Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

II

W wielkiej izbie na dole, w której zakonnicy zwykli byli przyjmować gości, z

dawna tak tłumno i huczno nie było jak tego wieczora. Przy blasku kilku kaganków widać było kilkunastu zbrojnych ludzi, którzy stali oczekując, pozdejmowawszy hełmy z głów oblanych potem, z kurzawy twarz i odzieże swe ocierali. Byli to tylko co przybyli goście, do których biegł królewicz. Za każdym od strony drzwi szelestem zwracali ku nim głowy, ale już po kilkakroć zawiodło ich oczekiwanie. Zwłoka zdawała się ich niepokoić. Ten, który pierwszy zjawił się u furty klasztornej, stał na przedzie gotując się widocznie wyręczyć towarzyszów w rozmowie i przyjęciu tych, których oczekiwano, bo na drzwi ciągle miał zwrócone oczy. Był to Bobek z Morawicy, daleki jakiś powinowaty matki królewicza; przy nim stali Śreniawa, Kaniowa i Mutyna Czech, dodany im w Pradze. Siedzący na ławach wszyscy byli Ślązacy lub Krakowianie. Otwarły się nareszcie drzwi i opat wszedł wiodąc za rękę królewicza Zbigniewa w tej samej sukni poszarpanej i poplamionej, w której siedział przed chwilą w ogrodzie. Odmienić mu ją chciano, ale się oparł temu. Nikt z przybyłych, nawet Dobek z Morawicy, po matce mieniący się powinowatym Zbigniewa, nie znał go z twarzy. Wszyscy sobie wystawiali, królewskiego syna, owo dziecię pańskie, po które przybyli - pięknym, rysów twarzy szlachetnych, postawy rycerskiej. Jakież było zdziwienie ich, gdy ujrzeli przed sobą niezgrabnego kleryka w sukni ciasnej, rozrosłego wprawdzie i silnego, lecz do parobka stajennego podobniejszego niż do książęcia, z twarzą długą, bladą, odstraszającą, na której cię malowała zwierzęca niemal radość jakaś rozszalała. Jakiś czas stali osłupieni nie mogąc przyjść do siebie, takim zawodem wydał się im ten wyrostek, którego widzieli przed sobą. Zmierzyli się oczyma, ledwie nie posądzając opata, że ich oszukać pragnął, podstawując im innego kleryka w miejsce królewskiego syna. Wtem nie czekając na ich powitanie Zbigniew gwałtownym ruchem naprzód wystąpił, stanął i począł śmiejąc się głosem drżącym.

- Witam, miłości wasze! Brzmienie mowy wywiodło ich dopiero z wątpliwości i osłupienia. Ci, co znali króla i słyszeli go mówiącego, w głosie znaleźli jakieś z nim podobieństwo. Dobek z Morawicy podszedł ku niemu i hełmem, który trzymał w ręku, do kolan mu się pokłonił.

- Czołem a głową miłości waszej - odezwał się. - Myśmy po was tu przybyli. Dosyć tego zamknięcia w klasztorze, pojedziemy z wami, aby odzyskać, co wam odebrano. Śmiejąc się głośno Zbigniew rzucił się go ściskać.

- Zbawcami mi jesteście! - zawołał. - Marłem zaszyty w tej sukni! To mówiąc potrząsnął nią.

- Konałem w tej ciemnicy osiem lat, wiek! Nim dorosłem, zestarzałem. Łatwość i śmiałość, z jaką mówił, poprawiły pierwsze niemiłe wrażenie. Przybyli, powstawszy z ław, kołem go otaczać zaczęli. Opat tymczasem mowy tej nie rozumiejący, widząc siebie i godność swą nieco zaniedbaną - ponury stał i milczący. Dawny wychowaniec wcale się nie zdawał zważać na niego, poczynał już sobie jako człek swobodny, który przełożonego nad sobą znać nie chce. Wyczekawszy chwilę opat skinął na Dobka z Morawicy, który starszym się zdawał między przybyłymi, i szepnął mu, gdy się zbliżył, iż chciałby z nim mówić na osobności. Dobek, żwawy i poradny człek, swoim coś rzekł i zostawując na ich rękach królewicza sam z opatem udał się do jego celi. Zwolna kroczył ojciec Abdon nic nie mówiąc, zamyślony. Mąż to był poważny, doświadczenia wielkiego i zdobytego wiekiem spokoju ducha, a przełożeństwo już po kilkakroć w różnych miejscach piastował i nawykł był do rozkazywania. Nadawało mu to postać i obyczaj prawie pański. Weszli do sporej izby, w której ojciec Abdon zwykł był gości dostojniejszych przyjmować. Nie było w niej innego zbytku nad ten, jaki przystał duchownemu: ksiąg wiele, obrazów złocistych kilka, krucyfiksy, ołtarzyk do modlitwy, ozdobnie przybrany. Otwartymi oknami wpadało światło, jeszcze żywe i jaskrawe, choć dołem w podwórzach mrok się już poczynał. Opat zajął miejsce w krześle swym z poręczami, na poduszce, a drugie wskazawszy Dobkowi odezwał się po krótkim namyśle.

- Przynieśliście mi list i pieczęć z Pragi, abym na ręce wasze wydał wychowańca mojego Zbigniewa. Ci, co go żądają, nie dali mi go, prawa doń nie mają, bierzecie mi go siłą! Z Krakowa mi był powierzony, z woli króla, jak mówiono; dziś może przeciw niej go bierzecie? Miły panie, gdym brał tego młodzieńca, niewielem o nim wiedział; gdy mi go zabieracie, godziłoby się, byście mnie nauczyli, dlaczego wprzódy odsunąć i zamknąć go chciano od oczów ludzkich w ciszy klasztornej, a dziś go chcą stąd siłą odebrać? Ciemnym to dla mnie. Obcym jestem zakonnikiem, o sprawach Polan tak jak nic nie wiem. Sasi to o nich tylko wiedzą, iż się napaści na siebie od królów waszych lękają.

- Byćże to może, ojcze przewielebny - spytał Dobek - ażeby was zostawiono w nieświadomości?

- Tak ono jest - odparł opat spokojnie. - Lat temu osiem przywieziono płaczącego chłopaka gwałtem znać do klasztoru, ze znacznym darem dla kościoła naszego. Nie pomnę, jak się zwał ten, co mi go oddawał; stoi zapisane na mszale imię jego. Powiedziano mi, że dziecko jest nieprawym potomkiem księcia polskiego, że je chcą oddalić, aby król czy książę, żonę biorąc ślubną, dziecka się nie wstydził i aby prawym następcom jego uszczerbku nie było. Kazano go do zakonu sposobić przyrzekając wyposażenie. Imię mu było Zbigniew, myśmy w zakonu zwali go Aleksym. Dobek słuchał zawstydzony i nieco zdziwiony.

- Ani królów waszych, ani królestwa waszego dziejów i spraw nie znam - kończył opat. - Tyle moich uszu doszło, iż mieliście zuchwałego pana, który się na ojca swojego duchownego porwał i zamordował go, że z Rzymu ojciec nasz rzucił interdykt na królestwo wasze, iż korony pozbawiono panującego, a ta się pono z woli ojca naszego, biskupa rzymskiego czy cesarza, dostała czeskiemu królowi. Dobek ramionami ruszył.

- Niechże mnie przewielebność wasza posłucha - rzekł powolnie. - Ja wszystko, jak umiem, opowiem. Prawda to jest, żeśmy króla mieli, który jak rycerzem był wielkim tak niepohamowanym i zuchwałym, bo ani królów swych braci za równych, ani papieża, ani cesarza za wyższych nad siebie mieć nie chciał. Zabił on biskupa naszego, męża świątobliwego, który mu grzechy na oczy wyrzucał, ale potem sam z kraju uchodzić musiał. Ulitował się przecież papież rzymski nad nami i brat króla, choć nie koronowany, królestwo dzierży, dla nas królem jest. Synem jego pierworodnym jest ten oto Zbigniew, po którego my przybyliśmy.

- Ale dziecięciem nieprawym - wtrącił opat.

- Jako żywo - odparł Dobek - my tej różnicy nie znamy. Dawnym obyczajem naszym domowym wziął Władysław, pan nasz, krewnę moją Hannę, żył z nią jako z małżonką, choć kościół nie pobłogosławił związku, boć u nas to nie było w owe czasy koniecznością i duchowni się o to nie upominali jak teraz. Z tej Hanny, ciotecznej mojej, miał król oto tego syna, który tak jego prawym synem jest jako i ten drugi, co mu się później z czeskiej Judyty narodził, za przyczyną Idziego świętego. Gdy król Judytę brać miał za małżonkę z krwi królewskiej, zażądano, by nie tylko pierwszą żonę, ale i pierwsze dziecię odtrącił od siebie i zapomniał o nich. Zmarła z boleści wielkiej żona, sierota została; tę wtrącono do klasztoru jak w studnię. Opat się poruszył mocno.

- Miły bracie - rzekł - nie na zgubę, ale na zbawieni dano go nam, nie studnia to jest, ale wrota do wiecznej szczęśliwości.

- Pewnie, pewnie - poprawił się zmieszany Dobek głowę skłaniając - ale dałże on się nałamać i skłonić, by umiłować ten stan, ojcze przewielebny? Powiedzcie, abyście nasze uspokoili sumienie? Opat pomilczał nieco, w twarzy jego znać było zakłopotanie pewne, smutek, walkę z samym sobą. Namyślał się, miałli rzec, co mu na sercu leżało.

- Miłościwy panie - odparł - nie zataję prawdy przed wami. Osiem lat trzymam go na oku, mogę rzec na pasku, zobowiązaliśmy się do tego. Dziecko przyszło tu zepsute i krnąbrne, a daj Boże, aby lepszym stąd odebranym zostało. Naturę ma do przezwyciężenia trudną i nieugiętą, umysł pojętny, krew, burzliwą. Nie wiem, co z nim czynić myślicie, lecz jeśli władzę jaką z rąk waszych ma otrzymać - bodajbyście danej mu nie pożałowali! Ostatnie wyrazy ciszej domówił opat, spuścił głowę na piersi i umilkł. Zdziwił się mocno, gdy podniósłszy oczy na Dobka ujrzał go prawie uśmiechniętym i rozradowanym tym, co go powinno było nastraszyć.

- Ojcze przewielebny - odezwał się Dobek - takiego nam potrzeba właśnie, który by rękę silną i wolę miał, a strasznym był... Stary król niewiele może, rządzi palatyn i nas wszystkich zabierać chce w niewolę. Niech będzie zły, byle silnym był, a mógł się mu opierać... Opat się poruszył.

- Nie żądajcie złego w złą godzinę! - rzekł cicho,

- Nie odwołuję, com rzekł - począł Dobek. - Pan nasz pobożny, Władysław Herman, dobrym jest, ale słabym i bojaźliwym; nie panuje on, ale nad nim panują. Królowa niewiastą jest i nie wie, kędy idzie, król zawojowany, wojewoda Sieciech, faworyt obojga, bodaj na przywłaszczenie sobie wszystkich ziem godzi i zastawia sieci. Nie było rady innej, jak oto to królewskie dziecię wziąć, a nim się podeprzeć przeciw samowoli Sieciechowej. Garnie on wszystkie ziemie pod siebie, a każda chce swoje prawo i wojewodę mieć...

- Daj Boże, by wasze lekarstwo od choroby gorsze nie było! - odezwał się opat. - Świeckie spray obce mi. nie rad bym też obmawiać tego wychowańca mojego, ale o niego i o was trwoży się dusza moja. Dzikie zwierzę w klatce niestraszne, na wolności - bieda z nim! Umilkł.

- A cóż w nim tak złego jest? - zapytał Dobek.

- To najgorsze, żem dobrego w nim znaleźć nie mógł. Jak na suchej płonce, com zaszczepił - zmarniało, a dzikie wilki bujają. Ugiąć się, słuchać, ukorzyć nie umiał nigdy. Rozumu nie brak, słowo ma łatwe, bystrość wielką, gdy zechce, ale przewrotność w nim większa jeszcze... Jakby znużony opat zamilkł znowu i czoło ocierał.

- Nie posądzajcie mnie - dodał - abym niechęć jaką miał ku niemu. Bóg mi świadkiem, kochałem go i litowałem. się; troskę z serca mi zdejmujecie zabierając go. Nie miałbym sumienia jednak, gdybym was nie ostrzegł, nie oznajmił wam, iż pilno czuwać nad nim powinniście. Dobek pochyliwszy się do ręki opata ucałował ją.

- Dziękujemy przewielebności waszej - odezwał się. Bynajmniej to nie zmienia naszych zamiarów. Jakikolwiek on jest, wziąć go musimy. Kto wie, czy swobodniej puszczony nie zmieni się, a nie stanie takim panem, jakiego nam trzeba,

- A któż jest ten Sieciech? - rzekł opat.

- Kto Sieciech, pytacie? - rozśmiał się przybyły ramionami ruszając, jakby go to pytanie nie pomału zdziwiło. - Jakże to rzec, kto on jest? Był gładki młodzieniec, Toporczyk rodem, niewielkiego imienia, ale pięknej postawy i żywego ducha, śmiałości wielkiej. Królowi się podobał, bo mu do wszystkiego służył, miłym się stał królowej, która młodzież lubi. Umiał się przymilić, wyręczyć i objął powoli wszystko. Króla obsadził swoimi ludźmi, w ręce wziął miecze i klucze Władysławowi dając spoczywać, modlić się i zażywać pokoju. Żołnierz i wódz szczęśliwy, rozumem i nauką choćby z biskupami o lepsze iść gotów. Dziś on pan na Sieciechowie, a jutro na ziemiach i karkach naszych panem być może.

- Cóż jeden taki chłopak przeciw niemu znaczy? - odparł przełożony

- Bardzo wiele - zawołał Dobek. - Mamy dlań zapewniony Śląsk, gdzie go wrocławianie i wojewoda Magnus przyjmą za pana, aby postawić przeciw Sieciechowi. Ukrócim władz jego i uratujemy krew pańską. Pomilczał trochę opat.

- Lepiej to zapewne wiecie, co czynić macie - odparł krótko. - Róbcie, jak was Bóg natchnął, ja z sumienia mojego zrzuciłem brzemię. Teraz - dodał z lekka się podnosząc duchowny - idźcie, miłościwy panie, sam na sam weźmijcie przyszłego pana, a zajrzyjcie mu w duszę. Obaczym, co o nim powiecie.

- Pośpieszę, gdy dozwalacie - rzekł Dobek i raz jeszcze rękę opata ucałowawszy wyszedł z celi. Tu stojący kleryk, który na rozkazy czekał, drogę mu do foresterium pokazał. Zbliżając się do wnijścia już omylić się nie mógł Dobek, taką tam wrzawę wewnątrz słychać było i śmiechy, w których głosy towarzyszów swoich poznawał. Nad wszystkimi huczniej rozlegało się rychotanie dzikie, w którym się domyślał Zbigniewa. Uchyliwszy drzwi ujrzał widowisko osobliwe. Polanie przybyli z Dobkiem, którzy jadąc na tę wyprawę zawczasu obmyślili, czego potrzebować będą, zabrali z sobą suknie i uzbrojenie stosowne dla przyszłego księcia, aby się w nich mógł przystojnie wrocławianom okazać. Dobek trafił właśnie na tę chwilę, gdy sakwy i węzły na ziemi rozwiązawszy towarzysze jego młodego syna królewskiego na nowo przyodziewali. Zbigniew szczęściem swym był upojony i jako się niedawno rzucał rozpaczliwie w niewoli, tak teraz miotał się oszalawszy swobodą bez miary. Nie czyniło go to piękniejszym. Rozebrany z ciasnych sukien silnym się okazał, ale równie niezgrabnie wyciosanym jak wprzódy. Twarz jego blada rumieniła się weselem, a oczy iskrzyły dziką jakąś zapalczywością, niemal rozpasaną, która już i tych, co go otaczali, raziła. Gdy Dobek wszedł, ujrzał na ziemi podarty w szmaty drobne habit zakonny, Zbigniewa już na pół rycersko przyodzianego, samemu sobie dziwującego się jak dziecię. Wszyscy dokoła posługiwali mu chciwie; jeden kaftan podawał, drugi pas opinał, inny chciał hełm próbować. Zbigniew nogą obutą bił w ziemię, śmiał się urągając i wykrzykiwał głośno.

- Osiem lat mię więzili - wołał - raz wolny, wolę zginąć niż im się dać okuć na nowo! Ani panu ojcu, co się zaparł syna, ani królowej macosze, ani miłemu bratu, ni w świecie nikomu. - Wydali mi wojnę, gdym dzieckiem był; zaprawdę, nie poczynałem jej, będą mieli wojnę, bo ja tak ich nie znam, jak oni mnie znać nie chcieli. Prawo tylko swe znam i Boga nad sobą, więcej nic. Dobek nie zbliżając się przysłuchiwał się zza drugich. Kleryk (bo mu już tu pierwszego dnia niektórzy nadali to przezwisko, mające przy nim zostać na zawsze), im mu bardziej śmiechami potakiwano, tym raźniej wykrzykiwał. Nie wiedział Dobek, czy się miał tym radować, czy trwożyć; miarkował, że człek był jeszcze nie wytrzeźwiony z pierwszego szału a młody, lecz w zahukanym dziecku nieśmiałości się zbytniej raczej było można spodziewać niż takiego nagłego rozzuchwalenia.

- Oho! - wołał rychocząc wyzwolony, gdy mu miecz przypasywano - oho, teraz mi już nikt nie zabroni, gdy włosy odrosną, puścić ich na ramiona i brodzie też dać bujać a jeść, a pić i na niewiasty patrzeć, i pieśni słuchać, i śmiać się dowoli.

- Na niewiasty - wtrącił któryś - nie tylko patrzeć wam wolno, ale je i brać.

- O! - przerwał Zbigniew - a no, cicho! Tu o nich ani mówić, ani ich widzieć, ani myśleć o nich nie wolno pod kara wielką. Ojcowie mówią, że szatan siedzi w nich. Śmiali się niektórzy, inni szeptali:

- Krew nie woda, teraz sobie nagrodzi! Zbigniew dosłyszał to i ręce podnosząc począł wołać:

- Zaprawdę! Zaprawdę! Nagrodzić sobie muszę stracone lata! Gędźby, pieśni, śmiechu, swawoli zażyć, jak mężczyźnie przystało.

- Wszystko mieć będziecie - odezwał się poważniej Dobek - ale i miecz też nie będzie próżnował. Zbigniew spojrzał na wiszący u boku obojętnie jakoś.

- Tym ja jeszcze nie władnę - rzekł - bo mi też ani go tknąć, ani próbować nie dano. Skądżebym miał wziąć go tam, gdzie i pałka zakazaną była? Nauczycie mnie z nim się obchodzić?

- Nauczymy! Nauczymy! - odezwali się chórem wszyscy. Dobek odwiódł Starżę na stronę.

- A co, pan nasz? - spytał po cichu.

- Widzicie go - rzekł Starża, człek chudy, zasępiony i frasobliwy z natury. - Musiało mu się od tej nagłej swobody w głowie zakręcić. Mówi jak po pijanemu, po mnie ciarki chodzą słuchając. Pochylił mu się Dobek do ucha.

- Jeszcze by was gorsze wzięły dreszcze - rzekł - gdybyście posłyszeli, co do mnie o nim opat rozpowiadał. A no, wyboru nie mamy.

- Cóż mówił?

- Straszył mnie nim, azali my na nasze barki nie ostrzymy topora? - szeptał Dobek nieco zasępiony. - Któż wie? Namyślił się Starża.

- Gorzej ci nie będzie - odparł po namyśle. - W naszych on rękach; jakeśmy go wzięli, tak go porzucić możemy...

- Łacniej pono wziąć niż się zbyć - dokończył Dobek. Znajdzie sobie zawsze takich, co go popierać będą. Spozierali z ukosa na królewicza, a Starża rzekł w końcu:

- Po tym, coście wy od opata słyszeli, i ja się trwożyć będę. Bogiem a prawdą, ten syn królewski do serca mi nie przystał. Suknia zakonna nie uczyniła go lepszym, choć na rozumie i języku mu nie zbywa. Przysłuchajmy się im. Właśnie zakonni braciszkowie stoły dla gości przygotowywali dla wieczerzy, gdy Dobek ze Starżą podeszli do królewicza, który odziany w szaty nowe pysznił się nimi. Siedział na ławie dumnie spoglądając na braciszków, niedawno towarzyszów swych, z obawą jakąś rzucających nań przestraszone wejrzenia. Przeistoczenie to człowieka, którego wczoraj sądzili już na wieki obleczonym suknią i ślubem, budziło w nich myśli trwożne. Wedle nich zgubionym był i zaprzedanym nieczystej sile. Z poszanowaniem podnieśli z ziemi podartą suknię zakonną, którą Zbigniew zdeptał nogami, i jeden z nich wyniósł ją co prędzej z foresterium. Na twarzy pozostałych malowała się groza, oburzenie, postrach kary bożej, która świętokradcę dosięgnąć miała. Zbigniew urągał się im rozparty na ławie.

- Bracie Łukaszu, bracie Agapicie, braciszku Odonie, patrzajcie no! Nie wyglądamli na rycerza? Nie dobrze mi tak? Chciałoby się i wam takiej sukni? Hę? Braciszkowie nie spoglądali nań, nie odpowiadali nawet, ustawiali na stole miski, kładli chleby, krzątali się około kubków i dzbanów; spuszczali oczy. Wesołość tylko co rozdzianego kleryka, choć się tłumaczyć dała, nawet świeckim jego towarzyszom wydawała się nieco dziwną, trochę rażącą, cóż dopiero skromnemu braciszkowi Łukaszowi! Szał ten trwożył go nad wyraz wszelki, gdyż i ów sen, i przygody uważał za dzieło złego ducha, wiodącego nieszczęśliwego do zguby. Wejście opata i kilku milczących zakonników, którzy mu pokornie towarzyszyli postępując zna nim z oczyma w ziemię wlepionymi, niewiele uśmierzyło rozhukanego książęcia. Dobek musiał go cichą przestrogą skłonić, aby nieco skromniej i ciszej się znajdował, za co mu wejrzeniem złośliwym zapłacił. Opat stojąc odmówił błogosławieństwo, gościom podano miednicę, nalewki i ręczniki, służba zastawiła skromny posiłek na stołach, na trzech jedną, wedle obyczaju, dając misę, z której społem jedli. Rozmowa stała się cichszą i nieśmiałą, opat był poważny i milczący. Nie biesiadowano też nad miarę, gdyż choć przyjęcie dostatnie było, zbytku w klasztorze nie dopuszczano. Piwa po kubku postawiono przy każdym, jadła brał każdy, ile chciał i jak stało. Mięso dawano tylko dla obcych, a Zbigniew, długo pozbawiony go, niepomiernie i z widoczną żarłocznością go używał. Nie okazując tego opat mierzył go oczyma; spoglądali i inni nie mogąc poznać w tym śmiałym aż do zuchwałości chłopcu, który się im urągać zdawał, chmurnego, milczącego braciszka, jakiego znali w sukni zakonnej. Po dziękczynnej modlitwie mnisi, ucałowawszy z przyklęknięciem rękę opata, opuścili jadalnię, przełożony sam został z obcymi. Widać było, iż życzył sobie mówić ze Zbigniewem. O. Abdon stał mierząc go oczyma. Sile tego wejrzenia, którego słuchać był nawykł, ulec musiał. Gniewny czekał, co mu opat powie.

- Powinszować wam chcę i pobłogosławić - odezwał się głosem surowym przełożony.

- Zmienił się pono los wasz tak, jakeście w duszy waszej pożądali; daj Boże, by na szczęście dla was i dla tych, co was na pana ku sobie powołują! Wielki ciężar zaprawdę spada na ramiona wasze, a ujrzycie kiedyś iż cięższym jest od sukni ubogiej, której nie umielibyście umiłować. Idźcie w świat z Bogiem; miłościwy panie, tak, z Bogiem! Nie zapominajcie o Bogu, którego wola spełnia się nad wami. Jutro do dnia, nim rozpoczniecie podróż, odprawię mszę świętą na intencję waszą i pobłogosławię... Sądzili wszyscy słuchając, że się chłopak słowy pełnymi dobroci uczuje za serce ujęty, że się ugnie, jako należało, przed opatem i podziękuje za doznaną opiekę i względy - czekali. Zbigniewowe czoło się zachmurzyło tylko, zmarszczył brwi, oczy spuścił w dół, zamruczał coś niewyraźnie i nie pochylił się nawet do ręki opata. Kapłan stał, popatrzał chwilę i nie rzekł już więcej nic, głowę skłonił ku otaczającym się zwracając i krokiem powolnym z klerykiem, który ze światłem czekał nań u drzwi, wyszedł. Gdy się te za nim zamknęły, książę dopiero podniósł głowę z wyrazem niemal gniewnym.

- Ha! - mruknął. - Chciał, bym mu jeszcze dziękował może, że mnie ręką żelazną trzymał przykutego bez litości lat tyle. Niedoczekanie ich! Mnichy i życie mnisze mi dojadło. Jutro, jak świt, w drogę!

- Ale nie bez mszy i błogosławieństwa - odezwał się Dobek. - Niepewna jeszcze, co nas i was, miłościwy panie, czeka, jest o co Pana Boga prosić.

- O, dla mnie byle na swobodę i za te mury! - zawołał Zbigniew ręka machając przed siebie. Wtem zbliżył się nieśmiało braciszek Łukasz, dawny towarzysz, pytając go, czy w dawnej swej celi nocować zechce.

- Ja, w tej dziurze - krzyknął szydersko Zbigniew. - Nie, wolę tu na gołej ziemi. Od moich towarzyszów nie odejdę krokiem. Wnet młodsi wzięli go między siebie, a brat Łukasz zawstydzony, skłoniwszy głowę, spomiędzy nich się wyśliznął. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec