Antonina Domanska

Historia zoltej cizemki

Zakończenie

Odsłonięcie wielkiego ołtarza w kościele Mariackim miało nastąpić w dniu 15 sierpnia

1489 roku, jako w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi. Od dwóch tygodni już pracowała czeladź mistrza Wita pod jego okiem i rozkazami w prezbiterium oddzielonym szarą oponą od reszty kościoła. Raz po raz stawały wozy ładowne przed bocznym wejściem od strony świętej Barbary. Zdejmowano z nich rzeźby większe i mniejsze, troskliwie sianem i pakułami owiązane, i wnoszono ostrożnie do kościoła. Najpierwszym i może najtrudniejszym zadaniem było ustawienie olbrzymiego tryptyku i związanie go potężnymi żelaznymi ankrami z murem kościoła. Gdy bowiem sama szafa[ ], w której znajdować się miała główna środkowa grupa, ważyła przeszło 18 cetnarów, gdy każdą z kolosalnych postaci apostołów dźwigało z trudem po sześciu ludzi, a figur tych miało być dwanaście, rzeczą najwyższej doniosłości było utwierdzenie wiecznotrwałe tych niezmiernych ciężarów. Starszy cechu kowali, Jan Borg, zawiadował tą robotą: obliczył wszystko skrupulatnie i stosował siłę ankrów do wagi ołtarza, dodając jeszcze dla spokoju mistrza Wita haki i klamry ponad obrachunek. Stwosz nie dowierzał, bał się, tracił głowę; wszystkiego musiał dotknąć własną ręką, słyszeć każde uderzenie młota, każdy zgrzyt świdra i chrzęst wkręcanych śrub. Skrzydła tryptyku, czyli drzwi tej wielkiej szafy, okute żelaznymi sztabami, zawieszono na monstrualnych zawiasach o 257 funtach wagi. Dopiero gdy tę najważniejszą czynność ukończono, można było przystąpić do złożenia w całość większych i mniejszych części ołtarza. Wawrzuś, jak się to z dumą Jaśkowi zwierzał, istotniemógł się nazwać prawą ręką mistrza Wita. On to doglądał w warsztacie opakowania rzeźb, on szedł za każdym wozem, przestrzegając, by jechano powoli, a wybierano jak najrówniej brukowane ulice; potem pomagał słowem i ręką przy wnoszeniu figur na rusztowanie, umieszczał figury w takim porządku, jak miały być do skrzydeł wstawiane; drobniejsze ornamenta kładł osobno, by się nie połamały, a wszystko szło mu sprawnie, bez najmniejszej szkody. Z nim razem pracowali gorliwie Stanko i Jurek, a reszta czeladzi pod ich dozorem. Nareszcie zaświtał ranek wielkiego dnia... pogodny, słoneczny, złocisty ranek! Wczoraj do późna uwijali się robotnicy, słychać było gniewny głos mistrza, któremu na ostatek nikt nie mógł dogodzić który sam biegał po rusztowaniu ze światłem sprawdzając, czy wszystko w należytym porządku. Przez całą noc uprzątali cieśle drągi i deski rusztowania, wymieciono wióry, trociny i śmiecie; ołtarz, gotowy i zestawiony w umówionym terminie, czekał już tylko poświęcenia. Potężne dźwięki dzwonów kościelnych głosiły miastu wieść radosną. Sam król najmiłościwszy miał przybyć z rodziną na uroczystość odsłonięcia wielkiego ołtarza;a królewicz Fryderyk Jagiellończyk, biskup krakowski, zaproszony przez księdza Jorka Szwarca, archiprezbitra, proboszcza mariackiego, przyrzekł odprawić pierwsze nabożeństwo. Przed szóstą rano przybieżał Stwosz do kościoła, choć właściwie nic tam już nie miał do roboty, ale niepokój i rozdrażnienie pędziły go z miejsca na miejsce; spodziewał się, że jeszcze najprędzej doczeka upragnionej godziny u stóp ołtarza, sam na sam ze swym dziełem. Usiadł w jednej z dolnych stall i patrzał. Wzrok jego przesuwał się z wolna po rzeźbie predelli tuż ponad mensą, gdzie rozgałęzione drzewo Jessego przedstawiało na swych konarach genealogię Najświętszej Maryi Panny. Podniósł oczy ku głównej, środkowej grupie... Poważne postacie apostołów, obecnych wedle legendy przy zaśnięciu Matki- Dziewicy, proste, naturalne w ruchu, a pełne godności, świadczyły o potężnym geniuszu twórcy. Cała tajemnica odkupienia, od jasełek począwszy aż do ukrzyżowania Chrystusa, cały szereg radości i boleści Maryi Panny, wszystko znajdowało się wyraźnie przedstawione na bocznych skrzydłach tryptyku. Przepyszne ostrołukowe zdobienia wiązały cudnymi gałęźmi te obrazy. Święci biskupi Wojciech i Stanisław, wierni słudzy Maryi, po obu stronach tryptyku; skrzydlate cherubiny słały się pod stopy Matki Bożej, unoszącej się wraz z Synem ku niebu. A tam wysoko... u samego szczytu... majestat Przenajświętszej Trójcy i Maryja w chwale wiekuistej, królowa nieba i ziemi. Oczy mistrza Wita jaśniały weselem i dumę. Po długiej chwili przysłonił twarz ręką i szukał w myśli obrazu, jaki pierwsza iskra natchnienia zbudziła w jego duszy... Czy rzeczywistość odtwarzała wiernie ten ideał? Odetchnął ciężko; jednym rzutem oka objął całość ołtarza i znowu twarz zasłonił. To wspaniałe, olbrzymie dzieło, kwiat jego talentu, korona jego życia, to tylko blade odbicie cudnej prawdy zamkniętej w jego piersi, nikomu nie znanej, żadnym dłutem nie tkniętej na wieki. W godzinę później wsunęli się po cichu Stanko i Wawrzuś, obaj strojni świątecznie, i usiedli z brzegu stall, nie śmiejąc rozmawiać, by nie przerywać zamyślenia mistrza. Wawrzuś spuścił oczy i spoglądał z błogim uśmiechem na podarunek świętego królewicza - żółte safianowe ciżemki. Wysuwał raz lewą nogę spod ławki, to znów prawą... Ach, jak ta skóra połyskuje! Niczym atłas... nosy długie, spiczasto zakończone, prawdziwie pańskie obuwie. Choćbym sobie dał szyć trzewice najpierwszemu szewcowi w Krakowie, jeszcze by tak piękne nie były. I nie dziwota... wiadomo, dla kniazia inszy towar, msze staranie niźli dla jakiegoś tam sobie czeladnika." Drzwi skrzypnęły lekko, Wawrzuś odwrócił głowę, Tomek, najmłodszy terminator, zaglądał przez szparę w oponie, dawał mu jakieś znaki, wytrzeszczał oczy i robił tajemnicze miny. Nie było rady, musiał wstać i podejść ku chłopcu.

- Przecz cię tu licho niesie nie wołanego? - ofuknął go niechętnie.

- Pań Wawrzyniec swarzą, a niesprawiedliwie - odparł malec nie tracąc fantazji - chybaście zahaczyli, com miał wczoraj przykazane? Dy wasi rodziciele szukali pana Wawrzyńca w mistrza Witowej kamienicy, tom ich też przywiódł pod sam kościół, iżeście mi wyraźnie i dokumentnie gadali. Wawrzuś nie dosłuchał końca, jednym susem już był za drzwiami. Wojciech w nowej sukmanie, Wojciechowa w białej namitce na głowie, w szerokim zgrzebnym rańtuchu, używanym naówczas przez wieśniaczki jako zwierzchnia chustka, i w krasnej samodziałowej spódnicy a zapasce, czekali pokornie w kruchcie.

- O matusieńko złota... o mój tatusiu! Takem się lękał, że nie traficie do nrnie, abo się gdzie zagubicie w onym ludzkim mrowisku, a tu przychodzicie właśnie w sam czas.

- Synku, a może cię kara spotka?

- Gdzie zaś kara! Z pozwoleniem samego proboszcza, u którego się ksiądz Heydek za mną wstawiał, śmiało was do kościoła wprowadzę. - I dodał żartując: - Juści, w kanonicznych ławach nie będziecie się rozpierali, ale i sam pań miłościwy lepiej od was widział nie będzie. Pójdźcież, to was wetknę w dobry kącik. Aliści zza węgła od strony rynku wysunął się Jasiek ciągnąc Marysię i Kondę za ręce.

- A my?

- Oho, ho! jeszcze czego! - ruszając ramionami rozśmiał się Wawrzuś. - Idźcie se do dominikanów abo do Bożego Ciała, tam bez pozwolenia wejść można; a po południu, skoro się ciżba zmniejszy, to i wy się napatrzycie mariackiemu ołtarzowi. Kondusia wykrzywiła buzię.

- E... ja chcę zaraz, teraz.

- Nikt się tu nie pyta o twoje chcenie - zgromił ją ojciec. - Jasiek, zabieraj dziewuchy i wynoście się, a duchem; ino mi ich strzeż jak oka w głowie, coby gdzie nie poginęły.

- Nie turbujcie się, tatusiu; dy ja prawie krakowskie dziecko - odparł Jasiek - tyłem tu lat przęsłu... - urwał w pół słowa, gorący rumieniec wstydu zalał mu twarz... na szczęście nikt nie zauważył jego zmieszania prócz Wawrzusia, a ten poskoczył przyjacielowi na ratunek i zawołał wesoło:

- Tatusiu? A odkądżeś się to przypytał do moich ojców za syna, zbereźniku jeden!

- Ciekawyś, to ci powiem: od tej niedzieli, co ksiądz proboszcz zapowiedzi z kazalnicy czytał Jana Śliwy z Maryjanną Skowronkówną!

- Raju! Nie darmo mi od rana w lewym uchu dzwoniło... dobra nowina. Ale teraz, to już naprawdę uciekajcie precz, bo nie ma czasu na gawędę. Marysia pociągnęła Jaśka za rękaw, przechyliła głowę nalewe ramię i szepnęła:

- Mójeś ty... Na taką prośbę człowiek gotów wspinać się po gładkim murze na szczyt wieży, a tu przecie chodzi ino o szparkę we drzwiach, maluśką szpareczkę... ot, aby się dwa czerwone gorseciki prześliznęły. Jasiek objął Wawrzusia wpół i zatrzymał przemocą:

- Słuchaj no, rzekę ci mądre słowo: masz ty sumienie rodzone siostry od boskiego proga odganiać? Jeśli cię pycha rozpiera, cobyś swoją moc okazowa!, dobrze, zaprzyj drzwi przede mną, ale tym chrobaczkom krzywdy nie czyń. Usłuchaj po dobroci, bo...

- Bo co mi zrobisz? - krzyknął Wawrzuś grubym głosem, niby srodze rozsierdzony, ale nie mógł się wstrzymać i parsknął śmiechem. - Dobrze, dobrze, już was wszystkich pięcioro jakoś przecuduję, ino cichuśko, powoli, a skryjcie się za ojca i matusię. Wprowadził całą rodzinę do kościoła; wskazał im kącik tuż obok drzwi, na podwyższeniu przy stallach.

- Tymczasem usiądźcie se ns schodku, a jak się nabożeństwo rozpocznie, to wstaniecie i wszystko ujrzycie jak przez okno: całe święte obrzędy, królewica Fryderyka, co choć niewiela starszy ode mnie, już biskupem jest krakowskim; i samego pana miłościwego, i królowę, no, jednym słowem, napatrzycie się za wszystkie czasy i na resztę cichego żywota w Porębie.

- A po cóż, synku, ta wielka płachta aż do ziemi zwisa? - Pytała Wojciechowa.

- Po to, matusiu, aby ludzie przed czasem nie podpatrowali, a nam przy robocie nie przeszkadzali. Cały kościół mają °twarty, przejście dla księży od drzwi do zakrystii wolno zostawione; ino ten kawałek, co się prezbiterium nazywa, zasłonięty. Sam nasz mistrz i my starsi z czeladzi od rana do nocy tyleśmy tu dni pracowali nad złożeniem ołtarza, ustawieniem świętych apostołów i umocowaniem drobniejszych obrazów i aniołów; niech będzie Bożej Matce pokorna dzięka, iże dozwoliła mistrzowi Stwoszowi dożyć tak wielkiej chluby za dwanaście lat znojnej pracy ku Jej czci podjętej.

- O Jezu, wszechmogący... dwanaście lat!

- A jakże, tatusiu, a jakże! I sprawdzą się te słowa mi strza, którem usłyszał, gdym pierwszy raz przestępował próg jego warsztatu: ,,Ołtarz stać będzie sto, dwieście, trzysta lat... Nasze kości dawno w proch się rozsypią, a sława mistrza Wita nie zaginie przez wieki".

- Ach, żeby to już co prędzej ona zasłonę zerwali! - westchnęła Wojciechowa.

- Rany Boga mojego... nie zdzierżę! Ratuj kto żyw! Stanko... Wawrzuś... do mnie! - dał się słyszeć spoza opony głos, jakiś gniewny i żałośliwy.

- Chryste Panie... mistrz! Co mu się stać mogło? Wawrzuś prześliznął się migiem popod płachtę i poskoczył do Stwosza. Ten stał w pośrodku prezbiterium naprzeciw ołtarza i gorączkowym ruchem przesuwał palce obu rąk po gęstej siwiejącej czuprynie'wichrząc ją i wyrywając sobie włosy.

- Wołaliście mnie, mistrzu? Tum jest, co rozkażecie?

- Co rozkażę? Albo ja wiem?... Za pół godziny rozpocznie się nabożeństwo, zjedzie biskup, dwór, pan miłościwy, a mnie chyba uciekać z kościoła!

- Ależ, ojcze... - ośmielił się odezwać Stanko.

- Uciekać, powiadam! O mur głowę rozwalić... w ziemię się zapaść... wstydem spłopąč?

- Tedy rzeknijcie raz, o co wam chodzi?

- Nie widzisz? Ślepy?... Ach, przecz się mam dziwować, skoro i mnie samego szatan oślepił. To mówiąc wyciągnął rękę w stronę ołtarza.

- Nie widzę nic.

- Nie widzisz? Święty Stanisław stoi z próżnymi rękoma, niczym żak szkolny, a pastorał leży jak długi na ziemi pod ścianą.

- Jakaż na to rada? Rusztowanie usunięte...

- Powiedziałem, w ziemię się zapaść.

- Ej, rzekłbym ja słowo, ino się nie pogniewajcie...

- Gadaj - rzekł Stwosz krótko, spokojniejszym trochę głosem.

- Wierzajcie mi, ojcze, to taka drobnostka, żaden człowiek nie zauważy, czy jest pastorał, czy go nie masz.

- Dość mi na tym, że ja sam wiedział będę, a całe święto dzisiejsze mam popsowane. Drabiny nie przystawię.

- A czemu nie! - wykrzyknął nagle Wawrzuś. - Jest w zakrystii drabina, sami ją zeprzyjcie ostrożnie o listwę szafy.

- No, a potem co? Szczepana tam poślę, coby nożyskami ornamenta misterne poutrącał; czy może Sianko wylewie? Chłop jak tur...

- A mnie to nie macie? Ja mały, lekuśki, jak ten kot się wywspinam, coby najmniejszego Usteczka nie uszkodzić, pozłoty nie zetrzeć; a gdy będę już na gzymsie, chycę się płaszcza świętego Stanisława i stanę se jedną nogą tuż przy nim. Stanko mi poda pastorał, wsunę go księdzu biskupowi w rękę... i po krzyku.

- Tak wysoko ina jednej nodze? Spadniesz i szyję złomiesz.

- Ino się o mnie nie turbujcie. Na linie mię wiły tańcować przyuczały, umiem po drabinie na ręcach chodzić, a nie dopiero na nogach. Ino sami trzymajcie mocno, coby się drążki na gładkiej posadzce nie skiełzły, boby się gdzie niektóry obraz mógł uszkodzić. A Stanko niewiele myśląc skoczył do zakrystii, przywlókł olbrzymią drabinę i czekał rozkazów.

- Kamień mi zdjąłeś z serca, chłopcze - rzekł Stwosz rozchmurzając oblicze. - Ino czyś pewny swego? Nie spadniesz? Wolałbym sam zginąć, niż być przyczyną...

- O Jezu miłosierny... nie traćmy czasu! Mówiliście co tylko, że za pół godziny...

- Ano, to w imię Boże!

- Ach, dobrze, żem se spomniał! Jest tam za stallami zwój powrózka mocnego, wezmę go ze sobą.

- A po co?

- Puszczę ci jeden koniec, uwiążesz pastorał, a ja go wyciągnę na górę. Przeżegnali się wszyscy trzej, mistrz ustawił drabinę w głębokiej szparze między dwiema taflami posadzki, oparł ją z biciem serca o górną listwę drzwi ołtarza, a Wawrzuś, istotnie jak kot, niemal jak kocię, mknął po szczeblach prawie ich nie tykając. Z ostatniego postawił leciuchno lewą nogę na szerokim obramieniu drzwi, prawą ręką chwycił się galeryjki ponad środkową częścią tryptyku, coś migło, jakby kto w powietrzu łuk zarysował, i już małe, żywe stworzenie stało na postumencie u stóp drewnianego posągu.

- No, Stanko, dawaj pastorał!

- Królowo Anielska, ratuj nas! - wołał Stwosz ochrypłym głosem. - Trzymaj się, nieszczęśniku, filarka!

- Po co filarka? - zaśmiał się zuchwalec z góry - na jednej nodze miałem się zeprzeć, a tu, widzę, aż na dwie miejsca starczy. Dajecie ten pastorał abo nie?

- Już uwiązałem. Ino powoluśku ciągnij, cobyś nie uwadził o jaką gałązkę.

- Bogiem a prawdą, bieda...

- Co? Zemdliło cię? - zawołał Stwosz - ino mi nie poglądaj w dół... usiądź, przymknij oczy... spocznij...

- Ady się nie troskajcie o mnie, mistrzu! Zalim to nie Skowronek? A onemu czym wyżej, tym weselej. O co inszego mi chodzi. Nie mogę wetknąć pastorału, bo ręka świętego za wysoko. Pozwolicie wyspinać się po filarku? Nie uszkodzę, jak Boga kocham!

- Nie wolno... nie wolno... zabijesz się!

- Ale... cobym się miał zabijać! Ino ciżmy zezuję, bo mi te długie nosy gawędzą. - Postawił trzewiki na brzegu postumentu, pastorał oparł o posąg, objął rękoma i kolanami filar wspierający baldachim nad świętym Stanisławom i posunął się o stopę wyżej... znowu o stopę, jeszcze troszkę... Stwosz przymknął oczy; żyły, nabrzmiałe na skroniach, drgały gorączkowym tętnem.

- No, pojrzyjcie teraz, mistrzu! Już i po całym frasunku! Świętemu posłużyłem, was pocieszyłem, a sam w te pędy... o rety!

- Co... co... Stanko... czy Wawrzuś spadł?

- Ależ nie, ojcze; stoi ano jeszcze na górze i beczy. Co ci się stało?

- O rety, rety... święci anieli!

- Rękeś złamał? Abo nogę?

- Ee... żebyć to ino ręka... żeby noga...

- Więc co?

- Jedna ciżma za ołtarz... o Jezu!

- W tej chwili mi zlazuj! Słyszysz?... Ja tu czyśćcowe męki o łotra cierpię, a on mi będzie krotochwile pokazowa!! Wawrzuś stał już na ziemi bosy, z jedną żółtą ciżemką w ręku i zanosił się od płaczu.

- Cichajże, mazgaju! Widział kto coś podobnego? Cichaj, nie becz! Sprawię ci cztery pary za tę jedną. Sprawię ci czerwone, zielone, modre i żółte.

- Bóg wam zapłać... nie chcę nijakich... te były od... O Jezu, Jezu... od królewica Kazimierza!

- Ano darmo; stało się. Sam przecie rozumiesz, że ołtarza nie odhaczę od muru i nie zwołam stu ludzi, coby go odsuwali, a twego trzewika szukali.

- Prawda; już on tam do sądnego dnia leżał będzie - szepnął smutno Wawrzuś. - Słuszna mię kara spotkała; jak śmiałem przywdziewać obuwie świętego kniazia! Pamiątką mi winno było pozostać do śmierci.

- No widzisz - pocieszał go Stanko - dla pamiątki to właśnie lepiej, że ino jeden, nie para, bo cię już nie będzie kusiło.

- Prawda... Otarł oczy i ciżemkę sierotę wsunął w zanadrze.

- Pobiegnę do domu i sam ci insze przyniosę.

- Dobrze, stoją tam nowe pod łóżkiem. A tę zabierz ze sobą i schowaj do skrzyni na samo dno. Ino nie zgub! Na Boga świętego!

- Nie bójże się, wszystko tak zrobię, jako chcesz. Wybiegł spiesznie, bo lada chwila mógł nadjechać król i ksiądz biskup, nawet już słychać było ruch w zakrystii i głośne rozkazy księdza proboszcza wydawane klerykom. Więc też leciał Stanko, nie biegł do domu; widno aniołowie, których złocił z takim zapałem, pożyczyli mu niewidzialnych swych skrzydeł, bo nim Wawrzusiowi oczy z płaczu oschły, przyjaciel już był z powrotem. Tedy pan Wawrzyniec, obuty w przyniesione ciżmy, przebijał się przez tłumy zalegające cmentarz mariacki. Halabardnicy utrzymywali wolny przejazd od zamku i ulicy Grodzkiej aż do kościoła. Chłopiec, dorobiwszy się łokciami miejsca w pierwszych szeregach widzów, stanął na palcach i wyścibił ciekawie głowę przez ramię rosłego ceklarza, by się napatrzyć królestwu nadjeżdżającym w otoczeniu dworu. Od Szarej Kamienicy zbliżał się już istotnie orszak, witany okrzykami ludu. Poprzedzony zastępem pieszych i konnych. dworzan, przybranych odświętnie w jaskrawe szaty i czapki z piórami, jechał na koniu król Kazimierz, strojny w długą ciemną szatę z tkaniny przerabianej w złote gałązki; a że było lato, więc obramienie sobolowe okalało tylko kraj szaty i wysoko rozciętych rękawów. Na głowie miał okrągłą aksamitną czapkę, dokoła której biegła taśma z drucików złotych i drogich kamieni. Zdziwił się Wawrzuś, że od czasu, gdy go widział będąc na Wawelu z Długoszem, król postarzał się niewiele. Ta sama frasobliwa, znękana twarz, te same bystre, smutne oczy; przybyło nieco zmarszczek i grzbiet się jeszcze przygarbił. Przy ojcu, po lewicy, toczył koniem królewicz Zygmunt (Aleksander przebywał wtedy na Litwie). Poznał go Wawrzuś od razu po rysach prostych, jakby z kamienia wykutych, i po tej wardze dolnej, dumnie naprzód wysuniętej, która cechowała stateczną twarz młodziutkiego księcia. Za małżonkiem i synem jechała w kolasie na pasach królowa Elżbieta z dwiema pannami dworskimi. Po obu stronach pojazdu postępowali paziowie. Wawrzuś nie miał czasu napatrzyć się miłościwej pani, bo z przeciwnej strony, od ulicy -Floriańskiej, rozległy się dźwięki surm i fletni zmieszane z głośnym zgiełkiem tłumów. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co to znaczy, lecz wnet przypomniał sobie, że to chyba królewicz Olbracht nadjeżdża na czele wojska, po walnym zwycięstwie nad Tatarami u rzeki Szawrany, niedaleko wsi Kopestrzyna. Od dwóch dni głośno już było po mieście, że ciągnie pośpiesznie do Krakowa, by zdążyć na święto Wniebowzięcia i na uroczyste poświęcenie wielkiego ołtarza u Panny Maryi. Mówiono, że zabrał 10 000 jeńców tatarskich, których po drodze rozsyła do robót przy budowie twierdz i zamków, a resztę pohańców z całą starszyzną przyprowadza w triumfie miłościwemu rodzicowi. Jakoż nadjeżdżał. Najurodziwszy z synów królewskich, zdolny, świetny, mężny, miał w obliczu coś lwiego; zwłaszcza że gęste płowe włosy wymykały mu się spod szyszaka. Zbroja na nim paradna, szmelcowana na niebiesko, usiana złotymi ozdoby, rumak pod nim idący w podskokach, wszystko to składało się na obraz jakiegoś rycerza z bajki. Jak pochodnie bledną przy słońcu, "tak wobec wspaniałej postaci królewicza marnie wyglądali otaczający go rycerze. Ale ciekawość ludu zwracała się przede wszystkim ku pojmanym Tatarom. Pędziła ich jazda polska ciągnąca środkiem ulicy. Żołnierze prowadzili po kilku, przywiązanych na smyczy do siodeł. Szło tedy .niskie, barczyste, poczerniałe od stepowych wichrów tatarskie plemię, z rękoma skrępowanymi w tył, z pochylonymi głowami. Kożuchy na nich baranie, kudłami na wierzch obrócone, na wygolonych głowach skórzane szłyki, nogi bose lub w łapciach rzemiennych; zmęczenie, brud i dzikość malowały się w całej postawie. Lecz lud krakowski najchciwiej zaglądał im w twarze o wystających kościach policzkowych i spłaszczonych nosach. Chciał wyczytać z tych czarnych, kosych oczu, co się dzieje w duszach tatarskich. Lecz ani twarze, ani oczy nic nie mówiły. Ślepa wiara w przeznaczenie zamroziła w nich wszystkie uczucia i myśli i przebijała się w znieruchomionych rysach i wpółprzymkniętych powiekach.Tylko niekiedy spod spuszczonych rzęs bezwiednie wybiegały chciwe błyski ku bogactwom tego miasta i tego ludu: zwierzęcy instynkt drapieżców, to jedno, co nie skamieniało w ich duszach. W tej chwili królewicz Olbracht zeskoczył z konia, wodze rzucił jednemu z otaczających rycerzy, a hełm pacholęciu, i biegł ku rodzicom. Ucałowawszy rękę ojcowską, która go potem przeżegnała krzyżem świętym, ulubieniec matki przypadł do kolasy; na stopniu z wyciągniętymi ramionami stała królowa Elżbieta. Chwyciła w objęcia głowę synowską i przytuliła ją do piersi. Za czym bracia, uścisnęli się za ręce i rodzina królewska, witana okrzykami ludu, podążyła ku drzwiom kościelnym. W kruchcie czekał na monarszych swoich rodziców dwudziestoletni biskup krakowski a niebawem kardynał - królewicz Fryderyk. Dziwnie odbijała powaga złotolitych szat liturgicznych i drogocennej infuły od drobnej, niemal dziecięcej twarzy młodzieniaszka. Fryderyk jednak umiał w takich chwilach poskramiać swą żywość i nadrabiając uroczystą miną niósł się powoli i majestatycznie. Srebrnym kropidłem w kształcie buławy, z sitkiem na wodę święconą, kropił rodziców i braci, po czym w orszaku duchowieństwa i panów wprowadził ich pod baldachimem do świątyni, krocząc po lewicy ojca. Po prawej miał Kazimierz małżonkę. Królowa Elżbieta nie była wcale urodziwą niewiastą. Już wtedy, przed laty blisko czterdziestu, gdy jako młodziutka narzeczona wjeżdżała do Krakowa, nie wróżono królowi szczęścia w małżeństwie z tak bardzo nieładną księżniczką; a jednak... nie spełniły się przepowiednie, Kazimierz pokochał żonę całym sercem. Kronikarz pisze: ,,Miłował ją ponad miarę". Dziś, jako niewiasta pięćdziesięcioletnia, szła strojna pod baldachimem, nie z powagą a majestatem monarchini, ale z wyrazem zadowolenia i szczęścia w twarzy: wszak miała obok siebie męża najlepszego i trzech synów umiłowanych. Niska, otyła, o twarzy okrągłej i policzkach wydatnych, wyrazem oczu płaciła za wszystkie niedostatki oblicza i postaci. W tych oczach dużych, ciemnosiwych odzwierciedlała się dusza czysta i rozum niepospolity. Czasem jakiś złoty ognik strzelał z głębi szarych źrenic... może iskierka dumy... córa cesarzów, matka królów... Na głowie miała czepiec biały atłasowy, złotem gęsto zahaftowany, tak ciasno do czoła przylegający, że ani pasemka włosów nie było widać; wierzch czepca zdobiła maleńka korona z diamentów i szafirów. Naszyjnik bardzo misternie pleciony z pereł układanych w gwiazdy, a łączonych ze sobą podwójnym rzędem szafirów. Widno te były ulubione klejnoty królowej, bo i od środkowej gwiazdy naszyjnika spadał na piersi ogromny szafir w kwadrat szlifowany, grubą złotą ramką objęty. Stanik ze złotej lamy, wycięty w okrąg, naszywany był górą drogimi kamieniami na dwa palce szeroko; listwa gronostajowa łączyła go poniżej bioder z brokatową błękitną spódnicą; dołem sukni bieliły się także gronostaje. Skoro tylko miłościwi państwo przestąpili próg kościoła, zabrzmiały organy i z chóru popłynęła pieśń starodawna do Najświętszej Panny: ,,0 Gospodzie uwielbiona"... Olbrzymi kościół przepełniony był dostojnikami państwa, konsulami miejskimi, z burmistrzem na czele, i potężnym zastępem kupiectwa a mieszczan krakowskich, co w dniu dzisiejszym święcili chlubę swej ofiarności dla Matki Boskiej. Oni to, bez udziału innych stanów, hojnymi składkami dali sposobność mistrzowi do stworzenia arcydzieła. JPostroili się też na to swoje święto w co najbogatsze żupany, szuby, kiereje; złote łańcuchy błyszczały na piersiach mężczyzn, kosztowne manele na rękach, wspaniałe kolce w uszach kobiet... Szmer czci serdecznej powitał najmiłościwszych państwa, głowy pochyliły się nisko, baldachim posuwał się z wolna ku prezbiterium.

- Gdzie Wawrzek? - szepnął Stwosz do Stanka.

- Właśnie co wbiegł bocznymi drzwiami; stoi po prawej, przy swoich ojcach.

- Powiedzże mu, aby miał nóż w pogotowiu; ty stań po lewej, nie spuszczajcie oka ze mnie. Wyjrzał przez szparę.

- No w imię Boże... przecinać sznury! Z chrzęstem i łomotem opadła olbrzymia płachta płócienna na ziemię; służba kościelna zasunęła ją w kąt. Z tysiąca piersi ludzkich, ściśnionych nagle świętą grozą, wydarł się stłumiony okrzyk... potem westchnienie jękliwe poszło ku ołtarzowi, potem cisza; nawet organy oniemiały. Chyba to nie kościół, a przedsionek nieba... grzeszne, niegodne tak wielkiego szczęścia oczy ludzkie oglądają Matkę Zbawiciela w blasku chwały wiekuistej! Zgromadzony tłum utkwił pałające uwielbieniem oczy w ołtarzu i trwał bez ruchu w świętym zapamiętaniu. Król Kazimierz przesunął rękę po oczach, odetchnął głęboko i postawił parę kroków; Wit Stwosz podszedł również i schylił się dotykając ziemi beretem.

- Niech was Bóg w zdrowiu chowa do setnych lat, mistrzu! - rzekł król serdecznie wzruszony - nijaka pochwała, nijaka podzięka nie wypowie tego, co człek uczuwa stojąc przed waszym dziełem. Słowa krzepną na ustach; co byś rzekł, wszystko za mało.

- W łaskawości wielkiej oceniacie moją pracę ponad zasługę, miłościwy panie - odpowiedział Stwosz - atoli z niezmierną uciechą słucham waszej mowy, lękałem się bowiem, czy nie jest pychą a próżnym zarozumieniem to, com myślał poglądając sam na te wizerunki. Dzięki waszym słowom mogę się radować spokojnie.

- Za dzieło tak wielkiego kunsztu podziękuje wam potomność - ciągnął dalej król - ja zasię ino za to wdzięczen jestem, żeście przysporzyli blasku memu panowaniu. Kto wspomni imię mistrza Wita, chyba i o Kazimierzu nie zahaczy. Bóg wam zapłać. - Zdjął z siebie złoty łańcuch włoskiej roboty i włożył go na szyję Stwosza, ten zaś chwycił oburącz rękę królewską i całował ją ze łzami w oczach.

- Miłościwy, najdobrotliwszy królu... czymże się za tyle łaski odwdzięczę!

- Niedługo już mego przebywania na ziemi - rzekł król cichym i drżącym głosem - niechby wasze dłuto obraz mojej osoby na grobowym kamieniu wyrzezało. Uczynicie mi to? Wit Stwosz ze zwykłą sobie żywością zaprzeczył głową i rękami.

- Nie, üie, tego momentu nie chcę dożyć... toli bez mała w jednych leciech jesteśmy; niechże mnie Bóg pierwszego zawoła! Wyście światu potrzebniejsi ode mnie. Kazimierz położył mu rękę na ramieniu.

- Nie odmawiajcie mi. Niech mam tę pociechę przy śmierci. że w majestacie królewskim spoczywał będę. Stwosz popatrzył na króla smutnie i wymówił jedno słowo:

- Przyrzekam.

- A teraz - rzekł Kazimierz swobodnym tonem - zechciejcie mi być przewodnikiem w oglądaniu ołtarza. Zbliżyli się obaj na tyle, by nie tracić całości, a widzieć dokładnie szczegóły, i Stwosz wskazywał ręką pojedyncze figury, tłumaczył i opowiadał. Wawrzuś wtulił twarz we fałdy matczynego rańtucha i nie myślał o niczym, nie patrzył na nikogo, jedno tylko wiedział, że po tylu, tylu takich strasznie długich latach tęsknoty jest przy matusi, ma ją dziś i jutro, i zawsze mieć może, kiedy tylko zechce... Poręba tak blisko! Podniósł głowę, spojrzał.

- Matusiu... co wam? Wojciechowa patrzyła w ołtarz; z oczu jej ciche, kropelka za kropelką, spływały łzy.

- Matusieńko, co wam?

- Nie wiem, synku... Król Kazimierz zasiadł na podwyższeniu naprzeciw ołtarza, obok miał żonę i synów, a ksiądz biskup dopełniał poświęcenia. Przez wysokie wydłużone okna, zaszklone stubarwnymi szybami, sączyło się złociste słońce, nabierając głębokich, przyćmionych kolorów, jakby promienie jego przenikały przez płatki kwiatów lub skrzydła motyle. Tęczowe smugi padały na strzeliste kwiatony tryptyku, ślizgały się po fałdzistych szatach i brodatych twarzach apostołów, skrzyły w klejnotach zdobiących monarszą parę, igrały na łańcuchach mieszczan i złotogłowiach mieszczek. Cały kościół tonął w tych bajecznych blaskach, mienił się i płonął, i grzmiał dźwiękami organów, które uderzały o sklepienie. Była w tym wszystkim odświętna, triumfalna radość tych błogosławionych jagiellońskich czasów, gdy zwycięstwa nad wrogiem, wewnętrzne bogactwo i bujność duchowego życia dochodziły w Polsce do szczytu potęgi i chwały. Złamany zakon krzyżacki, świeże trzechkrotne zwycięstwo Olbrachta nad Tatarami, plemię jagiellońskie na czeskim tronie, kraj kwitnący, miasta zasobne, drogi handlowe otwarte na wschód i zachód; w podziemiach kościelnych Na Skałce niedawna jeszcze trumna pierwszego dziejopisa Polski, Długosza, tu, przed wiekopomnym swym dziełem, Wit Stwosz, artysta największy w całej ówczesnej Europie; a gdzieś może w tłumie, nie znany nikomu, szesnastoletni długowłosy młodzieniaszek, żak przesławnej Akademii Krakowskiej - Mikołaj Kopernik. A z tej ziemi płodnej w tyle wielkich dusz i wielkich dzieł wykwitają w tym pokoleniu kwiaty niebieskie... jedne zerwane już dłonią śmierci, inne rozsiewające jeszcze świętość dokoła siebie. Jan Kanty, Szymon z Lipnicy, królewicz Kazimierz, Izajasz Boner, Stanisław Kazimierczyk, Michał Gedroyć, Ładysław z Gielniowa, Jan z Dukli. Biskup Fryderyk na stopniach ołtarza podniósł oburącz promienistą monstrancję, która jak słońce przez chmury przeświecała przez gęste kłęby kadzidła. Pobłogosławił nią cały lud, rozmodlony na klęczkach, po czym postawił ją na ołtarzu i zaintonował hymn świętego Ambrożego. Potężny chór tysiącznych głosów z wonnym tumanem kadzideł wzbijał się w górę i płynął w tęczową glorię, w łunę blasków i kolorów pod sklepienie błękitne, usiane gwiazdami... zdawało się, że pójdzie aż w niebo, do stóp tronu Bożego, niosąc słowa podzięki i chwały: TE DEUM LAUDAMUS! KONIEC KSIĄŻKI