TEODOR TOMASZ JEZ

Narzeczona Harambaszy

Teodor Tomasz Jeż

Narzeczona Harambaszy Powieść z dziejów słowiańszczyzny południowej Tekst wg wydania z 1882 r. przygotował do druku Adam Lewak ROZDZIAŁ PIERWSZY NOCLEG Potężny talent piewcy Zamku Kaniowskiego, cuda by stworzył, gdyby tym samym piórem, którym skreślił widzenia Nebaby z wierzchołka dębu puszczy śmilańskiej, odmalował krajobraz; rozwijający się ze szczytu góry, wystrzelającej najwyżej spośród Gór Pekskich. Cudnyż bo to rzeczywiście krajobraz!... Pod stopami, w prawo, w lewo, jak okiem sięgnąć, rozrzuciły się zielone garby okrytych lasami wzgórzy. Od pierwszego oka rzutu widać nie co innego, tylko wzgórza. Wpatrującemu się w nie jednak pilnie odkrywają się w niespodziankowy sposób: tu bezdenna otchłań wąwozu głębokiego, czarna, dzika, ponura, tam grzebień skał sinych, wyglądający zalotnie spoza zielonych warkoczy, owdzie osada jakaś od niechcenia na spadku góry rzucona, gdzie wdziej jakaś ruina malowniczo w mchy i bluszcze ubrana, a w dali, w dali tuman mgły sinawej, przewijający się wężowym skrętem, połyskujący od spodu tu i owdzie odblaskiem zwierciadlanym. Tuman ten mimowolnie zatrzymuje na sobie uwagę, i zmusza niejako zapytać:

– Co to? Zadaj to pytanie Serbowi, a odpowie ci z pewnym w głosie przyciskiem, zdradzającym coś, niby dumę:

– To...Dunaj... Dunaj, mgłą spowity, przewija się w stronie północnej – i trzeba być człowiekiem miejscowym, trzeba wiedzieć, że on tam, ażeby domyśleć się od razu znaczenia tumanów, co się oparem z jego podnoszą łona i obłoczystą gazą dalszą zasłaniają okolicę. Bliżej zaś widać same tylko garby i lasy... lasy i garby, przedstawiające pozór okiem nieobejrzanego pola, pokrytego kopcami i mogiłami, na których ręka Przedwiecznego, równocześnie ze Stworzeniem świata, nieprzebyte zasiała bory. Śród kopców tych jeden, ten właśnie, co najwyżej w górę wyskakiwał, nie miał drzewami porosłego ciemienia. Drzewa okrywały jeno boki jego, ustępując na wierzchołku miejsca trawie, która formowała rodzaj kobierca strzyżonego, zajmującego przestrzeń dość znaczną. Jedną przestrzeni tej stronę przerzynała droga, a raczej ścieżka szeroka, która się z lasu wynurzała i w las się chowała i nad którą rosło w nierównych odstępach kilka grusz rozłożystych, nie mających nic wspólnego z drzewami lasu, składającego się z buków, jesionów, jaworów i innych drzew, właściwych strefie i rodzajowi gruntu. Konary grusz tworzyły szałasy cieniste i w tym też snadź celu zużytkowane były, grunt bowiem pod nimi, udeptany i z trawy ogołocony, na obwodzie brzegów, równych rozłożystości sklepienia gałęzistego, naznaczony był popiołami ognisk zgasłych. Mimo przechodziła droga, gładka i ubita, ale jak rzekliśmy, bardziej do ścieżki aniżeli do gościńca podobna – bardziej do ścieżki, bo nie szeroka i nie pokazująca śladów kół. Wozy nie przejeżdżały i przejeżdżać tamtędy nie mogły nigdy, nie mogłyby bowiem żadną miarą na tę leśną dostać się drogę, którą drogą nazywamy, której by jednak i ścieżką nawet nazwać nie można. Wyobraźmy sobie bowiem próg za progiem, ułożone równolegle i utworzone z ziemi ubitej. Taka była droga, wijąca się zygzakiem pomiędzy bukami odwiecznymi. Urobiły ją konie, wygniótłszy kopytami jamy, które z upływem lat, wydepty- wane coraz to głębiej i głębiej, przybrały kształt rowków poprzecznych, dzielących progi jeden od drugiego. Droga przeto składała się z progów dość wysokich i z rowków głębokości dwóch piędzi, po których wóz żaden nie mógłby ujechać kroków dziesięciu, pomijając to, że na każdych dziesięciu krokach musiałby parę razy osią o pnie buków i jesionów zawadzić. Droga ta istniała jedynie dla koni i to objuczonych. Rowki służyły im za punkty oparcia przy wspinaniu się na górę i spuszczaniu się z góry. Ludzie piesi trzymali się onej, lecz po niej nie szli. Ludzie udeptali dla siebie po obu drogi stronach ścieżki, które towarzyszyły jej w lesie aż na wierzchołek góry i tam zlewały się z nią w jedno na kilkudziesięcio-sążniowej długości, ażeby znów się od niej oddzielić przy wejściu do lasu na przeciwległej pochyłości. Na drodze tej spotykamy ludzi, mających wystąpić w niniejszej powieści w charakterze osób działających. Było ich sześciu. Co za jedni? – Nikt by ich nie wziął za co innego, tylko za trgowców[1], o czym świadczyły konie, w liczbie trzydziestu kilku, osiodłane w samary[2], obarczone solą kamienną.Sól w dużych bryłach, przytroczona sznurami do samarów, ciężyła małym konikom. Uginały się pod nią i stękały, wyciągały szyje i kroczyły zwolna pod górę, przestępując krzyżowanym chodem próg po progu z ostrożnością świadczącą, iż po raz to nie pierwszy i nie dziesiąty tę podróż odbywają. Szły długim, rzędem, jeden za drugim, każdy powrozem od 1 Trgowiec – handlarz 2 Samar – siodło juczne uzdy uwiązany do ogona swego poprzednika. Uwiązany nie był tylko ten, co postępował na czele, lecz był to koń pewny i tak drogi świadomy, że bezpiecznie samego puszczać go można było. Każdy dźwigał na grzbiecie ciężar, z wyjątkiem ostatniego, który miał wprawdzie na sobie samar, na samarze jednak nie sól była przytroczona, ale siedział człowiek. Siedział wszakże nie ciągle. Snadź nudziła mu się jazda powolna. Zeskakiwał od czasu do czasu z samara i albo szedł samotnie jak towarzysze jego, którzy w odstępach postępowali obok koni jeden za drugim, albo też przyłączał sio do jednego z nich i zaczepiał go zapytaniem, takim na przykład:

– Czy w tej stronie drogi takie tylko ?

– A takie... – odpowiadał zapytany.

– Innych nie ma?

– Są i inne, ale daleko, za górami.

– Toć to droga nie do jeżdżenia!

– Dla nas ona dobra... Raja na niej bezpieczny. Ten, co z konia zsiadł, uśmiechnął się na słowa te gorzkim uśmiechem. Był to człowiek młody, nie tą jednak pierwszą młodością, co z młodocianym graniczy wiekiem, ale tą, co stanowi przejście do lat dojrzałych. Ubraniem nie różnił się od towarzyszów podróży. Miał na sobie samodziałową kurtę z burego sukna z szerokimi rękawami, takież szarawary szerokie, u spodu zwężone i na haftki zapinane, spod kurty wyglądała koszula na piersiach otwarta, biodra otaczał szeroki, wełniany, czerwony pas, głowę przykrywał fez czerwony bez kutasa, na nogach miał płytkie trzewiki, krojem i szyciem świadczące o niskim stanie szewskiej sztuki. Towarzysze jego ubrani byli tak samo. Nic go więc od nich nie różniło. Jeżeli oni byli trgowcy, to i jego należało do tej klasy społeczeństwa serbskiego zaliczać; jeżeli zaś byli to sielacy[3], to i on nie mógł być czym innym. A przecież widzieć się w nim dawało coś, co różnicę stanowiło. Naprzód latami młodszy był od nich – od każdego z pięciu, pomiędzy którymi trzech siwizna już okrywała, a dwom niewiele do sędziwych brakowało lat. Po wtóre: dlaczego, kiedy młodszy, jechał konno, podczas gdy starsi podróż pieszo odbywali?... 3 Sielak – wieśniak Nie działo się to bez przyczyny jak niemniej i to, że go towarzysze otaczali osobliwego rodzaju względnością, dochodzącą niemal rozmiarów uszanowania. Oni szli, on jechał. Lecz się mu nudziło; a przy tym siedzenie na samarze nie należy do najwygodniejszych, na takiej zwłaszcza drodze jak ta, którąśmy opisali. Więc podróżny nasz zsiadł u stóp góry i już więcej nie wsiadał. Koń jego szedł sobie luzem, on zaś, przyśpieszając nieco kroku, wymijał przewodników jednego po drugim i po chwili znalazł się obok tego. co się znajdował na przedzie.

– A!... – rzekł ten ostatni tonem półżartobliwym – nie podobało ci się na samarze.

– Jazda zanadto powolna... – odrzekł zagabnięty.

– Tobie snadź chciałoby się lotem sokoła oblecieć Serbię wzdłuż i wszerz... Tobie potrzeba szaraca, na którym jeździł królewicz Marko... O! minęły te czasy... Minęły i Bóg wie, czy powrócą kiedy!... – dodał z westchnieniem.

– Powrócą może... – odparł młody podróżny. Stary – był to bowiem z drużyny najstarszy, wąsacz siwy, nieco przygarbiony, ale krzepki – powtórnie westchnął i machnąwszy kijem, tak dalej ciągnął:

– Dużo w moim życiu widziałem, dużo pamiętam i dużo od ojców naszych, co się już od dawna w grobach położyli, słyszałem... Było źle i jest źle... ot!... Ale oni się pocieszali i my się pocieszamy. że będzie lepiej... Czyż będzie?

– Gdyby być nie miało, to byśmy się nie pocieszali... – odrzekł młody tonem pewnym i wyrokującym. Starego ton ten zdziwił snadź i może nawet rozgniewał nieco. Spojrzał na towarzysza z ukosa, rzucił ku niemu wzrokiem surowym spod brwi siwych, co mu niby dwa ostrzeszki nad oczami wisiały. Ten jednak spokojnie w rodzaju komentarza do słów poprzednich dodał:

– Spodziewamy się, bo mamy prawo... prawo od Boga, które nam Turczyn przemocą wydarł... Prawo nam pozostaje wciąż jednakie, a przemoc się zużywa... Więc przyjść musi kiedyś czas, w którym pierwsze weźmie nad drugą górę... chyba iżbyśmy się sami prawa naszego zrzekli.

– A... – krzyknął starzec, dłoń do góry podnosząc jakby na wezwanie świadectwa nieba, widnego przez liściaste odwiecznych buków sklepienia. – To by ziemia wyrzuciła kości nasze! Po wykrzykniku tym długo ze sobą nic nie mówili. Wreszcie młody zapytał starego:

– Dokąd droga ta prowadzi?

– W dolinę Mławy... – odrzekł zapytany.

– Jedna?

– O, nie... za górą dzieli się.

– Ale na górę jedna? – podchwycił młody.

– Jedna... – odparł stary, odwracając się od towarzysza swego ku koniom, z których jeden w chwili tej utknął na progu.

– O he!... – krzyknął gromkim, w rodzaju napomnienia, głosem. Odwrócił się w stronę towarzysza młodego. Lecz już go obok niego nie było. Dojrzał tylko na przedzie postać jego, migającą się pomiędzy drzewami. To go ani zdziwiło, ani zastanowiło. Młody podróżny kroku przyśpieszył. Nie znaczyło to, ażeby śpieszyć się miał. Bynajmniej. Koniki serbskie, solą obarczone, szły tak powolnie, że zwyczajny ludzki chód był dwa razy przynajmniej szybszym w porównaniu z ich chodem. Podróżny więc nasz puścił się krokiem zwyczajnym i wkrótce znalazł się daleko na przedzie. Karawana solna niebawem z oczu mu znikła. Słyszał ją jednak za sobą. Koń przodowy uwiązane miał na szyi brzękadło, którego odgłos rozlegał się po lesie całym. Lecz i to, głuchło, głuchło i znikło, i podróżny po niejakimś czasie otoczony został poważną ciszą leśną, pełną tajemniczych szmerów i szeptów, nabrzmiałych uroczystą jakąś zagadkowością. Szedł trzymając się drogi, która prowadziła pod górę ukośnie, załamywała się, znów szła ukośnie, aż nagle las się skończył i pokazała się łąka, panująca na wyżynie. Podróżny stanął, pot z czoła otarł i dokoła się obejrzał. Patrzył, oglądał się. W miarę rozpatrywania się, twarz jego jaśniała, a oczy napełniały się wyrazem zachwytu niemego. Błądził wzrokiem po zielonej, bezmiernej przestrzeni, oświeconej ukośnymi promieniami chylącego się ku zachodowi słońca i zatrzymywał je dłużej na pewnych punktach, które uwagę jego bardziej na siebie ściągały. W jednym miejscu, pośrodku bukietu drzew, wysuwał się do góry białawy dym i tworzył niby wspaniały pióropusz; w innym orzeł krążył nad zrębem skał; na widnokręgu daleko rysowały się kształty gór w postaci obłoków zniżonych. A niebo było bez chmurki; a słońce toczyło się wspaniale; a w powietrzu szumiał jakiś hymn cichy i uroczysty, zgodnym z łona bezmiaru bijący chórem, wznoszący się powoli i rozpływający się w górze.

– Boże! – westchnął podróżny. Westchnienie to wydarło mu się z głębi duszy, przepełnionej zachwytem. Po chwili rzekł głośno:

– Jakżeby tu mieszkać nie miała Wila!... O! nie jest ona wymysłem... jak utrzymują niektórzy... I rozpatrywał się, i dość napatrzeć się nie mógł. Przechodził z końca w koniec łąki; stawał i wędrował wzrokiem po rozwijającej się szeroko pod nogami jego panoramie. Niekiedy w zadumę wpadał. Odgłos brzękadła przerwał jego rozpatrywanie się w okolicy. Niebawem z lasu wysunął się koń przedni, parsknął głośno i uszedłszy kroków kilkadziesiąt zwrócił z drogi pod gruszę, pod którą się zatrzymał prowadząc za sobą szereg cały koni objuczonych. Serbowie ze zwykłą sobie flegmą przystąpili do odwiązywania soli i rozsiodływania koni z samarów.

– Cóż to? czy tu nocować mamy?... – zapytał młody podróżny nie biorąc w pracy towarzyszy udziału.

– A tak... – odrzekł jeden.

– Do zachodu słońca godzina przynajmniej jeszcze. Ten, do którego się wyrazy te odnosiły, na słońce spojrzał i odpowiedział:

– Tak... ale do przybycia tam trzech godzin potrzeba najmniej... A i koniom, co takie pod górę dźwigały ciężary, należy się odpoczynek wcześniejszy... Racja była dobra. Więc też młody podróżny nic nie odpowiedział, tylko się z boku przypatrywał, z jaką wprawą ludzie ciężary na ziemię składali i z jaką radością uwolnione od nich konie naprzód na drodze się tarzały, a następnie na trawnik odchodziły.

– No... – odezwał się po robocie tej skończonej najstarszy z drużyny – teraz i nam spocząć pora. Rozsiodływanie zabrało czasu tyle, że słońce za widnokrąg nie zapadło jeszcze wprawdzie, lecz się już za góry spuściło. Grusze długie rzucały cienie. Pochyłości wschodnie tonęły w mroku wieczornym, który co chwila coraz to szerzył się dalej. Serbowie do odpoczywania zebrali się nie od razu. Opatrzyli pierwej juki i odłożyli osobno kilka baryłek niewielkich, których na koniach widać nie było. Baryłki te musiały snadź coś w sobie zawierać drogiego, sądząc po staranności, z jaką je okryli. Stary miejsce dla nich wybrał, a wybierając i miał na uwadze, skąd wiatr ciągnie.

– Z zachodu... – rzekł rzuciwszy do góry piórko, które się ku wschodowi uniosło. Obszedł gruszę dokoła, odstąpił od niej kroków kilkanaście i zadecydował:

– Tu... Dym i skry pójdą tam. Była to strona zachodnia. Na wskazany punkt zaniesiono baryłki i okryto je opończami starannie. Po dopełnieniu czynności tej stary przeszedł na stronę przeciwną i na rozłożenie ogniska punkt wybrał i wyznaczył. Szarzeć już poczynało. Zmrok gęstniał. Jedni znosili suche drewna, drudzy rozkładali na ziemi kilimki, inni układali sakwy i cutry. Stary wykrzesał ogień, który, rozdmuchany w pęku suchych badyli, buchnął płomieniem i posłużył do podpalenia drewienek. Zajęły się suche słomy. Płomień strzelił do góry. Serbowie obsiedli ognisko dokoła, a pomiędzy nimi, obok starca, zajął miejsce młody podróżny, który był biernym wszystkiego, co się robiło, widzem.

– No... – rzekł uprzejmie stary do młodego – teraz chyba nie pozostaje nam już, jak posilić się, czym Bóg dał i...

– Spać... – dokończył młody. Stary cmoknął, na znak przeczenia.

– Spać, to by można, gdyby nie hajducy... Młody zdziwionym w oczy mu popatrzał wzrokiem.

– Czyż lękasz się, ażeby nie napadli? Stary ramionami ścisnął.

– Kto by się tam lękał tego!... Hajducy nie napadają nas. Na wyrazie „nas” zabrzmiał nacisk znaczący.

– Czemu więc z powodu ich spać nie można?... – podchwycił młody.

– Hm... – mruknął starzec – mamy dla nich gościniec, po który oni się zgłoszą: w czutrach wino kraińskie, w baryłce czarny mak... Oni bo – dodał żartobliwie – taki naród, że bez maku wyżyć nie mogą... Podróżny z kolei ramionami ścisnął robiąc gest oznaczający, iż domyśla się zagadki jakiejś, lecz się takowej dochodzenia zrzeka. Podczas rozmowy tej inni, udziału w niej nie biorąc, krzątali się około przyrządzenia wieczerzy. Przed ogniskiem pojawił się obrus na trawie rozścielony, a na obrusie puszki drewniane, zawierające w sobie owczy ser, przetopione masło, miód, czerwoną paprykę i sól. Nakrywy do puszek zastępowały miejsce talerzy. Na jednej z takowych jeden z młodych nakrajał w talarki obranych ze zwierzchniej łupiny główek kilka cebuli; na drugiej inny układał pieczone na węglach zielone strąki papryki, które papryką czerwoną posypywał, inny znów łamał placki. Przyrządzenia te, świadczące, jako Serbowie lubią swego rodzaju komfort, czasu nie zabrały dużo. Wieczerza, składająca się z sera, miodu, surowej. cebuli i pieczonej papryki, prędko gotowa była. Starzec przysunął się do zastawy, skinął na młodego towarzysza głową i odezwał się wesoło:

– Da pijemo, da jediemo, da se weselimo (pijmy, jedzmy, weselmy się)... Spółbiesiadnicy ani trochę prosić się nie dali. Niewyszukane wprawdzie, niewykwintne były potrawy, brak ten atoli wynagradzał sowicie apetyt potężny. Łamali placki i nabierając na takowe raz sera, znów miodu lub też zagryzając na przemian to cebulą, to papryką, zmiatali z puszek i z pokryw wszystko, co do zmiatania było. Papryka, od której człowiekowi nieprzyzwyczajonemu świeczki w oczach stają, dzielnie do pobudzenia apetytu służyła. Jedli, aż za uszami trzeszczało i odwilżali od czasu do czasu gardło z podawanej z rąk do rąk czutry, która, do ust nachylana, bełkot wydawała. Wino wywierało wpływ silny na apetyt, zdrowie i humor. Żarty przeplatały akcję spożywania darów Bożych i tryskały żywiej pod koniec wieczerzy, kiedy przechylona do ust czutra bełkotać przestała.

– Ot tobie i koniec... – rzekł stary poprawiając się na siedzeniu. – Z próżnego nie nalejesz, to darmo... a kraińskiego tykać nie można, aż przyjdą tamci. Przedmuchnął cybuch, wyjął zza pasa kapciuch, fajkę nałożył i zapalił. To samo uczynili i inni. Na chwilę zapanowało milczenie poważne, zapełnione wciąganiem w piersi i wypuszczaniem przez nosy i usta kłębów wonnego dymu, który szedł ku ognisku, łączył się z płomieniem i unosił wraz z dymem w górne sfery. Nie masz nic poważniejszego nad człowieka palącego fajkę z długiego cybucha. Nic tak nie nadaje człowiekowi tego, co się nazywa „kontenansem”. Cygara i papierosy oznaczają upadek powagi. Podróżni nasi wyglądali wielce poważnie z cybuchami przy ognisku. Rzekłbyś, że to mężowie dumający nad losami świata, zakopconego niesprawiedliwością i nieprawością. Czy, w samej rzeczy, dumali i o czym? – nie wiemy. Wiemy tylko, że dymili wszyscy bez wyjątku, że mieli oczy wlepione w ognisko i że odsapywali głęboko. Młodemu podróżnemu oczy się kleiły. Byłby może zasnął, gdyby go nie wstrzymywała ciekawość, która też wkrótce zaspokojona została. Przy ognisku, niby duch, pojawił się nagle człowiek, zupełnie inaczej aniżeli podróżni nasi wyglądający. Za nim z cieniów nocy wynurzył się drugi i trzeci. Oznajmił się pozdrowieniem:

– Dobro wiecze (dobry wieczór)... – pozdrowieniem, na które starzec, nie ruszając się z miejsca, odpowiedział:

– Dobro doszli...[4] Na nich odzież paradna, złotem i srebrem wyszywana. Zza pasów sterczały im głownie kindżałów i pistoletów perłami nabijanych. Na ramionach nieśli długie rusznice, o krótkich a mocno wygiętych łożach, suto inkrustowanych. Przyszli, rusznice z ramion zrzucili, przed sobą je postawili i na nich się poopierali. Wyglądali jak trzy posągi rycerzy wschodnich.

– Dobro doszli... – powtórzył starzec po chwili.

– Fała Bogu...[5] – odrzekł jeden z przybyłych powolnie.

– Jeśli wola, zasiądźcie obok nas... Mamy tam dla was ładne winco[6] – w czutrze i czarny mak w baryłce...

– Fała... Podróżni się rozsunęli. Nowoprzybyli zajęli śród nich miejsca. Jeden z przybyłych, jak się zdaje starszy pomiędzy swoimi, usiadłszy zrobił przegląd podróżnych naszych, patrząc każdemu w oblicze.

– To stary Hadżi-Petar... – mówił –a to Gica, a to Dymitr, a to Michaj, a to Żoka... A toż kto? – zapytał zatrzymując na młodym podróżnym wzrok.

– Ciekawyś... – odrzekł stary.

– Toć to prawo moje ciekawym być... Na tym hajducka sztuka cała, ażeby wszystkich znać i o wszystkim wiedzieć.

– Niech ci on powie sam, kto on taki...

– Nazywam się Marko... – rzekł młody.

– Nasz czy nie nasz?

– Popa Dżura za niego ręczy – wtrącił Hadżi-Petar niby od niechcenia.

– A... – była cała hajduka odpowiedź, oznaczająca, że wiadomość ta wystarcza dla niego 4 Dobro doszli – dobrze, żeście przyszli 5 Fała Bogu – Dzięki Bogu 6 Ładne winco – chłodne wino jak najzupełniej.

– Wieziecie zza Dunaju sól... Cóż tam za Dunajem słychać?

– Ot ludzie bają, że będzie kauga[7]. Ale ludzie, zwyczajnie jak ludzie... Czy to im wierzyć?... No, a u was co nowego?

– U nas?... stare dzieje... jak zwykle w hajduckim rzemiośle... raz na górze, drugi raz na dole... Ot, Mita w starych szalwarach chodzi; chciałby zdobyć nowe, ta nie może... Już Turków zabił czterech.

– Dla szalwarów?... – wtrącił Marko tonem nieco zdziwionym.

– A no!.. Ostatniego szkoda!... Takie miał liepe[8], czerwone, złotem szyte i nowiutkie...

– Cóż, chyba go odbili mu? czasu nie miał zdjąć?

– Gdzie tam!... zdjął, ale Turczyn, majka niegowa[9] w szalwary...

– Tfu... – splunął stary i zaklął oburzając się z powodu krzywdy, jaka się Micie stała.

– Takie to rzemiosło nasze!... – rzekł hajduk z westchnieniem. – Trudów dużo, niebezpieczeństwa więcej jeszcze, a gdy człowiek po nagrodę rękę wyciąga... patrz!... na drodze ją rzucić musisz!

– Zdrawie!... – odezwał się Hadżi-Petar przykładając czutrę z kraińskim winem do ust.

– Zdrawie!.. – odparł hajduk. Czutra poszła wkoło z rąk do rąk podawana. Przerwana rozmowa znów się zawiązała, wywołana przez Marka, który z wyrazem mocno natężonej ciekawości przypatrywał się i przysłuchiwał hajdukom.

– Czy was dużo? – zapytał.

– Kogo... was? – odparł hajduk...

– Zapytuję o hajduków.

– Kto by ich tam policzył!... raz jak liści na drzewie; znów zejdź wszystkie serbskie płaniny[10] i szumy[11], nie znajdziesz ani jednego... My schodzimy jak gwiazdy na niebie i jak gwiazdy znikamy.

– Hm... – mruknął Marko. – Odpowiadasz mi, bracie, jakbyś się mnie lękał, a ja po to 7 Kauga – wojna 8 Liepy – piękny 9 Klątwa serbska 10 Płaniny – góry 11 Szum – las przybywam tu właśnie, ażeby się dowiedzieć, czego chrześcijanom nie dostaje, ażeby Turczyna tłuc mogli, jak należy. Hajduk spojrzał na Hadżi-Petara. Starzec głową na znak potwierdzenia kiwnął:

– Toż ty, bracie, W dobrym przybywasz celu!... Kiedy tak, pytaj... będę ci po ludzku odpowiadał, człowiecze.

– Pytam: czy dużo was hajduków?...

– Jak kiedy... Zimą mało, na wiosnę dużo, a latem i w jesieni... ot... tyle, ile potrzeba. Każda góra ma harambaszę swego, którego zna okolica cała... Spytaj no o hajduka Milenka w Pożarewcu – rzekł z akcentem dumy – albo w Jagodynie...

– Dziwo, że go w Jagodynie znają – wtrącił stary – gdzie stoi kutia[12], w której się urodził...

– I gdzie rośnie diewojka, do której serce jego lgnie... – dodał hajduk wesoło.

– Oj... wam w płaninach diewojki tylko w głowie...

– Takie zwłaszcza jak wnuczka twoja, babo[13] Petarze... Aby jej ino Turczyn nie zoczył... Stary ręką machnął.

– Nie kłopocz się o to... Pilnujemy jej jak oka w głowie... Hajduk, się zamyślił, jakby coś sobie przypomniał.

– Toć już lat sześć, jak jej nie widziałem... Musiała się z niej zrobić liepotica[14]... a!...

– Przyjdź kiedy i zobacz... – odparł Hadżi-Petar półżartem.

– Boga mi, posłucham, babo, twojej rady. I jakby na dodanie sobie ochoty pociągnął z czutry haust duży i podając naczynie z winem swemu pobocznikowi, rzekł z przyciskiem:

– Prawdziwe negotyńskie!... chłodne, a w krew ogień wlewa... – i dodał:

– Ale to już późno... Czas pospać trochę... Bądźcie zdrowi, zobaczymy się w Jagodynie. Wstał. Wstał i Marko, poszedł za hajdukiem i długo coś ze sobą we dwóch na stronie rozmawiali. 12 Kutia – chata 13 Baba – dziadek 14 Liepotica – piękność KONIEC ROZDZIAŁU