastek.

- Oj, Kudraś, Kudraś, wstydno mi za cię! Gdybyś był kupcem, a jechał na kraj świata z bryką pełną drogości, nie przysposobiłbyś wszystkiego, co ino można, ku obronie swych towarów, hę?

- Teraz mi świta...

- Po dwóch stronach bryki z kuszami tuczniki; tedy se norachuj: dwóch kupców, hajduk i woźnica, czterech pachołków to razem ludzi osiem; i mieczyki zacne mają u boku, dobrzem się przypatrzył. __

- Prawda twoja. Ciekawość, co Majster na to?

- Gdyby nas zarówno było, aniby mrugnął; ale ich ośmiu, nas pięciu, trochę kuso.

- Czy tak, czy owak, z opowieścią biegaj. A wspomnij i o tym, że jakiś wóz od Krakowa z dwiema pakami jedzie, trzech ludzi i malec, półdziecko. Nie zahacz, że tych ja zwietrzyłem.

- Nie omieszkam, nie omieszkam - odparł Bystry, szyderczo się uśmiechając. - A co w tych pakach?

- Czort wie, nie ja.

- Do piekła za daleko, ja ci powiem: w pakach figury drewniane, święte kukły malowane, wiezie do Wilna dla królewicza Kazimierza czeladź z warsztatu mistrza Wita. Kudraś splunął ze złością.

- Takem się radował, że choć ten jeden raz mi się udało.

- Nie frasujcie się, kumoter - pocieszał go Bystry - jeden ma w głowie, drugi ma w rękach. Jak przyjdzie grzmocić, twój jeden palec więcej wart niż moje obie pięści. No, komu w drogę, temu czas, idę w las; a ty, jako Majster przykazał, staw się jutro rano pod trzema dębami. Młody wyszedł, starszy został jeszcze z godzinę, a Wawrzuś wiązał w myśli zrozumiałe i niezrozumiałe słowa tych dziwnych ludzi, którzy niby się sprzeczali, niby żartowali, a których mowa przejmowała go strachem, sam nie wiedział czego. Pod wieczór zeszła się czeladź pana Wita w izbie gospodniej i Wawrzuś, któremu z całej choroby już tylko katar pozostał, opowiadał szczegółowo wszystko, co widział i słyszał.

- Abo to zbóje i rzezimieszki - zawyrokował stary Błazej - aboś, chłopcze, miał ciężka gorączkę i wszystko ci się ino śniło.

- Sam nie wiem. Do tej pory w głowie mi się zawraca; może mi się i śniło. Tupanie koni, dzwonki przy saniach, gwar głosów zwrócił ich uwagę. Po chwili drzwi się otwarły i ktoś odezwał się od proga.

- Niech będzie pochwalony... Odpowiedzieli ?na wieki".

- Stanko... widzisz ty? Żydy... A Pana Jezusa chwalą... Chyba chrzczone? A to ci nochale mają aż ku brodzie, włosiska ciemne, kręte...

- Cicho, smyku... gotowi cię usłyszeć. Chrześcijanie to są, katolik! porządne i dobre ludzie. Z ormiańskiego narodu pochodzą.

- Aha, a Błażej gadali, że mi się śniło. To pewnikiem owi kupcowie ze Lwowa.

- Zaraz się to wykryje - rzekł Stanko. Nastąpiło wzajemne poznanie, kazano sobie podać przy jednym stole wieczerzę i w pogawędce, skąd kto jedzie i w jakiej sprawie, pokazało się, że tak było co do joty, jak opowiadał Wawrzuś.

- Łaska Boża - rzekł starszy z kupców - że jesteśmy tak zawczasu powiadomieni; trza się mieć srodze na baczności. Umówiono się, że nazajutrz rano wyjadą wszyscy razem, bo im więcej rąk do obrony, tym bezpieczniej. Ledwie szarzało, co w lutym oznacza mniej więcej szóstą godzinę, ruszyła karawana: kupcy ze zbrojnymi pachołkami przodem, bryka mistrza Wita tuż za nimi. Droga była niezła z początku, bo mrozik przytrzymał sannę, wypoczęte konie szły żywo i parskały wesoło, a furmani za każdym razem odpowiadali ?na zdrowie!"

- Kuźnicki bór - rzekł jeden z pachołków, pod Bielskiem donajęty - tutaj trzeba dawać pozór; niejeden się tu już z Majstrem, czyli Hetmanem spotkał.

- Czemuż starosta nie zrobi obławy, kiedy wie, że w tym lesie zbójcy grasują? - spytał kupiec.

- Nie raz i nie dziesięć my ich szukali - odpowiedział chłop - ino zimny popiół z ogniska i poogryzane zajęcze kostki po nich najdowali; a psie syny pod Białowieżą dokazywały. Dalejże za nimi, oho... ani znaku, poszli w pińskie błota i rób, co chcesz.

- No... ale też tu wertepy mają... czort ich bierz - zaklął Błażej. - Zleźcie, chłopcy, z wozu i podpierajcie drągami; lada chwila się wywali. Bryka ormiańskich kupców jeszcze bardziej się chyliła; cała lewa strona wąwozu, podmyła spływającymi deszczowymi strumykami, o jakie dwie stopy niższa była od prawej.

- A może by nam w tę leśną dróżkę się obrócić? - spytał któryś. - Tam nie ma wybojów.

- Jedziemy do Grodna, nie do Świsłoczy - odparł parobek krótko.

- Oho, cóż to za koń przy drodze uwiązany? - zawołał Wawrzuś.

- Gdzie, gdzie?

- A ot, tam wyżej, na lewo. Wszyscy mimo woli zwrócili głowy w tę stronę, a to był właśnie fortel sławnego Majstra, bo jak na komendę w tejże chwili z przeciwnej strony lasu wybiegło pięciu ludzi, zbrojnych w noże i siekiery, prosto na brykę z towarami. Wawrzuś rozpoznał od razu Bystrego i Kudrasia; tak był oszołomiony z przerażenia, że w pierwszej chwili nie rozumiał nawet rozkazu Błażeja. Trzymaj konie mocno, bo się strachają! Przytomny woźnica rzucił mu lejce, poskoczył kupcom na Pomoc. Stanko i Jurek za nim. Nie było czasu ni miejsca naciągać kusz: parobcy porwali za mieczyki, rzezimieszki wywrócili z łatwością sanie do rowu, Uumoki się rozsypały, dowódca krzyknął ostro:

- Ino te dwie skrzynie żelazne chwytać i w las! - Sam zaś, widząc nadbiegające posiłki, wskoczył na koń i stanął tamując im przejście. - Ani kroku, bo siekierą w łeb! Wawrzusiowi aż w oczach pociemniało... Majster zbójecki to pielgrzym świętokradca, to Czarny Rafał spod Nowej Bramy! Nieprzytomny ze strachu, wypuścił z rąk wodze, konie spłoszone krzykiem jęły wierzgać i dęba stawać. Równocześnie jeden z kupców porwawszy żelazną szkatułkę uciekał z nią poza sanie rzeźbiarzy. W skok za nim pędził Bystry i z krzykiem już go dopadał, gdy Wawrzuś oburącz zdzielił go biczyskiem. pomiędzy oczy i twarz mu całą zakrwawił. Na wrzask Bystrego Majster, który borykał się ze Siankiem i Jurkiem, odwrócił głowę; w oczach mignęło mu coś dzikiego, poznał chłopca; lecz ten nie tracąc chwili rzucił się z wozu i co sił w nogach puścił się drogą wstecz. Pielgrzym spiął konia ostrogami i gnał za nim. Chłopakowi śnieg migał pod nogami, tchu w piersiach nie czuł, niósł go szalony strach.:. Kopyta dudniały w ślad za nim po grudzie; nagle poczuł na karku rękę, która go porywa od ziemi, i sam nie wiedział, kiedy znalazł się na siodle. Chciał wrzeszczeć, taż sama ręka usta mu zatkała jego własną czapką.

- Mam cię! - zachrypło mu nad uchem. - Co inom nie wisiał z twojej łaski... rzekłem ci do widzenia... no, twoja śmierć teraz! Stanko widział, co się dzieje... Dlaczego zbój wszystko rzucił, a porwał chłopaka?

- Rany Chrysta! - krzyk mu się wyrwał z piersi - chwycił kuszę z rąk pachołka, naciągnął, strzała świsnęła, koń Majstra, ugodzony w kolano, dał szczupaka i zwalił się na ziemię. Wawrzuś pierwszy się zerwał i byłby umknął szczęśliwie, gdy wtem straszny nieprzyjaciel, leżąc jeszcze na ziemi szarpnął go za nogę. Chłopiec runął jak długi. Wydzierające go się i kopiącego nogami w jednej chwili obezwładniły po tężne dłonie i tuż nad sobą ujrzał pochyloną ohydną, dziką twarz z nożem w zębach... Jedno mgnienie oka, nóż błysnął w powietrzu, w zaciśniętej pięści zbrodniarza. Chłopak ostat nim wysiłkiem wyrwał jedną rękę i podstawił ją pod cios śmiertelny. Żelazo wbiło się w ramię. Zbój syknął bezecne przekleństwo, wyrwał nóż z rany i zamierzył się po raz drugi. ?Matko Boska z matusinego obrazka..." - przemknęło błagalnie Wawrzusiowi przez głowę... zmrużył oczy... "Co?... Nie zabija?... Puścił?... Ręce wolne?..." Otwarł oczy zdumione. Na karku Majstra przysiadł Stanko i z garści nóż mu wydzierał. Mocowali się rozpaczliwie. Zbój, od Stanka silniejszy, lewą chwycił go za włosy, prawą usiłował zadać mu pchnięcie. Wawrzuś poskoczył jak żbik raniony i pielgrzymowi zęby wpił w rękę. Ukąszony puścił Stanka i uderzeniem kolana powalił chłopca. Wawrzuś potoczył się i padł bez zmysłów. Ale Stanko zdołał tymczasem nóż wyłamać z garści mordercy. Majster, bezbronny, widząc, że Jurek z Błażejem nadbiegają na pomoc, pomknął z nieopisaną szybkością i znikł w gęstwinie. Stanko zawahał się: ścigać czy ratować chłopca? Spojrzał... leży na śniegu blady... krwią zalany... martwy. Czy dycha jeszcze? Z trudem docucił się malca, nacierając go i zwilżając mu skronie. Niebawem nadciągnęli z lasu woźnica z Jurkiem po nieudanym pościgu... Przez ten czas kupcy i zbrojna ich czeladź po zaciętej walce zdołali wziąć górę nad hultajstwem pozbawionym wodza; zwłaszcza że Bystry, najzmyślniejszy z opryszków, niezdolny był do boju, na wpół oślepiony biczyskiem Wawrzusia. A że mocarny Kudraś dostał także mieczykiem przez ramię, przeto pierzchli na lasy i bory, unosząc jednego z kamratów z przetrąconą golenią. Długo jeszcze trwało, zanim podróżni puścili się w dalszą drogę. Obalony wóz musiano stawiać i naprawiać, wiązać uprząż potarganą, ładować rozrzucone tłumoki, w których na szczęście nic nie brakowało. Słudzy kupieccy opatrywali sobie nawzajem cięższe i lżejsze rany, a Wawrzusia złożyli towarzysze na wóz, umościwszy mu wygodne legowisko na sianie. Po tej strasznej przygodzie gładko już przeszły dalsze dni drogi przez Grodno, Olkieniki do Wilna. Rana Wawrzusia, acz bardzo bolesna, nie była niebezpieczną; zapuchło mu wprawdzie całe ramię, ale na szczęście nie wdała się gorączka. Chłopczyna, zarzucany pytaniami, zrazu bezładnie, potem od początku do końca rozpowiadać musiał towarzyszom podróży całą swoją historię z tajemniczym pielgrzymem. Mówił o świętokradztwie, o spotkaniu w Krakowie podczas ?konika zwierzynieckiego", o pościgu do Nowej Bramy. Całymi dniami był Majster niewyczerpanym przedmiotem ich rozmów. Zachodzili w głowę, czy bardziej zemsta, czy chęć sprzątnięcia niebezpiecznego świadka kierowała zbrodniarzem. Dnia drugiego marca przed samym zachodem słońca oba wozy wjeżdżały do Wilna. Starszy kupiec drzemał otuliwszy się w kożuch, młody przysiadł się na sanie do Stanka i rozpowiadał chłopakom o dalekich krajach i miastach, które zwiedzał w swych podróżach handlowych.

- W Wilnie też pewno nie pierwszy raz jesteście? - spytał młody Stwosz.

- Już czwarty - odparł kupiec. - Dobry targ, zwłaszczana bławaty i bisiory; niewiasty, jak wszędzie, tak i tutaj strój lubią, a na targowicy wileńskiej ino powszednie sukna i chłopskie samodziały przędą j ą. Widzieliście, co wiozę, za tydzień wszystko pójdzie między ludzi.

- A to co za kopuły tak jaskrawo pomalowane i wyzłacane? - zadziwił się Wawrzuś. - Po trzy, po cztery w kupce, chyba nie kościoły. Takich nawet w Krakowie nią ma.

- A bo to, widzisz, we wschodniej stronie miasta mieszkają Rusini i tu mają swoje cerkwie. Wzdłuż Wilii zasię, ku zachodowi i północy, katolicka dzielnica. Tam i my zdążamy. Kupcy mają tam targowy dom, gdzie się z towarami zajeżdża.

- A na gród kędy?

- Dwie rzeki pod Wilnem się łączą: Wilna i Wilia. W samych tedy widłach, które tworzy ujście Wilny, wznosi się góra, nazwana Turza. Na niej zbudował jeszcze kniaź Gedymm twierdzę obronną, ale na mieszkanie ona niedogodna, wlec u stóp góry mają drugi zamek, raczej pałac; tam królewicza najdziecie. Złażę już, bo się nasza droga rozchodzi, wy na gród, a my do targowego dworca.

- Jedźcie zdrowo, dobrego zysku!

- Zdrowia nawzajem! Pytawszy jeszcze przechodniów, za kwadrans zatrzymali się nasi podróżni u bramy Niżnego Zamku. Był to gmach olbrzymi, dwupiętrowy, uwieńczony zębatymi blankami, ponad które sterczały czworoboczne baszty. Powitali odźwiernego boskim słowem; spojrzał na sanie badawczo.

- Z dalekiego kraju... prawda? Mowa odmienna, ubiór odmienny, zaprząg odmienny...

- Z Krakowa - odpowiedział Stanko - do samego królewicza sprawę mamy.

- Wolno, wolno, czemu nie? - rzekł odźwierny kiwając głową smutnie - ino was nie dopuszczą. Kniaź chocze uże umeraty.

- Wiemy, że ciężko chory, toteż pierwej z panem Świrenkowiczem radzi byśmy się widzieć.

- A ot, właśnie przez dziedziniec idzie; podejdźcie k'niemu. Stary dworzanin ujrzawszy ich rozkrzyżował ręce i łzy mu nabiegły do oczu.

- Dziękujęż ja Tobie, Panie Wszechmogący! Tak się kniaź biednieńki pyta i dopomina, aż serce żałość uciska, nie mogąc chorego pocieszyć. Ołtarz gotowy? Dawajcie! Kniaź jeszcze nie śpi.

- Prosimy waszą wielmożność choć o dwa dni zwłoki - odparł Stanko. - Szafę trza zbić i pomalować. Przydałaby się izba obszerna i suche deski bukowe.

- Tego momentu wszystko dostaniecie, i sypialnię z wszelką wygodą wam obmyślę; ino jak wam kniaź Kazimierz miły... duchem, duchem! Niechby raz jeden pomodlił się Panu Bogu przed upragnionym ołtarzem.

- Dzień i noc będziemy robić, za trzy dni zdążymy. Nazajutrz rano niezwykłe w pałacu odgłosy zbudziły królewicza. Jakkolwiek mieszkalne jego komnaty znajdowały się w głównej części zamku, a pań Swirenkowicz umieścił kniaź (królewicz) już robotników w lewym skrzydle, jednak do drażliwych uszu chorego dolatywało coś niby stukanie, jakieś zgrzyty, jakieś kroki po korytarzu. Zadzwonił. Wszedł paź. Królewicz pytał słabym głosem nie podnosząc głowy od poduszki:

- Co się tam dzieje?

- Nie wiem, o co raczycie pytać, miłościwy kniaziu - odpowiedziało pacholę.

- Jakieś szmery... uderzenia młotem... co to jest?

- Robotnicy deski piłują i heblują, miłościwy kniaziu.

- Na co?

- Szafę robią na ołtarz do waszej kaplicy. Woskowo blade lica księcia zabarwiły się lekkim rumieńcem; otworzył oczy szeroko, z wyrazem dziecinnego rozradowania.

- Co? Przyjechali z Krakowa?

- Tak jest. Wczoraj wieczorem.

- Przecz Swirenkowicz nie zawiadomił mię o tym?

- Czeka w antykamerze waszego przebudzenia, miłościwy kniaziu.

- Niech wejdzie... albo nie... chcę wstać.

- Miłościwy...

- Wstanę; zdrowszy dziś jestem; wołaj Wincka, pomóżcie mi się odziać... lektyka! Stanko z Jurkiem, gnani serdeczną chęcią sprawienia ostatniej może uciechy umierającemu, uwijali się i pracowali za czterech. Wawrzuś, niemocny jeszcze, rozpakowywał wyjęte ze skrzynki posążki; przecinał Sznury, odwijał płótno i stawiał na boku figury, otrzepawszy je miękką szmatką z kurzu. Przymusowa kąpiel w Narwi nie sprawiła na szczęście Większej szkody: jednemu aniołkowi farba z nóżki oblazła i miecz świętego Michała przy czerniał od wody, ale to były drobnostki, nawet Wawrzuś mógł temu zaradzić, a farba i złoto były naturalnie pod ręką. Ktoś drzwi szarpnął z pośpiechem, wpadł paź wymachując rękoma.

- Cicho... zaprzestać roboty... odmieść trochę wiórów, cobym miał gdzie zydel ustawić... królewic! Rzucili się uprzątnąć trzaski, paź wsunął krzesło z poręczami, ze wszech stron poduszkami wyłożone. Po małej chwilce wszedł Swirenkowicz, otwarto podwoje, czterech ludzi wniosło ostrożnie lektykę do izby i ustawili ją na podłodze. Jeden z dworzan objął królewicza wpół, drugi pod ramię - stanął. Dużego był wzrostu, a wychudzony do ostatnich granic chorobą, wydawał się jeszcze wyższym. Ciemne włosy nosił dość długo, opadały mu do ramion; czoło szerokie, szlachetne, a pod owalnie zarysowanymi brwiami jarzyły się gorączką cudne czarne oczy. Cała dusza świętego królewicza mieszkała w tych mądrych, słodkich, miłosiernych oczach. Nos trochę za długi i wysunięta dolna warga Habsburgów czyniły nieco ujmy w jego urodzie. Snycerze stali pokornie na boku, czekając, aż raczy przemówić, a Wawrzuś, schowany za skrzydłami anioła Gabriela, wpatrywał się w bladą jak opłatek twarz księcia.

- Posadźcie mnie, znużonym jest - rzekł Kazimierz cicho. Powiódł oczyma po izbie.

- Gdzież są te święte wizerunki? Może jeszcze nie cale gotowe?

- Owszem, najmiłościwszy królewicu - odpowiedział Stanko przystępując i chyląc mu się do kolan - wszystko zrobione, ino ustawić i umocować. Wawrzuś, przynieś Świętą Panienkę! To jest główny obraz, proszę waszej książęcej miłości; własna robota mego rodzica. Kazimierz oparł łokieć na poręczy krzesła, a policzek na dłoni i patrzył długo w milczeniu. Błogi uśmiech rozjaśnił jego twarz zmęczoną, rzeczywiście wydawał się jakby zdrowszy. Czeladnicy podsunęli figury dwóch archaniołów, a Wawrzuś stanął o krok od księcia ze szkrzydlatym maleństwem na rękach. Królewicz patrzał i chwalił, a wciąż powracał wzrokiem do statuy Matki Boskiej. Wawrzuś zakaszlał się srodze i naturalnie dopiął celu.

- A... jeszcze coś więcej? Mniemałem, że ino te trzy posągi mają być w ołtarzu.

- W środkowej części, nad głową Matki Boskiej, unosić się będzie sześć aniołków - objaśnił Stanko.

- Słusznie... słusznie... jakoż mogłoby być inaczej! Regina angelorum... tak właśnie będzie najlepiej. Przybliż się, pacholiku, pokaż... Gębusia mileńka, oczka patrzą; gdyby nie skrzydełka, rzekłbyś niemowlątko żywe.

- Tego... ja rzezałem - wyszeptał Wawrzuś zająkliwie.

- Jakoż to być może? - królewicz spojrzał pytająco na Stanka.

- Prawdę gada, miłościwy książę. Rodzic mój najlepszym swym uczniem go mieni.

- I u Boga w łasce być musisz, skoro cię tak szczodrze obdarował. Uciechę mi wielką sprawiłeś. Proszę was - dodał zwracając się do czeladników - umocujcie tę właśnie figurkę w samym środku, abym ją dobrze widział. A tu masz parę złotych pieniążków; kup sobie co, abyś i ty miał pamiątkę ode mnie. Chłopiec objął królewicza za nogi i nie wiedząc jak dziękować, rozpłakał się. Wychudła ręka pogłaskała go pieszczotliwie.

- Cóż za ciężkie smutki? Co ci dolega?

- Nic... nic... takiście dobry!

- Ale gdzie tam! zdaje ci się ino - zaprzeczył królewicz, rozweselony. - Nie jestem wcale dobry; nawet w tej chwili popełniam grzech ciekawości... przyznaj mi się, powiedz, co sobie kupisz za te pieniądze? Chłopiec spuszczał oczy, to znów podnosił je, szukając czegoś na powale, przygryzał dolną wargę, a wciąż obracał dukaty w palcach.

- Rad bym wiedział, czego ci się zachciewa. No, nie bój się... powiedz, co sobie kupisz?

- Żółte ciżemki! - zapominając o szacunku dla książęcej osoby wrzasnął Wawrzuś.

- Jak powiedziałeś? Żółte ciżemki?

- Bo... bo Margośka takie miała... i na jarmarku widziałem... i... i... strasznie mi się podobają!

- Czy takie jak moje? - To mówiąc królewicz wysunął koniec trzewika spod ciepłej chusty okrywającej mu nogi.

- Aha, aha, takusieńkie! Już pięć lat mi w głowie siedzą.

- Tedy trzeba zrobić, coby siedziały na nogach; mam i na to rychłe lekarstwo. Janusz, biegaj do mojej sypialni, w skrzyni na samym spodzie leżą żółte ciźmy, co mi ich szewc nie utrafił, za krótkie były. Nadadzą się, tym lepiej; a nie, to poczekasz z jaki roczek, zanim ci noga podrośnie. Wincek... niech dają lektykę; bywajcie zdrowi, chłopcy! Wyciągnął ku nim rękę, ucałowali ja ze czcią i żałością. Po raz pierwszy, a może i ostatni w życiu widzieli królewicza. Przemówił do nich jeszcze; zmęczenie głos mu rwało.

- Uczyńcie... sercem was proszę... uczyńcie... by jutro mogła się odbyć msza święta przed nowym ołtarzem.

- Według woli waszej książęcej mości, na ósmą rano - odpowiedział Stanko, a do Jurka szepnął: - Cały dzień i cała noc przed nami, będzie gotowe. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dzień czwarty marca zapowiadał się pogodny i słoneczny. Ksiądz jałmużnik skończył właśnie poświęcenie ołtarza, zakrystian zapalił sześć grubych świec w srebrnych lichtarzach, a po dwadzieścia małych w wiszących od stropu świecznikach... Kapliczka zamkowa o wąskich gotyckich oknach, dość zazwyczaj ponura i ciemna, wyglądała dziś rano uroczyście i wesoło. Płomyki świec odbijały się stokrotnie w ognistym mieczu Michała archanioła, w rozszerzonych jakby do lotu skrzydłach Gabriela, lśniły w koronie Matki Boskiej i Dzieciątka... Ukryci za organkami czeladnicy teraz dopiero zrozumieli, jak pięknym jest dzieło w myśli mistrza Wita poczęte, a pracą ich rąk powołane do życia. Przyboczny lekarz księcia wszedł spiesznym krokiem do zakrystii.

- Wasza wielebność zechce pomówić z jego książęcą miłością; od północy nic w ustach nie miał; serce milknie, duszność go dławi, głosu prawie dobyć nie może... niechby choć małmazji kubeczek dla Wzmocnienia.

- Właśnie od północy do tej pory siedziałem przy jego łożu - odpowiedział ksiądz - zaklinam i błagam, by się choć odrobinę posilił; Ciało Pańskie i tak mu przy mszy podam, choremu wszystko wolno. Ani sobie mówić nie pozwolił. Upiera się, że jest o wiele rzeźwiejszy niż wczoraj, uniósł się nawet w końcu i milczeć mi kazał. Prawda, że w tej samej chwili płacząc swej porywczości żałował, ale... wybaczcie, wasza miłość, już mu dam spokój.

- Pośpieszcie ze mszą przynajmniej, a ja w zakrystii przysposobię kordiały. Wbiegł pań Świrenkowicz.

- Kniazia niosą!

- Już ubrany jestem - odparł ksiądz. - Z wejściem kniazia nabożeństwo rozpoczynam. U drzwi zatrzymała się lektyka i niesiony niemal przez dwóch silnych dworzan, wszedł Kazimierz do kaplicy. Posadzono go naprzeciw ołtarza w takim samym wygodnym krześle jak wczoraj. Szepnął coś paziowi do ucha, ten zarumienił się, zawahał, lecz na rozkazujący ruch głowy królewicza pobiegł do zakrystii i wyniósł klęcznik, który postawił u stóp chorego. Rozpoczęła się msza święta. Pań Świrenkowicz stał tuż przy umiłowanym kniaziu, baczny na każde skinienie. Cienie śmieci słały się już coraz wyraźniejsze na twarzy księcia; zapadłe oczy traciły blask chwilami i jakby mgłą zachodziły. Na skroniach szarzały ziemiste plamy. Mimo śmiertelnego osłabienia modlił się gorąco i z rozkoszą utkwił gasnące oczy w obliczu Królowej Aniołów; bezsilne usta szeptały słowa hymnu, który co dzień kilkakrotnie od lat wielu odmawiał: Omni die die Mariae Mea laudes anima... Podczas ewangelii kazał się dźwignąć i stał z opadającą na piersi głową. Przed samym podniesieniem zesunął się na kolana... Lekarz i Świrenkowicz uklękli przy nim i błagali go na miłość Boską, by usiadł. Spojrzał na nich surowo:

- Ja, marny proch, grzesznik nędzny, mam się rozpierać wygodnie, gdy mój Pań z nieba zstępuje? Usuńcie się precz... dręczycie mnie. Pochylił czoło w kornym pokłonie, oczy się zawarły... zemdlał. Bezwładnego posadzono na krześle i cucono... Ksiądz odwrócił się twarzą ku zgromadzonym, trzymając puszkę z Przenajświętszym Sakramentem, i schodził powoli ze stopni.

- Ecce agnus Dei... Królewicz spojrzał przytomnie; radość niebiańska rozpromieniła twarz jego przedziwnym blaskiem...

- Nie jestem godzien, abyś...

- Niech strzeże duszy twojej do żywota wiecznego... - szeptał ksiądz podając mu komunię świętą. W tej chwili zabrzmiały organy, i dworzanie, jak to co dzień na życzenie księcia pod koniec mszy czynili, zaczęli chórem jego hymn ulubiony: Już od rana, Rozśpiewana, Chwal, o duszo, Maryję, Cześć Jej świątkom I pamiątkom Co dzień w niebo niech bije! Cud bo żywy, Nad podziwy Jej wielmożność u Boga. Panna czysta, Matka Chrysta Przechwalebna, przebłaga! Kapłan odczytał ostatnią ewangelię. Idąc do zakrystii spojrzał bacznie na królewicza, potem z przerażeniem na medyka. Lekarz skłonił głową potakująco. Ksiądz jałmużnik dał znak ręką dworzanom, by się uciszyli, ukląkł na stopniach ołtarza i modlił się z płaczem:

- Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci na wieki. Amen. KONIEC ROZDZIAŁU