Eliza Orzeszkowa

Piesn przerwana

V

Książę Oskar powrócił z wycieczki na trzeci dzień około wieczora.W godzinę po powro- cie szedł aleją ogrodu,tak chmurny,że aż posępny...Przy ławeczce darniny stanął,patrzył na niskie siedzenie i dokoła.Była to chwila poprzedzająca zmierzch.Na trawniku przeświecają- cym zza pni grubych leżały ukośne płachty światła złotego;na ziemi,w alei,drgały koła i kółka złote.W niskiej murawie ławeczki więdło kilka kwiatów zapomnianych.Wszystko tu było zupełnie tak samo,jak zawczoraj o tej porze. Książę ruchem porywczym usiadł na ławeczce,kapelusz zdjął,czoło na dłoni oparł i pół- głosem wymówił:

– Nieszczęście! Przed godziną,gdy tylko powrócił,znalazłszy się sam na sam z kamerdynerem Benedyk- tem krótko zapytał:

– Cóż...tam? Sługa dawny,ulubieniec,odpowiedział z niskim ukłonem:

– Źle,jaśnie oświecony książę!...Wynieśli się...

– Kto wyniósł się?– zawołał książę.

– Wygryczowie.

– Skąd się wynieśli?

– Z domku w tamtym ogrodzie.

– Kiedy?

– Dziś raniutko.

– Dokąd?

– Jeszcze nie wiem,ale jeżeli jaśnie oświecony książę rozkaże... Chciał powiedzieć:„dowiem się ”,uznał jednak za lepsze nie dokończyć myśli.Czekał. Książę nie mówił nic.Stał twarzą do okna i nie odwracając się zapytał jeszcze:

– Nie widziałeś jej? Owszem,Benedykt ją widział.Chcąc mieć ciągle na oku domek osadzony fasolą,wczoraj wieczorem,trochę po dziesiątej,szedł aleją graniczącą z tamtym ogrodem.Idąc usłyszał płacz.Zbliżył się ostrożnie,po cichutku i zza drzewa zobaczył ją klęczącą za sztachetami,z rękoma i czołem opartymi o sztachety.Bardzo płakała.Raz podniosła głowę i patrzała na pałac.Potem znowu wybuchnęła płaczem i tak pochyliła się ku ziemi,aż jej ręce i czoło zato- piły się w trawie.Ale kiedy pan Przyjemski zaczął grać w pałacu,zerwała się i jak strzała pobiegła do domu.To było wczoraj,pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem.Dziś o siód- mej z rana Benedykt poszedł do tego znajomego swego,który mieszka na tamtej ulicy,na- przeciw ich parkanu,i dowiedział się,że Wygryczowie wynieśli się stąd prawie o wschodzie słońca,a na ich miejsce wniosła się jakaś staruszka ze służącą i z kotem. Wszystko to Benedykt opowiedział tonem relacji zupełnie obiektywnej.Książę nie odwra- cając twarzy od okna rzekł:

– Możesz odejść. Kamerdynerowi zdawało się,że wymawiając te dwa wyrazy miał głos bardzo zmieniony. Teraz książę Oskar siedział na ławeczce z darniny,z czołem w dłoni,ogromnie smutny i zamyślony. „Odkąd zniknęła jak sen jaki złoty...”Zniknęła!Ale to bagatela.Nic łatwiejszego jak ją znaleźć.Słowo tylko powie Benedyktowi i jutro albo za dwa dni będzie wiedział o jej nowym mieszkaniu.Ale –czy szukać?Uciekła.Niewieści instynkt zachowawczy pchnął ją do ucieczki.Taki jest porządek świata.Samica ucieka przed samcem,jeżeli nie ma założyć z nim gniazda.A ona – taka rozsądna i tak szlachetnie dumna – zrozumiała,że tu mogło być dla niej szczęście krótkie,a nieszczęście wielkie.Uciekła z płaczem ogromnym,ale uciekła!Jaka wola silna w tym dziecku!Jednak dla niego była słabą i on bywa – w wypadkach podobnych

–bardzo słabym;kto wie,co by się stało?Dobrze,że się nie stało.Nigdy potem nie darował- by sobie tego.Więc czy należy szukać i znowu zaczynać?...wystawiać ją znowu na niebez- pieczeństwo?Ją,bo dla niego...ach,dla niego uśmiechnęło się w niej zbawienie,odnowiona wiara w możność istnienia na ziemi wielu rzeczy,o których by już zwątpił.Przez te dni kilka czuł się wskrzeszonym...Szalonym szczęściem byłoby posiadać tę istotę przeczystą i tak po- nętną ciałem i duchem.Szalonym szczęściem byłoby już tylko w tej chwili ją widzieć...Gdy- by ją zobaczył,prosiłby o przebaczenie za to,że zmącił jej spokój,że wygnał ją z jej skrom- nego kątka,że przez niego płakała tak ogromnie...Tak;ale po prośbie o przebaczenie jaki ciąg dalszy?„Oby cię Bóg zachował tak piękną,czystą,powiewną!” Nie zachowałby!Gdyby spotkali się znowu,nie zachowałby pewno!Szkoda tego kwiatu!...A jednak... Wstał i poszedł dalej.W alei równoległej z ogrodem zaniedbanym stanął znowu.Przypa- trywał się domkowi w fasoli,mianowicie małemu gankowi,który nie był pustym.Na wąskiej ławce siedziała tam staruszka w czarnej sukni i w białym czepku.Robiła pończochę,której druty w promieniu słońca migotały dokoła rąk jej jak iskierki stalowe.

– Pewnie pani Dut...kiewiczowa! Namyślał się chwilę,potem otworzył bramkę w sztachetach i wszedł do ogrodu przyległe- go. Staruszka siedząca na ganku,widząc nadchodzącego,podniosła się z siedzenia i gdy on witał ją uchyleniem kapelusza,zagadała pierwsza,z uśmiechem dobrodusznym na ustach szerokich.

–Czym mogę służyć księciu panu?Niech książę pan będzie łaskaw usiądzie na moim ga- neczku...będzie to dla mnie wielki honor...proszę księcia pana! Przy tym dygała nie raz,ale dziesięć razy,co nie było łatwym z powodu małości ganecz- ku,którego część zajmował jeszcze kot opasły,leżący na dużej poduszce.Ona jednak pomi- mo ciasnoty robiła dygi posuwiste i razem przysiadające,przy czym spod spódnicy krótkiej ukazywały się nogi w białych pończochach i prunelowych trzewikach.

– Niechże książę pan zrobi ten honor mojej chacie i usiąść raczy...Czym służyć mogę? Jeszcze raz dygnęła pokazując spod czarnej sukni białe pończochy i usiadła na uprzednim miejscu z drutami i nićmi na kolanach.Książę nie usiadł,tylko wszedłszy na ganeczek odkrył głowę i grzecznie zapytał:

– Czy państwo Wygryczowie już tu nie mieszkają?...

–Nie mieszkają...nie mieszkają...–potakująco trzęsąc głową potwierdziła staruszka – dziś z rana przenieśli się gdzie indziej i ja teraz jestem sąsiadką księcia pana...che,che,che... Książę głosem aksamitnym zapytał:

– Czy z panią Dutkiewicz mam przyjemność?

– Tak,książę panie,Dutkiewiczowa,do usług księcia pana...

– A czy można wiedzieć,dokąd przenieśli się państwo Wygryczowie? Teraz z dużej i rumianej twarzy staruszki uśmiech dobroduszny i przymilony zniknął,a za- stąpił go wyraz żałości połączonej z powagą.Oczy błękitne jak niezapominajki podnosząc ku niemu i głową w obie strony poruszając odrzekła:

– Nie można!nie można! Palec pomarszczony do wysokości ust podniosła i raz jeszcze powtórzyła:

– Nie można! Ale od tego ruchu kłębek bawełny spadł z kolan i potoczył się po dziurawej podłodze ga- neczku.Próbowała przyciągnąć go ku sobie nicią,ale to nie pomagało.Książę podniósł i po- dał jej kłębek.Zerwała się z siedzenia i znowu uczyniła dyg posuwisty i przysiadający.

– Dziękuję księciu panu...Książę pan fatygował się...bardzo dziękuję... Plecami oparty o słupek ganku,ze zmarszczką bardzo głęboką na czole i rumieńcami na bladych policzkach,książę zapytał:

–Czy pani myśli,że byłoby mi trudno znaleźć nowe mieszkanie państwa Wygryczów... gdybym poszukał? Splotła palce krótkie,pulchne i zawołała:

–Dla księcia pana wszystko łatwo...Mój Boże,z takimi środkami i stosunkami co może być trudnego?Książę pan znalazłby w moment ich mieszkanie,ale... Uśmiechnęła się filuternie.

– Ale książę pan nie będzie szukał. Był znać ciekawym wszelkich zjawisk świata,bo i babinie tej przypatrywał się z niejakim zajęciem.Przy tym czepek,który miała na głowie,gęsto ogarnirowany koronką sztywną, wiele mu przypominał.Dwa razy widział go w rękach Klary.Nie zmieniając postawy stojącej skrzyżował tylko na piersi ramiona i znowu zapytał:

– Dlaczego pani mówi tak na pewno,że ja nie będę szukał państwa Wygryczów? Babina patrząc na niego zamrugała powiekami już nie mającymi rzęs i odrzekła:

–Bo książę pan jest dobry...ja to widzę.Ehe,nie z jednego pieca chleb jadłam i niejedne- go księcia albo hrabiego widywałam,służąc w młodości za pannę służącą po dworach wiel- kich.Odgadnę wszystko,choćby z bagateli.I książęta,i ludzie pospolici bywają różni.Ale książę pan jest dobry.Odgadłam z bagateli.Książę pan podniósł mi kłębek z ziemi;starość moją uszanował.Wiele jest książąt i nawet ludzi pospolitych,co to tylko imainują sobie,że są książętami,którzy by tego dla starej,prostej kobiety nie zrobili.Książę pan ma dobre serce i umie szanować to,co Pan Bóg i ludzie szanować rozkazali.Już ja to widzę i z oblicza godne- go,i z mowy przyjemnej,i z tego kłębka... Zaśmiała się dobrodusznie,przyjaźnie. Książę Oskar stał z głową pochyloną.

–Opinia pani bardzo mi pochlebia...Ale chciałbym wiedzieć,jakim sposobem stało się to chassé-croisé?Z czyjej przyczyny?Na czyje żądanie? Staruszka prędko trzęsła głową.

– Rozumiem,rozumiem:Na jej żądanie...na jej własne żądanie!Przybiegła do mnie wczo- raj z kościoła,w którym modliła się cały ranek,przypadła mi do kolan i wszystko powie- działa...Komuż miała powiedzieć?Matkę jej i ją samą na ręku nosiłam...Kolana moje ści- skając prosiła:„Przenieś się tam,babuniu,a my przeniesiemy się do twego mieszkania...na ten czas,dopóki...” Rozumie książę pan?„Tylko – mówi jeszcze –ja z ojcem mówić o tym nie będę,bo nie mogłabym spokojnie,a jemu trzeba powiedzieć najspokojniej...”Poszłam tedy i sama panu Teofilowi rozpowiedziałam,wytłumaczyłam,zaproponowałam.To człowiek roz- sądny.Zrozumiał,zgodził się i jeszcze mi dziękował.Córkę,kiedy przyszła do domu,uści- snął,trochę też i wygderał,trochę...W nocy podobno bardzo kaszlał,ale przejdzie mu to, przejdzie...Ja zaś dziś raniuteńko,łapu capu,manatki i graty swoje kazałam tragarzom prze- nieść tu,ich tam,i już!Powiedziałam księciu panu wszyściuteńko,jak było,bo to się należa- ło...Serce nie sługa,a czy książęce,czy chłopskie,to wszystko jedno.Kiedy boli,to boli... Więc pozostawić serce bolejące w niespokojności to okrucieństwo.Wszyściuteńko powie- działam księciu panu... Książę milczał długo,był teraz blady i surowy.Po paru minutach podniósł twarz i zapytał:

–Czy nie uzna pani za możliwe,abyśmy zobaczyli się z panną Klarą raz jeszcze,ostatni, tu,w obecności pani? Błękitne oczy staruszki oszkliły się łzami.Z podniesioną ku niemu twarzą różową i po- marszczoną szepnęła:

– Książę panie,to sierota i opiekunka sierot...chociaż uboga... Tu,najniespodziewaniej,kot w białe i żółte łaty,który przed chwilą obudził się i leniwie wyciągał na poduszce,skoczył na kolana pani swojej i zrządził tam psotę wielką,bo pończo- chę z kłębkiem na ziemię zrzucił i sam łapy w nicie zaplątał.

– Psik!– zawołała Dutkiewiczowa – psik!na poduszkę!A na poduszkę! Chustką,wydobytą dla otarcia oczu mokrych,trzepnęła kota,który zeskoczył z kolan cią- gnąc za sobą pończochę,druty,nici,wszystko,co tam było.Ale nikt nie zwrócił uwagi na losy pończochy ani wplątanych w nią łap kocich.Książę Oskar stał teraz tuż przed babiną, która chciała kończyć zdanie przerwane.

– Chociaż uboga,książę panie,ale...

–Niech pani nie kończy...wszystko,co by pani mogła mi powiedzieć o pannie Klarze Wygryczównie,wiem sam i może jeszcze więcej.Czy pani zechce powiedzieć ode mnie kilka słów pannie Klarze? Dutkiewiczowa przez chwilę patrzała na niego oczyma mrugającymi.

– Czy książę pan nie będzie jej szukał? Ze schyloną twarzą milczał,aż podniósł głowę i odpowiedział:

– Nie będę.

– Słowo książęce?– zapytała jeszcze. Stał się bardzo bladym.Palił mosty za sobą;bardzo cierpiał.Znowu po milczeniu chwilo- wym odpowiedział:

– Słowo człowieka uczciwego. Babinie twarz zajaśniała radością.

– Słucham teraz księcia pana.Owszem,powtórzę.Serce nie sługa kiedy boli,to boli.Jeżeli można wylać na nie kroplę balsamu to czemuż tego nie zrobić?Co książę pan rozkaże jej powiedzieć?

–Niech pani powie pannie Klarze,że to,com jej okazywał,nie było żartem ani kaprysem, lecz z początku sympatią a potem miłością i czcią – czcią dla jej czystości nieskalanej i dumy szlachetnej.Niech jej pani powie,że przez tę cześć poświęcam miłość swoją,że żadne roz- stanie –a Bóg jeden wie,ile już przebyłem rozstań – nie wstrząsnęło mną tak do głębi,ze pra- gnę,aby wspomnienie o mnie. Głos załamał mu się w gardle,w oczach zamigotało srebro wilgotne.Z głębokim ukłonem rzekł:

– Żegnam panią! Babina zerwała się i dwa razy jeszcze dygnęła posuwisto i przysadzisto,błyskając spod krótkiej spódnicy pończochami białymi.Potem usiadła na ławce,przyłożyła chustkę do oczu i rozpłakała się.A kot w żółte łaty,nie mogąc wyplątać łap z nici,siedział razem z .pończochą, drutami i kłębkiem na drugim końcu ganku i żałośnie na nią patrząc miauczał. W pałacu szereg salonów był już oświetlonym lampami i kandelabrami.Książę Oskar wchodząc do gabinetu wspaniale urządzonego obejrzał się na Benedykta,który szedł za nim.

– Czy pokojowiec Józef już odprawiony? Kamerdyner zmieszał się.

– Nie jeszcze,jaśnie oświecony książę!Chłopak płacze i prosi...

– Pozostawić go na służbie! W myśli dodał:„Co on winien?” Benedyktowi wydał rozkaz:

– Poproś tu pana Przyjemskiego... Szybko przebiegał pokój obszerny i rzęsiście oświetlony,do którego po kilku minutach wbiegł mężczyzna trzydziestoletni,brunet,wzrostu małego,z oczyma rozumnymi,ruchami żywymi,z wyrazem twarzy śmiałym i wesołym.

– Książę mię wezwał.Czy będziemy grali albo pisali? Książę stanął naprzeciw niego.

–Dobry sobie jesteś,mój kochany!Mnie wściekłość ogarnia od pięt do mózgu,a ty mi proponujesz granie albo pisanie...Chcę ci to powiedzieć:jutro wyjeżdżamy na wieś...bądź łaskaw porozumiej się dziś jeszcze z plenipotentami,adwokatami i wszystkimi tymi figurami, niech do mnie na wieś przyjeżdżają,kiedy im czego będzie trzeba.Ja tu teraz nie wytrzy- mam!Ja potrzebuję ruchu,zmiany,zapomnienia i tego,aby ona mogła powrócić tam,gdzie jej było zdrowo i przyjemnie...Poświęć ty już dla mnie swoje Perkowskie i jedź ze mną,bo gdybyś nie chciał jechać,to bym cię zostawił,ale chyba bym tam sam jeden oszalał z despe- racji... Przyjemski siadł na fotelu i trochę żartobliwie wymówił:

– Czy desperacja księcia tak wzrosła? Ten stanął przed nim i rzekł chmurnie:

–Nie żartuj,Juliuszu.Zabrnąłem głębiej,niżem się sam spodziewał.Cierpię jak utrapie- niec. Przyjemski spoważniał.

–W takim razie boli mnie to niewymownie.Panny Perkowskie są to peronele głupie i pretensjonalne,które z rozkoszą poświęcam,i jutro z księciem jadę.Alem się nigdy nie spo- dziewał aby chwile,które książę spędzał pod moim nazwiskiem w sposób zapewne bardzo przyjemny,mogły skończyć się tak tragicznie. Książę wybuchnął.

–Mój Juliuszu,ty jeden wiesz,co myślę o ludziach.Albo pochlebcy,albo wietrznicy,albo niewdzięcznicy...

– Słyszałem już to nieraz – wtrącił Przyjemski.

–Kobiety także:albo głupie i nudne,albo zabawne i rozpustne,albo mieszczące w jednym ciele dwa duchy:z których jeden jest niebieskim,a drugi piekielnym...

–I to słyszałem.

–Życie jest jednym wielkim bezsensem.Dopóki człowiek wierzy,ufa,dopóty czuje się szczęśliwym,ale jest dzieckiem.Są tacy,którzy do śmierci nie wyrastają z iluzji.Ale temu, kto z nich wyrośnie,co pozostaje?Skoro wszystko jest fałszem,cieniem zwodniczym,pu- chem nietrwałym...

– To słyszę bardzo często... Książę stanął.

–Otóż widzisz!Znalazłem to,w co wierzyć przestałem.Znalazłem w niej i nawet w jej otoczeniu to...w co już nie wierzyłem.Nawet w tej wdowie po weterynarzu jest coś,coś ta- kiego...

– W jakiej wdowie?po jakim weterynarzu?– zadziwił się Przyjemski.

–O tym ty nie wiesz i mniejsza o to!Ale że też między takimi ludźmi bywa coś takiego!... przez nią dowiedziałem się,że bywa... Z nowym wybuchem zawołał:

–Wiesz,Juliuszu...to dziewczę sypało mi perły do duszy!A przy tym śliczna!...piękno- ścią skończoną nie jest,ale oddałbym sto piękności skończonych za jej wdzięk prosty, skromny...za jej oczy złote...za jej uśmiech słodki... Opuścił ręce,rzucił się na fotel.

– Cóż,kiedy „zniknęła jak sen jaki złoty!” Zakrył ręką oczy,umilkł.Młody brunet z wesołą i śmiałą twarzą zasępił się,myślał.

– Więc to jednak tak na serio!–rzekł półgłosem i więcej jeszcze spochmurniał. Po chwili wstał,zbliżył się do swego dostojnego przyjaciela i tonem pocieszenia mówić zaczął:

– Więc niech ją książę odnajdzie!Nic łatwiejszego...w mieście tak niedużym. Książę podniósł głowę i zatopił w nim spojrzenie ostre,twarde.

– Po co?– rzekł – to taka,której za milion nie można kupić ani milionem pocieszyć... Przyjemski spuścił oczy.

–Niech mi książę przebaczy.Rada moja była złą.Podyktował mi ją...naprędce...żal obu- dzony widokiem żalu księcia. Teraz on zaczął szybko biegać po pokoju;targał czarnego wąsika,myślał,aż znowu stanął przed przyjacielem.

–Więc cóż?– zaczął wahającym się głosem.– Cóż?Innej rady nie ma.Książę daremnie dotąd szukał na świecie uczucia prawdziwego,szczęścia,celu i różnych tym podobnych rze- czy.Zdaje się księciu,że je znalazł w tej dziewczynie,którą we dwa dni odszukać można. Biorę to na siebie.Odszukam ją i niech się książę z nią ożeni! Książę Oskar podniósł głowę i spojrzał na powiernika takimi oczyma,jakby uszom wła- snym nie dowierzał.

– Co powiedziałeś?– zapytał. Przyjemski śmiało powtórzył:

– Niech się książę z nią ożeni! Twarz księcia zaczęła szybko zmieniać wyraz,aż nagle po gabinecie obszernym i wspa- niałym rozległ się wybuch śmiechu:

– Cha,cha,cha,cha!cha,cha,cha!cha,cha,cha! Głosem przez ten śmiech przerywanym książę Oskar mówił:

– Paradny jesteś,mój Juliuszu,paradny!Cha,cha.cha!Myślałem,że zginę z żalu,ale,cha, cha,cha!ty byś mógł rozśmieszyć umarłego,cha,cha,cha,cha! Wydobył z kieszeni chustkę,przyłożył ją do oczu i śmiał się tak,że aż śmiech przechodził w łkania.

– Cha,cha,cha!cha!cha!cha! KONIEC KSIĄŻKI