TEODOR TOMASZ JEZ

Nad rzekami Babilonu

Teodor Tomasz Jeż

/ZYGMUNT MIŁKOWSKI/ Nad rzekami Babilonu T O M P I E R W S Z Y I Traktem wielkim, gościńcem żwirowanym toczył się pojazd, noszący u nas, stosownie do okolicy, nazwę: tu bryki brodzkiej, ówdzie bryki krakowskiej, gdzie indziej zaś bryki żydowskiej. Znaną jest konstrukcja onego, polegająca na wysokim z zewnątrz, a zatem wewnątrz głębokim a długim wasągu, przykrytym z kształtu do bokiem położonej jarmułki podobną budą i nie spoczywającym na sprężynach żadnych. Wasąg spoczywa na przekładzinach opierających się wprost o osie; podtrzymują go lusznie, prowadzi do niego stopień, z którego ażeby się do środka pojazdu dostać, włazić potrzeba jak przez płot. Właściwość bryki tej stanowi jeszcze tak zwany półkoszyk, przystosowany z tyłu w sposób taki, że go wedle potrzeby zwężać lub rozszerzać można. Bryki te, jak pojazdy wszystkie w ogóle, dzielą się na gatunki podlejsze i lepsze. Jedne służą do wożenia towarów, te nagimi świecą ziobrami i mają budę płócienną. Drugie pełnią funkcję omnibusów do transportowania Żydów, a przy Żydach i goimów; te bywają plecione, budę przykrywa rogóżka, a przód onej przyozdabiają kółka mosiężne, wydające brzęk ustawiczny, gdy pojazd się w ruchu znajduje. Trzecimi, najlepszymi, posługiwała się niegdyś szlachta średniej ręki do podróży dalekiej. Ostatni ten rodzaj odznaczał się elegancją miejską, przebijającą się w ostruganiu szczeblów, w odrobieniu luszni, w okuciu, w kształcie i w tym wreszcie, że nie tylko buda była skórzaną, ale skórzane fartuchy osłaniały wnętrze. Szlachcice powiadali, że w bryce takiej znajdowali się jak w chałupie, tak im w niej wygodnie i zacisznie było. Owóż taka to bryka toczyła się gościńcem żwirowanym. Ciągnęły ją cztery w poręcz zaprzężone konie różnomastkie W dyszlu od ręki szedł deresz, pod ręką brudnokasztanowaty, orczykowe były: jeden szpak, drugi gniady. Do maści niedobrane, dobrane były za to do wzrostu i temperamentu: średniej miary, dyszlowe grubsze, orczykowe smuklejsze, a wszystkie tej porody, która by znawcy od pierwszego oka rzutu powiedzieć kazała, że światło dzienne ujrzały na wypasach ukraińskich. Uprząż na nich także zdradzała pochodzenie tameczne. Dyszlowe miały na sobie chomąta, orczykowe – półszorki, na łbach – kantarki, wszystko to całe, mocne, zasadne, gospodarskie. Po gospodarsku też, z zakładem, odbywała się jazda. Konie szły truchtem dobrym, głowami kiwając i prychając. Pod osią tylną chwiała się maźnica, pod bryką pobrzękiwał łańcuch od tramy. Na koźle siedziało dwóch ludzi: jeden na lewo „kiwał się i drzemał", drugi na prawo pełnił funkcję stangreta, obydwóch okrywała odzież nosząca na sobie oznaki liberyjne. Za budą, w mocno upakowanym, znacznie rozszerzonym i sianem z wierzchu napchanym półkoszyku, w poprzek pozycję wpółleżącą zajmował Żyd w chałacie i w kapeluszu; kapelusz sobie mocno na czoło nasunął, w palcach trzymał ździebło słomy, którą niekiedy do ust brał, a z ust wydobywało się mu to mruczenie, które oznacza śpiewanie dla siebie samego i które stopniowo w ustach jego podnosiło się, potężniało i zmieniało w głośne, smętne zawodzenie, trochę do skomlenia podobne. Żyd wyciągał:

– Iii hi i iii. I słomką w palcach manewrował. Gdy skomlące śpiewanie to doszło dosyć wysokiego potęgi stopnia, o tył budy, do której Żyd bokiem przylegał, obiło się kilkakrotnie powtarzane mocno pięścią stuknięcie i ze środka słyszeć się dał tonem rozkazującym nabrzmiały męski głos:

– Jeżeli ty mi w uszy majufes śpiewać będziesz, to cię na środku drogi wyrzucić każę. Żyd kapelusz podniósł, uśmiechnął się, dłonią kiwnął i do budy się zwracając, odpowiedział:

– Ny ny, to nic. Ja tak sobie, zapomną się.

– Nie zapominajże się, proszę ciebie! – odezwał się ten sam głos tonem upomnienia surowego.

– Nie będzie już – odparł Żyd i kapelusz sobie poprawiwszy, zaczął powieki zmrużać, próbując zasnąć. Próbie tej atoli oddawać się nie mógł długo. Spoza załomu gruntu widzieć się dało obok gościńca zabudowanie, do którego gdy się bryka dotoczyła, stangret zawołał na konie:

– No a ho! Konie stanęły. Siedzący na lewo z kozła zeskoczył; stangret lejce uwiązał, batog położył, wysiadł powoli i do koni podszedłszy, jął im dłonią oczy i pyski obcierać, podczas kiedy się one wyciągały i mocno prychały. Następnie stangret do nóg się im przypatrywać zaczął i kiedy to czynił, z budy odezwało się wołanie:

– Janek, ognia! Janek z zawieszonej na lewym biodrze torby skórzanej szczypce wydobył, do budynku spiesznie się udał, po chwili atoli powrócił z próżnymi w ręku szczypcami i z daleka głośno zawołał:

– Byk, a Byk!

– Co tam? – odezwał się Żyd z półkoszka.

– Chodź no! Żyd z siedzenia swego wygramolił się nie bez trudu i przy pomocy ruchów gimnastycznych spuściwszy się z wysokości półkoszka na ziemię, ruszył obok Janka ku budynkowi. Do środka wchodzić nie potrzebował, albowiem gdy Janek na niego wołał, przed dom wyszło ludzi kilkoro starych, młodych i dzieci. Ludzie owi szeregiem stanęli i przypatrywali się bryce z zajęciem znamionującym ciekawość ze zdumieniem połączoną. Dzieci oczy i usta szeroko pootwierały, kobiety ręce na piersiach poskrzyżowywały. Janek z Bykiem do nich podeszli i Byk przemawiać zaczął. Z daleka patrząc i słów nie słysząc, rozmowa ta przedstawiała się na kształt porozumiewania się ludzi mówiących z niemymi. Mówiącym był Byk. Rzekł słów kilka raz, drugi i trzeci, następnie do słów dołączył gesty, dalej gesty zmienił na mimikę, w końcu razem z Jankiem powrócił do bryki i stanąwszy przed stopniem, nad którym w wasągu sterczała fajka stambułka, w przykrywkę drucianą zaopatrzona, tytoniem napełniona i na antypce osadzona, tak wzrok do góry wznosząc, do fajki przemówił:

– Ny, tu ludzie insze jakieś. Na przemówienie to zapytaniem odpowiedziała mu fajka, ale głos ten sam, co Żyda śpiewającego upomniał:

– Cóż tam przecie?

– Albo ja wiem co?! Gadam do nich, a oni...

– A oni co?

– Ny, nic.

– Przecie?–słyszeć się dało zapytanie.

– Nu, nic.

– Wu – podpowiedział Janek.

– Rychtyg – podchwycił Żyd. Ja do nich i słowami, i na migi przegaduję, oni mi na to wszystko: „Wuj".

– Pięć razy – podszepnął Janek.

– Pięć, może nie pięć, ja nie liczył; ale „wuj", nic, tylko „wuj".

– Nie mówiłem ci, gapiu, mości dobrodzieju – odezwał się tonem upomnienia głos z budy

– ażebyś miał zawsze hubkę w zapasie. Słowa te zwracały się do Janka. Janek na to:

– Mam krzemień i krzesiwo.

– Błazen jesteś, mości dobrodzieju!

– A hubka być musi u Tomasza. Na słowa te fajka, co się była usunęła, znów się ponad wasąg i stopień wysunęła.

– Tomaszu – zawołał Janek – macie tam hubkę?! Stangret, nic nie mówiąc, odszedł, w kieszeni głęboko szukać się jął, hamaniec ukraiński wydobył i rozwiązawszy go, wydostał z niego hubki kawałeczek. Janek po nią rękę wyciągnął. Tomasz hubkę cofnął z gestem oznaczającym, że on sam ognia wykrzesze i z kawałeczka odłamał odrobinkę.

– Czemu tak mało? – zapytał Janek po cichu.

– Mało, hm? – stangret na to, przykładając odrobinę tę do krzemienia. – To ostatek, z Łybedianki. Przy wyrazie ostatnim z głębi piersi westchnął. Naprzeciw wiatru się zwrócił i powoli krzesać zaczął. Uderzył stalą o krzemień raz: iskry się jeno przy blasku słonecznym blade posypały; uderzył raz, drugi i trzeci; Jankowi hubkę zapaloną podał i upomniał go:

– Ostrożnie, nie upuść: to z Łybedianki. Wyraz ten wymawiał z akcentem takim, jakby był dla niego świętością. Janek na stopień się wspiął, stanął, hubkę na tytoniu położył, rozdmuchał, na fajkę przykrywkę drucianą włożył i gdy się ta w głąb budy usunęła, ze stopnia zeskoczył. Podczas kiedy się czynność, mająca na celu zapalenie fajki, odbywała, konie się wydychały. Nie było już rzeczy na gościńcu stać dłużej. Janek i Tomasz na kozioł wsiedli. Byk się na półkoszek przy pomocy gimnastyki wdrapał, stangret lejce zebrał, batog ujął, na konie „wio ho ho!" z przyciskiem odpowiednim huknął, bryka się potoczyła dalej. Fajka, co się do budy wsunęła, sterczała na końcu antypki niedługiej, ale prawdziwej, przyozdobionej na końcu drugim w bursztyn podługowaty i duży, prawdziwie amatorski. Bursztyn ów wszedł w usta i okrył się do połowy prawie włosienią wąsów, porastających bujnie na wardze zwierzchniej człowieka liczyć mogącego lat pięćdziesiąt parę wieku. Wąsy barwy płowej, przemieszane z rzadka z włosami białymi, dodawały marsowatości obliczu nacechowanemu wyraźnie akcentem rycerskim. Na twarzy malowała się otwartość, w oczach

– odwaga, na czole – powaga, a odzież znamionowała żołnierza. Nie miał on na sobie munduru, zachował jednak oznaki, po których stan jego poznać się dawał. Kaszkieta obwódką żółtą i spodni z lampasami nie noszą ludzie cywilni. Zajmował miejsce w budzie na prawo, na siedzeniu wymoszczonym wygodnie, a przykrytym dywanem kosztownym. Materac z boku i poduszka skórzana z tyłu pozwalały opierać łokieć i głowę, a nawet położyć się i wywczasowi się oddawać. Z wojskowym tym podzielał siedzenie drugi wojskowy. Ten był młody, wedle rysów oblicza i budowy ciała należący do tego samego, co tamten, typu; pomiędzy nim atoli a towarzyszem nie zachodziło podobieństwo żadne. Nikt by, patrząc na nich, nie powiedział: ,,To ojciec, to syn". Nikt by nie powiedział nawet: „To stryj, to synowiec". Nikt jednak z tych, co nawet cechy etnograficzne mniej więcej rozpoznawać umieją, nie wziąłby ich za synów innej, jak polska, narodowości. Narodowość wypisaną była widocznie i wyraźnie na twarzy tak jednego, jak drugiego, jak wypisaną jest na postaciach, które Robert Fleury przedstawił na malowidle pod tytułem: „Szarża jazdy w ulicach Lipska". Na obraz ten okiem rzuciwszy, mimowolnie z ust wydziera się okrzyk: „To nasi!" Takimi właśnie „naszymi" byli dwaj podróżni: jeden mąż w sile wieku, drugi młodzieniec, blondyn jasny, usadowieni wygodnie w głębi bryki, upakowanej z przodu, z tyłu i we środku, toczącej się powolnie, a wiozącej oprócz nich : Tomasza, Janka, Byka i... maźnicę. Tę ostatnią notujemy dlatego, że nie na swoim znajdowała się miejscu; dlaczego zaś nie na swoim znajdowała się miejscu, to się pokaże później. Bryka się toczyła. Podróżny starszy fajkę zakurzył i kurzył, pykając powoli i napełniając wnętrze budy dymem wonnym tytoniu tureckiego prawdziwego, który obłoczkami sinawymi na zewnątrz się wymykał i w powietrzu rozwiewał. Podróżny młodszy siedział, milczał, milczał, wreszcie się z westchnieniem odezwał:

– Ach, pułkowniku!

– Co tam? – zapytał mąż rycerski.

– Czyś słyszał, pułkownik, co Tomasz szepnął?

– Nie. A co?

– Łybedianka.

– Hm – mruknął pułkownik, oczy nieco przymrużył i brwi nasunął.

– Jak my już od Łybedianki daleko!

– Ano. Ujechaliśmy drogi kawałek.

– A jak to już dawno! – westchnął młody oficer.

– Milczałbyś, mości dobrodzieju – odezwał się pochwili pułkownik głosem, w którego tonie czuć było wzruszenie powściągane. Po tej słów zamianie zapanowało w budzie milczenie. Pułkownik z przyciskiem większym fajkę kurzył, dym w piersi wciągał, a wypuszczając takowy, odsapywał. Po czasie jakimś umitygował się, fajkę zaczął powolniej kurzyć i do góry cybuch podnosząc, jął nim w powietrzu takt, niby do słów następujących, znaczyć.

– Tak czy owak, mości dobrodzieju, bądź co bądź, wedle kombinacji wszelkich wypada, że ci to się do jesieni skończy.

– Może się w jesieni zacznie dopiero - zauważył młody oficer.

– Nie – odparł pułkownik stanowczo. – Któż pod zimę zaczynia?

– Więc odłóż do wiosny następnej.

– Jak to być może! – zaprotestował. – Wszystkom tam na łasce boskiej zostawił. Wszystkom na Żytyńskiego zdał. Żytyński człowiek uczciwy, ale, mości dobrodzieju, „i nie wódź nas na pokuszenie". Dla oficjalisty pokuszenie, kiedy nad nim nie czuwa oko pańskie. Oko moje nie zaglądało w roku zeszłym, czystym przeto, mości dobrodzieju, niepodobieństwem jest, ażeby i w tym jeszcze zajrzeć nie miało.

– Ach, mój pułkowniku – odrzekł młody człowiek tonem, w którym czuć było niejako, iż argumenty towarzysza podróży do przekonania mu nie trafiają, a nie przeczy im przez uszanowanie jedynie dla wieku i stopnia wysokiego.

– Kalkuluj, jak chcesz, mości dobrodzieju – prawił pułkownik dalej – a inaczej być nie może. Żona moja sama rady wszystkiemu nie da, a przy tym – tu odchrząknął – i Elżusia tuj tuj już dorasta; beze mnie – mówił dalej wesoło – nikt jej nie postawi tak, ażeby korpus oficerów pułku broń przed nią prezentował. Spieszyć więc z powrotem potrzeba i mnie, i tobie – wszystkim nam, Tomaszowi nawet, który w Łybediance żonę i dzieci, chałupę i grunt ma, więc to się przewlec dłużej jak do jesieni nie może. Młody oficer zamyślił się i w milczeniu słuchał towarzysza, który by zapewne prawił jeszcze w materii tej samej, gdyby się bryka nie zatrzymała nagle.

– A co tam? – zapytał głośno, skierowując głos na kozioł.

– Nie wiem – odpowiedział Tomasz, podnosząc się z siedzenia. – Zdaje mi się, że dereszowi podkowa klapie. Powiedziawszy to, stangret Jankowi lejce wręczył, batóg w poprzek na koźle złożył, zlazł i pomiędzy konie się wcisnąwszy, dereszowi kopyta opatrzył. Opatrzył, głową pokręcił, splunął, miejsce swoje na powrót zajął i przedtem, nim usiadł, taką w głąb budy skargę rzucił:

– Licho wymyśliło te drogi murowane! U nas podkowa tak przygwożdżona mało pół roku by trzymała, a tu? Ej, lepsze drogi nasze nie murowane.

– Oderwałeś? – zapytał pułkownik.

– Nie, proszę jaśnie wielmożnego pana.

–Cóż, koń ją zgubi!

–A cóż! – odparł, ramionami ściskając. Gdy oderwę, to się deresz do popasu na kamieniach podbije, tak zaś dotrzyma może. Gwoździe wzięte na nit od pęciny tylko puściły; z przodu, Bogu dzięki, krzepko trzymają. Na urząd, nie ma co, zrobił ten tam kowal w Hrst... Brst... Erbrbr... ah, licho jego wie! Nazwy miasta, w którym konie były kute, wymówić nie był w stanie. Usadowił się, lejce zebrał i na konie huknął: „Wio!" Bryka się znów potoczyła, powolniej atoli niż przedtem. Konie leciutkim szły truchcikiem i Tomasz na prawą przednią deresza nogę miał uwagę wytężoną, patrząc i słuchając, a prowadząc go tak, ażeby stąpał po miękkim. Udawało mu się to do pewnego stopnia, gdy na trakcie nikogo do wymijania nie było. Toteż każdy z daleka zajrzany wóz czy pojazd wprawiał go w humor zły; humor zaś najgorszy opanował Ukraińca naszego, gdy najechał na szereg wozów ogromnych, transportujących beczki jakieś. Byłby stanął i transport przepuścił, gdyby wozy nadchodziły ze strony przeciwnej. Ciągnęły jednak w kierunku tym samym. Tomasz wziął się na lewo, bokiem drogi, wprowadził konie w stęp żwawy i jak skoro wóz pierwszy wyminął, furmani idący obok, gdy brykę i uprząż ujrzeli, poodwracali się i zdziwienia pełni postawali. Byłoby to niczym, gdyby jednemu z furmanów nie przyszła ochota z bicza trzaskać. Zatrzaskał nagle głośno i gęsto, tak jakby pluton żołnierzy rotowym ogniem sypnął, na konie własne, a konie pułkownika do siebie to wzięły. Kasztan dyszlowy najpierwszy się spłoszył: skurczył się, uszy po sobie położył, susa naprzód dał i czwórkę za sobą porwał. W chwili tej zagroziło niebezpieczeństwo rozliczne: wywrót bryki w rów, zaczepienie osią o który z wozów transportowych, porzucenie postronków i uprzęży, rozbieganie się wreszcie zaprzęgu. Tomasz wszystkiemu temu zapobiec potrafił. Z przytomnością, która by wodzowi niejednemu zaszczyt przyniosła, lejce zebrał, konie orczykowe ściągnął, dyszlowymi na lejcach wyjechał, transporty pędem ominął, konie uspokoił, kasztana oćwiczył i na podkowę deresza uwagę zwrócił. Podkowa się trzymała.

– O, dziękiż Tobie, Panie miłosierny! – odezwał się. Następnie dał złemu humorowi folgę.

– A trzy tysiące twoją mać! A bodajby ci ręce pokurczyło! A bodajeś z piekła nie wylazł! Klątwy te szły pod adresem tego furmana, co trzaskaniem konie spłoszył.

– Ale – ciągnął dalej – któż widział wymyślać wozy takie i zaprzęgi takie! Tu się ludzie powściekali czy co? Toć to rzeczy niechrześcijańskie. Ni to kibitka kacapska, ni bida żydowska, diabli wiedzą, co! Wygniewał się, wygadał i powrócił do stanu spokoju dawniejszego; na podkowę uważał i z nakładem jechał. Droga prowadziła śród pól, podzielonych i uprawionych niby grządki w ogrodzie warzywnym. Gęste widniały zboża w trawie: pszenice, żyta, jęczmiona, owsy; gdzieniegdzie kwieciły się hreczki; tu i tam przerzucały się poletki roślin strączkowych i okopowych lub znaczniejsze nieco obszary traw sztucznych. Widzieć się także dawały i lasy, laski raczej, pozór parków mające. Patrząc na to, mimowolnie układały się w myśli wyrazy, na których Bohdan Zaleski pieśń osnuł: „U nas inaczej". Nie wszystko jednak inaczej było. Ponad polami rozciągało się w górze niebo takie samo, a pomiędzy niebem i ziemią dzwoniła taż sama skowronka piosneczka. Szczebiotał, przyśpiewywał tej zielonej, świeżej, młodej roślinności, co się niejako uśmiechała do słońca kwietniowego i w górę się parła z łona brunatnawej, owdzie siwawej, kamykami zasypanej gleby. Gleba z naszą podobieństwa nie miała najmniejszego: ani to piaski, ani czarnoziem. Słońce znajdowało się na tej drogi dziennej swojej połowie, która po stronie wschodniej leży. Południe jednak zbliżało się, a z nim nadchodziła dla podróżnych naszych pora popasu, którego potrzeba uczuwać się dawała tak ludziom, jak koniom. Potrzeba ta wyraziła się w zapytaniu, jakie pułkownik z głębi budy do Tomasza wystosował:

– Konie zmachane?

– Gdzież tam! – odrzekł stangret. – Mil uszły tyle, że już i zliczyć nie można, a ot jeszcze brykać się im zachciało. Gdyby nie podkowa....

– Trzyma się jednak?

–Ta, ale klapie.

– Nie widzisz tam karczmy jakiej?

– Karczmy? A czy tu są karczmy ludzkie jak u nas? Nie, karczmy nie widzę. Ale – dodał, w dal się wpatrując – pokazuje się niby kościół jakiś.

– Może to wieś albo miasto. Zatrzymamy się tam – rzekł pułkownik. To, co Tomaszowi kościołem się wydało, było kościołem w rzeczy samej, kościołem wznoszącym się w miasteczku położonym nad rzeczką, przez którą prowadził most kamienny. Tomasz, przez most przejechawszy, zatrzymał się i wnet ku kozłowi spoza bryki podszedł Byk, a z budy wychylił się pułkownik i okiem, jakby położenie rozpoznawał, dokoła powiódł. Rekonesans ten nie doprowadził go do niczego, albowiem się do Byka odezwał:

– Idźże ty i wynajdź zajazd jaki porządny.

– My tu na popas tylko? – zapytał Żyd.

– Popasiem i pojedziem dalej. Rozpytaj się jeno o drogę i mosty, żeby nie było tak, jak... pamiętasz?

– Niech się już jaśnie wielmożny pan na mnie spuści– odrzekł Żyd i ruszył. Lecz go pułkownik przywołał.

– Byku!

– Słucham.

– Pamiętaj o kowalu i nie zapomnij o hubce dla tego kpa Janka, który kiedyś głowy własnej gdzieś zapomni.

– Słucham – powtórzył Żyd. Byk odszedł, a tymczasem ludzie na widok bryki zatrzymywać się i oglądać takową zaczęli. Sformowała się gromadka ciekawych, która się jednak dyskretnie opodal nieco trzymała. Tomasz konie na lejcach trzymał w pogotowiu zapobieżenia wypadkowi, gdyby się, broń Boże, pies lub świnia skąd wyrwała; Janek się gapił. Upłynęło więcej niż kwadrans, zanim Byk się z powrotem pokazał, przyprowadzając z sobą jakąś płci męskiej osobistość, młodą, z pretensją niejaką odzianą i na obliczu świadectwo pochodzenia wschodniego noszącą.

– Ny, jest już – odezwał się Byk, zwracając mowę do wnętrza budy.

– Ale żeś siedział – odrzekł głos z budy.

– Chwała Bogu, że nie dłużej – Byk na to. – Tu rozmówić się po ludzku nie sposób i byłbym powrócił z niczym, gdyby nie ten oto człowiek – oczami na towarzysza wskazał – który jest, z przeproszeniem, Żydkiem. Trafił się i już ja wiem wszystko, co trzeba. Raport ten dokończył, zwracając mowę do stangreta.

– Tomaszu, jedźcie pomaleńku za mną. Tomasz ruszył i w chwilkę później zatrzymał się przed domem, który był oberżą. Pułkownik nie bez wysiłku z głębin budy się wydobył, przez półdrabek przelazł, ze stopnia przy pomocy Janka się spuścił i ręce do góry podniósłszy, wyciągnął się. Dzięki ruchowi temu przedstawiła się cała jego postawa. Był to człowiek dorodny w całym wyrazu tego znaczeniu. Za nim zeskoczył młody oficer. I ten się pokazał, luboć nie wyciągał się. Jak skoro na ziemi stanął, pierwszy na postać tę ruch oka usposabiał dla niej widza przychylnie. Młodzieniec ów miał w sobie coś pociągającego: był szykowny, przystojny i cechował go ten akcent, który odznacza ludzi do dobrego nawykłych towarzystwa. Przed oberżą stało ichmościów paru, pomiędzy którymi znajdował się zapewne oberżysta. Pułkownik, mimo nich przechodząc, głową im z lekka powitanie oddał. Przed pułkownikiem szedł Byk, który go na korytarz wprowadził i drzwi przed nim do numeru otworzył.

– Ot, tu jaśnie wielmożny pan pułkownik spocznie sobie i nikt przeszkadzać nie będzie. Tu

– obejrzał się – much nawet nie ma. Pułkownik się jeszcze raz wyciągnął i rzekł:

– Zawołaj no mi Janka. Żyd wyszedł i po chwili z Jankiem powrócił.

– Cóż na obiad spartolisz? – zapytał pułkownik tego ostatniego.

– A cóż? – odparł zapytany ramionami wzruszając.

– Barszcz, pierogi, kasza.

– Gdyby można...

– Alebyś przecie zrobić mógł zrazy.

– Tu – pochwycił Byk – tu w tym domostwie, jak mi ten Żydek powiadał, jadają obiady bardzo dobre.

– A! – odparł pułkownik ręką machnąwszy. – Nie wierzę ja w tutejsze frykasy i melszpajzy. Zrób mi, Janku, zrazy , a zresztą, co ci się podoba. Byku, postaraj się, ażeby mu na niczym nie brakło. Byk z Jankiem odeszli. Pułkownik z tym akcentem, z jakim chodzi człowiek, gdy mu nogi od siedzenia długiego stężały, przeszedł się razy kilka po pokoju. Młody oficer, postawszy czas jakiś przed oknem, z którego wysadzony drzewami plac widzieć się dawał, kaszkiet wziął i rzekł:

– Pójdę, miasto obejrzę.

– A na obiad się nie spóźniaj – odparł pułkownik – bom setnie głodny. Od rana po herbacie.

– Przed godziną Janek się nie ułatwi – odparł młody człowiek; zegarek wydostał, spojrzał i dodał: – Pół do dwunastej.

– O pierwszej będziemy jedli – dorzucił pułkownik. Młody człowiek, zapiąwszy na sobie surdut mundurowy i rzuciwszy okiem na zawieszone nad kanapą zwierciadło, wyszedł. Pułkownik przed oknem stanął, jakby na to umyślnie, ażeby śledzić oczami ruchy towarzysza podróży, który powoli, zatrzymując się i oglądając, przez plac przechodził. Oczów od postaci młodzieńca nie odrywał i w oczach jego powoli tworzyć się począł wyraz rozrzewnienia, które, nieme zrazu, wytłumaczyło się w końcu wypadłymi mu spod wąsów słowami:

– Dla Elżuni, dla Elżuni! Przy słowach tych wąsy mu zadrgały, w oczach pojawił się połysk wilgotny; przez nos mocno czmychnął i odstąpiwszy od okna, w którym zresztą postać młodzieńca znikła, jął żywo, w zamyśleniu po pokoju krążyć. Jak Byk zapowiedział, nikt mu nie przeszkadzał, żywy duch nie zajrzał. I młodemu oficerowi nikt nie przeszkadzał w oglądaniu miasteczka, w którym odkrył piekarnię, rzeźnię, aptekę, sklep galanteryjny, połączony ze sprzedażą soli, sklep korzenny, połączony z pracownią modniarki, księgarnię, w której sprzedawano wino, szynków kilka, sklep towarów łokciowych, sklepik tytoniowy i kościół. Do kościoła, ponieważ drzwi otwarte znalazł, wszedł, w ławce z boku uklęknął, pomodlił się, na zegarek spojrzał i wprost z kościoła udał się do oberży. W pokoju stół już zastał nakryty.

– W ręce twoje – odezwał się pułkownik, biorąc ze stołu, gdy młodzieniec kaszkiet złożył i zbliżył się, flaszkę i kieliszek. – Wódka tu dobra, ale kieliszki małe, naparstki. Ten jednak, do którego nalewał, małym cale nie był. Napełnił, wychylił i w chwili tej Janek w fartuchu się zjawił i zupę na stole postawił. Podróżni nasi do spożywania darów bożych przystąpili. Po zupie nastąpiły dania inne. Pułkownika w złoty humor wprawiły zrazy, pomimo że do nich kaszy nie było. Po obiedzie, po wypoczynku, po wykurzeniu fajki jednej i drugiej, bryka zaszła i podróżni do wsiadania wyszli. Przedtem jednak pułkownik, pojazd opatrzywszy, do Tomasza z zapytaniem się zwrócił:

– Cóż, wszystko w porządku?

– Wszystko, jaśnie panie: deresz okuty, tylko...

– Tylko co?

– Maźnica próżna.

– A no?

– Ta Chrancya kraj taki, że nawet mazi nie ma.

– Byku? – pułkownik na to, do Żyda się zwracając.

– Ny, nie ma – odpowiedział Żyd – nawet w aptece nie ma.

– Hm? – mruknął pułkownik i do bryki wsiadł. W chwilkę później bryka ruszyła. KONIEC ROZDZIAŁU