Zygmunt Krasinski

O stanowiskach polskich i bozych

Zygmunt Krasiński

O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów I. O TRÓJCY W BOGU I O TRÓJCY W CZŁOWIEKU W stosunku do nas w tym łaska Boża, że nas Bóg stworzył, to jest, że nam bytu udzielił. - W tym rozum i logika Boża, że nas nie od razu doskonałymi i dopełnionymi stworzył, czyli skończonymi istotami, ale owszem, nieskończonymi nas stworzył - bo od samego początku poczynającymi z możnością postępowego rozwijania się - przy tym wolnymi - więc tym samym zmuszonymi zasługiwać się, to jest siebie samych dotwarzać, by róść ku Niemu. - W tym nareszcie miłość Boża, że nas ostatecznie zbawi, czyli że w miarę zasługi naszej bytu nam odmierzać będzie, czyli, co jedno jest, że nas opatrznie doprowadzi do żywota wiecznego, który jest niebiańską wszystkich władz naszych harmonią, dostrajającą się coraz wyżej - który jest postępem, nie przerywanym już śmiercią - który jest przemienianiem się następnym, coraz przedziwniejszym, duszy i ciała, przy wszelkiej świadomości i z własnej woli ducha, do którego dusza ta i ciało należą. Z łaski więc Bożej osiągniem byt, którego wyrazem w nas jest ciało. Z rozumu Bożego osiągniem świadomość tego bytu, wiedzę jego niezbędnych warunków, praw i celu, czyli duszę, bo czymże dusza, jeśli nie myślą i wiedzą? A o czymże myśl myśli, jeśli nie o bycie? Z miłości wreszcie Bożej dojść mamy do najściślejszego pojednania się bytu z myślą, zmysłowości z idealnością, ciała z duszą, czyli stać się duchami żywymi, nieśmiertelnymi, przeznaczonymi do anielstwa i wszystkich innych przetworzeń się duchowych w nieskończoności żywota, tu i tam, i wszędzie. Z tego trojakiego stosunku Boga do nas i naszego nawzajem do Boga Trójca Święta wynika. - Pierwsza jej osoba odpowiada wszechbytowi, którego przymiotem wszechmoc. Druga - wszcchmyśli, której przymiotem wszechświadomość, czyli wszechrozum. Trzecia - wszechżyciu, czyli wszechduchowi, którego przymiotem wszechmiłość. Na obraz tej Trójcy Bożej każden z nas jest także trójcą każdochwilną, każdy z nas jest bytem, myślą, życiem współcześnie, czyli duchem, a zarazem i przeto właśnie, że duchem, jest osobistością całką, jaźnią, tąż samą i jedną. W Trójcy Bożej osobą łaski dla nas jest pierwsza osoba, Ojciec, stworzyciel, później nazwań Jehową, który stwarza nas, bo stwarza - łaska albowiem to to, co danym dla niczego, tylko dlatego, że danym. Jest ona, bo jest. To samo o sobie sam wyrzekł Jehowa - to samo każden byt, który istnieje już, a nie pojął się jeszcze, wyrzec by musiał - więc gdyśmy Go nie pojmowali, tak do nas mówił Jehowa. Osobą rozumu dla nas, osobą przyczynowatości i wynikliwości, nakazującą nam pracę i zasługę, czyli kształcenie się i postęp jako drogę logiczną, konieczną, jedyną do niebios, to druga osoba, to wszechświadomość i wszechmyśl Boża. Słowo odwieczne (Logos), które, wcielone, nazywa się Chrystus - i Chrystus też właśnie objawił rodowi ludzkiemu prawo wieczne zasługi i postępu na to, by ród ten mógł dojść do anielstwa. Chrystus już nie tak, jak Jehowa jest, bo jest tylko, bez wyrażenia żadnego powodu, żadnej przyczyny ni pochodzenia. Owszem, ród ciągnie z Ojca, a upadkiem ludzi spowodowan na to, by ich wyzwolić, odkupić i zbawić, zstępuje na świat. Już tu objawia się powód, już tu logiczna konieczność, zasada wszelkiego rozumowania i wszelkiej filozofii. Wreszcie osobą miłości dla nas, spójnią żywą łaski bez powodu, z rozumem powód zawierającym, to wszechżycie Boże, kojarzące wszechbyt z wszechmyślą w Bogu, to trzecia osoba Trójcy Bożej - Duch Święty. On w stosunku do nas wyraża najprzedziwniejsze zlanie się do harmonii bytu, któryśmy dostali z łaski, i prawa postępu i zasługi, które nam rozum Boży przyniósł. To zlanie się zaś harmonijne oczywiście, że naszym jest zbawieniem, bo kiedy byt otrzymany doskonale rządzim i ujmujem w prawo zasługi i postępu, cóż my osiągniem? - Oto najwyższą harmonią, cel nasz ostateczny, żywot wieczny nasz, czyli uzupełnioną miłość Bożą ku nam i w nas. Zatem Duch Święty, wyrażający wszechżycie w Bogu, dla nas wyraża wszechmiłość i zbawienie. - Oczywiście, że nie może inaczej, jak zarówno z dwóch poprzednich osób pochodzić - z Ojca i z Syna, z wszechbytu i wszechmyśli, z Jehowy i z Słowa, bo jest właśnie ich zlewem, ich przepajaniem się wiecznym, ich wzajemną jednią - zupełnie tak samo, jak w nas duch nasz jest przepojeniem się bytu i myśli naszej, ciała i duszy naszej, tak samo jak w nas żywot wieczny będzie przepojeniem się najwyższym łaski, którą od Ojca wzięliśmy, i własnej zasługi naszej, której nam konieczność Syn wskazał. Nie inaczej myślał o trzeciej osobie sobór nicejski, kiedy w wyznaniu wiary pod nią dopiero umieścił wszystkie nadziemskie nadzieje i anielskie następstwa ludzkości - uświęcenie ludzkich dusz, natchnienie proroków, jedność Kościoła powszechnego, zmartwychwstanie ciał, żywot wieczny i obcowanie świętych. Chrystus też wyrzekł, że temu, kto bluźni przeciwko Duchowi Świętemu, odpuszczonym nie będzie, choćby bluźnierstwa przeciwko Ojcu i Synowi odpuszczono. Zatem w początku łaska, a w końcu miłość. Łaska tylko być może dla nie będących jeszcze - miłość być tylko może dla będących już, ale jej godnych, ale na nią zasłużonych. Pośrodku zaś i jako przejście konieczne od łaski do miłości, od bytu pierwszego do najwyższego życia - rozum. W stosunku do nas rozum Boży znaczy logikę żywota naszego, pracę, trud, zatem i cierpienie, i męczeństwo, słowem, zasługę. I oczywiście, by stworzonych z łaski przeprowadzić do godności duchów niebiańskich, do anielstwa, do żywota wiecznego, trzeba koniecznie było ich zasługi i stopniowego postępu - czyli trzeba było, żeby im jej niezbędność rozum Boży objawił i nakazał, bo inaczej łaska byłaby bezrozumna, a zatem nie byłaby miłością żadną, tylko znowu łaską. Więc nie byłoby żadnej odmiany ni rozwoju od pierwszej do ostatniej - żadnego przetworzenia, żadnego biegu życia - dziejów ni ludzkich, ni żadnych innych, wolnością swą poruszających się w czasie, być by nie mogło. Na początku, w środku, w końcu tożsamość jedna, martwa, bezbarwna, nieskończona - jeden tylko stan - a jeśli go nazwiem rajem, więc jeden raj nieprzemienny, niewinny, ale głucho, nieżywo, zwierzęco niewinny - byt tylko sam bez rozbudzenia się myśli

- ciało bez duszy. - Przejście więc, a przy tym rozdarcie i walka wewnętrzna, a stąd ból, a nawet i grzech, o którym święty Augustyn wyrzekł, że był najszczęśliwszą winą (felicissima culpa), nastąpić musiały. Tym rozdarciem, tą walką, tym bolem ozwało się życie, bo Bóg jest Bogiem nie martwych, ale żywych. Pośrednikiem zatem w istocie w tym przejściu między łaską a miłością, rajem a niebem, czyli wiekami Jehowy a Ducha Świętego, między stanem bytu cielesnego a stanem pełni żywotnej, duchowej, łącznikiem i usprawiedliwicielem ich obu musiał być rozum Boży, który, wcielony i objawiony w rodzie ludzkim, duszę i rozum ludzki obudził. - Stąd Chrystus jest zbawcą, odkupicielem, pośrednikiem i tylko przechodząc przez Niego, można dostąpić zbawienia. Jest prawdą, jest światłem słonecznym ziemi i w najwyższym znaczeniu drogą, jak sam wyrzekł o Sobie. Tą drogą tylko dostać się można do miłości ostatecznej - a że w stosunku do nas ta droga jest trudem, cierpieniem, zasługą, zatem Chrystus musiał ją odbić, wyrazić, uczynić, niejako upłaskorzeźbić życiem Swym i śmiercią Swoją. Wszystek trud i ból przejścia od łaski do miłości, od raju, niepowrotnego już, do nieba, nie nadeszłego jeszcze, w Nim przedstawion i ukazan. Dlatego nie przechadzał się z pułkami anielskimi duchów po planecie tym, nie grzmiał w majestacie potęgi Bożej, ale zawsze działał po ludzku, podnosząc w sobie wszystkie ludzkie przymioty do boskości - i takim sposobem doprowadzając naturę człowieczą w Sobie do zlewu harmonijnego z naturą Bożą - niejako ułatwiając jej przykładem przejście do wyższych przeznaczeń - wykazując jej dowodnie, dobitnie, żywo, słówmi, a najbardziej czynem, że powołaną jest do przebóstwienia się, skoro zgodzi się i przystanie w wolności swej do woli Boga. Dlatego nie zwycięstwem, ale przegraną ciągłą zwyciężał wszędzie - cierpliwością, umiarkowaniem, panowaniem sobie nieskończonym, łagodnością i tkliwością, a w pewnych razach stałością tak olbrzymią, że na gniew wyglądała święty, wszystkimi sposoby, których skutek oddalony a niezawodny, a których ujęcie i przeprowadzenie zowie się mądrością, która nic nie opuszcza, która źdźbła zbiera i z nich buduje piramidy, bo wie, że siła jej myśli wieczność przetrwa, gdyż myśl jej prawdą jest - a jej urzeczywiszczenie dobrem - a kształt jej ostateczny niebieską pięknością. Nigdy inaczej nie działał, nigdy się nie spieszył, nawet na śmierć - nigdy dla ludzkiego oka nic nie czynił, jedno wszystko na zasianie ziarn swych w ludzką duszę na to, by później w rzeczywisty kwiat wzrosły i owoc rzeczywisty przyniosły - nigdy, jak bohater, nie szukał ni wzywał niebezpieczeństwa, aż dopełnił posłannictwa Swego, aż to uwyraźnił, co miał uwyraźnić, uczynił, co miał uczynić; nawet unikał kilka razy schwytania i śmierci na pokazanie ludziom, że i najwyższa ofiara, gdy nie dopełniona w chwili, w której istotnie jest najwyższą, z powodu że uzupełnia i zaokrągla pełne działanie życia, właśnie najwyższą nie jest i staje się tylko przełamanym, ale nie do Boga przez śmierć dociągniętym żywotem. Życie Chrystusa jest arcymistrzostwem życia. Nieskończenie łatwiej umrzeć podobnie niż podobnie żyć; i dlatego też nikt po śmierci zaraz nie zmartwychwstaje i przemienionego, anielskiego ciała nie przybiera, bo zmartwychwstanie i przemienienie duchowe nic od śmierci, ale od życia zależą. On jeden tylko - bo żył ciągle jak ofiara paląca się i po takim żywocie Bożym śród ludzi skonał śród aniołów po ludzku, krzyżowo. Wszędzie w Nim, w każdej Jego chwili i czynie, i słowie, znać połączenie obu natur, przelewanie się ciągłe jednej w drugą

- jednym słowem, znać to przejście, o którym mówimy, przejście od cielesności do pełni ducha - czyli od natury ludzkiej do Bożej. - Lecz że wskazywał także i objawiał, do czego wiedzie ono przejście przez rozumu drogę, że stawiał miłość ostateczną celem tej drogi, że ogłaszał żywot wieczny i niebiański za wynik jej konieczny, musiał też i wynik ten, czyli Niebo, wyrazić i uwydatnić w poczęciu się niepokalanym, w transfiguracji na Taborze, w zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, w tych nadludzkich cudownościach a rzeczywistościach anielskich. Kiedyś wykaże się i już w Nim objawionym jest, że prawem, czyli przymiotem natury ducha jest cud, a raczej, że to, co my zwykliśmy nazywać cudem, wprost i przyrodzono wynika z wykształcenia się ducha, z podniesienia się jego, ale we wszelkiej rzeczywistości, ku Bogu. Podniesienie się zaś takowe zależy na wykryciu woli Bożej - na to praca - na poznaniu jej - na to rozum - i na uznaniu jej i zlaniu własnej woli z nią - a na to wolność nasza. By Go pełniej ukochać, znać Go pełniej musimy, a poznawszy, odkrywszy, dorobiwszy się zasługą pracowitą Jego, ukochawszy Go zatem mocniej, bo wszystko, co z Niego odkryjem, coraz wyższą pięknością, mądrością i dobrem, musimy wolną wolę naszą stosować do Jego woli. Z Jego zaś woli wszechmoc Jego płynie - o ile więc z cząstką tej woli się zlejem, o tyle udziału w tej wszechmocy dostaniem. Im szerszy zakres, tym i udział większy. Udział takowy, do pewnej pełni doszły, zowiemy cudem. By pojąć, o ile można, czym Chrystus, trzeba, o ile można, pojąć, czym Bóg sam i czym druga osoba w Trójcy Bożej. Bóg sam, w pełni sam uważan, jest wszechduchem - we wszechduchu wszystko się zawiera, co tylko jest, co tylko być może. Ponieważ wszystko, więc można o Nim powiedzieć, że nic takiego, czym by On nie był, ale że zarazem i od razu jest wszystkim, więc znów nic takiego, nad czym by i za czym by On nie był. Musi więc być wszechrzeczą - musi być wszechprawcm jej - musi być zarazem wszechosobistością tej wszechrzeczy i tego prawa, czyli ich jednością i życiem - a tym samym jakoby sercem wszystkich serc - duszą wszystkich dusz - ja środkowym wszystkich jaźni. Wszechrzecz odpowiada wszechbytowi - wszechosobistość wszechduchowi. Czymże będzie wszechmyśl, ta druga osoba Trójcy Bożej? - Czymże w istocie wszechmyśl w Bogu, jeśli nie wiedzą doskonałą Boga o Sobie, jeśli nie metodą, że tak się wyrażę, nie sposobem, nie prawem, według którego Bóg się rządzi i żyje, a więc wsze stworzenie się rządzić ma i żyć na podobieństwo Boga? Owóż jeśli to prawo, ten sposób, to pojęcie, które Bóg ma o Sobie i które samo jest Bogiem, jeśli to Słowo wiekuiste spłynie do ust ludzkich i przez nie drugim ludziom się objawi, a nie tylko spłynie do ust tych, ale zupełnie wcieli się w osobistość kształty człowiecze noszącą - jeśli ta osobistość przeprowadzi to prawo przez wszystkie stosunki ziemskie, w żadnym szczególe żywota ani w żadnym śmierci od niego nie odstępując - jeśli ta osobistość człowiecza, zawsze i wszędzie, w każdej chwili i zdarzeniu, pokusie i próbie, o godzinie triumfu i o godzinie ucieczki, w każdym natchnieniu, w każdym słowie, w każdym przepisie danym, modlitwie przepisanej, przypowieści opowiedzianej, w każdym wydarzonym trafunku, w każdym działaniu, w każdym czynie dopełnionym, we wszystkich swych jakich bądź uczuciach, myślach, przywiązaniach i wstrętach, uniesieniach i powagach, odpowiedziach i zapytaniach, walkach i odpoczynkach, w każdej potocznej i każdej najważniejszej okoliczności, słowem we wszystkim, cokolwiek głosiła i cokolwiek dopełniała, nie będzie nigdy czym innym, jedno tym prawem, tą wszechmyślą, tą wieczną prawdą, tą druga Osobą z Trójcy Bożej, uwidomioną, przebywającą, żyjącą i umierającą na ziemi - jakżeż mianować oną osobistość ludzką i za cóż ją mieć? Nie będzieżże ona we wszelkiej prawdzie i rzeczywistości Bogiem, tym samym, co na niebie, tylko że nie na niebie, ale na ziemi? Nie będzieżże ona drugą Osobą Bożą weszła w jaźń człowieka i jaźnią ludzką przyrosłą do tej drugiej osoby? - Jakżeby tym być nie miała, kiedy tym, a nie czym innym właśnie jest - jest Bogiem, ale Bogiem śród warunków ludzkich, nie śród nieograniczoności boskiej, bo jest zarazem i człowiekiem. Bóg wcielon w człowieka, człowiek przebóstwion w Boga, jedno i drugie zarazem i w pełni - oto Chrystus, oto Bóg-człowiek! W istocie tylko druga Osoba Trójcy, to jest wszechmyśl, czyli pojęcie, zrozumienie wszystkiego mogło się tak wcielić i ukazać widomie na świecie. - Oczywiście, że ani wszechbyt, którego przymiotem wszechmoc, ani wszechduch, który w każdej chwili wszędzie wszechżyje, nigdzie nie ujętliwy ni ogarnion, ni objęty, tego nie mogli. Chrystus też nie stwarzał dróg mlecznych wkoło planety, stojąc na nim, ani też nie był jako tchnienie, jako napływ, jako wiew skądsiś, niewidomy, a uczuty tylko - rzeczywiście kształt i jaźń człowieka miał - we wszystkie więzy ciała ludzkiego się wwięził. Widzieli Go i dotykali się Jego, słyszeli Go własnymi uszyma, przytrzymali rękoma, żelaznymi gwoździami, istnie żelaznymi, ramiona Jego, istnie ludzkie, przybili do krzyża. Druga tylko Osoba, której przymiotem zrozumienie wszystkiego, tak wcielić się mogła i ukazać, bo wszechmyśl, choć do pewnego miejsca przywiązana, w danej chwili może wszechmyślić i prawdę znać. Wszechidealność, czyli wszechmożność wszystkiego, ta tylko Osoba z trzech Osób Trójcy zdoła zstąpić w człowieka i człowiekiem być. Chrystus był nią uczłowieczoną - nią, żyjącą na ziemi - nią, która wszędzie jest prawdą, tak w Bogu, jak w światach wszystkich, a zarazem wszędzie Bogiem. Tym sposobem w Chrystusie stało się na wieki połączenie natury wszechducha nie stworzonego i ducha stworzonego. Choć w niebo wstąpił, nie odrzucił On, według Kościoła, ciała człowieczego, nieskazitelnego, które tu po zmartwychwstaniu był przybrał. W tym znak, że na wieki wieków łączy Sobą i w Sobie obie natury - nieskończoną i skończoną, boską i człowieczą. Słowo: człowiek w ogólnym znaczeniu tyle znaczy, co duch stworzony, doszły do pewnej miary, do pewnej pełni, w poznaniu wszechducha i siebie - pod to znaczenie podciągnięte być mogą wszystkie dalsze stopnie duchowe, od nas ku Bogu idące - anieli, archanieli itd., itd. Są to tylko rozwoje i przemienienia następne ludzkości - można by więc powiedzieć, że wszystko dalsze jest zawsze człowiekiem, tylko że następnie wniebowstępującym. Otóż Chrystus na wieki pozostaje zarazem Bogiem i owym człowiekiem wniebowstępującym. On na wieki łącznią obu natur i pierwowzorem tej łączni, owego wniebowstępującego człowieczeństwa. Zaprawdę On zawsze na prawicy Ojca - lecz być na prawicy Ojca to nie siedzieć w niewzruszoności - jeszcze raz: to ciągle wyżej wstępować i ciągnąć za sobą wszystkie duchy i światy, by wniebowstępowały wraz. I czyż to właśnie nie jest wiekuistą wszechmyślą Boga o wszechświecie - o wszechbycie - by wszystko, co z Niego, szło ku Niemu, a idąc, coraz bardziej nabierało samoistności i jaźni, coraz bardziej zarazem i było sobą, i było w Nim? - Któż taką możność wymyślił tym, których nie było jeszcze, nim stworzeni są? Czyż nie Bóg? A to wymyślenie, a ta myśl, to prawo, według którego to się stać może, to właśnie w Bogu druga Osoba, a ta druga Osoba, wcielona w ludzką naturę, to Chrystus. Na czymże więc to prawo wiekuiste, jedno i toż samo we wszechduchu i we wszystkich duchach stworzonych, prawo wszechżycia i życia, zależy? - Oto na udzielaniu ciągłym siebie drugim. Osoby Trójcy udzielają się sobie wiecznie nawzajem. Bóg wszystek udzielił się i udziela wciąż czemuś drugiemu, czyli stworzył i wciąż stwarza świat. Stwarzać albowiem to udzielać się czemuś, co nie jest, ale co będzie, kiedy mu się udzielę - każden czyn nie czym innym. W świecie stworzonym wszystko trwa, rozwija się, żyje wnętrzną mocą tego samego prawa. Nieustannie w tym, co martwą naturą dotąd zowiemy, cząsteczki ciał jednych udzielają się drugim i na tym powszechnym przelewie zasadzon wzrost każdego ciała z osobna. W ludzkości stan społeczny, którego uświęcenie i wywyższenie celem ludzkości, stan społeczny, mówię, jest właśnie tym udzielaniem się sobie duchów ludzkich nawzajem. Wszędzie i zawsze kto daje, ten odbiera - kto kocha, ten wzmaga się - kto z siebie się wylewa, czyli stwarza coś na zewnątrz, ten w tej samej chwili wyżej stwarzany sam. Im duchy wyższe, tym widoczniejsze działanie tego prawa w nich - tym wyraźniej, prędzej, dotkliwiej życie w nich wykwita za jego dopełnieniem; i to słuszna, bo tym tylko wyższe one, że od dawniejszego czasu go dopełniać zaczęły. W niższych zaś okręgach udzielanie się bywa często cierpieniem, a najwyższe udzielenie się nazywa się poświęceniem, ofiarą, wreszcie i śmiercią! - Udzielić się drugim na ziemi to na pozór umniejszyć się, ubyć, osłabnąć, utracić coś z siebie, zniknąć nawet zupełnie - ale to złudzeniem tylko. Ta znikomość sama znikomą jest - bo w istocie tym tylko sposobem duch żywy rośnie i nieskończeni się. Chrystus wyraził to owymi słowami: „Kto postrada duszę, ten tylko ją odnajdzie”. Bóg przecież udzielił się światu, przelał się weń i wciąż tak czyni - a ubyłoż Boga? a osłabnąłże? - Gdyby osłabnął, gdyby się umniejszył, nie mógłby wciąż powtarzać tego samego, to jest wciąż stwarzać i wciąż już stworzone utrzymywać przy życiu. Owszem, prawdziwą naturą ducha, im więcej stwarza, twórczejszym być. On każdym czynem swym silnieje - przez to, co wyda z siebie, mnoży się sam - tym, nie czym innym, nieskończoność Jego. - Wypowiedział zatem Chrystus prawo wszechducha i wszechżywota, czyli wszechmyśl Boga - a będąc zarazem nią samą, uczynił ją na ziemi tak, jak na ziemi najwyżej i najpełniej uczynić ją tylko można - udzielił się najprzedniejszym ludzkim udzieleniem się - bo przelał się w ludzkość najpracowitszym żywotem i najboleśniejszą śmiercią. - Ale też wnet ukazała się prawda prawa, które jest życiem prawym - bo zmartwychwstał widomie i widomie w niebo wziętym jest. Otóż, jako roślina przez światło koniecznie przejść musi, by wyróść i dostąpić kwiatu, tak samo koniecznie i każden człowiek, i ludzkość zbiorowa cała przejść muszą przez Chrystusa prawo i uczynić je w sobie, by dostąpić zbawienia. Zbawieniem zaś dla człowieka każdego jest żywot wieczny, stan anielski w wyższym świecie niż dzisiejsza ziemia - dla ludzkości jest Królestwo Boże na ziemi, czyli stan Chrystusowego uspołecznienia. - Bez tej ludzkości na ziemi, nie przeszedłszy przez ono Królestwo tu, żaden duch zicmi nie dostanie się do żywota wiecznego. Bo czymże ludzkość tak ukrólestwiona? Oto stanem zbiorowym wszystkich pojedynczych ludzi, dowodzącym, że już dojrzeli na aniołów. - Każdy więc przez Chrystusa nieodzownie przejść musi. Kto od razu przezeń nie przejdzie, to jest nie uczyni Jego w sobie, nie stanie się, jak On był, onym prawem żywym na zie-mi - a któż od razu podoła? - ten musi tego warunku dopełnić gdzie bądź i jak bądź - może kilkokrotną śmiercią i kilkokrotnym nawrotem do żywota na ziemi - może stanami pośmiertnymi, przegradzającymi żywot ziemski czy od innych ziemskich, czy też odwiecznego, stanami nie wytłumaczonymi nam należycie dotąd. Kościół w przeczuciu swym takowe stany czyśćcem nazywa. - Może oboma tymi sposoby każdy będzie musiał przed przed sądem ostatecznym tego planety dorabiać się swojej, że tak powiem, Chrystusowości. Stan zaraz następujący po śmierci musi być odwrotnicą zupełną stanu przed śmiercią, to jest życia na planecie, w promieniach słońca. Musi tam być coś księżycowego. Noc miesięczna zwykle nas wprowadza w dziwną tęsknotę do umarłych i sami w jej świetle wyglądamy na błądzące i wpół tylko żyjące istoty - na sny jakieś o nas samych. - Oczywiście, stan pośmiertny, wiodący od jednego życia ku drugiemu, czy to ku powtórnemu ziemskiemu, czy też już ku wiecznemu, w którym to wiecznym śmierci nie będzie, a nastaną ciała nieskazitelne, coraz wyżej przemienialne, nie może na żaden sposób, przejściem będąc między dwoma żywotami, być tym samym stanem, co stan żywota. Musi to być pośredni, połowiczny, nie dopełniony stan. Wszelkie albowiem przejście jest rozdarciem, rozstrojem, w pewnym znaczeniu oderwaniem, abstrakcją - jest niejako wiedzą i myślą rzeczywistości, do której dąży się, a zarazem nicmocą dopełnienia. Zatem jest niejako myślą oderwaną od bytu, prawem oderwanym od tego, czego jest prawem, choć nigdy zupełnie takiego oderwania być nie może i nie ma, jeno w przybliżeniu i przez porównanie. Powstanie stąd coś żałosnego i błądzącego, coś szukającego ciągle, a nie mogącego nic znaleźć, nic urzeczywistnić. Nieopisana tęsknota, rzewność nieskończona, a przy tym czczość i nuda, i smutek powinny się tu objawić - może przy tym, jako odpoczynek i wytchnienie, sen, w którym marzeń wiele, owłada nieraz owymi błąkającymi się. To pewna, że z tej strony grobu widomim się ciałami, że byt nasz pierwszy uderza w oczy - z tamtej więc, podczas onego przejścia między jednym a drugim żywotem, musi się przeciwnie dziać - nie byt nasz z nas się wychyla naprzód i wyraźni, ale przeważa dusza nieuwyraźniona albo raczej słabo tylko uwyraźniona

- czyli że kierunek myśli musi wtedy brać górę nad kierunkiem bytu w nas i z tym bytem nie składając harmonijnego, pełnego ducha, przemieniać naszą istotę w coś niezmiernie wątłego na czas i cierpiącego dotkliwie. Wszelka tam twórczość, wszelki czyn albo niepodobny, albo nieskończenie trudny. Chęci tylko tam są, żądania tylko, wspomnienia tylko, skruchy, łzy, zgryzoty, wyrzuty, nadzieje, błędne przeczucia, wszystko, co tylko urodzić się może w duszy, ale nie przejść w ciało i rzeczywistość. Stąd wynika, że trudnym musi być dla umarłych całkowite przystąpienie do nas i zupełne uwidomienie się przed nami. Dlatego najczęściej tylko wpływami magnetycznymi na naszą duszę, niedobitnie, błędnie, znać o sobie dają lub w snach się nam ukazują. Sen albowiem jest stanem zbliżającym nas do nich - ciało nasze obumiera - wola gaśnie - czynu wszelkiego możność nam odjęta - myśl tylko myśli i biernie z czuciem połączona marzy o rzeczywistości, połowąśmy siebie samych - duszami od ciał odstałymi. Wtedy przychodzą do nas one połowy pośmiertne duchów, niegdyś nam znanych - przychodzą lub my do nich idziem. Sen, którego najwyższym wykwitem magnetyczny stan jasnowidzenia, dotąd grubą okryty zasłoną - ale niezawodnie jest on obrazem na ziemi ubytku w nas bytu po śmierci - jest widmem zagrobowej widmowości odwiedzającym nas za życia. - Magnetyzm, czyli objaw stanu duszy oderwanej od ciała, a do najwyższej potęgi swej doszłej w takim oderwaniu, jest za dni naszych rozpoczynającą się nauką, która rozświeci nam świat umarłych. Kierunek każden oderwany, choć nie jest pełnym życiem ni duchem, jednak posiada pewną potęgę charakterystyczną, sobie tylko właściwą - wyraża niejako w przesadzie i nadużyciu prawdę swoją wieczną i dlatego czasem, tak ją odbijając, olbrzymie wywiera wrażenie. Któż na przykład kierunkowi bytu, oderwanemu od myśli, w świecie, który zowiem materialnym, zaprzeczy potęgi? Czyż w hukach grzmotu, czyż w gwałtach burzy, czyż w majestacie mórz, czyż w skrzącym wzroku orła, czyż w gibkości ruchów tygrysich, czyż w locie pędzącego konia nie ma elementarnej potęgi, która wszelką ludzką pod tym samym względem przemaga? W przeciwnym więc kierunku, w myśli oderwanej od bytu, musi także właściwa temu kierunkowi znajdować się moc - ta moc nie wystąpi czynnie, na zewnątrz, jak w królestwie ciał w naturze, ale biernie objawi się wewnątrz, bo myśl jest wnętrzem, a sen, magnetyzm i śmierć należą do królestwa dusz. Nic uczynić, ale wszystko sobie wyobrazić, wszystko myśleć myśl zdoła. Świat zewnętrzny wrażenie na nią wywrze silniejsze, kiedy mniej bytu zrosłego z nią, bo ona oddziaływać nie może nań, tylko go czuć i przyjmować go w siebie. Stąd mar i obrazów snujących się nieskończona moc i tych wnętrznych obrazów nieskończony blask lub też piekielny koloryt. Jak przestrzeń i cała obrazowo przesunąć się może przed nią, tak i czas wszystek z wiekami swoimi - i wyda się jej wtedy, że przez tysiące tysięcy lat cierpi - a że znowu jednak nigdy całkowitego oderwania nie ma, bo to byłoby nicością, że nigdy myśli bez pewnego bytu, duszy bez pewnego ciała nic ma, jedno to ciało niezmiernie błahym być może. Oczywista, że ono ciało podzieli niejako losy przeważającej duszy, wielkiej może szybkości, lotności, przenikliwości dostanie – jednak przy tym zawsze uczuje się marnym, niezdolnym do żadnej pracy ni czynu, uczuje, że nie jest pełnią żywą i całą. Mniej więcej wszystko to już się nam przydarza we śnie i w jasnowidzeniu magnetycznym. To jasnowidzenie kiedyś ściślej nas połączy z umarłymi, da nam wiedzę pełną o nich i ułatwi nam sposób przyniesienia im ulgi, pociechy, pomocy. Niezawodnie oni jej potrzebują - bo zawieszeni między dwoma [!] rzeczywistościami, jedną rozpamiętywają, a spodziewają się drugiej. Żałują za winy przeszłe, których jasne poznanie mają

- lecz nie mogą ich zetrzeć. Sposobią się do przyszłego żywota powzięciem zamiarów lepszych, ale tych znów nie mogą urzeczywiszczać. Więc są, jakby nie byli. Będąc, czują, że nie są. Dość w nich bytu na uczucie - nie dość na działanie i tworzenie. Kto wie, czy się mogą oprzeć rozmaitym siłom natury, owidnokrężniającym ich? Czy elektryczne prądy, czy wichrów i rozpasanych wiew nie porywa tu i owdzie ich kształtów słabiuchnych? I tak miotani myśleć tylko mogą i wzdychać - nic więcej. O! szczęśliwe duchy innych ludzkości, które już oblokły szaty żywota wiecznego we wszechświecie, którym już nie trzeba kłaść się do kolebek i kłaść się do trumien - ani między ostatnią trumną a następną kolebką przemyśliwać w trosce, w mdłościach, w bezsile! U nich, dosłużonych i dokształconych już, przedziwna jednia i myśli i bytu, wyborny nastrój całości. Z tej harmonii wieczna twórczość, wieczny czyn wypływa, i to przyczyną, że śmierć od nich odpadła, że nie jest już im koniecznością każde wyższe stanowisko, do którego podnieść się mają, długo przedmyśliwać w sobie – ni też niższe, opuszczone, żalem odpokutowywać. I nam by śmierci nie było, gdybyśmy tego nie potrzebowali. Stan umarłych jest stanem ciągłego namysłu - rozważaniem czynu przeszłego i kartowaniem czynu następnego. Musi zatem niezawodnie wyrób jakiś rzeczywisty, wyrób, który zdać się ma ich duchowi później, odbywać się w tym pośmiertnym półżywocie. Urodzą się na nowo w taki sposób, z takimi zdolnościami, jakie przemyślali, przepłakali, przewcstchnęli, przemodlili, przenadziej owali lub przeodpokutowali w sobie przez ten czas czyśćcowy - ale dopiero się wtedy urodzą, gdy nabędą siły do urzeczywiszczcnia tych myśli, do przetworzenia ich we władze i zmysły, które są kształtami żywotnego wcielenia. My, żyjący, zapewne im do tego pomóc możemy. Energia żywotna nasza zapewne skutecznie działać może na nich, jej pozbawionych - bo życia prawem, że się udzielać musi, chce, może. - Tu wykazuje się, jak dalece wyższe pojęcie katolickie od protestanckiego, kiedy zaleca modlić się za umarłych, czyli wpływać na nich. Kościół w pogrzebowych modłach zawsze prosi dla nich o requiem aeternam - zdaje mi się, że powinien by prosić tylko o requiem do czasu, bo właśnie spokój, jakoby sen poważny a miły, w świecie dusz, w świecie umarłych, błogim byłby do życzenia stanem. Kiedy zaś prosi się Boga o wiecznego coś dla kogo, to należy tytko o żywot prosić wieczny - o vitam aeternam, a to nie spokój i nie sen - to coś zupełnie różnego i nieskończenie wyższego, piękniejszego, lepszego. Ale do tego dojść tylko można razem, razem z wszystkimi żyjącymi i z wszystkimi umarłymi. Dzień pierwszy tego żywota to dzień sądu, z wszystkich sądów historii ostatniego, dzień ostatni planety. Kościół wie o tym dobrze, bo sam twierdzi, że dopiero na dniu onym ciała nieskazitelne, Chrystusowemu ciału wniebowziętemu podobne, obloką żywych i umarłych. Niepojętna więc, czemu tak często miesza jedno z drugim nad trumnami tych, co odeszli nie do świata jeszcze przeanieleń, ale dopiero do świata dusz. Bądź co bądź, módlmy się z Kościołem! O, módlmy się za nich! O, mówmy do nich! O, pamiętajmy o nich! I my kiedyś pójdziem, kędy oni dziś. Ale gdzież się te ich smętne odbywają koleje, gdzież, bo jużci myśli zupełnie oderwanej od bytu nie masz i być nie zdoła, jakkolwiek kierunek bytu, zwątlon i umniejszeń, trwa jednak i bytuje w umarłych? Zatem miejsca im potrzeba - innego niż nam - ależ miejsca zawsze. Czy nie w atmosferze planety lub czy nie na satelicie planety, na tym księżycu o posępnych a tkliwych promieniach, mieszkanie ich do czasu, dom ich krążący wokół domu, w którym ród ludzki obraca się koło słońca, dom ich, jak oni, wpół żywy, blady, magnetyczny? Przyjdzie chwila, w której to się wyjawi i odkryje, bo wszystek związek i zgodność wszystka między prawem wyrzeczonym przez Chrystusa a naturą, czyli bytem istotnym wszechrzeczy, stanie się nam pojętną jasnością, odtajemniczoną prawdą, jakoby matematyczną pewnią. Będzie to właśnie uznana zgoda między wszechmyślą i wszechbytem i to uznanie stanowić tym samym będzie dzień Ducha Świętego - dzicń pocieszyciela owego, który ma uwielbić Chrystusa. A czymże Chrystus uwielbień być może, jeśli nie pojęciem zupełnym światła przez ciemność, słowa, które było Nim, przez ludzi, i utworzeniem przez to pojęcie nowego świata ludzkości, Królestwa Bożego, które wszystkie stosunki dotychczasowe, niechrystusowe, między ludźmi uchrystusuje i tym samym zbliżać będzie duchom wszystkim ludzkim dzień najwyższego ich rozwoju, a po dniu onym następny, żywota wiecznego? Chrystus nic nic dowodził, nie przeprowadzał wiary przez wszystkie okręgi nauki i kształtów społecznych. Jest w Nim moc wyższa nad wszystkie dowody. Jest ciągła twórczość boskich czynów. Bóg Siebie inaczej nie dowodzi, jeno stwarzając wyborne i żywe dzieła. Pracy ludzkiej pozostawionym zostało wykazać dobitnie, dowieść sobie samej w całej naturze, we wszystkich dziedzinach życia i śmierci, we wszystkich okręgach umysłu i we wszystkich społeczeństwa, konieczności prawa Chrystusowego. Będzie to niejako objawieniem objawienia. Wtedy wytłumaczonym Chrystus zostanie; nie już ślepa wiara, ale wiedza jasna będzie Go wiedzieć, a tak Go wiedząc, wykona. I to będzie właśnie wylewem na ludzkość Ducha Świętego, który ułatwi wiekom przez zrozumienie dopełnienia Chrystusa, czyli przejścia przezeń na ziemi na to, by do nadziemskich dostać się okręgów. Uwaga. Kiedy się mówi o Trójcy Bożej, nie należy zapominać, że w każdej z jej Osób pozostałe się znajdują: we wszechbycie - wszechmyśl, a zatem i wszechżycie - we wszechmyśli wszechbyt, a zatem wszechżycie - we wszechżyciu wszechbyt i wszechmyśl - stąd ich wieczna spółczesność, stąd ich doskonała równość, stąd nie trzy bogi z nich, tylko jedna wola we trzech Osobach i jeden Bóg! W istocie, jakżeż jedną w oderwaniu od drugiej pomyśleć? - Zupełnie niepodobna. Wszechbyt bez wszechmyśli byłby chyba kamieniem, a skoro z wszechmyślą, wnet z nich wynika i wszechżycie. Wszechmyśl bez wszechbytu byłaby chyba czczą abstrakcją, czymsiś, co niczym. Wszechżycie bez tamtych dwóch także niczym, bo ono właśnie z nich wypływa, będąc ich łącznią i zlewem. Ono ma je w sobie i samo o tyle sobą jest, o ile je ma. Zupełna więc równość tych Osób i wieczne zachodzenie jednych na drugie. Dopiero ich oderwanie się od siebie i występowanie osobno zdarza się w historii odbywającej się w czasie. Wtedy już w stosunku do dziejów świata niejednocześnie w świat wstępują. Jest wiek, w którym Jehowa - jest drugi, w którym Chrystus - jest trzeci, w którym zupełne zlanie się pierwszego z drugim, czyli Duch Święty bardziej się objawia. Ale to zawsze jedna wola i jeden Bóg. W trójcy ludzkiej, pojedynczej, każdego z nas, podobnież niejednocześnie i nierówno każda z osób jej, a zatem i ta jedna wola, i ten jeden duch się objawia. Owszem, bywa walka i rozdarcie między nimi. By dostąpić do Ducha, trzeba rodowi ludzkiemu przez tysiączne i straszne przechodzić koleje, a jak jemu, tak i każdemu ze składających go osobników. Byt, czyli ciało, kłóci się w piersiach naszych z myślą, czyli duszą - duch, długo uśpion, niedokształcon, choć wciąż się przez tę walkę kształci, podobny do akordu, który musi z tych dwóch nut powstać, a nie może. Jednak i w trójcy ludzkiej nigdy i nigdzie ciała bez duszy lub duszy bez ciała, lub duszy i ciała, które by zupełnie nie kształciły już jaźni osobistej, czyli ducha, nie masz. W naturze jeszcze bardziej oderwane i oddzielone od siebie tej trójcy osobne kierunki - ducha, choć on wszędzie wszystkiego podstawą, prawie nie znać. Wszystko się przedstawia pod postacią wszechbytu, z przewagą wszechbytu, jakby przy duszone wszechbytu ciężarem, a wszechmyśl i wszechduch jakby w letargu - w człowieku zaś wszystko się przedstawiało pod postacią wszechbytu i wszechmyśli, walczących z sobą i rozdzierających się nawzajem, a wszechduch tylko był jakby utajony, jakoby w letargu. Jednak i w naturze nigdzie bytu czystego, oderwanego zupełnie, pozbawionego myśli i życia, nie spotkać, bo taka abstrakcja istnieć nie może. Byłaby śmiercią istotną, a widzim, czujem i myślimy, że wszystko żyje. Najgłuchszy, najślepszy, najmartwszy kamień ma w sobie siły idealne (gdyby tylko siłę ciężkości, czyli atrakcji) i wielkiego organizmu żywego planety jest cząstką, a dąży do tego, by stać się po wielu przetworzeniach duchem i życiem. Myśl tylko i życie w nim przedstawione pod wyłączną postacią bytu. Taki stan właśnie pierwszym początkiem stworzeń, pierwszym szczeblem ich, ale już zawierającym możności wszystkie dalszego rozwoju. Bo jużciż wszystko duchem i żywotem, jedno w rozmaitych stopniach i kształtach. Można by powiedzieć nawet, że tylko duch, tylko duch jeden jest - a że byt i myśl to wewnątrz niego rozdzielające się dwa jego kierunki, z których on sam się składa, wciąż się na nie rozkładając. Można by przyrównać te dwa kierunki do oddechu. Wyziewanie byłoby bytem, wziewanie myślą, a duch to owa pierś jedna, co oddycha podwójnym kierunkiem. Te dwa kierunki w Bogu są zarazem trójcą i najabsolutniejszą jednią - w człowieku są one rozdzielone i przeciwpostawione sobie, ale na to, by się wypróbować w walce i przez walkę powrócić do siebie samych, to jest do ducha - w naturze nie tylko rozdzielone, ale utajone, przeciążone przewagą jednego tylko kierunku, tj. bytu początkowego, który jeszcze się nie pojął sam, więc myśli nie rozbudził w sobie. Lecz jak z świata natury wyrasta jaźń człowieka, tak z świata ludzkości wyrasta jaźń anielska, dalszych wyższych duchów ród - a rody te coraz wyżej wracają ku Bogu. Zatem wszędzie ta sama trójca i jcdcn duch! Oczywiście, że nie jedna Osoba oderwana z Trójcy Bożej, ale wszystkie trzy razem, czyli Bóg sam, Duch Boży wszystek świat stworzył. Pisma słowa są: „I Duch Boży unosił się nad wodami”. Tylko w stosunku do nas, stworzonych i zaczynających stąpać po drodze historii, ukazał się Bóg, nasamprzód pod postacią pierwszej z osób Trójcy Świętej, tj. pod postacią wszechbytu (Ojciec, Jehowa, ten, który jest, bo jest); inaczej być nie mogło, bo cóż same duchy ludzkie stworzone nasamprzód w sobie poczuły, czyż nie nadany im byt? Zatem odniosły go do źródła wszelkiego bytu, do wszechbytu, do pierwszej Osoby. Takim sposobem koniecznie w stosunku do stworzenia drugą Osobą Trójcy musiała wystąpić wszechmyśl, czyli Słowo (Logos), bo w istocie, wziąwszy wszechbyt za pierwszą Osobę, wszechmyśl z niego się rodzi jak syn, koniecznie jak syn z ojca, bo nad czymże by myślała myśl, gdyby nie nad tym, co ją poprzedza - nad bytem? Co by widzieć i rozumieć mogła, gdyby nie to, co przed nią istnieje, co właśnie jej danym do wiedzenia i rozumienia, tj. byt? Wreszcie obu tych poprzednich Osób wzajemne zlanie się, to jest wszechduch, czyli Duch Święty, ma się objawić stworzonym, skoro sami dojdą do pojednania w sobie bytu swego z myślą swą, ciała z duszą - i dlatego już ta trzecia Osoba nie rodzi się z Syna, jak Syn z Ojca, ale zarówno pochodzi z Ojca i z Syna, z wszechbytu i wszechmyśli, będąc właśnie ich przepojeniem się, czyli miłością wzajemną. Takim sposobem w końcu zawraca się znowu do tego, co było na początku, w tych słowach: „I Duch Boży unosił się nad wodami”. To słowo miga tylko i wraz jak błyskawica przepada na wstępie pierwszym Genesis, ale też jak błyskawica z wieczności rozświeca wszystkie tonie czasu. Dla nas, stworzeń postępowych, zatem podnoszących się z trudem i powoli, dla nas, nie obejmujących wszystkiego od razu, jeno następnie przesuwających się piętrami dziejów i kategoriami wyobrażeń, wszechduch ukazał się nasamprzód wszechbytem, po wtóre objawił się wszechmyślą i tą drugą osobą swą wcielił w Chrystusa - dopiero po tych dwóch koniecznych rozwojach ma znów wszechduchem się wyjawić przed nami. Lecz dla siebie samego on był zawsze sobą samym, Bogiem jednym, całym, Duchem przenajświętszym, tym samym, który na początku początków świata „unosił się nad wodami”. Naturą wszechducha jest zawierać w sobie wszechbyt i wszechmyśl - wiecznie wyłaniać, wyradzać je w sobie i z siebie, z nich się składać i na nie się rozkładać, i znów składać się z nich. My z Boga tylko znamy wszechbyt, tylko znamy wszechmyśl, ale wszechducha, którego one są kierunkami czyli osobami dwoma [!], nie znamy. Wszechbyt i wszechmyśl po świecie rozlały byt i myśl - tym samym stworzyły świat i wciąż go stwarzają. Wszechbyt przez proroków się objawiał pod nazwiskiem Jehowy - wszechmyśl się objawiała w Bogu-Człowieku, w Chrystusie, ale wszechduch dotąd się nie objawił, jedno przez te objawienia, które są tylko jego kierunków objawieniami, a zarazem można by powiedzieć, że co chwila się objawia, bo świat i my dziełem jego jesteśmy, bo w bycie każdym drga jego wszechbyt, bo w myśli każdej drga jego wszechżycie. On właśnie jest Boga osobistością tą, która wiecznie za światem pozostała, tą, która wiecznie stwarza wszystko, co tylko stwarza się, tą, której myślą nie pojmiem, bo myślą tylko myśl pojąć można, której czuciem samym nie uczujem, bo czuciem tylko byt uczuć można, ale w którą wżyć się można. Wżyć zaś, wstworzyć się w co, nazywam przez czyny, które są naszymi tworami (kreacjami), łączyć się z czym! Czyn jest znakiem, wynikiem życia. Życie objawia się przez czyn. Najwyższego życia czynem jest czyn najwyższy, czyli stworzenie świata. Z tym najwyższym życiem my tylko analogicznym czynem łączyć się możemy, tylko tworząc, czyli czyniąc wciąż, a gdy nasze twory, czyli czyny, dochodzić będą pewnego stopnia pełni, gdy w przybliżeniu jakimśkolwiek staną się na podobieństwo czynu najwyższego, czynu Bożego, czyli w nich będzie harmonia bytu i myśli, czucia i rozumu, kiedy, tak tworząc i czyniąc, sami staniem się duchami żywymi, wtedy stworzym w sobie tym samym pełne obcowanie z Duchem Bożym, czyli dostaniem się do stosunku dotkliwego, rzeczywistego, cochwilnego z wszechduchem; zarazem uczujem go w pełni, pojmiem go w pełni i wraz z nim, to jest z wolą jego w jedni, czynić będziem. Kiedy mówię: w pełni, zawsze rozumiem: w pełni przybliżonej, bo to tylko pełnią w porównaniu ze stanem naszym dzisiejszym, zawsze zaś ta pełnia będzie niedomiarą w porównaniu z wyższym stanem, z wyższą pełnią, ku której kierować się będziem, nieustannie rosnąc w Bogu, ale nigdy go nie dorastając, bo On, jako wszechduch i wszechżycie, wiecznie, co tylko jest i być może, przerasta i oblewa wkoło sam! Dotąd nie pojmujem dobrze znaczenia słowa stwarzać. Twórczość jest koniecznym wynikiem i przymiotem natury ducha. Kto duchem, ten tworzy, i w istocie z niczego, bo tylko z siebie, a z siebie tworząc, mnoży się i silnieje sam. Już dziś my, słabi i nikczemni, na tej ziemi stwarzamy coś: oto postanowienia nasze, z których czyny nasze wypływają; prawdziwymi stworzycielami jesteśmy tych postanowień, które zgadzają się albo też nie zgadzają się z prawem Bożym, z wolą Bożą. Tym samym, żeśmy wolni w woli naszej, w okręgu woli tej stwarzamy sami z siebie coś takiego, czego nie było przed nami, czego by bez nas być nie mogło. Światy złego moralnego w taki sposób stwarzane bywały i bywają dotąd, ale to ujemne stwarzanie, to krzywa twórczość, to wszechmoc, że tak powiem, działająca w nicości, zatem bezmoc raczej. Kiedyś my inne światy, światy dobra i piękna, stwarzać będziemy, i to będzie naszym najwyższym stosunkiem do Boga. Jak On nas stworzył z niczego, to jest wylał z Siebie, tak my znów, doszli do pewnego stopnia duchowości żywej, wylewać Jego prawo będziem z siebie i nim urządzać i stroić zewnętrzną naturę, na nowe lutnie, że tak się wyrażę, naciągać dawne życia struny. Według Jego woli świętcj, z naszą zrosłej, będziem snuć z siebie samych następne dzieje żywota naszego wiecznego i wszystkie zewnętrzne kształty nasze, a tych naszych kształtów przyciągnieniem i zwierzchnią obwijką będą światy wszechświata. My będziem ich wewnętrznymi żywotami, ich bijącymi sercami - one naszymi czynami - one szatami Boga tkanymi przez nas, a im lepiej i głębiej Go poznamy przez ten czyn i twórczość tę naszą, tym On jeszczc się nam bardziej odkryje pięknym, mądrym, nieskończonym - zatem jeszcze dalszym, choć już będziem dotkliwie w Nim - jeszcze bardziej nicdosięgniętym, choć co chwila dosiąganym - zatem wiecznie trwającym w stosunku do nas ideałem, pomimo że i rozwitą wkoło nas rzeczywistością - zatem nie ustawającą żądzą naszą - zatem i nigdy nie ustawającym ni mogącym zakończyć się życiem naszym. I to we wszelkiej prawdzie jest miłością wieczną. Bóg albowiem jest możnością wszystkich możności, rzeczywistością wszystkich rzeczywistości. On wszechduchem przytomnym we wszystkich duchach stworzonych, tym przytomniejszym w nich, im one bardziej silnieją, im zosobiszczają się bardziej, im wolniejszymi i twórczejszymi się stają, bo wtedy podobniejsze do Niego, a On tym samym bardziej w nich. Nieśmiertelne osobistości, wzmagające się coraz bardziej, Jego osobistości nie szkodzą - i owszem. Ale trudno jasno pisać o wszystkim, co dotyczy wszechducha i wszechżycia, bo dotądeśmy na planecie tym, my, duchy nie uspokojone, my, duchy rozdarte i rozdwojone, biedne, cierpiące, do wieków życia nie doszli - bytu tylko i myśli, ciała i duszy wieki przebyliśmy. Harmonijny duch tylko o wszechduchu powiedzieć może coś pewnego i nie zawikłanego, rozdarty zaś tylko przeczuwać błędnie potrafi, co spokój, nastrój, miłość i z nich wypływający twórczy czyn. Lecz i takie przeczucie już dobrem jest, już zatloną w nas iskrą wszechżycia. Zatem w Bogu początkiem i końcem, alfą i omegą, wstępem i dopełnieniem, jest wszechduch, pierwszą zaś stroną Jego, ukazującą się stworzonym ludziom, jest wszechbyt, czyli pierwsza Osoba Trójcy, to, co jest, bo jest i nic więcej, Jehowa. Z niej, jak z Ojca, rodzi się druga strona wszechducha, druga Osoba Trójcy, wszechmyśl, która rozumie, czym jest to, co jest, a zatem tłumaczy i objawia istotę Ojca swego. I znów w rozwoju historii ludzkości następuje tu zawrót do tego, co było przed początkiem stworzenia, do wszechducha, czyli trzeciej Osoby, o której, jako o Duchu Świętym, powiedziano, że zarówno od Ojca i Syna pochodzi, i oczywiście, że zarówno, bo dla nas składa się z nich, gdyż dopiero przez nich do niej dochodzim, a dla siebie rozkłada się na nich, bo przez nich niejako zstępuje w świat, gdy go stworzy. Jednym z najdobitniej szych dowodów, że wszystko duchem i życiem, że wszystko pełną trójcą, a nic nie ma, co by się tylko z jednego z jej kierunków składało, to to, że nawet w naszym rozumowaniu o świecie, o rzeczach stworzonych i o nas samych, nigdy zupełnie rozgraniczyć nigdzie i oderwać tych osób nie możem - wiecznie, wszędzie na pomoc bytowi myśl, na pomoc im obojgu życie wzywać musim i nawzajem. A jeśli usiłujem koniecznie inaczej uczynić, jeśli zamiast ducha i życia za podstawę wszystkiego uznajem czy byt oderwany sam, czy myśl czystą samą, mimo najlogiczniejsze i najdzielniejsze rozprawy dochodzim do najnielogiczniejszych i najnikczemniejszych wyników ostatecznych, do śmierci widnokrężnej, do ateizmu, do zaprzeczenia nieśmiertelności naszej, do nieuznania osobistości w Bogu, do prześlepienia wolności i w Nim, i w nas samych. A wszystko jedno, czy ciąg rozumowania oprzem na bycie, czyli też na myśli czystej: zawsze jeden wypadek, sprzeczny z powagą, godnością i wiecznym natchnieniem duchowym rodu ludzkiego. I to bardzo naturalną rzeczą, bo, chcąc trafić do życia, nie trzeba, od trzeciej jego części zacząwszy, jej tylko się pilnować, ją tylko widzieć wciąż, ją tylko rozwijać, o drugich zupełnie zapominając. Filozofia francuska tylko bytu oderwanego, tj. materii, niemiecka tylko myśli oderwanej, tj. idealności czystej, się trzymały. Obie doszły nie do wszechżycia, ale do wszechśmierci. Jednak świat żyje, jednak my żyjem; życie potężniejsze niż systemata. Co by powiedzieć o muzyku, który by, albo odrzucając wszelki generałbas, tylko klawisze martwe rozważał, lub też, nigdy nie przypuszczając istnienia żadnych klawiszy, generałbas tylko w milczeniu rozbierał i tę lub tamtą abstrakcją nazywał muzyką? Trafiłżeby kiedykolwiek do prawdziwej muzyki? Jedno z dwojga by mu wypadało zawsze: albo pisk miasto dźwięku, nieznośny i wiecznie fałszywy, albo też zupełne milczenie, muzyki zaś żywej, istotnej nigdy by się nie dopracował. Zupełnie tak samo się stało z materialistami i idealistami: pierwsi klawiszów się tylko pilnowali, drudzy generałbasu tylko, i za ostateczny wynik wypadł im chaos lub nicestwo. Otóż i w tym dowód, że Osób w Trójcę połączonych nie sposób oderwać od siebie. Wszędzie, czy w głębiach naszego rozumu, czy na powierzchniach zewnętrznej natury, one, że tak powiem, szukają się, żądają się, domagają się siebie nawzajem i dopiero żyją pełno, gdy się połączą i zleją razem. Wszelka martwość, wszelki ból, wszelkie rozdarcie wynika z mniejszego lub większego ich od siebie odłączenia lub między nimi rozstroju - wszędzie, zawsze zlać się pragną w jedno życie, w jednego ducha. Jedna wiecznie w drugą się przelewa i przeinacza, byt rozkwita w myśl, myśl wciela się w byt i życie nastaje. Z kończyn przeciwnych wszechświata biegną ku sobie te kierunki. Nieraz zdawałoby się, że się spotkawszy, pasują się ze sobą; lecz to pozór tylko, bo, jeśli walczą, to nie walka rozbratu - owszem, to walka poprzedzająca zgodę, to tylko przejście wiodące do celu wyższego. Ale skoro ten cel wyższy, niby to ostateczny, otrzyman, skoro stanowisko pewnej pełni duchowej osiągnięte, całość harmonijna, stąd powstała, odkrywa natychmiast, że wyższa jest jeszcze myśl od rzeczywistości, której się dobiła, czyli rodzi się natychmiast w tej całości duchowej pojęcie idealne dalsze niż jej teraźniejszość i w stosunku do tego pojęcia sama uznawa się znów bytem tylko i jako byt pragnie się z tą myślą, z tym pojęciem, rozbudzającym się coraz bardziej w niej, zlać pełnej miary, czyli znów stać się innym, wyższym duchem. Nigdy więc nie przestają ukazywać się i rozwijać się nawzajem one Osoby Trójcy wiecznej w duchach czas zaludniających. Skoro Trójca w jakim duchu się pełniła przez pracę, walkę i rozwój następny, wnet znów się rozkłada na siebie samą, by dążyć wyżej. Duch, który z bytu i myśli wyniknął, znów bytem się czuje i myśl rodzi z siebie, i zlewa się z nią w pełniejszego ducha, i tak bez końca, a coraz doskonalej, wyborniej, olbrzymiej. Na ziemi i we wszystkich okręgach niższej duchowości takie spajanie się bytu z myślą, takie rośniecie coraz wyższe, jakeśmy już wytknęli, najczęściej rozdarcia i walki postać nosi; stąd ból, stąd w niższych, dziecinnych, niemiarowych jeszcze organizmach śmierć, która przegradza jedne stany ducha od drugich. Niezmiernie też powoli i nieznacznie zwykle odbywa się takie podnoszenie się i postęp bytów już nastałych do pojęć nie urzeczywiszczonych jeszcze i urzeczywiszczenie ich przez zlanie się onych bytów z nimi w ducha pełnego. Wieki upływają, wieki cierpienia, wieki nie dochodzących prób, wieki ślepego boju, rozstrojonych działań, na każdym stanowisku takowym. Jednak im więcej się ich przebędzie, tym wzrost łatwiejszym i prędszym się stawa. - Nie innym prawem i żywot wieczny rządzon, z tą jednak różnicą, że w nim nieskończenie łatwo i szybko duch łączy się z coraz wyższym pojęciem, nie walczy już, rozdarty sam w sobie, ale wciąż myśląc wyższe dobro i piękno, natychmiast je wykonywa czynem. Na ziemi przemiana każda pasowaniem się i bólem, tam zaś łączeniem się namiętnym i najwyższą rozkoszą. Tu róść najczęściej tyle znaczy, co konać, często tyle, co umrzeć. Tam zawsze znaczy tyle - co wniebowstępować. Taką więc koleją coraz wyższymi duchami stają się niższe, uznawając się bytem w stosunku do myśli, która, można by powiedzieć, objawieniem następnym i postępnym rodzi się w nich, bo myśli naturą, że zawsze jako objawienie, jakby Chrystusowość jaka, zstępuje i, uznawszy się takim bytem, zlać go, czyli podnieść go do tej myśli, pragną. Gdy to pragnienie, czyli pomysł, urzeczywistnią, znów duchowej pełni pewnej, wyższej dostąpili. Ale żaden duch ze stworzonych duchów na jakim bądź stanowisku nieśmiertelnego rozwoju swojego wszechduchem nie zostanie, Bogiem nie będzie. Może tylko stać się jednym z bogów, którymi zaludnione niwy żywota wiecznego. Bóg a bogi - to różnica bezmierna i prawdziwie nieskończona, bo tej różnicy nigdy końca być nie może - choć bogi w każdej chwilce coraz bardziej się stają na podobieństwo Boga. Lecz podobieństwo do Boga zależy na tym, by przedziwnie rozumieć i czuć swoją osobistość, zatem różnicę jej od Jego osobistości. Bliskość do Boga więc na tym, by przedziwnie rozumieć i czuć dalekość swą od Niego. Bo wtedy w istocie rozumie i czuje duch, co to harmonia wszechświata, czyli wtajemniczon jest w tajemnicę stworzenia, a tym samym w prawdę wieczną i w czyn wieczny; więc, o ile je zna, łączy się z nimi, obcuje z nimi i sam je sobie wyczynnia. To właśnie jest bóstwem dla ducha. Można by powiedzieć, że się karmi Bogiem i że przez ten pokarm własna jego jaźń silnieje; zatem, jeśli silnieje, nie przepada w osobistości Bożej i z nią się nie zlewa w nierozdzielną jedność, martwą i głuchą. Jedność ducha stworzonego z nie stworzonym wszechduchem żywą jest, a nie umarłą jednością, ona żywot coraz silniejszy nadaje. Im bardziej się z Bogiem łączysz, tym sam bardziej sobą jesteś; bo gdyby inny był tego łączenia [się] skutek, tobyś nie ku życiu szedł, ale ku śmierci, i Bóg w końcu końców byłby twoją śmiercią wieczną. Bóg tymczasem, wcale przeciwnie, twoim życiem wiecznym jest. Im więcej masz z Niego, tymeś sam bardziej sobą samym, a zarazem i bardziej w Nim, zarazem i dalszyś od przepadnienia na głucho w Nim, i bliższyś Jego tym, że jaśniej Go widzisz i święciej wolę Jego wykonywasz. On znowu jest Tym, z którego, im więcej dawa, więcej pozostaje. I ty Jemu wiecznie się poświęcasz, i On tobie dawa Siebie wiecznie. Lecz ty Jemu co innego poświęcasz niż to, co On tobie daje. Cóż ty Jemu oddajesz wciąż na to, by róść dalej i wyżej się wznosić? - Oto wolę twą wolną, która właśnie jest tym, co stanowi twoją jaźń, twoją osobistość; nakłaniając ją do zgody z Jego wolą, poświęcasz ją Jemu i tym tylko sposobem, straciwszy siebie, siebie odzyskujesz, to jest wrastasz w byty i myśli, czyli w ciała i dusze coraz doskonalsze. Czymże te ciała twe i dusze twe, tak nabyte poświęceniem się woli twej wolnej Jego woli? - Czyż one twymi są? - Nie - one zaczerpnięte w przepaściach Jego wszechbytu i wszechmyśli. Byt twój każden z Jego wszechbytu, myśl twa każda z Jego wszechmyśli. Zatem, jako ty Mu wciąż osobistość twoją poświęcasz, a tym samym i odzyskujesz, a spotężnioną, tak On znów tobie, jeśli tak godzi się mówić, poświęca Swój wszechbyt i wszechmyśl, a poświęciwszy, odzyskuje niejako w tym, że tyś Mu piękniejszym i szlachetniejszym wyrósł stworzeniem, że w tobie świat Jego wypiękniał, zakwitł, zarcydziełował się cudniej. On nigdy osobistości Swej tobie nie poświęca, nigdy woli Swej przenajświętszej - to ty Jemu czynisz - ale wiecznie ci wszechbyt Swój i wszechmyśl, czyli ciało i krew Swoją, oddaje i tak wiecznie, wiecznie - i to stanowi miłość Jego wieczną u tobie i twoją ku Niemu, bo między tobą a Nim i Nim a tobą wiecznie krąży przelew udzielającego się żywota. Ty, że Mu oddajesz wolę swą, czyli osobistość, rośniesz, wzmagasz się, silniejesz następnie i ciałem, i duszą - On przeto, że tobie oddaje z wszechbytu i z wszechmyśli Swej część, tym trwa, żyje, coraz wyższy świat stwarza i wyższym udziela się duchom; więc coraz bardziej obcując z wyższymi duchy, jak Pismo Święte mówi, rosnącej chwale się Swojej przypatruje. Ale ta rosnąca chwała to nie próżność, to nie umarła litera chwały. W tym wyrażeniu Pisma zawiera się całe wszechżycie Boże. Gdybyś był dla Niego niczym lub tylko miał być marnego uczucia chwały zadowoleniem, nie byłbyś! Skoroś jest, skoro On cię stworzył, w istocie tyś na chwałę Mu stworzon. Ale ta chwała znaczy, że wszechducha życiem jest wieczny wszechczyn. Zapewnie, mógł się bez niego obejść w Swej niezależności, ale nie mógł w Swej wolności, to jest, nie mógł, skoro obrał to, co najwyborniej się zgadzało z Nim samym, z wszechmyślą Jego o Sobie samym. Prawem wtedy stał Mu się wszechczyn, a tyś właśnie tym żywym wszechczynem wraz z nieskończonością bliźnich ci duchów. Im piękniejecie bardziej, tym więcej wszechczyn wszechducha pięknieje, tym bardziej przez was dzieło Jego bóstwa nabiera, więc tym bardziej On odpoznawywa się w was i może kochać was więcej; nie dla was więcej, bo was od początku najwięcej kocha, ale dla Siebie więcej - i w tym życie Jego! Jeszcze raz powtarzam: wy wolę, to jest osobistość swą, wiecznie poświęcacie. On wam nigdy Swej osobistości ni woli Swej, ale wiecznie wszechbyt Swój i wszechmyśl Swą, byście ciała mieli i dusze coraz wybomiejsze. Teraz więc zrozumiejcie, co w ostatecznym znaczeniu Ciało i Krew Pańska udzielana wam. Zaprawdę, ciągle wy się nią poicie i karmicie; Pan żyje tym, że je wam daje, wy tym, że je bierzecie od Niego, i znów wy tym żyjecie, że wolę swą, czyli osobistość, poświęcacie Panu, a Pan tym trwa niejako, że ją od was bierze. Wiecznym udzielaniem się i czynem żyje i trwa, i nieskończeni się duch - tylko z tą różnicą, że osobistość wszechducha udzielić się nie może nikomu, kiedy duchów osobistości stworzonych udzielają się wciąż wszechduchowi, poświęcając wolę swą woli Jego, lecz zarazem też przez to samo wyższej dorabiając się osobistości! Bo nic z tego, co dasz Bogu, nicością ci płaconym nie jest. Za niższe, coś oddał, wyższe natychmiast oddanym ci. Znów tu słowa Chrystusa brzmią w pamięci: „Gdy duszę stracisz, dopiero ją wtedy odzyskasz". Tu się nam jeszcze kilka słów nasuwa o żywocie wiecznym. Zmysłowy kierunek ducha ludzkiego upatruje zawsze niebo w przeszłości i zowie je rajem, bo raj był niebem dla ciała ludzkiego. Umysłowy zaś kierunek ducha upatruje raj w przyszłości i zowie go niebem. Niebo średnich wieków, kończąc się na kontemplacji i wiecznym spokoju, jest rajem myśli. Duch zaś wszystek, jaźń cała ludzka powinna się starać, by ten ideał przeszłości i ten przyszłości zlały się w jedno, wiecznie teraźniejsze życie. Owa teraźniejszość, zarazem rajska i niebieska, cielesna i duszna (bytowa i myślna), zacznie się przy ciał zmartwychwstaniu, w dniu, w którym dokonają się losy człowieczeństwa. To właśnie to, co nazywamy anielstwem. Raj, czyli doskonałość ciała, należy zlać z niebem, czyli z doskonałością myśli, a wypadnie doskonałość ducha człowieczego jako człowieczego i nastąpi wnet przemienienie jego, czyli przeanielenie, stan, w kiórym każda chwila teraźniejszości ma być już wielką, świętą, wielmocną. Raj był apoteozą ciał, niebo dusz, duchów zaś przebóstwieniem będzie żywot wieczny, przemieniający się jeszcze, i to bez końca, ale już świadomie i wolnie, co chwila szerszy, miłośniejszy, piękniejszy, głębiej uczuty, mądrzej pomyślany, w urodziwszych kształtach upostaciowany. Raj był niebem na ziemi - niebo rajem za ziemią, za światem gdzieści. Żywot wieczny rajem i niebem jest zarazem, wszędzie, gdziekolwiek wszechświat, wszędzie, gdziekolwiek Duch Pański, jest rzeczywistością nagłą w nieskończoności podzielonej na skończone chwile, byty, stany, które przelewają się w siebie coraz chyżej, a ciągle postępowo. Każda granica, ledwo się zjawi, już ją duch przeskoczył. - Każda miara, ledwo nastanie, już w wyższą przechodzi - a to przy zachowaniu nigdy już niczym nie przerwanej świadomości owego podnoszącego się ducha. Żywot wieczny jest stwarzaniem ciągłym samych siebie w Bogu przez własną twórczość i łaskę Boga - jest miłością naszą, rozwijającą się coraz olbrzymiej ku Bogu, i Boga przez to samo ku nam, bo historia i rozwój wszystkich światów, wszystkich duchów, to rozwój ich miłości ku Bogu. Coraz głębiej i goręcej zakochują się w Tym, który przedwiecznym i zawiecznym, i nadwiecznym zarazem - w Tym, który najrozlańszą powszechnością i wiecznym przedmiotem, a zarazem najbardziej ześrodkowaną osobistością i wiecznym Sobą samym, wieczną jaźnią, wiecznym podmiotem jest - w Tym, który wygląda jako byt ledwo co obudzonym duchom, jako prawo tego bytu rozbudzeńszym, a jako jaźń życia wszechświatowego jeszcze bardziej rozbudzonym. Im Go lepiej znają, tym więcej pchają, im więcej kochają, tym znają lepiej - im głębiej znają, im mocniej kochają, tym dzielniej stają się twórczymi na podobieństwo Jego, czyli tym bardziej czynią, a tym samym kształcą, budują, tworzą siebie samych, coraz doskonalej i wyżej jak posągi Boże rosną w Bogu na wieki. Podnosić się i róść co chwila jest prawem ich żywota. Z miłości swej do Boga wciąż sami się przeradzają, rodzą się na nowo z siebie samych, wstępują w górę. Oto ślub nieskończoności. - Oto niepokalane poczęcie powtarzające się wciąż. - Oto rodzące się postępowo syny Boże, z Boga i z siebie samych. - Oto aniołów, archaniołów, serafów i duchów wszystkich, coraz wyższych, rodowód i rodociąg. - Ni do grobu schodzą ich kształty, ni też ze zgniłości wschodzą do kolebki, ale wiją się i rozwijają się, i przetwarzają z mocy wewnętrznej, z ducha własnego, który się już posiadł i opanował całkiem wewnątrz, więc na zewnątrz przytomnie, swobodnie i zgodnie z wolą Bożą działa i cudowni się. Cud stał się ich sposobem bycia. Natura nasza ziemska dotychczasowa raczej jest cudem niesforności i gmatwaniny, a to, co zowiem cudem, raczej naturą naszą wewnętrzną, ostateczną, prawdziwą. Kto z Boga, ten do Boga i ten kiedyś, wcześniej czy później, być musi po Bosku. „A będziecie jako bogi”, rzekł wąż; biedny wąż - może myślał, że kłamie ludziom, a on im przepowiadał rzeczywisty ich cel! I wyszli z raju ludzie. I wyszli - i poszli - i dojdą! KONIEC ROZDZIAŁU