Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Tajemnica dworku pod cmentarzem

Co krakowski burmistrz kazał ogłosić pod ratuszem. - Okienko we drzwiach. - Człowiek o

pięciu imionach. - Kto pod kim dofki kopie. - Na co się zdaia cięzKa beczka. - Przez mur cmentarny

- Jasiek... Jasiek... stój! Gdzie lecisz?

- Wawrzuś! Jak mi Bóg miły, myślałem, żeś umarł.

- Mogłeś tak samo umrzeć i ty; com się nałaził wedle waszej chałupy i onego cmentarza, to strach.

- A com ja się ciebie naczekał w każdą niedzielę!

- Aha, czekałeś ta, gadaj zdrów; drzwi na kłódkę, okiennice zaparte.

- Juści. Przecieżem ci gadał na wyrozumienie, że skoro pań wyjeżdża, wszystko na moc zamyka; ino kuchenkę od podwórza wolną zostawia i tam po całych dniach siedzę. Czemużeś we drzwi nie walił? Byłbym usłyszał i z tamtej strony cię wpuścił przez furtkę w parkanie. Tyle niedziel, tyle niedziel...

- Ij... cobyśmy lamencili po próżnicy; dobrze się stało, żeśmy się dziś spotkali, to się już tak umówimy, że nie będzie bałamuctwa. Gdzie idziesz?

- Na Kłeparz do zajazdu. Już czwarty dzień stary mnie tam pędza, kupca jakiegoś pilno wyczekuje. Ów go zawiadomił przez wędrownego Słowaka czy Cygana, że w tych dniach będzie w Krakowie i ?Pod Czerwonym Koniem" zamieszka. Widno kumoter z jednego cechu, mają ze sobą sprawki. Tak mnie też posyła i posyła, nie może się doczekać. A ty gdzie?

- Ja po złoto do mistrza Macieja, brata panowego.

- To mistrz Wit mają tu brata?

- Jakże, starszy cechu złotników; z jego córką nasz Stanko żeni się niebawem. Słyszysz ty? Cóż tam za krzyki?

- Aha... w bęben biją!

- Ludzie biegną ku ratuszowi... już wiem, wiem, pewno zgubę jaką wielką obwołują albo jakie zarządzenie lub rozkaz pana burmistrzowy.

- Chodźmy i my posłuchać. Pod wieżą ratuszową była niewielka przystawka o trzech kamiennych arkadach i schodkach, przed którymi leżały dwa rzeźbione lewki. Teraz gmach ratusza, przystawkę i schodki otaczał zbity tłum ludzi; na schodach sługa miejski bił co siły w taraban, chwilami zupełnie przestając. Ciągle napływały nowe gromady, przechodnie biegli z ulic ku rynkowi i stawali przed ratuszem. Wawrzuś i Jasiek przepychali się przez ścisk i znaleźli się niebawem przy jednym z kamiennych lewków. Pod arkadami przystawki stanął mąż poważny, z siwiejącą brodą.

- Znaczny pań jakiś; podwójci czy co? - szepnął Jasiek w ucho Wawrzusiowi.

- Cicho, cicho - mruknął Wawrzuś - będzie cosik czytał. Urzędnik miejski zwiniętym w rulon papierem dał znak, by uciszyć wrzawę, po czym rozwinąwszy pismo, czytał: My, burmistrz, konsulowie i rajcy świetnego królewskiego miasta Krakowa na polecenie urzędu starościńskiego ogłaszamy wszem wobec i każdemu z osobno uniwersał niniejszy: Zbrodzien bezecny, niewiadomego miana, zwany Czarny Rafał, vulgo Majster alias Wojewoda, alias Piskorz, grasujący armata manu po różnych ziemiach tego najjaśniejszego królestwa oraz po krajach litewskich; czyniący łupiestwa, grabieże, mężobójstwa po gospodach, drogach i lasach, podań jest zaocznie wyrokiem sądawym na karę pręgierza i śmierci szubienicznej, gdziekolwiek w Koronie czy w Litwie pojman będzie. Który recente w trackim województwie, w lesiech między Białymstokiem a Kuźnicą, na kupce Ormiany ze Lwowa jadące do Wilna z hultajstwem swoim z zasadzki wyskoczył, pachołki onych poranił, towar ich odbić usiłował, tak że mu się ledwie obronie zdolili. Za czym, starościńska siła zbrojna scigan, przepadł bez wieści. Ktobykolwiek jego ukrycie urzędom królewskim czy miejskim wiadomym uczynił, w nagrodę czerwonych złotych dwadzieścia, kto by go zasię żywym czy umarłym onymże urzędom wydal, czerwonych złotych pięćdziesiąt otrzyma. Który, choćby spólnikiem łotra tamtego być się okazał, byle jeno krwie ludzkiej na rękach jego nie było, wszelakiej kazni waleń będzie, niemniej i nagroda wyliczona mu zostanie.

- Ano, przyjdzie łotrowi na koniec; ino kto go złapie? Wawrzek... a tyś co tak oczy wytrzeszczył? No, trzymaj, bo ci na bruk wypadną. Żal ci zbója czy co takiego? Ruszże się, gadaj... a może cię kto urzekł? Stoi jak ten kamień... Wawrzuś zamrugał oczyma, jakby ze snu zbudzony, obejrzał się bojaźliwie i szepnął Jaśkowi do ucha:

- Ja go znam...

- Kogo? Tego opryszka?

- Cicho... nie krzycz... może on tu gdzie stoi niedaleko...

- Nie plótłbyś głupstw!

- Żebym ci wszystko opowiedział, tobyś zapomniał śmiechu. Pójdziemy, odprowadzę cię ku Kleparzowi, pogadamy. Idąc Floriańską ulicą opowiedział Wawrzuś przyjacielowi całą swoją historię, od pierwszego spotkania z pielgrzymem w puszczy aż do napadu w kuźnickim lesie.

- Dzisiaj krótko, piąte przez dziesiąte napomykam, bo mi pilno wracać - kończył zatrzymując się przed bramą. - Jak się zejdziemy którego dnia spokojnie, dowiesz się więcej. Ino to najważniejse, że ów Majster a Czarny Rafał, a Wojewoda to wszystko jeden i ten sam człowiek, mój wróg okrutny, com go w myśli zwał Pielgrzymem. Ach, sprawiedliwy Panie Jezu, dozwól, aby go już raz złapano, coby więcej ludzi nie krzywdził. No, a ty z twoim gospodarzem nie próbowałeś skończyć? Przecie się już ciebie nie boi, niech cię puści, i tak go nie wydasz.

- Ani sposób gadać do niego; zły jakiś jak sto diabłów. Zresztą, nie było nawet kiedy; jak pojechał po Nowym Roku na Węgry, to go blisko dotychczas nie było. Jacyś ludzie łazili raz po raz popod nasze okn^a. Widno się bał, że się jego uczynki wydały, więc dał nura na kilka tygodni. Teraz niby wrócił, ale nosa za drzwi nie wystawia, umarłego udaje.

- A tyś co robił, jak go nie było?

- Pomyśl ino, grosza mi na życie nie zostawił. "Zarób se - powiada - będziesz miał co jeść".

- Ano, bo i prawda; próżnować grzech wielki.

- Ino niech wasza wielebność, ojcze kaznodziejo, wyrozumie, jaką to robotę Hincz Bartnik swojemu słudze doradza...

- I tyś go słuchał? Znowu kradłeś?

- Niech jutra nie doczekam, jeżelim aby jedną nitkę komu wziął! Od tego dnia w kościele... Jak Boga najświętszego miłuję! Wawrzuś, ty mi wierzysz?

- Wierzę.

- Chodziłem od domu do domu, od zajazdu do zajazdu, rąbałem drwa, nosiłem wodę, dźwigałem wory z mąką piekarzom. Co pod ręce popadło, niczegom nie minął, ino tego... co wiesz... tego nigdy. Pań przyjechał i plecy mi zerżnął w porządku, że jednego grosza dla siebie z mojej pracy nie dostał.

- Biegnijże w swoją drogę, a ja w swoją. Zmitrężyliśmy niemało czasu, dostaniemy oba po uszach... bądź zdrów.

- Czekaj, czekaj, kiedyż przyjdziesz?

- Wszystko jedno; mogę i jutro po robocie.

- A mego pana się nie bój, nie taki on straszny. Cóż mu to wadzi, że czasem jakowyś kamrat zajrzy do mnie? Zresztą, kręcił się będę po sieni, ino zbyrkniesz klamką, otworzę ci, pójdziemy se do kuchenki, ani cię ujrzeć nie musi. Jedno źle się składa, że odkąd z Węgier powrócił, furtkę z podwórza także zamyka i klucz w kieszeni nosi. Będę go musiał prosić jutro, może mi da.

- No, to do widzenia! Już lecę. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Widno jeszcze było, gdy Wawrzuś dochodził do dworku Bartnika. Tatarak na mokradłach zaczynał się już zielenić; pierwsze kwiatki wiosenne, jaskrawożółte kaczeńce, rozsypały się gęsto po łące świętego Sebastiana, wierzby okryte puszystymi baziami i aksamitnymi kotkami drżały poruszane wietrzykiem. Nawet cmentarzyk świętej Gertrudy ze swą zaniedbaną kapliczką nie budził takiej grozy w sercu przechodnia, bo na bezlistnych jeszcze gałęziach drzew i na ramionach pochyłych krzyżów rozsiadały się chmary wróbli i świergotały zawzięcie, przeskakując z gałązki na gałązkę. Niski mur cmentarny, wyszczerbiony w wielu miejscach, przyodział się jak mógł nikłymi trawkami: na gontowym daszku bramy zieleniły się kępki mchu. ?Przecie co wiosna, to wiosna - myślał Wawrzuś oparty łokciami na wyrwie w murze - jak też tu straszne było wtedy w zimie, gdym chodził z Jaśkiem po łące. Straszno było, a teraz ino smutno... Och, Boże, Boże, co tu kizyżów, jeden wedle drugiego... Dlaczego tyle złych ludzi na świecie? O Matko Boska... święci aniołowie, dopomóżcie mi wyratować Jaśka!" Przeżegnał się jak po pacierzu i spojrzał na niebo. ?Ściemnia się, pójdę; on tam już pewno w sieni nasłuchuje. Za nic bym tu nie mieszkał; domosko w ziemię wpadłe,cmentarz pod bokiem... i to jeszcze taki cmentarz! Pustka przestraszna... iłem tu razy przychodził, nigdy żywego ducha." Poruszył ostrożnie klamkę - nic. Wziął młotek wiszący na sznurku i zakołatał z cicha. Ktoś uchylił okienko w górze drzwi, światło latarni błysło chłopcu w oczy.

- Jasiek... czy to ty? Klucz zgrzytnął, drzwi otwarły się z nagła. Wawrzuś wszedł. Łojowa świeczka w latarce, postawionej na podłodze, ledwie tyle dawała światła, że można było widzieć postać wysokiego mężczyzny.

- Jaśka nie ma? - spytał Wawrzuś znowu. W odpowiedzi ów ktoś obrócił klucz w zamku dwa razy i schował go do kieszeni. Zrobiło się chłopcu trochę nieswojo.

- Do Jaśka chciałbym... - powtórzył nieśmiało. Gospodarz schylił się i podniósł latarnię na wysokość swej twarzy.

- Je... Je... Je... Jezus Maryjaaa! Pielgrzym! - wrzasnął Wawrzuś nieludzkim głosem.

- Krzycz, krzycz, synku; nie żałuj sobie, krzycz co sił - z ohydnym śmiechem rzekł Bartnik - gdybym ja był na twoim miejscu, tobym wył jak pies. Äaa! - odetchnął pełną piersią. - Teraz mi jest dobrze na świecie... a cale błogo mi będzie, gdy tobie gardło poderżnę. Ino ci się jeszcze muszę napatrzyć do syta, szczenię przeklęte! - Zawiesił latarnię na ścianie i wziął się pod boki. - Przysiągłem sobie tego wieczora, co mnie za twoją sprawą do miejskiego lochu zamknięto, że kropli wina nie przełknę, póki cię w moje ręce nie dostanę. Pięć lat czekam... ale za to dziś tak się spiję, aż pod ławą leżał będę, cha! cha! cha! Wawrzuś milczał. Straszne wstrząśnienie przemijało, a z powracającą przytomnością budziła się naturalnie myśl obrony, ucieczki wyrwania się z mocy dzikiego zwierza. ?Za mną sień drzwi od podwórza... mur cmentarny niski... jednym susem przeskoczę..." Nie było czasu na długie myślenie; a nuż porwie noża i zabije... uciekać... uciekać w tej chwili. Czarny Rafał przechylił głowę na bok i wpijał w chłopca wzrok coraz nabiegający wściekłością.

- Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem się zejdzie. Spod kościołaś mi uciekł, na krakowskim rynku inoś mi się mignął; w Kuźnicy wierciłeś się pod moim nożem, jak robak pod butem, i wyratował cię psi syn jakowyś, bodaj z piekła nie wylazł! Dziś sprawię sobie łaźnię z krwi gorącej... cały się twoją posoką umyję... od dziś ja Czerwony Rafał, nie Czarny! Cha! cha! cha! Wawrzuś nie spuszczał oka z potwora i nieznacznie usuwał się w głąb sieni. Rafał nie zauważył tego, ryczał dalej dzikim śmiechem... nagle wyciągnął ręce i rzucił się do chłopca. Lecz nie dosięgną! go, Wawrzuś bowiem równocześnie dał olbrzymiego susa wstecz i już miał wpaść na podwórze, gdy wtem zdało mu się. że ziemia się pod nim rozstępuje, wleciał w jakąś czeluść... i zemdlał. Kiedy się ocknął, poczuł ból w kolanie i ręka zadrapana do krwi piekła go trochę. Pomacał dokoła siebie: futra, tkaniny grube... powietrze zalatywało stęchlizną. ?Wpadłem do jakiegoś lochu - pomyślał - dlaczegoż ten okrutnik nie zabił mnie jeszcze? Ciemno, cicho... a może on tu jest w kącie i czeka mego zbudzenia?... - Przycisnął usta rękoma, by oddechu nie było słychać. - Za mało mu uciechy pchnąć nożem zemdlałego; chce się najeść mego strachu, mego krzyku, będzie mnie żywcem na kawałki krajał.. wszystką krew ze mnie wypuści... Dv mówił, że... o Jezu... ani się obronić, ani uciec... A może z -tego zakamarka jest jakie drugie wyjście?" Wstał powoli, bojąc się wyprostować, żeby głową o jaki mur nie uderzyć; stawiał malutkie kroki, a ręce wyciągał przed siebie. Natrafił na jakiś schodek... drugi, trzeci, było ich z piętnaście... Jakaś zapora... ?Aha, drzwi w podłodze! Pewno były otwarte i dlatego wpadłem; szczęściem, że na kożuchy, tom się nie potłukł... Zamknął mnie... ma zabawkę, jak kot z myszą; raduje się, że ja tu zębami dzwonię i śmierć przede mną straszna stoi." Usiadł na przedostatnim schodku i zgięty wpół, nasłuchiwał. ?Cichusieńko... wyszedł z domu? Już wiem... Zabrał Jaśka i wyjechał, a mnie tu w ciemnicy zostawił. Powróci za dwa tygodnie." . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ?Boże, dzięki Ci!... jakieś kroki! ktoś bliziutko drzwi otwiera... Gdzie idzie? Aha... brząka kluczami, otwiera drugie, wychodzi? Nie!"

- A ty darmozjadzie, trutniu jeden, gdzie się wtoczysz do tej pory? - dał się słyszeć gniewny głos Czarnego Rafała.

- Posyłacie mnie tyle pędy na Kleparz, a potem się dziwujecie, że ptakiem nie wracam - odpowiedział głos Jaśka. - Rano ?Pod Czerwonego Konia", wieczór ?Pod Czerwonego Konia", ile już dni łażę! Psu by się sprzykrzyło. Kupiec przyjechał, ale go nie ma w gospodzie.

- Ale go nie ma, ale go nie ma - szyderczo powtórzył Rafał. - Od kiedy już u mnie siedzi! Biegaj do zimnej komórki, przynieś miodu gąsiorek, tego, co w kącie na lewo. O kubkach nie zapomnij! Słyszysz?

- Abom to głuchy? Zaraz idę.

- Próżniaczysko... musiałem sam napalić w alkierzu, bo ręce grabieją.

- W kwietniu? Zimnica się wam wraca, ja temu nie winien.

- No, śpiesz się, cobyśmy nie czekali długo. Ucichło. ?Jezu najmilejszy... gdybym go mógł przywołać... Idzie!"- drżącą z niepewności i strachu ręką zapukał kilka razy w drzwi od piwnicy.

- Jasiek... słyszysz mnie? To ja... Wawrzek...

- O rety... Jasiek przyklęknął, schylił się i przyłożył usta do szpary.

- Na miły Bóg... cóż ty tam robisz?

- Chciał mnie zabić, uciekłem, drzwi były otwarte, wpadłem w dziurę.

- O łajdak! Zamknął cię na kłódkę!

- Nie potrafisz otworzyć?

- Jakżeż? Klucze zawdy trzyma w kieszeni.

- Zlituj się... ratuj!

- Czekaj no... dobra nasza! Abom to na darmo na dzwoniącej kukle terminował? Niosę im napitek, żrą się tam oba z kupcem w alkierzu, aż tu słychać. Sprzątnę mu klucze, ani się opatrzy. Siedź spokojnie, zaraz wracam.

- Ach, ino się śpiesz, bo mi się serce potarga od strachu... ?Królowo nieba i ziemi, nie daj mi ginąć tak marnie! Siedzi i siedzi... może mu się nie udało... zbój go za rękę przyłapił... przyjdzie z nożem... o... kroki słychać... nareszcie!" Jasiek otworzył kłódkę.

- Poprzyj sobą krzynę, bo drzwi ciężkie... wyśliźnij się... O matko, gdzież ja cię schowam?... O rety... już idą! Wtul się do kąta za beczkę, przykucnij... uciekam do kuchni... może cię jako później wypuszczę. Ledwie że Wawrzuś połę od kożuszka ku ścianie podsunął, głosy rozmawiających zbliżyły się ku drzwiom od pierwszej izby, naprzód wyszedł kupiec, za nim Hincz Bartnik

- Czarny Rafał. Sprzeczali się głośno i wymachiwali rękami.

- Myślicie, że ja kuję czerwone złote? - krzyczał brodaty kupiec ze złością - sto dukatów za trzy sznury pereł! Śmieszno posłuchać.

- U Balcera w bogatym kramie zapłacilibyście dwa razy tyle abo i więcej - dowodził gospodarz zachrypłym głosem.

- Sprawiedliwe słowo... idźcie se do Balcera, niech od was kupi. Piękny towar, bez przygany, ino go się przędaje w nocy, nie w dzień, i w zamkniętym alkierzu, nie w Sukiennicach.

- Ostatnie słowo?

- Dwadzieścia czerwieńców.

- Bodajeś siedem lat konał na jednym boku i skonać nie mógł, Judaszu!

- Za takie dobre życzenie należy się jeszcze lepsze: Niech pan Bartnik ma letkie skonanie, i to nie za siedem lat, ale na ten przykład za siedem dni. Dobranoc.

- Dawaj dukaty, zdrajco, bierz perły.

- Nu, po co było tego hałasu? Ja wiedział, co wasza miłość bardzo zgodliwy człowiek, ino sobie czasem lubi pożartować z Abramkiem. Żebym tak zdrów był, ile ja już lat z panem Bartnikiem handluję!

- Skórę ze mnie drzesz, niewiaro jedna! Teraz się wynoś, mam ważną sprawę do załatwienia. Wyciągnął z bocznej kieszeni wielki, ciężki klucz, otworzył i silnym uderzeniem w plecy wyrzucił kupca za drzwi.

- Jasiek!

- Czego chcecie? - rzekł chłopak niechętnie, wychodząc z kuchni powoli i udając zaspanego.

- Przynieś mi nóż z izby sypialnej; na skrzyni leży.

- Nie pójdę... boję się... w waszej izbie straszy.

- Głupiś; zresztą, wszystko jedno, mam ich kilka i w lochu. Weź z kuchni kaganek, poświecisz mi na dół... albo nie, daj mi latarnię, sam pójdę. - I mruknął przez zęby: - Mazgaj gotów by... słucha] no - mówił dalej głośno - idź zaraz na strych, przy ostatnim kominie za krokwią wisi worek nieduży, przynieś mi go. No, czego stoisz?

- Takim zmęczony... jutro rano przyniosę.

- Idź mi w te pędy, bo rzemień zedrę na tobie, smyku jeden! Nie było rady, musiał iść na strych. Szczęściem schody znajdowały się blisko drzwi od piwnicy, po drugiej stronie ściany. Poszedł. Czarny Rafał ukląkł i syknął z podziwu:

- Tysiąc diabłów! Byłbym przysięgał, że klucze mam w kieszeni, a one przy kłódce... no, no, starzeje się człowiek czy co! Odłożył kłódkę na bok, z trudem dźwignął drzwi do góry i oparł je o ścianę. Stąpał powoli, świecąc sobie kagankiem. Jasiek zawrócił czym prędzej; czupryna Wawrzusia i pałające oczy wyrosły ponad beczkę. Starszy chłopiec dał znak ręką i zsunął się po poręczy na ziemię. Z głębi piwnicy słychać było drwiący głos Bartnika:

- Ptaszeczku, a gdzieżeś? Najdę cię, najdę, nie bój się, zakamarków tu nie ma; jak cię pogłaskam po gardziołku, to zaśpiewasz niczym słowik... Szarpnęli drzwi od ściany, zapadły z trzaskiem i łomotem...

- Hej... A tam co się dzieje? - krzyknął Rafał z lochu. - Jasiek, zleź no ze strychu. Jasiek!

- Rety... trzęsą mi się ręce... kluczyk się zaciął czy co? - szepnął Jasiek, duże krople potu wystąpiły mu na czoło. - Poświeć prędko... o Jezu... nie möge. . już jest!

- Czego te drzwi zleciały? Dźwignij trochę, ja pomogę z dołu; no, cóżeś tak zesłabł, durniu jeden?

- Matko... a jak wyważy plecami? Chłop silny, a zawiasa jedna zardzewiała.

- Przystawić czym ciężkim - odparł Wawrzuś.

- Ha... łotry... hultaje... złodzieje' Toście sobie zadrwili ze mnie! - ryczał pod ziemią zbój. - Nie radujcie się jeszcze przed czasem... choćbyście zdolili uciec, zanim drzwi wyważę, nie skryjecie się przede mną. Mam w Krakowie dwudziestu na usługi; na jutrzejszą noc dostawią mi was obu.

- Jasiek... przepadliśmy! Wywali drzwi, jak Bóg na niebie. Istotnie, pchane mocarnymi plecami Rafała dębowe deski zaczęły się jakby wzdymać, zardzewiała zawiasa chrzęściła.

- Beczka! - zawołał Jasiek.

- Ale czy ciężka?

- Nie ruszałem jej nigdy, stoi w tym miejscu, odkąd tu jestem.

- Ani mi się ważcie tykać beczki! - wyło spod ziemi.

- Nie mogę ruszyć.

- Dawaj zaraz! Przysądzili się obaj i z trudem dotoczyli ciężar na środek drzwi. Czas już był wielki: gwoździe od zawiasów ruszyły się.

- No... ale mi też ulżyło! - westchnął Jasiek. - Jednego nie rozumiem, czego on chciał od ciebie? Pierwszy raz chłopca widzi i zaraz zabijać. Chyba cię chciał postraszyć dla śmiechu?

- Ależ, Jasiek, słuchaj, kiedyżem ci miał tłumaczyć? Twój Hincz Bartnik to mój Pielgrzym, to... Czarny Rafał!

- Jezusie Nazareński! Co za szczęście, żeś wpadł do lochu!

- A jużci; już leciał na mnie, jak wtedy przed laty pod kościołem.

- Chłopcy, puśćcie... jacy wy głupi, to śmiechu warte, doprawdy! Odwalcie beczkę, drzwi otwórzcie, dy wam nic nie zrobię! - prosił więzień śmiejąc się. - Ten mały niech se idzie spokojnie do domu; tobie by się należały baty, ale ci ten raz daruję. Stchórzyliście z głupoty, nie ma za co karcić tak srodze.

- Aha, gadajcie, ile wola; na nie się to nie przyda; nam życie miłe.

- Jak Boga kocham, puszczę was zdrowo!

- Ty Boga kochasz? - wrzasnął Wawrzuś schylając się do szpary - ty Boga kochasz? A święte kielichy kto pokradł Panu Jezusowi?

- Alem oddał co do jednego.

- Hi, hi, hi!... a to ci dobrodziej! Rzucił do rowu świętości, a gada, że oddał.

- Uciszcie się, posłuchajcie. Na moje życie przysięgam, że wam włos z głowy nie spadnie, ino mnie puśćcie! Zapomnę o wszystkim. Daruję i tobie, Jaśku, i tobie, co nawet miana twego nie znam. Skończone rachunki, ani was palcem tknę!

- A słyszeliście ogłoszenie pana burmistrzowe?

- Milion tysięcy diabłów!

- No widzicie. Mnie ta na złotych pieniądzach nie zależy; do tej pory podarunek od królewicza nietknięty w kalecie. Ino trząść się ze strachu przed wami już dłużej nie chcę, Jaśka mi pilno wyratować, i cobyście ludzisków nie rabowali i nie uśmiercali.

- Głupiś, boś młody - łagodnie perswadował Rafał. - Ino wyjdę z lochu, to wam dam po worku dukatów, że je ledwo udźwigniecie.

- Dziękujemy; nie trza nam.

- Po dwie garści drogich kamieni... diamentów iskrzących, szmaragdów zielonych jak trawa, szafirów jak niebo w nocy, rubinów czerwonych jak krew.

- Takich jak moja, coście się w niej myć chcieli? Dziękujemy za wszystko; już darmo nie gadajcie, odchodzimy. Patrzaj no, Jasiek... tu, gdzie beczka stała, dziura okrągła.

- Widzicie, ludzie! To on, pewnikiem miał tędy drugie wyjście abo schowek!

- Zobaczymy. Poświeć ino; nie można tak schodzić lekkomyślnie; a nuż to studnia z wodą? Kto go wie, na co takiej dziury potrzebował. Zajrzeli w głąb; drabina stroma.

- Nie łaźcie tam! - krzyczał Rafał - przy samych schodach niedźwiadka trzymam na łańcuchu. Mnie ino zna... was podusi i pożre.

- O rety!... - wrzasnął Jasiek i cofnął się. Wawrzuś parsknął śmiechem.

- Właśnie teraz pójdziemy śmiele. Nie rozumiesz, że plecie byle co, aby nas odstraszyć? Zejdźmy powoli, ja naprzód me boję się niedźwiedzia. Spuścili się po drabince na dół i szli wąziutkim, niskim korytarzykiem.

- Słyszysz, jak pięściami o drzwi tłucze?

- O j oj... drzwi na kłódkę zamknięte!

- Masz tobie! A teraz co?

- Ukręcić.

- Nie da się; za mocna.

- Ano, to wracajmy jak niepyszni.

- A nie. Kiedy się tak bał, widno jest sposób dotrzeć... aha! Jakeś piwnicę zamykał, widziałem kilka kluczy na rzemyczku.

- A prawda! To te będą.

- Skocz i przynieś. Z łatwością dobrali klucz i drzwi otwarli; znowu korytarz bardzo długi, na końcu drzwi żelazem okute, z dwoma zamkami.

- Są większe klucze?

- Są.

- No, to otwieraj. Spiżarnia czy co? Na ziemi dokoła ścian stały szklane gąsiory i ciężkie baniate kamionki; pewno ze starym winem albo miodem. Wyżej dwie długie półki; na jednej mniejsze i większe woreczki ciasno trzema rzędami ustawione. Zajrzeli do któregoś: same złote pieniądze. Na drugiej półce kilka drewnianych. szkatułek. Jasiek postawił latarnię i podniósł wieko jednej skrzyneczki.

- O dlaboga świętego!... To te kamienie drogie, co je nam obiecował! Phi... teraz bez pozwolenia nabierzemy se, ile dusza zapragnie. Wawrzuś splunął z obrzydzeniem.

- Tom ja się cieszył jak głupi, żeś ty ino z musu źle robił, a w sercu poczciwość chowasz, a tobie łupy złodziejskie pachną? Bierz... kradnij... najedz się onych skarbów... znać cię nie chcę! Przypadł twarzą do ziemi i zaniósł się płaczem.

- O Jezu, Wawrzuś! Cichaj... to nieprawda... to ino pokusa diabelska... nie płaczże tak strasznie... bodaj te drogości smołą się rozpłynęły! Już nigdy, przenigdy ździebełka cudzego nie tknę! Niech mnie Pań Jezus tutaj zaraz śmiercią skarżę, jeślibym miał słowa nie dotrzymać. O, Wawrzuś, Wawrzuś, ino tego nie gadaj, że mnie znać nie chcesz! Ja cię tak okrutnie miłuję.

- A ja ciebie jeszcze bardziej, dlategom płakał. Idźmy stąd; trza dać znać na strażnicę. Idąc z powrotem, spostrzegli w korytarzu mały kuferek, którego poprzednio w pośpiechu nie zauważyli.

- A to co? Zobaczymy.

- Dziękuję Ci, Panie Boże... moja odświętna przyodziewa. Sukmanka od pana miecznika, a tu kożuch, buty, koszula, o... i pasik z trzosem, wszystko! Pozwolisz mi to zabrać?

- Dy twoje własne, uczciwie zapracowane, bierz.

- Oj, Wawrzuś... bieda...

- Jaka? Tak nam się wszystko po myśli składa, jakby aniołowie stróże za rękę nas wiedli.

- Ta ono prawda. Ale drzwi od ulicy na dwa spusty i na sztabę zamknione, klucz u... onego, od furtki tak samo, parkan wysoki, jeszcze i gwoździami najeżony. Którędyż się wydostaniemy z tego więzienia?

- Niechże cię głowa nie boli o takie drobiazgi! Parkan wysoki, za to mur cmentarny niski i poszczerbany; przejdziemy jak po schodkach.

- O Matko... przez cmentarz? W nocy?

- Ij... durnyś ty. Za żywota źle robili, wtedy byli straszni. Pod krzyżami cichuśko leżą, nic nam nie zrobią. Nawet koniecznie nam przejść tamtędy, bo swoich rzeczy nie możesz tu ostawić.

- Abo co?

- Abo to, że jak po zbója przyjdą, wszystkie jego sprzęty i majętności do sądu oddadzą; jakożbyś im dowiódł, które rzeczy są twoje? A tak, przerzucisz przez mur, schowasz w jakim kątku, a jutro albo pojutrze zabierzesz tobołek i mnie oddasz do przechowania, póki sobie służby nie najdziesz.

- Kto przyjmie złodziejskiego parobka! - szepnął Jasiek.

- Idź do pana miecznika, opowiedz mu wszystko, ani słówka nie zataj, przyjmie cię na powrót, zobaczysz. Jasiek zabrał swoje zawiniątko, przeleźli z łatwością na cmentarz i szli w milczeniu ku przeciwnemu murowi.

- Coś się rucha...

- Wiatr gałęźmi rzuca.

- Coś szepce...

- Suche liście pod nogami.

- Jezus, Maryja, ktoś idzie ku nam!

- Wstydź się, tchórzu! Gdzie? Kto idzie?

- O... tam od kapliczki...

- Stanze spokojnie i patrz śmiało. Daj mi rękę; jak nas upiór chyci, to obu razem. Cóż? Jeszcze ci się zwiduje?

- O... tam... takie długie, czarne...

- Cień od tego wysokiego krzyża; prawieś jak dziecko trzyletnie, co się strachów boi! No pójdź, nie ma czasu do stracenia. Pewno wszystkie bramy miejskie pozamykane.

- Już nam ani święty Boże nie pomoże; nie wpuszczą nas - westchnął Jasiek.

- Ee... gdzie tam. z muzyką, bębnami i chorągwiami na ratusz nas zawiodą - żartował Wawrzuś. - Toli wczoraj dopiero czytał ów pań list o Czarnym Rafale, a dziś naszą ciężką pracą przyłapaliśmy zbója.

- No, to drała do Nowej Bramy! Pobiegli.

- Stukajmy oba na raz, prędzej nas usłyszą. Załomotali kołatką. Strażnicy, przyzwyczajeni do tego rodzaju figlów pijackich, nie odpowiadali wcale, a chłopcy dobijali się natarczywie. Wreszcie pań Onufer otworzył pamiętne dla Wawrzusia okienko i krzyknął ze złością:

- Precz mi stąd, urwipołcie przejęte! Wracajcie pod wiechę, kiedyście jeszcze nie dopili, a nam dajcie spokój!

- Pod nijaką wiechą nie byliśmy ani nie pójdziemy; gadaj do niego, Wawrzuś, może se przypomni.

- Kiedy to nie wachmistrz. Otwórzcie, wasza miłość. Pożądaną wieść niesiemy. Czarny Rafał w naszym ręku! Ceklarz rozśmiał się głośno.

- Mogłeś co mędrszego wymyślić, tobym cię może wpuścił. Czarny Rafał... proszę ja kogo! Jak już łgać, to dobrze, prawda? Starostowie se zęby na nim połomili, a dwóch wyrostków go trzyma! Idźcie se do Rafała, może was przenocuje.

- Zaklinamy waszą miłość, wpuśćcie nas do miasta! Sprawa tak wielkiej wagi...

- Będziemy się poty tłukli, aż nas...

- Wawrzuś... straż miejska pod murami... prosto ku nam...

- Co tam za gwałty o północy? Bramę chcecie rozwalić? Stój! Ani kroku! - zawołał rotmistrz ceklarzy.

- Nie w głowie nam uciekać; łaska Boska, żeście, wasze miłoście, nadeszli, może się przecie doprosimy jakiej pomocy.

- Bierzcie chłopaków na strażnicę. Jak dostaną po dwadzieścia pięć odlewanych, to im się odechce burdy robić. No, marsz!

- Ależ ulitujcie się, wasza miłość...

- Idziesz czy nie, łobuzie jeden z drugim!

- Złapaliśmy Czarnego Rafała! Bóg świadkiem, że prawdę mówię! - zawołał Wawrzuś podnosząc rękę jak do przysięgi.

- Jeszcze imienia Boskiego wzywa, zuchwalec jeden'

- Pójdźcież się przekonać, macie nas w ręku. Wyliczycie nam po pięćdziesiąt, nie po dwadzieścia pięć, jeśli nie jest tak, jako mówimy.

- Uczciwie chłopcu z oczu patrzy; cóżeś ty za jeden? - spytał dowódca.

- Mistrza Wita uczeń. Chciejcież uwierzyć i pójść z nami.

- Daleko?

- Na Brzegach; pod cmentarzem świętej Gertrudy.

- Prowadź. Przez drogę chłopcy opowiedzieli, co tylko wiedzieli o Czarnym Rafale, bez ładu i składu; to jedno mógł rotmistrz zrozumieć, że człowiek zamknięty przez nich w piwnicy musi być jeśli nie tym samym, przez sądy poszukiwanym, to w każdym razie zbójem godnym szubienicy. Gdy zaszli na miejsce, żołnierze wyważyli furtkę od podwórza, bo nie było inaczej dostępu, i cały oddział wszedł do sieni. Jasiek wskazał beczkę na drzwiach, za czym obaj z Wawrzusiem cofnęli się do kuchni, by tam pod dozorem strażnika czekać, aż się rotmistrz przekona, że całe ich doniesienie było prawdziwe. Słyszeli wrzaski, szamotanie się, przekleństwa, ciężkie kroki żołnierzy niosących skrępowanego zbrodniarza; potem brzęk kajdan i rozkazy wydawane przez dowódcę straży.

- Ja sam z Piotrem, Kubą i Mateuszem odprowadzę ptaszka do klatki, a jutro rano wręczę klucze od skarbów panu burmistrzowi. Choć jednak drzwi od korytarzy pozamykane, mógłby kto, świadomy onej barci, chcieć się wedle niej zakrzątnąć pod nieobecność bartnika; tedy Marcin, Tomasz, Krzysztof i Paweł zostaną tu na noc. A ty, Szymek, odstawisz chłopców do cekhauzu. Wawrzuś aż podskoczył, słysząc to rozporządzenie.

- A cóżeśmy to okradli czy zabili kogo, że nas więzić chcecie? - krzyknął zrywając się z ławy. - Pójdę do rotmistrza; za co nam taką krzywdę wyrządza?

- Nie bądźże głupi i siedź spokojnie - tłumaczył mu strażnik. - Gdzieś przecie nocować musicie, a tu was nie ostawią i pewno sami byście nie chcieli. Rano się pośle do mistrza Wita, a skoro zaświadczy, żeś jego czeladnik, a ten drugi twój przyjaciel, tej godziny będziecie wolni. Nijaka wam się krzywda nie dzieje.

- Wyjrzyjmy do sieni - szepnął Jasiek - chciałbym pojrzeć na onego. Wawrzuś się wzdrygnął.

- Za nic w świecie!

- Dy skrępowany...

- Jużem się mu napatrzył aż zanadto; mam dość na całe życie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Proces Czarnego Rafała trwał długo, coraz to nowe zbrodnie wychodziły na jaw, udało się złapać kilku z jego bandy, sąd przesłuchiwał świadków, okazało się, że popełnił rabunków, kradzieży mnóstwo; grabił kościoły, mordował podróżnych bez litości, słowem, dziesięciokrotnie na karę śmierci zasłużył. We dwa miesiące po strasznej przygodzie i szczęśliwym ocaleniu Wawrzusia przybył nowy biały krzyż na cmentarzu świętej Gertrudy. KONIEC ROZDZIAŁU