Ignacy Kraszewski

Profesor Milczek

J.I.KRASZEWSKI

PROFESOR MILCZEK

PROFESOR MILCZEK (Historyjka) Mało komu znana postać.Mój Boże!.Nawet nie bardzo stare rzeczy tak się łatwo zapomi- nają;półroczny grób to już często zagadka,a z wielu żyjących po pięćdziesięciu leciech garstka popiołu i czcze nazwisko,jeżeli i ono zostanie.Tak się to pono stało z tym poczci- wym profesorem Milczkiem.Nie było to jego właściwe nazwisko,ochrzcili go nim studenci. Myśmy go na ławach uniwersyteckich zwali panem Damianem Palcewiczem.Już wówczas, gdyśmy z nim razem na lekcje Capellego i Münicha chodzili,Palcewicz potajemnie brał się do pióra,ale to była tajemnica stanu,sekret,który przypadkiem tylko podchwycić ktoś zdołał. Wstydził się tego i zapierał.Byłem z nim bliżej,więc po długich naleganiach przyznał mi się wreszcie,że rzeczywiście pisać zamyśla...

–Bo to,widzisz –rzekł mi – oprócz pana Joachima [1] i kilku,co drabują po archiwach,do historii nie ma nikogo.A to,co się u nas historią zowie,czy nią jest w istocie?Materiał to surowy,w który nikt ożywczego nie tchnął ducha.Więc myślę,po cichu...naprzód uzbierać tego materiału jak najwięcej,a potem...potem zżyć się z nim,wcielić,przetrawić go w sobie i

–dopiero historię pisać.A!Żebyś wiedział – dodał z zapałem – jak mi się już teraz ta moja księga dziejów wydaje cudownie piękną!Taką ona pewnie nigdy nie będzie,ale o niej marzę jak o kochance. Po tym wyznaniu,które skracam wiele,nie mówiliśmy już z nim więcej;losy nas wkrótce rozdzieliły,ja wyjechałem na wieś,on z oczów mi zniknął.W lat kilka,długich i obfitych w wypadki...przejeżdżając przez S...dowiedziałem się przypadkiem,że Damian jest profeso- rem historii przy tamtejszym gimnazjum.Jakże nie wstąpić,nie pozdrowić dawnego towarzy- sza,nie ścisnąć dłoni,nie przypomnieć ciężkich lat próby razem przebytych!Pobiegłem do niego;zajmował parę pokojów w gmachu szkolnym...pełnym ksiąg i papierów.Uściskaliśmy się ze łzami.

–Cóż porabiasz?Co się z twoją historią stało?– zapytałem po pierwszych powitaniach.– 1 Tł.Lelewela (przyp.aut.). Porzuciłeś ją?

– A!Uchowaj Boże!– zawołał – głębiej w niej siedzę zatopiony niż kiedykolwiek.Wy- brałem cudowną epokę,zakochałem się w niej,pracuję nad nią i najrozkoszniejsze dni życia mojego jej winienem.Wystaw sobie to odgrzebywanie spod popiołów zagrzebanego w nich życia i skarbów.Co chwila odkrycie nowe,błysk...cudo!Wstają mi z martwych postacie... widzę je wyraźniej co dzień,oblicza ich się rumienią,usta przemawiają...Uczę się rozumieć ich mowę...Epoką tą jest panowanie Zygmunta Augusta.Wystaw sobie tło tego XVI wieku: odrodzenie sztuki,ruch umysłów,obudzenie się chrześcijaństwa w skostniałych zamrożonego pętach...to tło europejskiej kultury,na którym występują takie charaktery,jak Zygmunt Sta- ry,Bona,Kmitowie,Orzechowscy...nowatorowie religijni,takie kobiety,jak Barbara i Ja- giellonki...taki dwór!Co to za obraz!A jak obfity materiał!...

– Jużeś go zebrał?– spytałem.

–A!Nie!Jeszcze tego nie mogę powiedzieć,jeszcze mi tego nie dosyć,jeszcze tysiące tomów zostaje do przepatrzenia,do mozolnego zbadania,ale jest em na drodze...stosy notat leżą...

– A więc praca pociągnie się jeszcze długo?

–Czyż ja wiem?Mnie przy niej lata upływają jak błyskawice...Rozpocząłem już redakcję kilku rozdziałów i musiałem porzucić przekonawszy się,że o prawodawstwie,które tu ważny moment stanowi,nie jestem przygotowany mówić kompetentnie.Studiuję prawo i prawo- dawstwo współczesne europejskie. Mówiliśmy potem o czym innym.Wieczorem profesor pokazywał mi zapisane księgi ca- łe...studia cenne,ale ułamkowe.Cieszyliśmy się z nim razem i życząc mu powodzenia roz- stałem się z nim nazajutrz rano... Było to jeśli się nie mylę,około 1839 roku.Przeniosłem się na Wołyń i profesor Damian ze swoją historią zszedł mi z oczów...Znowu lat kilka zbiegło szybko...mnie przy na wpół gospodarskiej,wpół literackiej pracy...a światu na przerabianiu pojęć,idei i historii współ- czesnej coraz nowym krojem... Jednego ranka postrzegłem pocztową bryczkę zajeżdżającą przed ganek:jakież było zdzi- wienie moje,gdym wyszedłszy poznał (nie od razu)w bladym i o zmęczonej twarzy podróż- nym dawnego towarzysza...

–Cóż ty tu robisz i jaki szczęśliwy traf?–zawołałem prowadząc go do swojej przybudów- ki dla książek moich skleconej.Nierychło mogłem jednak dopytać się u Damiana,że jechał... korzystając z wakacji,do biblioteki,w której pewne studia spodziewał się dokonać.

– A cóż się z historią dzieje?– podchwyciłem.

– A!Z historią!– rzekł jakby zawstydzony – smutna to ta historia moja...Wystaw sobie, jużem był w połowie pracy...alem się w sam czas opatrzył,że się wiele pojęć i warunków zmieniło...Urosły wymagania.Muszę myśleć nad filozoficznym poglądem na epokę,w har- monii będącym z dzisiejszymi wymaganiami nauki...inaczej dzieło będzie trącić zadawnia- łymi teoriami...I –dodał –historię teraz inaczej piszą,więcej muszę zbadać literaturę,oby- czaje,kulturę narodu...to nieodzowne...To,com zrobił,było jakby rysunkiem,kolorytu mu braknie,koloryt zdobyć muszę... Mówiliśmy o tym długo.Damian westchnął.

–Jest to praca Penelopy.Co dziś się zrobi,jutro przerabiać potrzeba,przeinaczać...wypeł- niać,wczorajszy trud łamać.To coś jak ten pałac Stanisława Augusta na Ujazdowie,co mi- liony kosztował – co roku mury w nim łamano i w końcu król zmuszony był miastu oddać go na koszary. Żal mi było biedaka;zawczasu siwieć poczynał.Pomimo lat straconych on sam zachował zapał dawny dla swego ideału historii.

–A!Te ofiary – mówił –to nic,bylebym dożył tego,ażebym zobaczył dokończoną pracę moją i taką,taką,jaką ja ją w duszy mej noszę!Pełną,wielką,piękną,cenną dla uczonych, zrozumiałą dla prostaczków,ponętną jak powieść,rozgrzewającą jak poezja...prawdziwa jak karta z życia. Dwa dni zatrzymałem u siebie profesora tym w końcu,żem mu wynalazł parę niedruko- wanych ustaw Zygmunta Augusta tyczących się zarządu ekonomii i lasów królewskich.Na- reszcie pożegnaliśmy się rozrzewnieni,w progu,mówiąc cicho:– Kto wie,czy się jeszcze kiedy w życiu spotkamy! Alę,dobre to przysłowie:góra z górą...Wypadła podróż niespodziana na Litwę i znala- złem się znowu jednego wieczora w S...Na myśl mi przyszedł Damian i jego historia.Student szedł ulicą – zapytałem go o profesora.Uśmiechnął się.

– A!Pan pyta o profesora Milczka?

– Jak to?Dlaczego Milczka?

– Bo my go tu tak nazywamy i wszyscy go tak nazywają...

– Rozumiem – rzekłem uśmiechając się – profesor Damian mówić nie lubi!

–Tak,i to wielka szkoda – dodał cicho młody chłopak –bo mógłby wiele rzeczy daleko rozumniejszych powiedzieć od tych,co słów nie żałują.Ale on – cały w sobie.Skromniejsze- go w świecie nie ma...Przestrasza go każdy,co się głośno i śmiało odezwie ze zdaniem,już usuwa się natychmiast i milczy...dlategośmy go Milczkiem nazwali. Mieszkał jeszcze na dawnej swej kwaterze;w ciągu tych kilku lat ożenił się był,a młoda żona i dzieci – jego i książki zepchnęły do jednego ciasnego pokoiku.Ubożej to jeszcze wy- glądało niż kiedykolwiek...ale Damian był,choć szpakowaciał,tyle gorąco serdeczny jak dawniej.Wśród stosów książek,które literalnie od góry do dołu izdebkę wyścielały i podłogę, i ledwie na dwa z biedy krzesełka zostawiały miejsce...siedliśmy znowu gawędzić.Płacz dzieci dochodził nas z drugiego pokoju i piskliwy głos żony.

–Ożeniłem się,jak widzisz – rzekł – jestem bardzo szczęśliwy...Dzieci takie ładne i żona taka dobra,a choć bieda wielka...ale czyż to tam człowiekowi wiele potrzeba!

– No,a historia,poszła w kąt?– zapytałem.

– A!Uchowaj Boże!Cóż ty myślisz!Ideał mojego życia!Ja bym j ą miał porzucić?

–Więc powinna by być skończona – odezwałem się – dwadzieścia lat pracujesz nad nią, spory to czasu kawał.

–Dwadzieścia lat!Ale cóż to jest wobec takiego zadania?– zawołał zapalając się Damian.

–Wieszże ty,co to jest historia epoki,taka,jaką ja ją pojmuję?...Kraj nie był przecież bez związku z życiem Europy...tętniało w jego życiu,co się odgrywało gdzie indziej;historię wszystkich państw zbadać należy,aby zrozumieć jego położenie i stosunki...Wystaw sobie... historia Niemiec,Austrii,Mołdawii i Węgier,wszystkich mocarstw sąsiednich...Potem zmiarkowałem,że to każda najmniejsza postać własna,występująca na scenę,musi być scha- rakteryzowana dobitnie,więc historię rodzin...biografie,wizerunki...Kto pracuje nad takim relikwiarzem z mozaiki,musi sztuczki dobierać mozolnie.

– To prawda –rzekłem – ale kiedyż temu koniec będzie?

–A,i kiedyż?– westchnął.– Koniec być musi,zbliżam się do niego...wstęp napisałem. Redagowałem go sześć razy,obfitość myśli zrobiła go za rozległ ym,musiałem skrócić...cho- ciaż wydał mi się zbyt obcięty,rozciągnąłem go nieco...dodałem przypiski objaśniające.Za rok przeczytałem i postrzegłem,że do niczego.Nie było artystycznej całości,miało to postać aglomeratu [2] ,całość musi organicznie wyglądać ...Historyk potrzebuje,jak poeta,chwili na- tchnienia,a tu mi dzieci płaczą...Wystaw sobie,w chwili gdym kreślił z zapałem tę scenę, gdy Zygmunt August przyjeżdża z Wilna,a Bona wychodzi przy trumnie męża klęknąć u nóg syna jako króla...Stefanek mi upadł i czoło sobie rozkrwawił.Rzuciłem pióro...pobiegłem go utulić,jużem potem nigdy nie mógł wątku przerwanego pochwycić.Ale to mniejsza – dodał – szczęśliwa chwila się znajdzie...tymczasem coraz nowy materiał odkrywają badacze...muszę go wcielać do mojej pracy,a tu mi często lada głupia data całe moje pojęcie i tłumaczenie wypadków obala!Snuję na nowo!

–Kochany profesorze...uwielbiam twą wytrwałość,lecz pozwól sobie powiedzieć:gdybyś nie chciał koniecznie skończyć arcydzieła,już byśmy mieli choć dzieło,tak zaś nie mamy nic.

–Poczekajcie!– przerwał Damian.–Jużciż niepodobna,abym wam dał taki surowy i nie- dokładny zbiorek a łataninę,jak poczciwy,zacny i kochany Gołębiowski.Ja –mówił zapala- jąc się –ja chcę stworzyć obraz skończony epoki,nie epizod bez związku,wyrwany i niezro- zumiały...chcę,by moja historia odbijała przeszłość,której jest skutkiem,przyszłość,której była nasieniem...Chcę być historykiem,nie kompilatorem [3] i kronikarzem...My nie mamy dziejopisa w całym znaczeniu tego wyrazu,a ja nim być muszę...

– A!Mój drogi – zawołałem ściskając go – bądź nim!Ale prędzej,bo ja się nie doczekam twego Zygmunta Augusta,a bardzo mi pilno.

–No,między nami mówiąc –począł Mitczek –już teraz mi niewiele zostaje...Notaty bar- dzo obfite w porządku,poglądy główne spisane...małych kilka luk...a potem wezmę się do redakcji,będąc już panem przedmiotu...Parę podróży odbyć jeszcze muszę...Do Petersburga 2 Aglomerat – zlepek 3 Kompilator – autor składający dzieło nie samodzielnie,ale z prac innych autorów. koniecznie.Rękopisów,metryk i biblioteki cesarskiej nic nie zastąpi.W metrykach są nie- ocenione szczegóły,trzeba je tylko umieć dobywać ze stosu słów i powodzi formuł...samą esencję. Cały wieczór przegawędziliśmy,ale już nie w pokoiku profesora,bo pani przysłała niańkę przestrzec nas,że mówimy zbyt głośno,a dzieci obok zasnąć nie mogą.Wyszliśmy więc w starą kasztanową ulicę i włóczyliśmy się po niej do północy. Rano musiałem jechać dalej;a po kilku leciech zmieniłem pobyt i znalazłem się nad brze- gami Wisły.W parę miesięcy po zagospodarowaniu się mocno mnie zdziwił jeden z kolegów wileńskich,gdy wspominając o dawnych towarzyszach nadmienił,że Milczek jest w War- szawie.

– Cóż on tu robi?

– Emeryturę dostał,a że mu tu pracować wygodniej,przeniósł się tu z rodziną. Nazajutrz byłem już u drzwi poczciwego Damiana,którego znalazłem na odległej uliczce, w małym domku,zainstalowanego na tyłach w bardzo niepozornym mieszkaniu.Jedna izba, wydzielona przez profesorową na jego osobisty użytek,przedstawiała ten sam obraz cha- otyczny,co ów pokoik w S...Na wysiedzianej sofce,w szlafroku...łysy i siwy,poczciwy Damian siedział zasłonięty foliantem,w którym – dla krótkiego wzroku –z nosem utonął. Posłyszawszy chód,nie odrywając się od czytania,spytał:„Kto tam?” Zbliżyłem się,niery- chło mnie poznał,i to dopiero po głosie.Oczy już mu bardzo źle służyły.

–Wiesz –odezwał się – ja już dawno zbierałem się być u ciebie...to nawet na Mokotow- ską niedaleko,ale taki teraz jestem zajęty.

– No cóż?Zawsze Zygmunt August?– zapytałem.

– A cóż by innego być mogło?–odparł powoli –zbliżam się do końca.Ale wiesz,powiem ci,odczytując teraz,com sobie notował i ponakreślał przed lat y dwudziestu,znajduję to tak gorączkowym,impetycznym,zbyt śmiałym,że,do kata na nowo materiał muszę badać,aby skontrolować te sangwiniczne [4] pomysły...Tak się historia pisać nie powinna.Właściwie, ostygłszy teraz,dopiero się czuję usposobionym do zrobienia czegoś godnego tego imienia. 4 Sangwiniczny – tu:porywczy,pochopny. Kolorytowi za wiele poświęciłem,wpadłem w anegdotyczność drobnostkową,zdawało mi się,że to lepiej wiek odmaluje,a te fraszki wielkie linie kompozycji historycznej przerywają i zasłaniają.Muszę wszystko przerabiać...Tak,tak –ars longa,vita brevis [5] .Jednakże,kochany mój –kończył –tej historii winienem,że mi życie przeleciało jak mgnienie oka...dzieci po- wyrastały,jam się zestarzał i ani się spostrzegłem.

– Ale mnie to idzie o historię – przerwałem.

–A i mnie o nic więcej nie chodzi.Mam ją całą w głowie,tu...– wskazał na pierś –czuję ją,widzę i czytam,cieszę się...i bądź co bądź,muszę to sobie przyznać:będzie opracowana sumiennie,wielostronnie.Pracując nad nią,nauczyłem się sam bardzo wiele,nieopłacone rozkosze winienem tej szczęśliwej myśli poświęcenia się tak pięknej epoce dziejowej.

–Mam tedy nadzieję –podchwyciłem –że ją wkrótce ujrzymy i pozwolisz mi,że dziś za- powiedzi ogłoszę w gazecie.

–A!Zlituj się!Tego nie rób,człowiecze,zgubiłbyś mnie!Żadnych obietnic...Czekam tyl- ko,żeby Tomicjany skończył wydawać Działyński,bo i stamtąd jeszcze jakieś mi spłynie światełko,potem siadam do redakcji ostatecznej...a że mam wszystko w głowie gotowe,pio- runem to pójdzie...Wiesz – dodał –te ostatnie chwile,ten zgon ten ból serca ostatniego z Ja- giellonów,schodzącego bezpotomnie i szukającego lekarstwa w sokołach...te Giżanki i różne niewieście profile.Ta Anna,siostra starzejąca nad herbarzem [6] i lekarstwy dla ubogich...ta tłuszcza chciwych dworzan dokoła,ten rabunek spod trumny...co to za obrazy!...Daj to Ma- caulayowi,zobaczysz...co z tym zrobi.Ale ja – dodał zapalając się stary –ja będę tym Ma- caulayem dla Augusta...

– Kochany profesorze,aż mi ślinka do ust napływa,na Boga,nie dajże nam na to czekać...

–Ale,powiadam ci,już się biorę...niech tylko Tomicjany wyjdą – rzecz gotowa,nic nie braknie.Aneksa kazałem przepisywać:jest tego nie więcej jak sześćset arkuszy,bo trzeba być dokładnym i czytelnikowi postawić przed oczy dokumenta,aby mógł z nich sobie wyrobić sąd własny.W ekonomice mej historii –mówił dalej –zachodzą jeszcze małe trudności...Są 5 Ars longa,vita brevis (łac.)– sztuka (jest)długa,życie krótkie. 6 Herbarz – tu:zielnik. wypadki,które ażeby w całości przedstawić,muszę ująć w jeden rozdział,nie pilnując ściśle chronologii,to mnie martwi...czytelnik się będzie bałamucił.Do niektórych przedmiotów wracać muszę i będę one powtarzał...A tu!Tu znowu forma!Bo przyznasz,że dzieło najzna- komiciej opracowane,gdy formy nie ma,to stos kamieni tylko.Trzeba być artystą i architek- tem,bez tego nie,prawda? Milczałem,on ciągnął dalej:

–Zawczasu też należy przewidzieć,co powie nasza krytyka!Jeśli zbyt literacką szatą odzieję moją historię,powiedzą,żem romans stworzył,choć słowa nie zmyślę;jeśli napiszę sucho,nikt nie przeczyta.Dla jednych to będzie za mądre,dla drugich za lekkie...koniec koń- ców,Bartoszewicz skonkluduje,że materiały nie są jeszcze dosyć przedwstępnie ociosane i że zawczas budować.Gdy pomyślę,kto trud lat trzydziestu sądzić będzie...w gazetach,w pi- smach,kto go oceni,kto go przeczyta z uwagą,ręce mi opadają.Oto student,który niemieckiej akademii odkrywszy datę jedne omyloną w druku,pozwie mnie o niedokładność...a felietonista z treści rozdziałów potępi plan i...jeśli pierwsza krytyka będzie choć głupia,a śmiała i ostra, dzieło przepadło;wrażenie jej zostanie.Przy tym i imię nie znane,a tu powag tyle!... Spuścił głowę.

– Ale pomimo to...kończyć trzeba. Po tej rozmowie w rok szedłem za trumną dawnego towarzysza na Powązki,myśląc sobie po drodze,co też z tą lat z górą trzydzieści pieszczoną historią się stało. Trzeba było dać czcigodnej wdowie ochłonąć z żalu.W kilka więc dopiero miesięcy zapu- kałem do drzwi jej nieśmiało. Zajmowała to samo mieszkanie.Pokój Milczka był zamknięty,przyjęła mnie w małym bawialnym,zagraconym i biednym;krajano dla dzieci sukienki żałobne,zacząłem od ubole- wania i kondolencji.

– A!Tak – odezwała się z płaczem – poczciwy mój Damian odpoczywa,dobry,zacny był czło- wiek.Ale,panie,jakże on nas zostawił!Dla tej swojej nieszczęsnej historii poświęcił wszystko.

– Cóż się z nią stało?

–Książki Żydom sprzedałam –odezwała się profesorowa –bo to były rupiecie niewiele warte.Tylko tak obałamucony człowiek,jak ten biedny Damian,mógł do nich jakąś przywią- zywać cenę.

– A rękopis ma?– dodałem z przestrachem.

–W czasie pogrzebu jeszcze część się spaliła – obojętnie odpowiedziała profesorowa – a że mi to śmiecie zawalało dużo miejsca,więc i resztę rzuciłam do pieca,bom już i patrzeć nie mogła na te papierzyska,dla których my padliśmy ofiarą. Taki był koniec pracy mojego profesora.Zmówcie zań wieczne odpoczywanie!W jednym z nim grobie i Zygmunt August spoczywa. Drezno,15 sierpnia 1872. KONIEC ROZDZIAŁU