Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Poręba

Podstarości z Niegoszowic i jego miłość, pań Wawrzyniec, - Drewiany konik, brat

drewnianej jaszczurki. - Do Poręby! - Skowronek w gnieździe. - Jasiek nie je klusek, Marysia skubie róg zapaski. Czeladnicy mistrza Wita poskładali narzędzia, odpasali fartuchy, kilku wykwintnisiów skoczyło do sypialni za pracownią zmienić podniszczoną odzież i przeczesać zapylone włosy, inni wybiegli na miasto nie umywszy nawet rąk po robocie, a wszystkim pilno było uciec z warsztatu. Ci, co się postroili, zawrócili z ulicy Poselskiej w Grodzką i podążyli spiesznie do gospody "Pod Srebrną Gruszą", gdzie właśnie odbywał się poczęstunek wyzwolinowy Pietrka z Myślenic, pozłotnika, na którą to zabawę solenizant zaprosił kilku dobrych znajomych z innych pokrewnych cechów. W pustej i wyjątkowo cichej czeladnej izbie siedział przy stole Wawrzuś i rysował kredą na tabliczce jakąś postać wysmukłą w powłóczystej szacie. Pocierał czoło lewą ręką, to zmów zmazywał rysunek mokrą szmatą, nie szła mu robota. "Ściemnia się, dam spokój; trza będzie jutro próbować, może lepiej pójdzie. Kto tam? Czego?" W uchylonych drzwiach od sieni ukazała się jakaś jasna głowa.

- Chciałbym się wi... jesteś w domu! Wysoki, ogorzały chłopak po wiejsku ubrany wskoczył do izby, nie prosząc o pozwolenie, i chwycił siedzącego z tyłu za ramiona.

- Cóż tam za głupie krotochwile?... Puszczaj! - odwrócił się i skoczył na równe nogi z krzykiem: - O rety... Jasiek!

- A ja!

- Skądeś się wziął?

- Przyjechałem z końmi na jarmark. Chłopców i Kaspra zostawiłem w stajni, a sam co tchu do ciebie... Aj, Wawrzuś, Wawrzuś... tyle lat, jakem poszedł z Krakowa! Gadaj no... to już będzie... chyba...

- Ano, ni mniej, ni więcej, ino pięć roków i trzy miesiące.

- Jak ten czas leci, aż się w głowie zawraca! Ale skądże tak dokumentnie pamiętasz? Nawet miesiące?

- Bo widzisz, ów ten rok srodze był dla mnie ważny. Cała przeprawa z Czarnym Rafałem... jeszcze mi dziś włosy stają na głowie...

- Oj i mnie!

- No, a przedtem nasza droga do Wilna z ołtarzem dla królewica. Widziałem go tak z bliska, jak ciebie teraz; kolana jego całowałem, do śmierci tego dnia, tego miesiąca i tego roku nie zapomnę. No... ale co z tobą się dzieje? Czemużeś nigdy nie zajrzał?

- Nie mogłem; jakoś we dwa czy we trzy tygodnie... wiesz, Wawrzuś, do dzisiejszego dnia ci dziękuję, żeś mię namówił wrócić się do pana miecznika.

- Dobrze, dobrze; cóż było we dwa tygodnie?

- Pojechali państwo pod Piotrków, do ojców pani, ma się wiedzieć, ja z nimi. Tamem się bardzo prosił, coby mi wolno było przy gospodarzu posługować.

- Przy jakim gospodarzu?

- Tak się nazywa najstarszy z parobków, co dozór ma nad żniwem, orką, siejbą; nieco karbowy, nieco podstarości, ot, politycznie się go zowie gospodarz. Pań miecznik, zawdy jednako łaskaw na mnie, zezwolił chętnie, bom się mu też i przyznał w pokornej poufałości, że całe myślenie mam ino ku temu, by se gdzie na wsi gruntu kupić i kmieciem być, jako dziad i pradziad.

- A daleko ci jeszcze do tego?

- Niewiela już braknie; ściskam każdy grosz, jak ino mogę, na przyodziewę jak najmniej wydaję, ot, byle oberwano nie chodzić. To się i zasług za kilka lat sporo uskładało. A dodawszy one dwadzieścia dukatów, co mi w ratuszu za schwytanie Czarnego Rafała wypłacono, to już bez mała wystarczy. Ino Bogiem a prawdą, nie mnie się one czerwieńce należały, ino tobie; przeciem ja ani we śnie o tym nie pomyślał, że Hincz Bartnik a Czarny Rafał to jedność.

- Baj baju; tobie grosz potrzebniejszy, kiedy se na gospodarstwo zbierasz, ja już na wieś nigdy nie wrócę... - urwał, machnął ręką i odetchnął głęboko.

- Juści, do roli toś ty, prawdę rzekłszy, niewydarzony; stań no przy mnie; po ramię mi ino sięgasz, a ręce małe i niespracowane, niczym u panny miecznikówny. Ale w tych rękach rzemiosło masz piękne, za jeden tydzień więcej zarobisz niż ja za rok. Tedy nie mamy se co przyganiać, obu nam dobrze na tym świecie.

- No tak... Aleś nie skończył o tym Piotrkowie?

- Ano, krótko, niedługo dokończę, że mię w owym Grodzisku państwo ostawili, abym się wszystkiego, co mi trzeba, w porządku wyuczył, jako że u pana pcdstolego, rodzica pani miecznikowej, gospodarka na dziesięć mil wkoło była sławna, a u nas w Niegoszowicach więcej mokrych łąk i bajerów niż ornej ziemi; państwu zasię zabawa bardziej w głowie i jazdy do Krakowa, a nie co inszego. Tedy całe te lata wybyłem w Grodzisku, dopiero na wiosnę dali mi państwo rozkaz wrócić do dawnej służby i jakom się u nich nauczył, u pana miecznika próbować. Pismo dostałem od pana podstolego okrutnie chwalące, no i... zgadnij, Wawrzek, co dalej?

- Ożeniłeś się abo co?

- Ee... zaraz bym się ta żenił... ciekawość z kim i za co? Nie zgadłeś, więc ci powiem: od świętego Jana jam ci jest podstarościm albo, jeśli wolisz, gospodarzem w Niegoszowicach!

- Ojoj... to ci się muszę w pas kłaniać i "wasza miłość" gadać?

- Pewno, pewno, zbytnio se nie pozwalaj ze mną. Objęli się za szyję jak bracia i pocałowali się ze śmiechem.

- No, a ty? Gadaj o sobie.

- Cóż powiem? Ino rok śmierci królewica zapisany mam w sercu; potem dzień za dniem, tygodnie, lata mijały, ani nawet nie było sposobności korzystać z podarunku od kniazia.

- Z jakiego podarunku?

- Nie spominałem ci?

- Jak żywo!

- Ano, to czekajże, zacznę od początku. Trzeciego marca to było, wszystko mi stoi przed oczyma, jakby się wczoraj działo. Trzeciego marca tedy, czyli nazajutrz po przyjeździe do Wilna, roztwieramy paki, wyjmujemy święte figury. Stanko z Jurkiem na wyrypy ołtarzową szafę zbijają, aż tu drzwi służba na rozcież otwiera i wnoszą królewica Kazimierza. Srodze się radował Panienką Najświętszą i przecudnymi aniołami, aż pokraśniał na obliczu i ręce raz wraz w górę wznosił z podziwienia. Wszystko mu Sianko musiał tłumaczyć, jak będzie ustawione, a ja mu się podsuwam przed oczy z maluśkim aniołkiem, com go sam rzeźbił. Tak się też onym dzieciątkiem ucieszył, aż strach. Wraził rękę do kieszeni, podarował mi dwa czerwieńce na pamiątkę i pyta: "Cóż se kupisz za te pieniądze?" Anim się zająknął; ino krzyczę: żółte cizemki! A on, choć niemal umierający, jeszcze się moją głupotą ozwesełił, śmiał się nawet. Kazał paziowi przynieść ze sypialni swoje własne, co mu były niewygodne, i mnie je podarował. Do tej pory nie miałem ich na nogach.

- Na wesele je chowasz czy co?

- Nie; na nabożeństwo u Panny Maryi w dzień poświęcenią naszego ołtarza. Ale gdy o to pytasz, było i wesele, a jakże.

- Czyje?

- Stanka Stwosza z Jadwisią, Macieja Stwosza jedynaczką.

- Zaprosili cię?

- Niech no by nie zaprosili! Drużbą mu byłem, pannę do ołtarza prowadziłem.

- Dworujesz sobie ze mnie? Taki chrobaczek?

- Żeś sam wielki niczym Wyrwidąb, to ci każdy za mały. Przecie urosłem sporo przez tych kilka roków, a wesele było w kwietniu.

- Dobrzeć to, ale taki Stanko, mistrza Wita syn...

- Ojoj... straszne mi cuda' Czeladnik jako i ja.

- Co ty gadasz? Toś ty już wyzwolony?

- Chyba się nie ma czemu dziwować; dy dziesięć lat we warsztacie jestem. Chłopaki wołają na mnie "wy" albo "pan Wawrzyniec". W dodatku rzekę ci jeszcze, ze mnie mistrz cale jawnie chwali, przed ludźmi się mną chlubi i prawą ręką swoją zowie.

- Cię wy, cię wy...[ ] a toś ty urósł nie na żarty! Teraz na mnie kolej w pas się kłaniać waszej wielmozności. Wędrówkę do obcych krajów odprawiłeś?

- Jeszcze nie; mistrz mię nie chce puścić, bo to już za kilkanaście dni ołtarz ustawiamy w kościele, więc przy wykończeniu naszemu panu... prawa ręka się przyda. Mówiąc zaśmiał się wesoło.

- A ja se myślał...

- Że co?

- Ze jak konie zbędę na jarmarku i pieniądze panu miecznikowi odwiozę, to se razem...

- O jakie tez to ciężkie takie powolne gadanie! Ady kończ, kiedyś zaczął!

- Myślałem, że se razem choć na dwa, trzy dni do Poręby pójdziemy.

- O Jezu Nazareński! - krzyknął Wawrzuś i zasłonił twarz rękoma.

- No co? Poszedłbyś, prawda? Czego się nie odzywasz?... Ludzie... dy on płacze jak baba! Nie wstyd ci! Wąs się chłopu sypie... i beczy!

- Już nie... jużem się cale uspokoił... ach, mójeś ty kochany... jaki ja głupi, głupi, głupi... Ani razu się nie spytałem, czy znasz, kędy się idzie do naszej wsi. Od dziecka, jakby mi kto gwóźdź w głowę zabił, nie śmiałem nawet pomyśleć o Porębie. Ledwiem wskoczył w tę puszczę zatraconą, jużem zgubił drogę do domu. A potem ojciec Szymon i ksiądz kanonik perswadowali mi tyle razy, że jest kilkanaście Poręb w polskim kraju; skąd wiedzieć, która moja? Ach, Jasiek, Jasiek... gdyby mi dziś kto zabronił, z łańcucha bym się urwał, spod ziemi bym się wykopał, a leciałbym z tobą jak ten wicher! Tego nikt nie wyrozumie, ile ja się bez te dziesięć lat napłakał za matusią. No, gadaj, kiedy pojedziemy?

- Cichaj, cichaj, nie bądź taki nagły; nie umarłeś do tej pory, to jeszcze kilka dni poczekasz. Z koniami muszę skończyć, pieniądze do domu odwieźć, pozwolenie od pana dostać i dopiero przyszedłbym po ciebie. A mistrz co na to?

- Mistrz dobry; będę go strasznie prosił, to się dwa dni obejdą beze mnie. Stanko mu równie dobrze pomoże. Zresztą, ołtarz już tak jakby skończony, złocą go tylko i malują... Jasiek, Jasiek, już mię ani ciżemki od królewica tak nie radują, jak ta nadzieja, ta nadzieja! O Matko Boska z matusinego obrazka... dziękuję ci!

- Patrzajże, to ja właśnie tą samą drogą szedłem do Krakowa - dziwił się Wawrzuś - Łobzów, Balice, Rudawa, Pisary, ino przed Pisarami to już se nie spomnę. Daleko jeszcze?

- Nie bardzo. Ino lasem w bok od Tęczyna, potem Brodła, znowu krzynę lasem i już my doma.

- Raju, raju... co oni powiedzą, jak nas zobaczą!

- Ciekawość, czy poznają? Dziecko się więcej przeinacza z latami niż starszy człek. Ileżeś to miał wtedy?

- Coś ponad osiem lat...

- No a teraz osiemnaście, to kawał czasu. Ludzie gadają, co matka dziecko po trzydziestu latach zdoli poznać. Zobaczymy.

- No prędzej, prędzej; ino byś przysiadał co sto kroków.

- A, bo mnie w Porębie nikt nie czeka - odparł Jasiek cicho. - Tedy chodźmy dalej, kiedy ci tak pilno. O ileż milsza była ta wędrówka dwóch przyjaciół od błąkania się samotnego dziecka, udręczonego strachem i głodem! Szli śpiewając wesołe krakowiaki, pogoda jak na zamówienie, a gdy im lipcowe słońce nadto dopiekało, kładli się w lesie na mchu i odpoczywali. Chleba, sera, wędzonki mieli obaj zapas potężny, źródełka po drodze częste, słowem, gdyby nie tęsknota Wawrzusia, migiem zleciałyby im te mile z Krakowa do Poręby. W Brodłach uczynili sobie ostatni popas; Jasiek obiecywał, że za dnia jeszcze staną na miejscu. Przed wschodem słońca wyszli, a choć młodzi i silni, zaczynali uczuwać zmęczenie; aż tu jak na szczęście turkot wozu rozległ się za nimi. Przystanęli.

- W którą stronę jedziecie, gospodarzu? - spytał Jasiek.

- Kazbym jechał? Toli do porębskiego łasa.

- Może byście nas podwieźli krzynę? Od Krakowa piechotą idziemy, tak nogi bolą...

- A siadajcie; wozu mi nie ubędzie i konie nie poczują. Wskoczyli uszczęśliwieni, że im się taka gratka trafiła. Wóz się toczył cicho, koła grzęzły w piasku.

- A wy dokąd? - spytał chłop.

- Także do Poręby.

- Odwiedzić kogo abo do księdza może?

- Do krewnych - krótko odpowiedział Jasiek; ale Wawrzuś nie mógł się powstrzymać i spytał drżącym głosem:

- Nie znacie przypadkiem Wojciecha, tego, co jego chałupa czwarta z kraja?

- Wojciecha Skowronka? Juści, że go znam; krowę u mnie kupił dopiero w tamten czwartek. Skądże mnie o niego pytacie? Po pańsku odziany... a możeście syn dziedzica z Poręby?

- Nie; z Krakowa jestem - odparł Wawrzuś. Serce mu waliło ciężko, aż się bał, że tamci ten łomot posłyszą.

- A co się dzieje z Mikołajową Śliwiną? - zapytał Jasiek.

- Ano, bieduje baba przez chłopa. Rady sobie dać nie może; rolę pospuszczała sąsiadom, bo jakoż będzie sama wedle ziemi robić?

- Nie wydała się? Chłop splunął.

- Ij... kto by ta brał takową sekutnicę? Męża zatrapiła, pasierba z domu wygryzła, z piekła rodem baba i tyle. Dziewczyna z pierwszego małżeństwa też bez jej niedozór zaziębiła się i pomarła. Znają ludzie Śliwinę, każdy jej z drogi schodzi.

- A synka ponoś miała?

- Miała i ma do tej pory. Pań Jezus sprawiedliwy za biednego Jaśka na własnym dziecku ją pokarał... cherlawe toto, ani jeszcze nie gada po ludzku, ino mamroce jakosi nieskładnie, ciężko wyrozumieć, czego chce. Musicie tutaj wysiąść, bo ja do tracza jadę,, drzewa se wybrać na stodołę.

- Bóg zapłać za przysługę!

- Za mało, za mało - odpowiada gospodarz skręcając w lewo ku lasowi.

- Daleko jeszcze? - niecierpliwił się Wawrzuś.

- Ino ta górka zasłania - odpowiedział Jasiek.

- No to biegnijmy. Wypoczęliśmy na wozie, a ty się wleczesz jak ten ślimak.

- Biegaj sam, kiedyś taki chybki; ja już nie mogę prędzej. Szli pod górę w milczeniu.

- Jasiek... ta wieś... tam... czy to..

- Juści, że Poręba. Idźże se do domu, a ja popytam się o wójta i z nim pierwej pogadam. Kiedy macosze niedola, to może bym ja od niej ojcowiznę wykupił. Wawrzuś nie słyszał już ani słowa... biegł ku wsi nieprzytomny z radości. Ach, co tam matusia teraz robi? Ani się domyśla, że jej synek stracony, już-już... za chwilę... za pół chwili do nóg jej upadnie. Przystanął. W oczach mu się mieniło, w uszach dudniło, oparł się o drzewo, bo się czegoś nogi pod nim uginały. "O raju... tak blisko, a ja stoję i ruszyć się nie mogę." Przetarł oczy, otrząsnął się powoli, nieśmiało szedł w ulicę. Minął chatę Bartoszów, sad, stodołę... "A jak zmylę?... Ta druga, Macieja Kowala, teraz Marka Walecnego, teraz... teraz... teraz nasza!" Jakby mu kto kamienie do nóg przywiązał, wlókł się ociężale, potykał się jak pijany... Na przyzbie przed domem siedział ośmioletni jasnowłosy chłopczyna i kozikiem gruby kij oskrobywał. "W imię Ojca i Syna... dy to ja! Jak raz moje lata, moje włosy, oczy, całe liczko moje... dobrzem się sobie naprzypatrował w zwierciadle u księdza kanonika... E... coś mi się zwiduje... mamidło... dziecka bym się bał?"

- Niech będzie pochwalony; czy dobrze trafiłem do Wojciecha Skowronka? Chłopczyk spojrzał nań nieufnie, głowy nie podnosząc, i mruknął:

- Na wieki; juści tutaj.

- A czy gospodarz w domu?

- Nie, w polu.

- A gospodyni?

- Do dworu posli.

- A czy j żeś ty? Malec odpowiadał niechętnie, badawczo tylko przypatrując się nieznajomemu; ostatnie pytanie wydało mu się zapewne bardzo niemądre, bo zapomniał o wszelkiej przezorności wobec obcego człowieka i parsknął śmiechem.

- A cyjze by? Tatusiów i matusin.

- A po cóżeś tu przyszedł?

- Kazem miał być? Hi! hi! hi!... ja se ta we swoim domu siedzę; ale wy, panicku, cegoj tu chcecie?

- Matko Najświętsza, rozumiem... - łzy mu się zakręciły w oczach; przysiadł się na przyzbę do dzieciaka, ten mu jakoś nie bronił i dalej swój patyk obrabiał.

- Toś ty synek Wojciechów?

- No.

- A siostry masz?

- Jakże; Marysię i Kondusię.

- A braci?

- Był jeden, ale dawno pomarł.

- Cóż skrobiesz tym kozikiem?

- Kunia; cobym miał na cym za krowami na paświsko jechać.

- Pokaż no; nie bój się, nie wezmę ci, ino coś zobaczę. Widzisz, z tego końca jest gruby i zakrzywiony, a ja mam w kieszeni taki sprawny, ostry nożyk, co wszystko zdoli. Wyrzezam końską główkę, dopiero będziesz miał źróbka jak się patrzy; dobrze?

- Róbcie. A piękny będzie?

- Jak żywy. Nigdy w ciągu dziesięciu lat pracy u mistrza Wita nie rzeźbił Wawrzuś z takim zapałem, jak dziś końską głowę dla braciszka. Malec ukląkł na przyzbie, przytulił się do nieznajomego i patrzał mu przez ramię z gorączkowym przejęciem.

- O, jakie to uska... i grzywka... a chrapy ci rozwalił, pilno mu wyskakować! Retyści, jaki to smyśny nożyk! od carownika go macie?

- Podoba ci się konik? Czekaj, czekaj, jeszcze mi go nie wydzieraj... muszę skończyć porządnie. W niecałą godzinę wierzchowiec był gotów. Uwiązano mu postronek do szyi i malec objechał podwórko. Zatrzymał się przed podróżnym, popatrzył nań rozjaśnionymi uciechą oczkami, objął nagle za szyję i zaczął całować. Wawrzusia znowu niemoc ogarnęła... Ale w uszach śpiewały mu jakieś anielskie głosy: "Jesteś w dcmu, w dcmu... ojca masz i matusię, i braciszka, i siostry; skończyła się tęsknota, na całym bożym świecie nie ma szczęśliwszego od ciebie". Wziął chłopca na kolana, głaskał go po głowie i buzi, chciało mu się płakać, śmiać i znowu płakać.

- Widzisz, jakiś niedobry, jeszcześ mi nie powiedział, jak cię wołają.

- Jakże? Jędrek.

- Nie wiesz, rychło tatuś wróci?

- Zarozicki; siano bez cały dzień przewracali, słońce się chowa, to i przyda wiecerzać. O... widzicie jak raz na przełaj miedzą idą! Wawrzuś się zerwał, postąpił krok i stanął... gospodarz dochodził już do wrót.

- Niech będzie pochwalony... - zdławionym, nieswoim głosem wyszeptał chłopak zdejmując czapkę.

- Na wieki. Podróżny? A skąd?

- Z Krakowa. Strudzonym srodze, od świtu idę, nie przenocowalibyście mnie?

- Gość w dom, Bóg w dom; wejdźcie do izby, paniczu.

- Nie żaden ja panicz, gospodarzu, ino prosty czeladnik; dopraszam się waszej łaski, cobyście mi nie dwoili, ino po imieniu gadajcie, Wawrzek. Kmieć drgnął i bystro popatrzył na chłopaka.

- Siadajże na ławie, spocznij, wnetki przyjdą i matka, dostaniemy wieczerzę. A gdzie droga?

- Daleko; wracam do ojców, com ich dziesięć lat nie widział.

- Dziesięć lat... - powtórzył Wojciech i westchnął.

- Tatusiu, patrzcie ino, jakiego mi ślicnego kunia ten panie wyrzezał! Gospodarz przesunął ręką po czole i znowu patrzał na nieznajomego lękliwym, pytającym wzrokiem... Podróżny spuścił oczy i czapkę w rękach obracał. W tej chwili dały się słyszeć z pola wesołe głosy, żywa rozmowa przeplatana śmiechem doleciała ich uszu i goniąc jedna drugą, wpadły do izby dwie młodziutkie dziewuszki. Na widok nieznajomego stropiły się i podskoczyły za piec. W progu stanęła gospodyni.

- Sprzedałam całe płótno dziedziczce; kazała se tkać drugą sztu... - urwała, teraz dopiero spostrzegłszy obcego. Obrzuciła go wzrokiem, zmrużyła oczy, jakby ją nagle słońce olśniło, i oparła się ramieniem o odrzwia. Wawrzuś wstał z ławy, kobieta weszła do izby. Tak jak przed chwilą gospodarz, spytała i ona:

- Podróżny? Nikt nie odpowiedział... niepokój drżał w powietrzu... Wojciechowa podeszła bliżej; chciała pewno zagadać do chłopca, ale nim usta otworzyła, Wawrzuś runął na ziemię, obejmując ją za kolana.

- Matusiu najmilejsza... matusiu!

- Dziecko moje zaginione! Mój Wawrzuś! Moje umiłowanie! Ady żem nikady nie dawała wiary, cobyś ty miał nie żyć! Chwyciła go rękoma za głowę i jak to ślepi czynią, macała go po czole, po oczach, po ustach, czy ten sam, czy żywy, czy jej się nie śni... Skoczył i Wojciech ku nim, a Wawrzuś nie wstając z klęczek witał ojca i po nogach go całował.

- Oj, synku, synku, a czemużeś się ty przede mną zataił? - pytał ojciec na wpół z wyrzutem.

- Tak mnie coś za gardło ściskało, nijak nie wiedziałem, od czego zacząć. Imię swoje wam powiedziałem i że do domu wracam po dziesięciu latach, mniemałem, że sami zmiarkujecie. Ale jakem zoczył matusię, potargały się wszystkie zapory, byłbym od razu krzyczał, ktom jest, ino mi coś szepnęło w ucho, że z nagłości przelęknienia zasłabnąć gotowa, tedym się ino patrzał; czułem, że odgaduje, i... już nie mogłem zdzierżyć dłużej. Marysia i Konda wyglądały zza pieca na tego brata po miejsku odzianego, z gładką, nieopaloną twarzą i białymi rękami; nie śmiały się zbliżyć, sam pobiegł do nich i wycałował za całe dziesięć lat. A Jędrek chodził dumny, bo to on pierwszy z braciszkiem gadał i jemu Wawrzuś, a nie tatusio wi ani matusi konika wyrzeźbił. Dopiero przy wieczerzy nie było końca pytaniom. Wawrzuś opowiedział całą swoją historię z najdrobniejszymi szczegółami, a rodzice znów mówili, jak im straszno było myśleć, że on tam w puszczy o głodzie się błąka, że go dzikie zwierzęta rozszarpały, jak ojciec nazajutrz po jego zniknięciu wybrał się konno skoro świt i szukał po lesie nadaremnie... wszystko sobie rozpowiadali. Wojciechowa popłakiwała nad niedolą swego biednego dziecka, to znowu wybuchali wszyscy śmiechem, gdy była mowa o figlach Beksy i brzuchomówstwie Grzegorza. Wawrzuś zataił w swym opowiadaniu, jak nieraz okrutnie się z nim stary kuglarz obchodził, a tylko chwalił serdeczną opiekę i dobroć Grzegorzowej. I o księdzu kanoniku mówił im dużo, i o ojcu Szymonie ze łzami wspominał, a wszystkiego tak ciekawie słuchali, nawet mały Jędrek oczy wypatrywał na ślicznego panicza, co jest naprawdę jego braciszkiem. Aż tu w otwartych drzwiach stanął nagle Jasiek.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus; a minie też ta biednego nie napędzicie od siebie? Na wieki. - Wojciechowie spojrzeli na syna pytająco. - Nie poznajecie go tatusiu? Dy to Jasiek Mikołajów. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tu dzisiaj; drogi nie znałem ani nazwiska swego nie wiedziałem; on mię tu przyprowadził.

- A toś nam, Jasiu, miły jak najrodzeńszy! - zawołała Wojciechowa. - Cały wiek kochania ledwie zdoli zapłacić za ten podarunek, jakiśmy dziś od ciebie dostali. Siadajże przy mnie, synku. Maryś... podaj wieczerzę gościowi; jeszcze kluski ciepłe, jedz z Panem Jezusem. Marysia postawiła przed Jaśkiem misę pełną po brzegi, chleba ukroiła serdecznie, jakby dla czterech, nie dla jednego, i byłby jadł ze smakiem, gdyby mu czegoś oczy nie skakały raz po raz ku dziewczętom. Czy na małą Kondusię poglądał, czy na szesnastoletnią Marysię, nie wiadomo; dość że klusek bardzo powoli ubywało, a Maryśka, czerwona jak piwonia, poskubała cały rożek od zapaski na strzępy. Czasem przychodzi taka ciekawość na ludzi, że się jedno drugiemu nie może napatrzyć. Marysia miała oczy jak smoła czarne, a Jasiek jasnosiwe jak woda wiślana. Siwe dziwowały się czarnym, co takie bystre, a czarne siwym, że z nich uciecha tryska. Szczęście, że matka wpatrywała się cały wieczór w syna jak w cudowny obraz, bo niechybnie dostałaby się Maryśce bura za... potarganą zapaskę. Rozmowa przeszła i na sprawy Jaśka.

- No, jakże, widziałeś się z wójtem? - spytał Wojciech, powiadomiony przedtem przez Wawrzusia o zamysłach przyjaciela.

- Dziękować Bogu, zastałem go doma; wszystkośmy obgadali, obradzili dokumentnie; poczciwy człek, że się to lubili oba z tatusiem, zawziął się okrutnie, coby mi dopomóc. Od razu gada: ,,Idźmy do macochy". I poszliśmy.

- Poznała cię? - spytał Wawrzuś.

- Ale gdzie! Dopiero jak jej wójt powiedział, kto i co, to się aż zalękła. Myślała, żem się przyszedł ojcowizny dopominać; od razu uderzyła w płacz, jako z głodu ginie, kożucha na zimę nie ma, dziecko chore, krowa się sterała, strzecha gnije, stajenka się wali... jak rozpuściła język, to dudniało niczym we młynie. Dopiero wójt do niej, że ja nie myślę nic wydzierać, choć po sprawiedliwości połowa mi się należy, ino przyszedłem wykupić od niej wszystek grunt, chałupę i sad za gotowe pieniądze: skoro się ugodzimy, zapłacę od razu.

- Ino się upewnij, coby se poszła z Poręby, bo jakby została, nie pozbyłbyś się baby do śmierci.

- A jakże; pamiętam ja dobrze, co ona za jedna. Tośmy tez sprowadzili Walantego organistę i kościelnego Pietra, tedy przy nich obu i przy wójcie zaprzysięgła się, że precz pójdzie do Aleksandrowie, skąd jest rodem, i tam sobie siedziała będzie przy bracie, a czerwieńce po połowie bratu, po połowie na dziecko przepisze. Tak my i skończyli w prędkości, bo wszystkim nam wiadomo było, ile tatuś mieli gruntu, a wójt obrachował, co to razem z chałupą warte. Wypłaciłem przy świadkach,i spokój.

- Cóż, kiedy rola w dzierżawie - rzekł Wojciech.

- Poczekawszy, to się poodbiera; a mnie znowu nie tak pilno, mam dobrą służbę, chyba że... I znowu mu coś szarpnęło oczy ku Marysi.

- A dużo zapłaciłeś za ojcowiznę?

- Oj, dużo! Trzydzieści cztery czerwone. Jeszcze chciała wydrzeć więcej, ino wójt i tamci wzięli mnie w opiekę i przeperswadowali macosze, że gdybym się chciał prawować, toby nigdy tyle na jej dziecko nie przypadło.

- Toś ty teraz pań całą gębą - rzekł Wojciech - ino czy będziesz umiał gospodarować?

- Oho, tatusiu - za Jaśka odpowiedział Wawrzuś, rad, że go może pochwalić - żebyście wiedzieli, jak on się na wszystkim rozumie! ü pana miecznika w Niegoszowicach całym majątkiem zarządza. Uczył sie przez pięć lat w Grodzisku, a jakże! Łaska Boska; kiedy tak, może i my starsi dowiemy się czego nowego od ciebie, hę?

- E... ja bym ta przez zapłaty za parobka do was przystał, ino mnie weźcie - odparł Jasiek niby żartem, ale Wojciecha pokornie za nogi objął i w kolano pocałował. Spojrzał ukradkiem ku ławie przy piecu, a stary, nie w ciemię bity, odchrząknął srogo i palcem mu pokiwał. Ale że się zaraz potem. zaśmiał wcale wesoło, to i Jaśkowi niestraszna była owa groźba.

- Kiedyśmy se już powiedzieli wszystko, co było, to trza się wziąć do tego, co będzie - odezwał się Wawrzuś. - Ino się z wami przez jutrzejszy dzionek nacieszę, pilno mi wracać do roboty, bo i te godziny ledwiem gwałtem wydarł mistrzowi.

- To się wie - rzekł Wojciech - słowo święta rzecz; ino raz nie dotrzymaj, to ci nikt wiary nie da.

- Posłuchajcie więc. Ponieważ główny wizerunek w ołtarzu przedstawia śmierć, wniebowzięcie i ukoronowanie Matki Boskiej, przeto mistrz na swoją cześć przysiągł, że poświęcenie ołtarza i pierwsze nabożeństwo odbędzie się 15 sierpnia, czyli w święto Wniebowzięcia. Już się ino złoci, poleruje, szafa gotowa; za jaki tydzień zaczniemy w kościele figury ustawiać i boczne obrazy na śrubach mocować.

- Żeby choć raz w życiu pomodlić się przed takim ołtarzem! - westchnęła Wojciechowa.

- Do tegoż i moja mowa wiedzie, matusiu. Musicie przyjść oboje z ojcem do Krakowa i na własne oczy widzieć wszystko.

- Czy się to biedny chłop dociśnie między pany? - rzekł Wojciech.

- Juści pewno, że tłumy tam senatorów będą wedle króla miłościwego; sławetna rada miasta, jego wielmożność pan burmistrz i kupców najprzedniejszych, i mieszczanów znakomitych nieprzeliczony zastęp, jako że i głównie ono mieszczaństwo własnym sumptem * ołtarz fundowało. Będzie i biskupów kilku, i księży co niemiara... Ale nie troskajcie się, tatusiu, źle by było, gdybym ja swoich rodzicieli nie mógł wpuścić do kościoła! Ady pięć aniołów te moje ręce wyrzeźbiły i proroków trzech, i świętego Wojciecha. A filarków, kroksztynów i baldachimów anibym się doliczył. Ino se przyjdźcie we wilię święta pod wieczór, a rano pilnujcie tego wejścia, co od strony świętej Barbary. Już ja będę wybiegał co chwila i upatrywał was.

- Nie wpuszczą nas...

- Wpuszczą, jako żywo! Jużem se to wymówił u mistrza, a ten postara się o pozwolenie u infułata. Ksiądz infułat wie dobrze, w jakiej ja łasce u mistrza Wita i że mojej pracy niemało tkwi w onym ołtarzu. Chociażbym u książąt i królów nadwornym snycerzem był, większej chluby do śmierci nie dostąpię, jako ta jest, że pospołu z Witem Stwoszem pracowałem i najcelniejszym jego uczniem jestem.

- Bogu .niech będą dzięki! Wyrosłeś mi na wielką pociechę, synku - rzekł Wojciech serdecznie. Wawrzuś pocałował ojca w rękę, ale nie mógł się wstrzymać od maleńkiej zemsty za bolesne cięgi sprzed lat dziesięciu i rzekł śmiejąc się:

- A pamiętacie, tatusiu, jakeście rzemień strzępili na mnie? Jak was ten mój kozik mierził, a markociliście się, że nic uczciwego nie wyrośnie z "niedojdy"?

- Nie po naszej woli się stało - wtrąciła swoje słowo matka - ino tak, jako chciał Pań Jezus i jako jest najlepiej dla ciebie i dla nas.

- No, jeszcze całe jutro przed nami - zawołał ojciec. - Nocyśmy zarwali niemało, kiedyż się wyśpimy? Chłopcy, na siano do stodoły. Jutro skoro świt budzę obu, jęczmień będziemy wozić. KONIEC ROZDZIAŁU