J—zef Korzeniowski

Wtorek

Józef Korzeniowski

Wtorek i piątek Przeszłej jesieni, po ośmnastu latach ciągłej nie-bytności, byłem w Warszawie, jak się o tym czytelnicy moi musieli dowiedzieć z ,,Kurierka”, którego numer na różowym papierze, zamykający chlubny dla mnie anons, otrzymałem z rąk grzecznego redaktora. Podziękowawszy zacnemu weteranowi naszej literatury i sztuki dramatycznej za tak miły podarunek, poszedłem do Saskiego Ogrodu; był bowiem dzień piękny, i ja, mając tegoż dnia po raz pierwszy w życiu widzieć swoją sztukę na scenie, byłem cokolwiek niespokojnym i potrzebowałem świeżego powietrza. Pod kolumnami pałacu niegdyś Saskiego spotkałem się z dawnym kolegą szkolnym, dobrym znajomym i przyjacielem, który równie jak ja wybrał się na przechadzkę. Poszliśmy więc razem, przypominając dawne czasy: spacery w Krzemieńcu po Górze Zamkowej i Czorczy; gawędy szkolne o Chońsczyznie, Łuczyńskim i Jargowskim na Tarpejskiej Skale; potem włóczęgi nasze po alejach warszawskich, po cichych i oddalonych uliczkach za Lesznem; wyprawy wodą na Bielany; rozmaite przygody młodości, a potem coraz poważniejsze przygody i nasze, i nie nasze, nareszcie o żonach i dzieciach. Tak rozmawiając, przeszliśmy kilka razy środkową aleję i doszedłszy do bramy zwróciliśmy się na lewo. Chciałem obejść tę boczną i miłą uliczkę, po której tyle ranków schodziłem, na którą patrzałem ciągle lat kilka ze swojego okna w pałacu Zamoyskich, na której czytałem po raz pierwszy Grażynę i spostrzegłem jednę, miłego mi dotąd wspomnienia twarzyczkę. Właśnie byli- śmy już naprzeciw mojego niegdyś okna, gdyśmy spostrzegli idącego ku nam mężczyznę, z głową schyloną i zatopionego w myślach. Usłyszawszy, widać, nasz głos, podniósł głowę, spojrzał na mojego przyjaciela, odwrócił się i poszedł nazad.

– Zejdźmy na bok – rzekł do mnie mój kolega – jest to odludek, dla którego spotkanie znajomego jest rzeczą bardzo przykrą. Zeszliśmy więc na prawo; lecz uderzony wyrazem tej twarzy niegdyś pięknej, dziś pokrytej bladością i napiętnowanej ciężkim smutkiem, zapytałem mego towarzysza, czy zna tego pana.

– Znam go dobrze – odpowiedział – byliśmy niegdyś w jednym biurze i w kilku zdarzeniach oddałem mu niewielkie przysługi. Od lat siedemnastu biedny ten człowiek porzucił urząd i żyje zupełnie samotnie. Co to dziś mamy?

– Piątek – odpowiedziałem.

– A, to jego dzień – rzekł mój towarzysz. – Każdy wtorek i piątek od godziny jedenastej do ciemnej nocy przepędza na tej ulicy i to cała jego rozrywka.

– Dlaczegoż tylko w te dni? – zapytałem.

– Z tym się łączy smutna historia, która stanowczo na jego życie wpłynęła.

– Czy ci ona wiadoma? – zapytałem znowu.

– Znam ją dobrze – odpowiedział – i ze wszystkimi szczegółami. Słyszałem ją nieraz z ust tego biedaka i czytałem opisaną przez niego samego, gdy się tłumaczył przed sądem kryminalnym.

– Aj! – krzyknąłem uradowany – siądźmy pod tym kasztanem i opowiedz mi to.

– Kiedy bo wam autorom niebezpiecznie powierzać takie rzeczy. Co tylko pochwycicie, zaraz czym prędzej rzucacie na papier, a potem z mokrym jeszcze rękopismem biegniecie do drukarni i... – zatrzymał się i uśmiechnął się złośliwie.

– I psujemy – rzekłem. – Czy to chciałeś powiedzieć?

– Zgadłeś – odpowiedział. – Rzadko który z was umie opowiadać tak, żeby było nie widać waszych własnych łatek, którymi szpecicie jednostajną materią, dostarczoną wam przez naturę. Wam się zdaje, że trzeba koniecznie rzeczy nadzwyczajnych, jakichciś wypadków niespodziewanych; kiedy tymczasem życie jest to rzecz niezmiernie prosta, a wszystko, co nas w jego obrazie interesuje, zamyka się w głowie i w sercu ludzi, których malujecie.

– Jest w tym cokolwiek prawdy, ale więcej przesady –odpowiedziałem. – Trzeba, żeby i osnowa była trochę obudzająca ciekawość. Na takiej kanwie wyszywają usposobienia moralne i uczucia osób działających. Nie lubię ja i sam owych mniemanych sekretów komedyjnych i niespodzianych, toteż i łają mnie za to więcej, niż zasługuję; wszakże wybieram zawsze takie przedmioty, które by mi dały powód odkryć jakąś interesującą stronę serca lub umysłu. Historia tego pana musi ją mieć także, kiedyś o niej wspomniał. Inaczej nie zrobiłbyś był żadnej wzmianki.

– To prawda – rzekł mój towarzysz.

– Opowiedz więc ją, proszę cię.

– Ale nie będziesz pisał? – rzekł, patrząc mi w oczy.

– Za to nie ręczę – odpowiedziałem. – Mogę ci wszakże dać słowo, że nic nie dodam i tak napiszę, jak opowiesz. Przystał na ten warunek mój towarzysz. Usiedliśmy w miejscu ustronnym, skąd widać było ową ulicę i przechadzającego się po niej człowieka, którego część życia miałem usłyszeć, i oto jest opowiadanie mojego towarzysza, wiernie i bez żadnych dodatków spisane:

– Ten pan nazywa się Michał Studnicki. Ma on wielki dom na Lesznie, który mu przynosi dochód znaczny i aż nadto wystarczający na jego utrzymanie. Wkrótce po przyjeździe naszym z Krzemieńca poznałem się z nim, gdyż weszliśmy do jednego biura. Nie byliśmy z początku wielkimi przyjaciółmi, zbliżyliśmy się jednak dosyć, może przez kontrast naszych charakterów. Ja, zawsze zimny matematyk, jak wiesz, widziałem na świecie same tylko liczby. Uśmiechy ładnych ustek, wejrzenia ślicznych oczek, ukłony grzecznych panów, zimne skinienia głową naczelników, nawet uściski kolegów redukowałem zawsze na liczby większe lub mniejsze, które się dawały sumować lub odciągać. Pan Michał był zupełnie inny. Każdą myśl maczał wprzód, że tak powiem, w sercu, nim ją odział w słowa. Wszakże nie sądź, aby to był mazgaj płaksiwy i tchórzliwy. Owszem, gdy tego była potrzeba, działał z wytrwałością i odwagą, właściwą takim głębokim i melancholicznym charakterom. Właśnie ta wytrwałość i ten upór w uczuciach i postanowieniach przyprowadził go do tego stanu, w jakim go widzisz; bo gdy co raz weszło do jego głowy i serca, już tam zostało na zawsze. Gdy sobie postanowił co zrobić lub się czego nauczyć, póty się męczył, póki nie doszedł do nadzwyczajnej biegłości. I tak na przykład gdy był jeszcze w szkołach, podobało mu się, że stryj jego, do którego jeździł na wakacje, wystrzeliwał asy. Pan Michał póty się męczył, póty psuł proch i kule, póki nie doszedł do takiej pewności ręki i oka, że kilka kul w jeden punkt wbijał. Chodząc raz nad rzeką, spostrzegł kilku żołnierzy niezmiernie zręcznie pływających po Wiśle. Zajęło go to. Poszedł więc do oficera szkoły pływania, naszego niegdyś kolegi, zaczął się uczyć i przez jedno lato lepiej pływał niż oni wszyscy. To samo mu się zdarzyło z angielskim językiem. Pokazałem mu tylko, jak się wymawiają niektóre litery; w rok potem lepiej umiał po angielsku ode mnie. Rozciągnąłem się cokolwiek nad tymi okolicznościami, ponieważ one ci wytłumaczą wypadki jego życia. W którym to roku po raz pierwszy opuściłeś Warszawę?

– W 1823 – odpowiedziałem.

– Już więc ciebie tu nie było; a widziałbyś był ze swego okna początek tej historii; bo właśnie na tej ulicy rzecz się zawiązała. W roku 1824, w sierpniu podobno, pan Michał, który zawsze lubił samotność, przechodził właśnie tędy i spostrzegł na tej oto ławeczce pod kasztanem, gdzie i pan mój podobno także oczekiwał na różowy kapelusik, spostrzegł, mówię, twarzyczkę śliczną, ale bladą i smutną. Była to brunetka, mająca może lat dziewiętnaście. Oczy miała czarne nadzwyczajnej piękności; spod czarnego kapelusza, wychodziły błyszczące czarne loki; szlafroczek także był czarny; słowem, wszystko na niej było czarne, oprócz twarzy, która była blada, i szyi, która była jak śnieg biała. Ta twarzyczka, ta kształtna i wysmukła figurka, ta drobna rączka ciemną odziana rękawiczką i trzymająca zgrabny parasolik, ta wystawiona cokolwiek, delikatna i wąska nóżka, odziana z elegancją warszawską, wszystko to zostało od razu w myśli i w sercu melancholicznego pana Michała. Ja byłbym tę bladą twarz i czarne ubranie, i wystawioną nóżkę zredukował na liczby, uśmiechnął się, poszedł dalej i zapomniał; pan Michał przeszedłszy raz wrócił się, co czynił póty, póki panienka siedziała na ławeczce. A gdy wstała i poszła, on szedł za nią i przypatrywał się jej figurze, jej lekkiemu chodowi, jej ruchom pełnym gracji i powagi.

– Czy była sama? – zapytałem.

– Oho! Już widzę, że będziesz pisał – odpowiedział. – Nie, nie była sama. Był z nią poważny staruszek w granatowym surducie, z amarantowymi wyłogami, ale bez szlif. Widać stary dymisjonowany oficer, cokolwiek przygarbiony, z siwym wąsem, ale także smutny. Szedł więc za nimi pan Michał; spostrzegł, że blada twarzyczka parę razy obróciła się i wejrzenie jej czarnych oczów oblało go jak gorącą wodą. Byłby szedł tak dalej i odprowadził ich z daleka aż do mieszkania; ale na nieszczęście spotkał go szef naszego biura, ukłonił się i zaczął rozmowę. Niegrzecznie było porzucić szefa biura, który miał ochotę pogadać; rozmawiał więc z nim pan Michał cokolwiek roztargniony, a tymczasem granatowy surdut i czarny szlafroczek zginęły w tłumie. Gdy był znowu sam, pobiegł, oglądał się, szukał, ale już ich znaleźć nie mógł. Na drugi dzień oczywiście pan Michał chodził samotny po tej ulicy tam i nazad, a gdy się zbliżał do swojej ławeczki, wzdychał i przypominał sobie czarny szlafroczek i blade lice. Ale tą razą wzdychał i chodził na próżno, bo zmrok padł, zaczęło się robić ciemno i nikt nie przyszedł. Smutniejszy niż zwykle wrócił do domu i nazajutrz w biurze do nikogo słowa nie przemówił. Tak przeszło dni kilka; każdego wieczora pan Michał przechadzał się po ogrodzie i każdego wieczora coraz smutniejszy powracał do domu. Nareszcie przyszła nie- dziela. Od samego rana puścił się pan Michał po kościołach, spodziewając się, że gdziekolwiek spotka prześliczne widziadło, które mignęło przed jego duszą, wstąpiło raz tylko w jego serce i zostawiło na zawsze ślad delikatnej swej stopki. Był u Fary, u Dominikanów, u Pijarów, u Kapucynów, u Bernardynów, u Ś-go Krzyża; tu zmówił pacierz, tam zapomniał i przeżegnać się, a nigdzie nie znalazł obrazka, którego właściwie szukał i do którego chciał pomodlić się. Nareszcie wracając już zdesperowany od Misjonarzów, spostrzegł na Krakowskim Przedmieściu kościół Karmelitów. Piękny i ponury front tej świątyni uderzył go. Dawno już w niej nie był, coś mu szepnęło, żeby wstąpić. Wszedł więc, ale tą razą już nie szukał ziemskiego obrazka, straciwszy zupełnie nadzieję znalezienia go kiedykolwiek. Wszedł ze szczerą chęcią pomodlenia się; chciał ofiarować Bogu męki swego serca i oddać swój los jego opiece. Nie patrząc, co się wkoło niego dzieje, ukląkł przy bocznym ołtarzu i szczerze się modlił. Gdy skończył modlitwę i podniósł oczy, spostrzegł, że przy drugim ołtarzu klęczała osoba w czarnym szlafroczku, w czarnym kapeluszu i jeszcze goręcej się modliła. Nie widział tej twarzy, ale kibić była ta sama, te same drobniutkie i białe rączki pobożnie złożone, ta sama maleńka nóżka wyglądała spod szlafroczka. Śpiewano właśnie suplikacje. Przenikająca nuta pieśni: „Święty Boże, święty mocny, święty nieśmiertelny”, rozchodziła się po kościele. Panu Michałowi łzy się w oczach zakręciły, a gdy spostrzegł, że jego piękna rzewnie płakała, zawołał z westchnieniem:

– Zmiłuj się nade mną i nad nią! Powstał więc i stanął tak, aby jej z oka nie spuścić i wyjść razem, i śledzić, dokąd pójdzie. Parę razy obejrzał się, czy nie ma gdzie szefa biura; ale szefowie rzadko chodzą do kościoła, zaspokoił się i czekał cierpliwie. Suplikacje się skończyły, suma się zaczęła. Czarna postać klęczała, a pan Michał stał i czekał. Nareszcie pobłogosławił ksiądz lud pobożny i wszyscy rzucili się do drzwi. Powstała i ona. Była to ta sama twarz, ale jeszcze bledsza, jeszcze piękniejsza niż w ogrodzie. Widać łzy przyniosły jej ulgę i modlitwa pokrzepiła duszę. Przypadkiem spojrzała w tę stronę, gdzie stał nasz bohater, i czarne jej oczy poznały twarz pana Michała i odgadły zapewne, co się działo w jego sercu, bo rumieniec przesunął się po jej licu i znikł tak prędko jak para oddechu ze stali polerowanej. Prędszym krokiem rzuciła się w tłum i obejrzała parę razy, czy pan Michał idzie. Pan Michał był tuż za nią; pchał się jak student do wielkiego ołtarza, kiedy biskup celebruje. Nie poznawał znajomych, byłby nawet udał, że nie poznał swego szefa biura, gdyby szefowie biura chodzili częściej do kościoła. Wszakże mimo wszelką usilność odsunęła się od niego dalej, niżby żądał, i była już na placu przed kościołem, gdy pan Michał był dopiero we drzwiach. Na otwartszym miejscu mógłby ją dopędzić, ale nie chciał; uważał bowiem, że się oglądała i im bliżej go spostrzegła, tym prędzej i zręczniej nóżki jej dotykały się kamieni. Już byli na Krakowskim Przedmieściu naprzeciw Bernardynów; nagle obejrzawszy się raz jeszcze i spostrzegłszy, że pan Michał idzie z okiem wytężonym na swoją zdobycz, poskoczyła skokiem łani na kilka schodów i wbiegła do kamienicy Rezlera. Pamiętasz zapewne, że to kamienica przechodnia i prowadzi na ulicę Senatorską, a stamtąd na Miodową. Wbiegł pan Michał na drugi korytarz, stamtąd na dziedziniec, stamtąd na drugi, dalej pod bramę podjazdową; obejrzał się po ulicy Senatorskiej na prawo i na lewo, wszędzie pełno ludzi, ale dla niego były pustki, bo jej nie było. Wrócił więc nazad, przeszedł raz jeszcze dziedziniec i korytarz, na próżno. Pytał stróża, nie wiedział. Kazał się zaprowadzić do rządcy domu, wypytywał go, czy nie mieszka tu jaki stary oficer dymisjonowany, mający córkę, która chodzi w czarnym szlafroczku, ma czarne oczy i twarz bladą. Ruszył ramionami tłusty i zatabaczony rządca, uśmiechnął się widząc gorliwość pana Michała, ale odpowiedział, że takiego lokatora w całej kamienicy nie ma. Poszedł więc pan Michał powoli do domu, zmartwiony i sfatygowany, i zaczął serio myśleć o wypędzeniu z głowy niepotrzebnego gościa. Ale tą razą postanowienie jego nie było dość silne i nie dotrzymało placu; bo gdy się zbliżył wieczór, znowu czarny szlafroczek lśnił się przed jego myślą, a małe nóżki tuptały mu w sercu. Wziąwszy więc kapelusz, poszedł znowu do ogrodu. Zaraz na zawrocie od Żelaznej Bramy spostrzegł czarny szlafroczek i granatowy surdut. Uszczęśliwiony szedł ostrożnie i z wolna, aby ich nie spłoszyć, i unikał troskliwie wszystkich znajomych, bojąc się, aby mu który przy wychodzie do wyśledzenia ich pomieszkania nie przeszkodził. Usiedli znowu na ławeczce, a pan Michał przeszedł raz i drugi i nieznacznie, ukradkiem spoglądał na tę twarz bladą, zawsze piękną, na te czarne oczy, które go nie unikały, ale owszem zdawały się za nim skierowywać. Gdy się już czwarty raz przybliżał do ławeczki, spostrzegł, że do owego staruszka przystąpił jakiś wojskowy, także już niemłody, ale jeszcze w czynnej służbie. Taką między nimi usłyszał rozmowę:

– Jak się masz, majorze – rzekł oficer ze szlifami.

– Źle się mam, jak zwykle – odpowiedział stary z westchnieniem.

– Niepotrzebnie się martwisz, majorze; chodź, mam ci coś powiedzieć. Major powstał, obrócił się do córki i rzekł:

–Posiedź tu, Maryniu, ja zaraz przyjdę. Wziąwszy się pod rękę, obaj weterani poszli ulicą, a Marynia została sama jedna. Panu Michałowi przyszła heroiczna myśl; przybliżył się i usiadł na drugim końcu ławeczki. Serce mu biło gwałtownie i oddech zatrzymywał się w piersiach. Marynia siedziała ze spuszczonymi oczyma, udając, że go nie widzi, i rysowała na ziemi jakieś znaczki parasolikiem. Gdy pan Michał spostrzegł, że major odszedł dosyć daleko, że będzie mógł cokolwiek z nią pomówić, a przynajmniej usłyszy jej głos, przeżegnał się w duchu, jak gdyby miał wskoczyć do Wisły i ją przepłynąć, i rzekł przysuwając się nieznacznie:

– Niech mi pani daruje, że nieznajomy śmiem do niej przemówić; ale boję się, żeby mi się ta zręczność nie wymknęła, której już od niejakiego czasu szukam. Będę się starał być zwięzłym i powiem otwarcie, co myślę. Czy pani raczysz mnie posłuchać?

– O cóż idzie? mów pan – rzekła Marynia i podniosła na niego śliczne czarne oczy. Jej głos dźwięczny, ząbki białe i czyste, które się przy tych słowach pokazały, a nade wszystko te oczy i to wejrzenie tak zmięszały pana Michała, że przez chwilę nie mógł przyjść do słowa. Patrzał tylko na nią z wyrazem pełnym miłości i byłby długo jeszcze patrzał, gdyby się była nie odezwała:

– Słucham pana.– Stłumił więc w sobie westchnienie, obejrzał się, jak daleko major, i rzekł prędko:

– Nazywam się Michał Studnicki; jestem urzędnikiem w Komisji Spraw Wewnętrznych. Mam dom na Lesznie, który mi zapewnia niezależność. Nie wiem, kto pani jesteś; widzę tylko, żeś młoda, piękna, żeś córka oficera. Widziałem panią kilka dni temu w ogrodzie; szukałem cię potem co dzień, dziś spotkałem panią w kościele. Modliłaś się gorąco i płakałaś. Jeżeliś pani nieszczęśliwa, jeżeliś wolna, pozwól mi dać się poznać bliżej. Może mi Bóg dopomoże, że w sercu moim znajdziesz dla siebie pociechę, jeśli jej potrzebujesz. Ja będę aż nadto szczęśliwym, gdy mi nie odbierzesz choć dalekiej nadziei. – Umilkł pan Michał i ona milczała. Potem dodał drżącym głosem: – Czym panią rozgniewał?

– Słowa pana – odpowiedziała cokolwiek zmięszana i okryta prześlicznym rumieńcem – mają charakter prawdy i szczerości. Gniewać się za nie nie mogę, dziwię się tylko, że pan wystawiasz się na taki hazard, czyniąc tak stanowcze ofiary kobiecie nieznajomej. A gdybym też je przyjęła?

– Tobyś pani uczyniła najszczęśliwszym człowieka, który od kilku dni nie ma snu i spokoju

– rzekł pan Michał z ożywioną twarzą.

– A gdyby się pokazało – rzekła znowu – żem tych ofiar niegodna?

– O! To być nie może – odpowiedział pan Michał. – Ręczy mi za to pani twarz, mundur jej ojca i ta gorąca modlitwa, którąś dziś posyłała do nieba.

– Dziękuję panu za to o mnie mniemanie – rzekła z wyrazem, który twarz jej zrobił dziwnie piękną, wyciągnęła do niego drobną rączkę, tak że pan Michał mógł ścisnąć delikatne paluszki. Potem dodała, spuszczając oczy: – Nie odrzucam znajomości zacnego człowieka, jakim mi się pan wydajesz. Ale przyjmieszże jeden warunek?

– Każdy, choćby najcięższy – rzekł pan Michał.

– Dziś – rzekła z uśmiechem – musiałam przed panem uciekać. Nie rób mi pan nigdy tej przykrości. Nie staraj się poznać naszego mieszkania ani mojego nazwiska. Czy zgoda?

– Wykonam święcie ten rozkaz pani, chociaż nie taję, ile mnie to będzie kosztować. Ale gdzież i kiedy będę mógł panią widzieć? Jeżeli pani nie odrzucasz mojej znajomości, to znaczy, że pozwalasz, abym cię kochał, abym ci to mówił. Nie jestem młodzik, nie jestem trzpiot niestały i zmienny. Zanadto serio patrzę na świat i brzydzę się wszelką płochością. Kłamliwe i zimne grzeczności, które się mówi kobietom bez myśli lub w celu występnym, nie skalały dotąd ust moich. Pani pierwsza opanowałaś moje serce, a uczucia moje muszą być głębokie i silne, kiedy przy pierwszej zręczności odważyłem się je wyrazić. Daj się pani ubłagać. Przez cały ten czas patrzyła mu w oczy z uwagą i zajęciem. Po chwili dodała:

– O! Jaką mi pan boleść sprawiasz.

– Moim szczerym wyznaniem? – rzekł pan Michał.

– O! Nie – odpowiedziała prędko– swoją prośbą. – Umilkła, lecz postrzegłszy, że twarz pana Michała pobladła na te jej słowa, dodała ciszej: – We wtorek i w piątek o godzinie jedenastej będę tu zawsze. A teraz idź pan; jak pan mnie lepiej poznasz, może nie będziesz miał ochoty zabierać znajomości z moim ojcem, który się przybliża.

– Wracasz mi pani życie i spokój. – Powstał, spojrzał raz jeszcze na tę twarz, której się nie mógł napatrzeć, i poszedł. Gdy powracał do domu, był szczęśliwy i smutny razem. Jakieś wątpliwości zaczęły powstawać w jego sercu, jak lekkie mgły zaciemniające horyzont; lecz wkrótce śliczna twarz jej wynurzała się jak słońce i rozpędzała je zupełnie. Myślał dużo i o tym spotkaniu, i o swojej z nią rozmowie, a rezultat tych myśli był zawsze korzystny dla Maryni; kontent był, że na jego otwartość i szczerość odpowiedziała otwartością i szczerością, że nie udawała niewiniątka i dowiodła rozumu, poznawszy z jego twarzy i słów, że mówił serio i był przeniknionym. Zakłopotała go cokolwiek obietnica przyjścia do ogrodu; lecz gdy przypomniał sobie, jak się przeraził jej odmówieniem, jak zapewne musiał poblednąć i zmięszać się, widział w tym jej przyrzeczeniu dowód jej dobrego serca i litości nad swoim stanem. Jeden tylko szkopuł, o który okręt niosący piękne nadzieje pana Michała zadzierał się cokolwiek mocniej, to jest, dlaczego nie chciała mu pozwolić poznać się z ojcem i uczęszczać do ich domu. Wszakże po długim biedzeniu się i to zagadnienie rozwiązał. ,,Muszą być bardzo biedni – pomyślał – i wstydzą się swego ubóstwa”. Uradowany tym wynalazkiem, jak Archimedes, uspokoił się pan Michał i z biciem serca wyglądał wtorku. We wtorek o pół do pierwszej wracał z ogrodu, szedł krokiem śmiałym i pewnym, kapelusz niósł w ręku, nie uważając, że słońce piekło jak ogniem. Piątek jeszcze mu więcej dał wesołości i dobrego humoru. Takim sposobem od wtorku do piątku, od piątku do wtorku, szczęście pana Michała podniosło się do wysokich potęg. A przecież nic szczególnego nie zaszło. Chodzili z sobą po tej ulicy lub siedzieli na tej ławeczce, ale zawsze z daleka, z uszanowaniem. Pan Michał nie śmiał się przysunąć, wziąć jej ręki i przycisnąć do piersi; ale pan Michał kochał ją nad wszystko, ale widział w niej oznaki życzliwości, ale lubił jej skromność, jej wychowanie, jej rozum. Dość mu było widzieć ją i słyszeć, i mieć daleką nadzieję, którą ona zręcznie więc coraz dalej odsuwać umiała. Gdy raz we wtorek pan Michał zaczął niby narzekać, gdy chciał przynajmniej dowiedzieć się, jak się jej ojciec nazywa, Marynia rzekła: ,,To ja już w piątek nie przyjdę”; i słowom tym towarzyszył wyraz twarzy tak miły, wejrzenie tak słodkie, że panu Michałowi żal się zrobiło piątku; umilkł, nie nalegał i czekał dalej. Tak przeszło kilka tygodni. Nadszedł październik. A chociaż wtorki i piątki były jeszcze piękne, ale miałże złożyć swój los, swoje szczęście w ręce pogody jesiennej? Ta myśl przyprowadzała go czasem do rozpaczy. Jednego piątku, gdy się zeszli o samej jedenastej, Marynia uśmiechnąwszy się mile rzekła:

– Jak pan akuratny! Jeszczem ni razu nie czekała na pana ani chwili.

– Czyż to panią dziwi? – odpowiedział. – Jeszczeż mi pani nie wierzysz, że ją kocham nad wszystko w świecie? Każdy ranek we wtorek i w piątek kosztuje mniej wiele zdrowia. Wstaję ze świtem, chodzę, niecierpliwię się, wyglądam tej jedenastej i doczekać się jej nie mogę.

– A gdy nadejdzie? – rzekła, spojrzawszy nań z wdzięcznością.

– O! Gdy nadejdzie, gdy panią obaczę, gdy się uśmiechniesz, słowo wymówisz, spojrzysz tylko, zapominam o wszystkim, com wycierpiał. Jestem szczęśliwym, ale...

– Ale – powtórzyła Marynia.

– Ale możeż to trwać długo? – dodał pan Michał. – Jesień się przybliża, zima nadejdzie. Będzieszże pani mogła przychodzić jak dotąd? Ja sam wyrzeknę się tego szczęścia, jeżeli mam je otrzymywać kosztem jej zdrowia. Jeżeli ręka pani wolna, jeżeli pani masz dla, mnie choć cokolwiek życzliwości, zechceszże mnie wystawić na taką męczarnię? Jakie mogą być przyczyny, które panią wstrzymują, pojąć nie mogę. Dlaczegoż nie znam dotąd nazwiska jej ojca ani nazwiska pani, ani jej domowych okoliczności? Mogłaś pani mieć wstręt objawić to obcemu, ale godziż się kryć przede mną, którego majątek, ręka, imię i życie nawet poświęcone i oddane pani od tej chwili, gdym ją raz pierwszy obaczył? Ponieważ pani tego żądasz, szanuję i szanować będę jej sekret, wszakże pewny jestem, że on nie jest takim, za który byś miała potrzebę się rumienić. Za to mi ręczy święty wyraz, który czytam w twarzy pani. Jeżeli cała rzecz w tym, żeś pani biedna i wstydzisz się swego ubóstwa, jakże bolesną krzywdę wyrządzasz memu sercu. To powiedziawszy, westchnął pan Michał i umilkł. Marynia milczała także: widać było w twarzy walkę jej duszy. Czasem spojrzała na niego okiem pełnym życzliwości, to znowu schyliła je ku ziemi. Nareszcie zatrzymała się, wzięła jego rękę, ścisnęła w swojej i rzekła:

– We wtorek już nie przyjdę. Stanął pan Michał jak osłupiały; a gdy podniósł głowę, już była daleko. Dziwne uczucia powstały w jego sercu; sam nie wiedział, czemu przypisać ten upór. Już mu nawet przychodziło do głowy, czy nie ma ona męża? Czy się nie kryje przed nim? Czy nie jest to intryga naganna, mogąca go doprowadzić do występku, którym się brzydził? Ale gdy sobie znowu przypomniał anielski i czysty wyraz tej twarzy, wszystkie rozmowy pełne skromności, w których nie było najmniejszego śladu kokieterii; gdy mu przyszła na myśl ta niedziela i ta modlitwa, wśród której ją odszukał, wszystkie podejrzenia znikały, miłość silniejsza niż pierwej opanowała jego serce i postanowił... Cóż postanowił? Gdybyś opisywał tę historię, cóż by u ciebie teraz pan Michał postanowił?

– Naturalnie, pobiegłby za nią, odszukałby, wyśledził jej mieszkanie, dowiedziałby się od sąsiadów albo raczej od sąsiadek, bo lepiej wszystko wiedzą, kto ona? I jeśliby było warto, poszedłby prosto i upadłszy do nóg...

– Byłoby to po francusku – przerwał mi kolega. – Nie darmo ci zarzucają, żeś się rzucił do francuskich pisarzów i przenosisz z nich wszystko żywcem do swoich dramatów, nawet pierwej, nim który z nich co napisze, jak ci się to zdarzyło z Piękną kobietą i Katarzyną Howard. Otóż nie zgadłeś, mój łaskawco: najprzód dlatego, że pan Michał nie Francuz, a potem, że dał słowo, iż jej śledzić nie będzie, i nie śledził. Gdy znikła z jego oczu, poszedł z wolna do domu, smutny, zdesperowany, i postanowił czekać wtorku. Ale minął wtorek, minął piątek, a Marynia do ogrodu nie przyszła. W niedzielę modlił się gorąco u Karmelitów, przy tym samym ołtarzu; ale na stopniach drugiego ołtarza, gdzie niegdyś rysowała się piękna postać, skąd podnosiło się tyle rzewnych myśli do nieba, nie było nikogo. Niepocieszony wyszedł z kościoła pan Michał. Resztę dnia i cały następny poniedziałek chodził z jednej ulicy na drugą, z jednego ogrodu do drugiego, z jednej alei w drugą, zawsze w nadziei, że ją gdzie spotka. Kilka mil zrobił przez te dwa dni, wszakże nie na próżno.

– Znalazł ją? – zawołałem.

– Nie – odpowiedział mi towarzysz – ale sfatygował się okropnie i gdy w poniedziałek w wieczór rzucił się na łóżko, spał całą noc jak zabity. – Ruszyłem ramionami, a mój towarzysz spostrzegłszy to, uśmiechnął się i tak dalej mówił: – Nie był to wszakże sen pokrzepiający. Obudził się na drugi dzień pan Michał z mocnym bólem głowy i czuł w całym ciele bijące pulsa. Lecz że to był wtorek, przed jedenastą jeszcze poszedł do ogrodu. Usiadł samotny na ławeczce i oparłszy łokieć na kolano, a na dłoni położywszy twarz smutną i bladą, zadumał się; wtem poczuł, że delikatna rączka dotknęła się jego ramienia. Podniósł głowę, była to Marynia. Ale twarz jej, bledsza niż kiedykolwiek, miała wyraz głęboki powagi i smutku. Wziął jej rękę pan Michał, pierwszy raz przycisnął ją do ust, potem tuląc do serca rzekł:

– Zlitowałaś się nareszcie nade mną – i dwie łzy potoczyły się po jego twarzy. Ona, widocznie rozrzewniona, ścisnęła jego rękę i odpowiedziała:

– Więc pan nie możesz mnie zapomnieć? Inna kobieta pyszniłaby się takim przywiązaniem zacnego człowieka, a mnie sprawia ono niewysłowioną boleść.

– To znaczy, że mnie nie kochasz. Nie maszże dla mnie ani odrobiny życzliwości, ani przyjaźni?

– Czyżbym tu przychodziła? – rzekła, rumieniąc się z lekka.

– O! Droga pani – odezwał się z zapałem pan Michał – dlaczegoż mnie dręczysz?

– Chodź pan ze mną – odpowiedziała smutno. Porwał się z miejsca. Ona oparła się na jego ramieniu i poszli dosyć spiesznie. Prawie całą drogę nic do siebie nie mówili; nie wiedział, czy go czekało szczęście, czy jaki cios niespodziewany; raz trwoga ściskała jego serce, to znowu, gdy spojrzał na nią idącą obok siebie, gdy poczuł jej magnetyczne zbliżenie, był szczęśliwym i pełnym nadziei. Już byli na ulicy Freta i przy samym jej końcu weszli do jednej niepokaźnej kamienicy. Na schodach serce okropnie biło w piersiach pana Michała i pulsa rozrywały mu skronie; musiał się zatrzymać i odetchnąć. Weszli wreszcie do mieszkania na drugim piętrze. Pokoiki były małe, ale czysto i gustownie nawet ubrane. Wszędzie widać było rękę kobiety, która lubiła porządek, miała chęć i cierpliwość zajrzeć do każdego kącika. Obejrzał się pan Michał; nie było nikogo i cichość zupełna.

– Gdzież ojciec pani? – zapytał, spojrzawszy na pałasz, który stał w kącie.

– Mego ojca nie ma teraz w domu – odpowiedziała. – Usiądź pan tu i odpocznij, ja zaraz przyjdę. Wyszła do trzeciego pokoiku, zamknęła drzwi za sobą i wkrótce usłyszał pan Michał stłumione szlochanie. Sam nie wiedział, jak to sobie wytłumaczyć i czego się miał spodziewać, ale czuł, że się serce w nim krajało. Zerwał się, chciał wejść i do nóg się jej rzucić, ale jakaś dziwna obawa wstrzymała go na miejscu. Po chwili drzwi się otwarły i Marynia z zapłakanymi oczami, z twarzą okropnie bladą, wyszła i dała mu znak, aby wszedł za nią. Wszedł więc pan Michał drżąc cały, w oczach mu się ćmiło, ledwie mógł stać na nogach. Był to jej sypialny pokoik; ale obok jej łóżka stało drugie łóżeczko, zakryte delikatną i białą firanką. Przystąpiła Marynia wpół żywa, podniosła zasłonę i pan Michał obaczył dziecię dwuletnie, pogrążone we śnie. Rumieniec zdrowia tlił się na pulchnej twarzyczce, białe włoski wiły się po delikatnej skroni; czysta i cienka bielizna je okrywała; wszystko pokazywało, że to śliczne dziecię było jedynym celem życia matki. Osłupiał melancholiczny pan Michał na ten widok, et vox faucibus haesit. A pamiętasz, jak nam ksiądz Osiński to miejsce tłumaczył?

– A daj że mi pokój – rzekłem zniecierpliwiony – mów dalej! Uśmiechnął się, jak zwykle, i tak dalej mówił:

– Pan Michał stał oniemiały; Marynia, oparłszy się o łóżeczko, milcząc, poglądała na niego z wyrazem dziwnej jakiejś i jakby dumnej spokojności. Nareszcie rzekła:

– Oto jest moje dziecię, a ja nie mam męża. Czy pan mnie chcesz teraz? Zimny pot oblał pana Michała. Zdawało mu się, że sufit leży na jego głowie i ciśnie go do ziemi. Nie mógł znaleźć słów do odpowiedzi i w rzeczy samej trudno było odpowiedzieć. Wszystkie iluzje, wszystkie marzenia, którymi zdobił swoją przyszłość, odbiegły go nagle. Został tylko sam na sam z gorzką prawdą, która mu pokazała twarz suchą, bez rumieńca, bez uśmiechu, podobną do piątego zadania pierwszej księgi geometrii Euklidesa. Postrzegła stan jego Marynia; zasunęła firaneczkę, która okrywała jej skarb, i wyszła do drugiego pokoju. Pan Michał machinalnie wyszedł za nią, ona wróciła nazad, stanęła we drzwiach i rzekła:

– Chciałeś pan wiedzieć, wiesz teraz. Szanuję twój charakter, cenię wysoko twoją miłość do mnie i wyznaję, że przy tobie może by moje oczy oschły z płaczu i serce odżyłoby i otworzyło się szczęściu ziemi. Mogłabym była ukryć mój wstyd, ale nie chciałam pana oszukiwać. Namyśl się więc dobrze, czy możesz być mężem dziewczyny biednej i zwiedzionej; czy możesz być ojcem i opiekunem tego dziecka, które ci co dzień błąd mój przypominać będzie, a które ja kocham więcej niż życie. Pojutrze o godzinie jedenastej czekam pana. To powiedziawszy, zamknęła drzwi i klucz dwa razy obrócony w zamku stuknął przeraźliwie. Panu Michałowi zdało się, że leży w trumnie spuszczonej już do grobu i słyszy nad sobą stuk tych grudek ziemi, które najprzód ksiądz, potem krewni, dalej znajomi i nieznajomi zrzucają na wieko.

– Ciekawa byłaby rzecz wiedzieć – dodał po chwili mój towarzysz – co sobie myślał Napoleon, gdy opuściwszy plac boju pod Waterloo rzucił się do karety i leciał pędem strzały przez Francję, która mu się spod nóg wysunęła i nie była już jego własnością.

– Ależeś skoczył! – rzekłem.

– Nie tak bardzo, jak ci się zdaje – odpowiedział – i mógłbym ci tego dowieść; ale wróćmy do pana Michała. Przygnieciony swoim dziwnym położeniem, usiadł i zakrywszy sobie twarz obiema rękami, myślał o czym? O tym samym, o czym myślał Napoleon, wracając spod Waterloo, to jest o wszystkim i o niczym. Opowiadał mi potem, że nawet biuro przychodziło mu na myśl i mnie widział przy stoliku uśmiechającego się do papierów. Jak długo tak siedział, nie pamięta. Nagle usłyszał w drugim pokoju płacz dziecka. Przerażony tym krzykiem, jak gdyby kamienica miała się zwalić na jego głowę, zerwał się, chwycił za kapelusz i uciekł. Biegł tak bez pamięci przez różne ulice. Wszędzie go ścigał ten płacz niewinnego dziecka. Widział tłum ludzi, ale żadnej twarzy rozróżnić nie mógł. Czuł, że mu się mięsza w głowie, że żadna myśl stać nie chce na miejscu, ale wszystkie razem plącząc się z sobą i harcując wokoło, najdziwaczniejsze wyprawiają kozły. Wreszcie, po długiej gonitwie, znalazł się, sam nie wiedząc jak i kiedy, w Łazienkach. Wycieńczony, bezsilny, z gorejącą głową, rzucił się na chłodną ziemię i leżał tak do wieczora. Szczęściem żołnierz jakiś przechodził tamtędy, zbliżył się i poznawszy, że człowiek chory, pomógł mu powstać, posadził na ławeczce, a sam pobiegł poszukać dorożki. W godzinę przyjechał poczciwy wiarus, pomógł panu Michałowi wejść do koczyka, podziękował za dwuzłotówkę, którą dostał za fatygę, i wkrótce potem pan Michał był już u siebie i w łóżku. Ciało jego trzęsło się od zimna, a głowa płonęła jak ogień. Przestraszony służący, nie wiedząc, co robić, przybiegł do mnie. Pojechałem natychmiast i zastałem go w gorączce. Całotygodniowa męczarnia, gdy sądził, że już jej nie znajdzie, gwałtowne wstrząśnienia dnia tego, fatyga i przeziębnięcie przyprowadziły go do tego stanu. Udałem się do doktora M., którego imię było już wówczas głośne; szczęściem zastałem go w domu i przywiozłem z sobą. Dzielne i umiejętne środki i odpoczynek przywróciły wkrótce zdrowie panu Michałowi. Już trzeciego dnia gorączka została przerwana, ale nie mógł jeszcze wstać z łóżka. W tydzień dopiero mógł wyjść z domu. Miał więc dosyć czasu do namysłu; jakoż namyślił się i postanowienie jego było niezachwiane. Choć nie znał okoliczności, jakie towarzyszyły jej błędowi, wiedział przecież dobrze, że tylko młodość i niedoświadczenie, nie zepsucie, mogło być jego przyczyną. Czuł przy tym, że mu bez niej żyć niepodobna, a przynajmniej, że życie takie nie miałoby ani jednego uśmiechu, ani jednego kwiatka. Ten śliczny aniołek, którego płacz tak go niedawno przeraził, teraz do niego wyciągał rączki, on go w myśli tulił do serca, a oczy matki patrzyły nań z niewysłowioną wdzięcznością i miłością. Rozmarzony tymi obrazami, ubrał się i pojechał na ulicę Freta. Gdy wszedł na schody, usłyszał na drugim piętrze niezwykłą jakąś wrzawę. Gniewny głos kobiety, ale takiej, która lubi gospoda- rować głośno, krzyk ludzi wynoszących meble, stuk młotka uderzał jego uszy. Nie pojmując, co by to mogło znaczyć tam, gdzie niedawno było tak cicho, pobiegł prędzej. Gruba jakaś imość z pękiem kluczów wydawała rozkazy; wszystkie drzwi były otwarte i stołki, stoliki, kanapa, stały na środku, jakby przygotowane do wyniesienia.

– Co to znaczy? – zapytał pan Michał przelękniony.

– Albo to jegomość nie masz oczów i nie widzisz, co to znaczy – odpowiedziała gruba pani.

– Wynoszą meble, które musiałam wziąć za to, co mi się od nich należało. Dużo mnie, mój jegomość, kosztują te graty, z którymi nie wiem, co zrobię. Ale cóż było robić? Ludzie biedni, Pan Bóg mi to nagrodzi. Ale cóż jegomość tak na mnie patrzysz? Czy to ja nieprawdę mówię, czy co?

– Więc oni już tu nie mieszkają? Przenieśli się gdzie indziej, co? – rzekł pan Michał i czując, że się pod nim zginają kolana, usiadł na krześle.

– Ij, gdzie zaś przenieśli się– odpowiedziała. – Oni zupełnie wyjechali z Warszawy. – A widząc, że pan Michał okropnie pobladł, zawołała: – A słowo stało się ciałem! Co to jegomości?

– Dokąd wyjechali? – zapytał pan Michał cichym głosem.

– A czy ja wiem, mój jegomość? – odpowiedziała ruszając ramionami. Pan Michał posiedział, pomyślał, zapłacił pięćset złotych gospodyni, które się jej należały od majora; kazał meble nazad poznosić i najął to pomieszkanie na dwa miesiące. A gdy ludzi odprawił, zaprosił gospodynią do pokoju, usiadł i zaczął namyślać się co powiedzieć. Twarz jego była strasznie blada, usta drżały, ręce się trzęsły. Poprawiał sobie włosy co chwila, podnosił je ręką na czole, które tarł niemiłosiernie, i tak siedział i milczał. Gospodyni patrzała nań długo, potem uśmiechnęła się pomyślawszy, że zgadła przyczynę jego zmartwienia, i rzekła:

– Już ja to widzę, oni i jegomości winni. To źle, ale cóż począć? Martw się, jegomość, nie martw, a pieniądze jegomości przepadną, bo nikt nie wie, dokąd pojechali. Trzy dni temu wieczorem zaszła żydowska bryka, spakowali rzeczy, mnie oddali za dług wszystkie te graty; stary major płakał, a biedna panienka, otuliwszy swoje dziecko, blada jak trup, wyszła najprzód i usiadła w bryczce. O mój jegomość! Co to za anioł, ta nieszczęśliwa dziewczyna, którą niewdzięcznik jakiś, żeby go Bóg ciężko skarał, pozbawił losu i zdrowia. Jak ona to dziecię swoje chowała, jak jakie paniątko, a jedne tylko mieli sługę, a trzeba było widzieć, mój jegomość, jak to u nich wszystko było czysto i porządnie.

– Jak się nazywa stary major? – zapytał wreszcie pan Michał.

– To jegomość nie wie, jak się nazywa major? A pożyczał im pieniędzy i jeszcze teraz zapłacił za nich pięćset złotych? – Nie mogło się to pomieścić w głowie gospodyni; nareszcie, po różnych jej uwagach dowiedział się pan Michał, że major nazywa się Jakub Groiński. Kto zaś był ten niegodziwy, który nadużył zaufania młodziutkiej panienki i stał się przyczyną jej nieszczęścia, o tym nie wiedziała gospodyni. O tym podobno i ojciec nie wiedział, choć długo męczył i bił biedną, aby mu odkryła zdrajcę. Westchnął głęboko pan Michał, zakrył sobie twarz i tak siedział. Gospodyni patrzała nań długo, kiwała głową i pomyślała sobie: „Oto gospodarny człowiek! Jak żałuje straconego grosza!”

– Nareszcie pan Michał powstał i odprawił ją. Gdy został sam, zamknął się na klucz, poustawiał wszystko, jak było, pochodził, popatrzył, czy nie znajdzie jakiego śladu, jakiego listu, wszędzie było pusto. Po dwóch godzinach wrócił do domu. Na progu oddał mu służący list, przyniesiony przez weterana z Mokotowskich rogatek. Rozpieczętował go i znalazł te słowa; „Wiedziałam o tym, że nie przyjdziesz. Chociaż wierzę w szlachetność twego serca i w twoje przywiązanie do mnie, nie mam ci jednak za złe, żeś mnie zostawił memu losowi. Czuję to sama, żem nie warta ofiary, jaką byś mi był przyniósł, pokrywając swoim imieniem mój błąd i moją hańbę. Byłaby to niezasłużona nagroda za występek, który wart kary. Uciekam stąd, gdzie mi wszystko przypomina i chwilę ciężkiego zapomnienia, i bolesny czas mojej pokuty, i godziny słodkiej pociechy, jaką czerpałam w twojej rozmowie, drogi mój przyja- cielu i w tym przekonaniu, że znalazła się jeszcze choć jedna istota, która skłoniła myśl i serce swoje ku mnie, bo już mnie więcej nie obaczysz. W nieznanym zakącie kraju zagrzebię krótką resztę dni, które mi Stwórca przeznaczył. Bądź zdrów, mój drogi całą duszą wdzięczna ci – Maria”. Gdy służący wszedł do pokoju, usłyszawszy jakiś stuk, zastał swego pana na ziemi, bez zmysłów. Podniósł go, zaczął trzeźwić, przyprowadził do przytomności i położył w łóżko, z którego biedny pan Michał, przy najusilniejszych staraniach doktora M., ledwie w miesiąc potem powstał. Wszakże wypadek ten uderzył za mocno jego melancholiczny umysł. Gdy zupełnie przyszedł do zdrowia, nie odzyskał już i tej odrobiny wesołości, którą miał dawniej. Mnie nie unikał, owszem, opowiedział mi całą tę historią, prosił tylko, abym się nie uśmiechał, gdy będzie mówił. Podzielałem jego strapienie, nie uśmiechałem się, bo i nie było powodu, i odtąd pan Michał przywiązał się do mnie daleko więcej, bo ze mną tylko mógł o niej mówić, bo choć mi dziesięć razy powtarzał wszystkie szczegóły swojej krótkiej z nią znajomości, ja zawsze słuchałem cierpliwie.

– I nie szukał jej? – zapytałem.

– Widno, że piszesz dramata – odpowiedział mój towarzysz z wiecznym uśmiechem – i czym prędzej dążysz do końca, jak gdybyś miał przed sobą kilkuset głodnych spektatorów, którzy nie czekając rozwiązania powstaną i wyjdą. W opowiadaniu to co innego. Powieść czyta się zwykle do poduszki lub po obiedzie, kiedy żołądek pełny i nie można poważniejszą rzeczą zajmować głowy. Wtenczas czytelnik nie śpieszy i owszem gniewa się, gdy wszystko leci do końca piorunem.

– Masz racją – rzekłem – ale wróć, proszę cię, do Pana Michała.

– Otóż wracając do pana Michała, powiem d, że w takim stanie melancholii i smutku przebył całą zimę. Gdy nadeszła wiosna, odzyskał prawie zupełnie zdrowie, ale razem z siłami fizycznymi powróciła miłość z całą gwałtownością i żądzą obaczenia Maryni, choćby raz jeszcze w życiu. Jako urzędnicy Komisji Spraw Wewnętrznych, mieliśmy więcej sposobności niż kto inny do robienia poszukiwań. Rozpisaliśmy więc do wszystkich miast i miasteczek, do jednych z prośbą, do innych z poleceniem. Długo nie było żadnej odpowiedzi lub przychodziły nie zaspokajające. Nareszcie, jednego dnia, zdaje mi się na początku czerwca, odebrał pan Michał list od burmistrza miasta Hrubieszowa, w którym mu donosi, że od niejakiego czasu osiadł w ustronnym domku na przedmieściu major Groiński, z jakąś wdową młodą, ale chorą, której nikt jeszcze nie widział. Czy to była jego córka, czy jaka inna, tego z pewnością nie wie, bo nie miał żadnego powodu tak srogo egzaminować zasłużonego oficera, który żyje zamknięty, nikogo nie zna i nikomu żadnej krzywdy nie robi. Łatwo się domyślisz, że na drugi dzień po odebraniu tego listu pan Michał już był w drodze. Piątego dnia, około godziny czwartej po południu, obaczył przed sobą dziedzictwo naszego filozofa, z którego skąpstwa śmiano się, póki żył, a którego miłości ludzi i dobra publicznego nikt nie naśladował. Wjechał na przedmieście i spostrzegł na ulicy tłum zebranego ludu. Przed jednym z czystych domów miasteczka powiewały chorągwie i z daleka ulicą zbliżali się tamże księża, z krzyżem, który ich poprzedzał. Wyskoczył pan Michał z bryczki, rozparł tłumnie zbitych ludzi, zbliżył się i przede drzwiami domku ujrzał siedzącego na ławeczce dymisjonowanego oficera z siwymi włosami, ale z zakrytą twarzą. Koło niego na lewo był przed oknami maleńki ogródek, otoczony sztachetami i napełniony mnóstwem kwiatów; okna były otwarte, a przez liście akacji, przez błękitne pęki dokwitających już bzów, przez bukiety róż zaglądające do okien, błyskały świece, które otaczały katafalk. Pan Michał przeszedł prędko obok siedzącego przy drzwiach oficera, rozepchnął ściśniętych w sieniach ludzi i stanął przy tym uroczystym łożu, które się raz tylko dla każdego z nas zaściela. Leżała na nim młoda i śliczna kobieta. Biała suknia spadała po bokach z katafalka; maleńkie nóżki, w delikatnej pończoszce, związane były białą wstążeczką; w czarne jej włosy wpleciony był wianek z białych róż, a na marmurowej jej twarzy czer- niły się tylko brwi i rozlewał się delikatny cień długich jej rzęsów. W ręku miała krzyżyk drewniany, a poduszka jej obrzucona była wokoło kwiatami. Była to Marynia, równie piękna jak za życia, ale na czole jej nie było myśli, w oczach nie było duszy, w ustach nie było głosu, który tak przenikał pana Michała. Zbliżył się on z wolna, patrzał długo w twarz tak mu dobrze znajomą, ale nawet westchnieniem ani jękiem, ani łzą, ani żadnym ruchem nie okazał, że rozpacz w jego sercu, że życie i szczęście jego wkrótce zamkną do stojącej obok trumny. Bo milczenie jest najwyższym wyrazem równie dla wielkiego szczęścia, jak dla nieskończonej boleści. W śmierci najwidomiej objawia się nam Bóg i Jego wszechmocna potęga. Głupi tylko nie umie upokorzyć się przed majestatem katafalku i krzykiem i łzami chce podnieść tę głowę, którą ręka Stwórcy przycisnęła na wieki do śmiertelnej poduszki. Gdy to mówił mój kolega, pan Michał przeszedł przed nami ulicą, stanął przed ławeczką, patrzał tam długo i poszedł dalej. Nie mogłem się wstrzymać od mimowolnego rozrzewnienia; łza zakręciła się w moich oczach, postrzegł to mój towarzysz, uśmiechnął się i tak dalej mówił:

– Gdy pan Michał odprowadził Marynię na cmentarz i rzucił grudkę ziemi na jej trumnę, wtenczas dopiero rozmierzył całą głębię swego żalu, który miał być równie nieskończonym, jak nieszczęście jego było wielkie i bez miary. Nie miał już co robić w Hrubieszowie; napisawszy więc kilka słów do majora wsiadł do powozu i pojechał nazad. List jego był takiej treści: „Majorze! Kochałem córkę twoję nad życie. Nie mogłem osłodzić jej niedoli i zatrzymać ją dłużej na ziemi. Jeżeli ty, majorze, lub jej dziecko czegokolwiek potrzebować będziecie, oto mój adres. Wszystko, co mam, jest na wasze usługi”. We trzy lata potem powracał pan Michał z Hrubieszowa, dokąd co roku jeździ, i stanął na popas w Krasnymstawie. Poszedł do traktierni, chcąc się czymkolwiek posilić, i usiadł sobie spokojnie przy ustronnym stoliku. Na środku pokoju stał stół okrągły i przy nim siedziało siedmiu czy ośmiu oficerów od ułanów. Już, widać, byli po obiedzie, bo butelka krążyła prędko i rozmowa stawała się coraz głośniejszą, coraz trudniejszą. Przechwalali się młodzi żołnierze swymi dziełami na polu miłości i każdy z nich, zaczynający opowiadanie, starał się przesadzić swego poprzednika. Nie szczędzili nawet nazwisk tych pań i panien, które zawierzyły ich zepsutemu sercu. Pan Michał miał jeszcze w myśli cmentarz, na którym cały wczorajszy dzień przesiedział w dumaniu; marmurowy pomnik, który postawił Maryni, i prosty napis: „Módlcie się za jej duszę”, który kazał wyryć, stał jeszcze żywo przed jego oczami. Nie mógł więc słuchać bez obrzydzenia tych rozmów i nie skończywszy obiadu chciał wyjść, gdy zaczęte opowiadanie jednego z oficerów zatrzymało go na miejscu.

– Wszystkie wasze kontesy i Kaśki – rzekł ów oficer – są to wory sieczki w porównaniu z moją Marynią, która mi kilka lat temu siedmnastoletnie skarby swoje otworzyła.

– Zapewne jaka płaksiwa blondynka z czerwonymi pyszczkami? – rzekł inny.

– Mylisz się, rotmistrzu! – odpowiedział pierwszy.– Najśliczniejsza brunetka, jakiej już potem nigdy nie widziałem.

– Kiedyż to było? – zapytał rotmistrz. – Założę się, że się chwali.

– W roku 1822 – odpowiedział – w Warszawie, na Podwalu, w bawialnym pokoju mojej ciotki!... – tu dodał więcej szczegółów, których ci nie powtórzę i które pan Michał wymawiał, zgrzytając zębami.

– Wielki mi tryumf – rzekł inny – zapewne garderobianka twojej ciotki.

– Pleciesz! – odpowiedział pierwszy – któż rachuje i pamięta grzeczności garderobianek? To była panienka edukowana, śliczna, z gorącym sercem; ale jedną nieznośną miała wadę.

–Co? Ciężki oddech? – rzekł rotmistrz, śmiejąc się głośno. Na te słowa pan Michał uderzył nożem o talerz tak, że się rozbryznął na drobne kawałki. Spojrzeli nań wszyscy, a narrator tak dalej mówił: – Przeszkodził nam ten niezgrabny pan, który tłucze talerze. Otóż powiadam wam, że miała jedną, nieznośną wadę, to jest, że mnie kochała i chciała koniecznie, żebym się z nią ożenił.

– Czegoś naturalnie nie zrobił – rzekł jeden z oficerów, podkręcając siwe wąsy.

– Nie głupim – odpowiedział pierwszy. – Żona to tłumok za ciężki.

– Gdzież ona teraz? – zapytał rotmistrz.

– O! Czy ja wiem? A mnie co do tego? Sześć lat temu, bójcie się Boga!

– I nie żal ci jej?

– Żal mi, żem tylko jeden wieczór rozkoszny z nią przepędził. Poznałem ją u mojej ciotki, gdzie przez niejaki czas bawiła. Była śliczna i pełna życia. Przez trzy miesiące udawałem miłość, a ona zakochała się doprawdy. Razu jednego moja ciotka pojechała na teatr, a ona została w domu dla bólu głowy. Stanąłem we drzwiach krzeseł, a obaczywszy, że moja ciocia w loży sama jedna, cofnąłem się, żeby mnie nie dojrzała, i pędem strzały na Podwale. Zastałem Marynię w bawialnym pokoju. Byliśmy sami, głowa jej płonęła... i... ale dajcież mi pokój, jeszcze się wstydzę, że to był wieczór jeden i jedyny.

– Któż temu winien? – zapytał inny.

– Ja i nie ja – odpowiedział pierwszy. – Na drugi dzień Marynia już powróciła do ojca. Żadne prośby mojej ciotki zatrzymać jej nie mogły. A ja odebrałem... zgadnijcie co? Ale nie zgadniecie. Oto odebrałem bilecik prawie w tych słowach: ,,Karolu! Zgubiłeś mnie. Mój ojciec pozwoli., przychodź, nie opuszczaj nieszczęśliwej”. Parsknąłem ze śmiechu i pojechałem konno na Nowy Świat. We trzy miesiące odebrałem drugi bilecik takiej podobno treści: „Karolu! jestem matką, mój ojciec wie o wszystkim, męczy mnie i katuje, abym mu odkryła sprawcę mojego nieszczęścia; milczę i milczeć będę. Opuściszże mnie, Karolu? Przychodź, on ci przebaczy i ja ci przebaczę”. – Pewny byłem, że kłamie, że to była łapka, nic więcej; przy tym pani R*** czekała mnie w Ogrodzie Saskim, nie miałem więc czasu długo nad tym medytować.

– A potemże co? – zapytał rotmistrz.

– A potem? – odpowiedział młody człowiek, wstając i opierając się na poręczy krzesła – pani R*** była śliczna, grzeczniejsza, niż mogłem się nawet spodziewać; jej mąż większy daleko mazgaj, niżelim sobie wyobrażał, i naturalnie o mojej brunetce zapomniałem.

– Któż był jej ojciec? Mnie się wszystko zdaje, że to jakaś gryzetka.

– Mówiłem ci, rotmistrzu, że nie. Jej ojciec był to dymisjonowany major, nazywał się... Na te słowa pan Michał zerwał się ze swego miejsca i krzyknął piorunującym głosem:

– Nie wymawiaj pan jego nazwiska; zanadto brudne twoje usta.

– Co to jest? – zawołał oficer – czy mi pan tego wzbronisz? Był to major Groiński. – Ledwie wymówił te słowa, gdy pan Michał podniósł rękę i uderzył go w twarz z całej mocy. Potoczył się oficer daleko, wszyscy porwali się do szabel, ale widząc, że pan Michał stoi nieporuszony, wstrzymali się, Wówczas zwodziciel biednej Maryni przyskakując do niego, zapytał:

– Kto pan jesteś? – Pan Michał powiedział mu swoje nazwisko i swój urząd. Dobrze – rzekł dalej, trzęsąc się od gniewu,

– Możesz mi więc dać satysfakcją; rozumie się, że pistolety.

– Pistolety! Pistolety! – krzyknęli wszyscy.

– Zgoda – rzekł pan Michał – ale usiądźcie, panowie. W jego głosie było coś nakazującego. Twarz poważna i blada, wyraz pełen szlachetności, dowód odwagi i siły, który dał dopiero, wszystko to skłoniło oficerów, że go usłuchali i usiedli. Wtenczas pan Michał opowiedział im historię Maryni i swoją. Mówił z przeniknieniem, z boleścią pełną prawdy i wymowy; odmalował ją jako ofiarę rozpusty, czystą i niewinną, opisywał jako córkę, jako matkę pełnę poświęcenia i miłości. Zacytował jej ostatni list do siebie i nareszcie dał obraz tego widoku, na który natrafił w Hrubieszowie, gdzie spodziewał się zanieść jej pociechę i sam znaleźć szczęście. Gdy skończył, wszyscy byli wzruszeni, a zwodziciel siedział z daleka w kącie z zakrytą twarzą. Spojrzał po nich pan Michał i dodał:

– Słyszeliście, panowie! Jakkolwiek jesteście zdemoralizowani i zepsuci, nie sądzę jednak, abyście byli pozbawieni wszelkiej szlachetności. Powiedzcież, który z was zechce być sekundantem tego zbrodniarza? Spojrzeli po sobie oficerowie, ruszyli ramionami i żaden się nie odezwał.

– Jak to? – zawołał, powstając pan Karol – więc nie mam tu między wami żadnego kolegi? Żadnego przyjaciela? Wszyscy milczeli i ten i ów brał za kaszkiet, żeby się wynieść.

– Dobrze więc, nie chcecie, aby był pojedynek – krzyknął z rozpaczą opuszczony od wszystkich – to będzie proste zabójstwo, bez świadka; bo rzecz ta na słowach skończyć się nie może. Pan to sam czujesz.

– Stąd niedaleko cmentarz hrubieszowski; wolę więc tu umierać niż gdzie indziej – odpowiedział pan Michał. – Ale żebyś pan miał dowód – dodał – że się lituję nad twoim położeniem, chociażeś tego niewart, przyjmuję pojedynek i tych panów wszystkich proszę, aby byli naszymi świadkami, wszakże bez żadnego zobowiązania, jakie przyjmują na siebie sekundanci. O pół mili na drodze lublińskiej będę panów czekał. Panowie wyjedziecie tam na spacer. To powiedziawszy pan Michał wyszedł, kazał zaprząc, a o pół mili zatrzymał się i czekał. W pół godziny rozległ się po polu tętent kilku galopujących koni i cała kompania oficerów przybyła. Zwrócili na lewo do niedalekiego lasu, gdzie poszedł drożyną i powóz pana Michała. Siedząc w nim nasz bohater pierwszy raz od kilku lat uśmiechnął się na obraz śmierci, która go miała połączyć z Marynią, Gdy przybyli na miejsce, dwaj przeciwnicy z bronią w ręku stanęli naprzeciw siebie o kilka kroków. Nigdy zapewne nieboszczyk Albert Mier nie siadał z tak zimną krwią do tłumaczenia Andromaki i nie stawał obojętniej do pojedynku. Oficerowie nie zsiadając z koni, uszykowali się z boku. Wtenczas pan Michał odezwał się:

–Nie pojedynkowałem się nigdy, ale strzelam lepiej od pana. Gdybym pierwszy strzelał, jak mam prawo, nie byłoby pojedynku, bo pan pewno byś nie żył. Strzelaj więc!

– Czy mam strzelać? – zapytał oficer ów kolegów. Wszyscy milczeli.

– Strzelaj pan – krzyknął pan Michał – bo cię drugi raz uderzę! Na te słowa oficer zatrząsł się, wymierzył i strzelił. Z głowy pana Michała zleciał kapelusz. Oficerowie siedzieli na koniach w milczeniu, jak posągi.

– Niechże ci teraz Bóg i cień jej przebaczy, bo ja nie mogę – rzekł pan Michał; wymierzył, ogień błysnął na panewce, huk się rozległ i oficer upadł na ziemię, Zeskoczyli z koni koledzy, obstąpili go, ale już nie żył, ani jęknął, ani odetchnął, kula przeszła przez serce. Skłonił się pan Michał swoim świadkom, wsiadł do bryczki i pojechał. Tu się zaczyna prozaiczna część jego historii. Pod samym Lublinem dopędził go oficer od żandarmów z dwoma żołnierzami. Osadzono go w Lublinie pod strażą, po dwóch miesiącach przewieziony został do Warszawy i oddany pod sąd kryminalny. Dowiedziawszy się o losie pana Michała, dostałem się do jego więzienia. Nigdym go nie widział spokojniejszym. Gdy przyszła kolej jego sprawy, zamiast obrony, napisał całą historię swoją i Maryni. Sędziowie czytali ją z zajęciem; żal im się zrobiło pana Michała; a pomnąc, że summum ius, summa iniuria, korzystali z tak oryginalnego sposobu bronienia się i naznaczyli komisją lekarską. Pobiegłem do doktora M., uprosiłem go; on uprosił kolegów i wszyscy poświadczyli, że pan Michał ma pomieszane zmysły. Odesłano go do Bonifratrów, gdzie mieszkał dwa lata. W roku 1829 wyszedł z domu wariatów, ale nigdy odtąd nie widziałem go innym, jak jest dziś. Zawsze zamyślony, ponury, milczący, a nawet mnie unika. Co roku tylko jeździ do Hrubieszowa, a co wtorku i piątku chodzi, jak dziś, po tej ulicy i siedzi na tej ławeczce. Przyjdź tu kiedy przez ciekawość tego dnia, bądź pewny, że znajdziesz pana Michała. Ale chodźmy, dosyć już tej gawędy. Szliśmy z wolna, a przed nami szedł pan Michał. Wkrótce zbliżyła się ku niemu jakaś młoda kobieta, piękna i pięknie ubrana, oparta na ramieniu młodego i przystojnego mężczy- zny. Gdy już była niedaleko, puściła ramię swego towarzysza, podbiegła ku panu Michałowi i zaczęła go całować w rękę. Pocałował ją w czoło pan Michał i wszyscy troje poszli razem.

– Któż ta pani? – zapytałem.

– Nie zgadniesz? – rzekł, uśmiechając się mój towarzysz.

– Bynajmniej – odpowiedziałem.

– Mało masz domyślności, choć piszesz dramata. To córka Maryni – dodał – którą po śmierci majora pan Michał wziął, wychował najstaranniej, wyposażył i wydał za mąż.

– Biedny pan Michał – rzekłem. – Pójdźmy prędzej, chciałbym jeszcze jego twarz obaczyć.

– Poszliśmy, dopędziliśmy go. Spojrzał na nas i odwrócił się; ale w myśli mojej zostały szlachetne rysy człowieka, którego życie pełne wzruszeń bolesnych i głębokich więcej daleko warte niż puste dni tych, którym się wszystko udało, którzy sobie co dzień mówią: ,,Jacy my szczęśliwi! I jak głupi!” KONIEC KSIĄŻKI

Lista stron

 

  • Wtorek01.htm