Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

V

Na wrocławskim grodzie, jak ludzie zapamiętali, czasu pokoju nie było nigdy tak

tłumno, pełno, gwarno jak teraz. Nie tylko zamek, ale miasto, podzamcze, przedmieścia, wały i bramy obsadzone były wojskowymi, zalane Ślązakami i Czechami. Przybywały coraz to nowe jeszcze poczty. Noc mało się od dnia różniła, bo i w ciągu jej do wrót się dobrano, przybywały oddziały, zajeżdżali rycerze. Pilnowano czujnie u bram, skąd coraz nowe krzyki, wrzawa, pytania i odpowiedzi mieniały się długo, nim gości niecierpliwiących się wpuszczono. Obawiano się zdrady i podejścia. Wysyłano dniem i nocą czaty na gościńce, wici po resztę ludzi, wybiegali zbrojni, wysuwali się piesi, ciągnęły wozy ze zbożem i sianem dla nagromadzonego rycerstwa. Namiestnik Magnus krzątał się pilnie, oko mając na wszystko. Na podzamczu, w kilku uliczkach drewnianymi obstawionych chatami, zwykle cichych i pustych, po których innego czasu więcej krów chodziło niż ludzi, stały teraz kupy różnej gawiedzi, gwarzyły, rozpytywały się, spierały. Zatrzymywano konnych, wykrzykiwano, a gdy od zamku słyszeć się dawał ruch jaki, oczy i uszy chciwie się zwracały ku niemu. Widać było ciągle sotnie zbrojnych w hełmach kowanych, z oszczepami na plecach, z toporami, łukami i tarczami, przeciągające od zamku na wały, z wałów na powrót ku zamkowi. Wszystko się jakby do wojny gotowało. Choćby się miejscowi ludzie wysypali wszyscy na rynek i ulice, tyle by wrzawy nie wnieśli z sobą aniby ich tak wszędzie było pełno; czuć było obcych, którzy się najżwawiej ruszali, najwięcej dokazywali, najgłośniej krzyczeli. Gawiedź ta, nie mogąc się cała na zamku pomieścić, po domach mieszczan, się rozpościerała. Dolatywały z nich niewieście krzyki, śmiechy i łajania. Wyrwała się czasem uchodząca dziewczyna z rozpuszczonymi włosami i wpadłszy w tłum z jeszcze większą trwogą wracała nie wiedząc, gdzie się schronić. Na targowisku, u studzien, koło zamku, stały gęsto, jedne koło drugich, namioty i szałasy. Tu i ówdzie pasły się konie, całymi rzędami u lada jakich żłobów powiązane. Przed kilku namiotami powiewały wbite chorągiewki. Na przyzbach siedzieli gęślarze nucąc, a tłum obstępywał ich dokoła, przysłuchiwał się i wtórował. Już zdawało się wszędzie pełno jak nabito, a ciągle jeszcze przypływało więcej ludu. Wchodzące kupki szukały sobie miejsca, wszczynały się spory, zanosiło się na bitwy, a wójci nadbiegający rozstawiali, uspokajali i godzili. Spokojni ludzie patrzyli na tę nagłą powódź zalewającą, miasto ze trwogą. Nie w smak im ona była. Wiedzieli z doświadczenia, co znaczy sprowadzenie żołnierza i komu ono najdolegliwsze. Za tym szła wojna, oblężenie, głód, mordy i wszystkie plagi Boże. Ale mały człek wielkich spraw odżegnać nie zdoła. Patrzyli osłupieli, a baby i dzieci tuliły się wylękłe po wyżkach. Gdy się to działo w mieście i na targowisku, na grodzie gorzej było jeszcze. Tam się już prawdziwe obozowisko rozkładało. Choć noc nadeszła, jasno było od ognisk porozpalanych, przy których nie rozdziewając się leżeli ludzie na straży. Czaty chodziły dokoła, we wszystkich wrotach czuwały warty. Z okien poodsuwanych szum, gwar straszny i światła biły, jakby wesele obchodzono. W podwórcach, choć pod okiem starszyzny, nie uszło pół dnia bez zatargu krwawego, który setnicy kijami uciszali. Z zamku też dolatywały głosy, jakby i tam nielepiej się działo. W prawo i lewo od wielkich sieni na dwórcu świeciło, drzwi stały otworem szeroko, tu i tam ścisk ludzi widać było, tak że przybywający ledwie do środka dobić się mogli. Służba konwie nosiła i beczki próżne wytaczała, bo pić trzeba było dać, a po skwarze letnim żłopali chciwie, kto się dorwał, jak ze studni. W lewo, kilka izb pominąwszy, była jedna największa, w której starszyzna u stołu siedziała, choć stół już próżny był i kubki tylko a dzbany na nim stały. Na ławach jeden przy drugim, w postawach różnych, siedzieli ludzie rycerscy poopierani, półleżący, niektórzy poskładawszy głowy ze znużenia. Namiestnika Magnusa w tłumie tym odróżnić łatwo było, bo mu wszyscy cześć oddawali, a i postawa była nie lada. Wzrost ogromny, otyłość wielka, twarz szeroka, ręce silne. Olbrzymem się wydawał przy drugich, a gdy głos zabrał, jego jednego wśród największej wrzawy słychać było. Głową wszystkich przechodził, a że mu z niej już dużo włosa spadło, świeciła górą białą i lśniącą. Rysy twarzy wyraziste, grube, szerokie, z dala biły w oczy. Że lato odzieży ciężkiej na siebie brać nie dozwalało, miał kaftan szkarłatny, wdziany bez gzła na ciało gołe, a na nim u szyi ciężki łańcuch złoty. Kilku duchownych w sukniach ciemnych stało około niego, kilku tylko, co zbroje z siebie pozrzucali, bo na skórzanych kaftanach znać było powyciskane ich ślady. Wpośród nich na szerokim krześle w wezgłowiu, zmieniony do niepoznania, niedawny kleryk, teraz pan a syn królewski, Zbigniew. W sukni mniszej niezgrabnym był; i teraz, gdy się pstro i bogato przystroił, nielepiej mu było; twarz się tylko wielce przerobiła, gniew i złość z niej zeszły, została chytrość i buta wesoła. Na siedzeniu swym nie siedział, ale leżał rozpostarty sam się sobie przyglądając niekiedy, tak mu dziwnym było, iż się tu znalazł; bawił się to łańcuchem, który na piersi miał, uśmiechając się do niego, to pasem od mieczyka, na który z ukosa czasem poglądał. Pas był misternie kowany, sadzony i świecący. Rękawy sukni nowej to zaciągał, to spuszczał, to koło szyi rękami przebierał, to włosy jeszcze krótkie przygładzał, bo mu postrzyżyn klasztornych wstyd było. Przez ten czas, gdy wolnym był, na brodzie puścił mu się swobodnie włos rzadki; pieścił się też nim, choć wedle życzenia nie rosnął, zasiewał się nędznie, a sterczał twardo. Rysy twarzy rozweselone nie wypiękniały, grube były i niekształtne; wzrok latał dziko, usta krzywiły się szydersko. Ludzie się doń nie bardzo garnęli, a i ci, co mieli do tego ochotę, rozmówiwszy się prędko ją tracili. Wśród kółka, które go otaczało, stał namiestnik Magnus poważnie, ręce za pas pozakładawszy, silnym i donośnym głosem rozmawiając ze starszyzną.

- Hej! hej! - prawił śmiejąc się. - Już tam w Sieciechowie i w Płocku trwoga być musi. Podkrólik nasz miota się jak podsmalony. Kto wie! Może już ciągnie na nas, bo to prędki człek, ale czaty rozesłane dadzą znać w czas, będziemy wiedzieli, co czynić.

- Już tam z nas - ozwał się jeden ze Ślązaków - nieposłusznych wichrzycieli uczynią za to, żeśmy się za krzywdę pańskiego dziecka ujęli! A no! Niech aby jedna ziemia swojego pana ma, nie Sieciecha. Dosyć już tej Sieciechowszczyzny.

- Pewnie! pewnie! - dodał Dobek z Morawicy. - za króla i za jego krew stajemy. Matka Zbigniewa była siostrą naszą, czemuż to dziecko nie ma być tak dobre jak drugie? Poza krzesłem Zbigniewa stał młody człek, bratanek namiestnika Magnusa - Zahoń; chłopię blade, jak tyczka od chmielu wyrosłe bujno a niesilne, chude, potulne i nieśmiałe. Był to przyboczny dworak księcia, który się doń przygarnął. Z nim po cichu mieniał słów trochę Zbigniew.

- Nudno i u was, mało nie jak w klasztorze za klauzurą szepnął rozglądając się dookoła po twarzach i wyciągając się, jakby mu się na sen zbierało. - Ani gędźby, ani pieśni, ani wesołego słowa, ani twarzy niewieściej nie najrzeć.

- Miłościwy książę - szepnął Zahoń - nie pora po temu. Między taki tłum niewiast wprowadzić się nie godzi; sromałyby się bardzo, bo ludzie języków nie strzymają. Gędźby też nikt by słuchać nie chciał, kiedy wszystkim w głowie, że lada chwila rogi zagrają może. Zbigniew niecierpliwie się poruszył.

- No - rzekł - naówczas też pora będzie myśleć o wojnie a na konie siadać; dziś wolałbym dla siebie dobrej chwili a nie wędzić się w tej głupiej wrzawie. Spojrzał pogardliwie po ludziach i zamilkł. Zahoń nie miał co odpowiedzieć. Książę wydawał mu się nad wszystkich rozumniejszym, bo pięknie i łatwo mówić umiał. Zbigniew oczyma wodził po izbie, niekiedy poziewnął; nieraźno mu było wśród ludzi starszych, którzy o poważnych sprawach gwarzyli. Dobek zbliżył się doń, jakby go chciał rozerwać, bo inni go zaniedbywali.

- Cóż, miły panie, nie próbowaliście dziś łuku albo miecza - spytał - nie dosiedliście konika? Zdałoby się teraz, póki czas, obeznać z rycerskim rzemiosłem! Zbigniew z lekceważeniem, wzgardliwie usta wykrzywił.

- O, wielka mi to nauka - odparł - noża z pochew dobyć i na odlew ciąć! Naukę tę ma parobek każdy, póki siły staje. Konia między nogi wziąć i trzymać się na nim

- niewielka też sztuka. Ja do dowództwa stworzony a nie do bicia się, a dowodzić, da Bóg, potrafię! Dobek głową potrząsał.

- I na to trzeba doświadczenia - rzekł sucho.

- To się go dostanie - ciągnął dalej tym samym tonem Zbigniew. - W klasztorze mnie tego nie uczono. Za grzech mi nie weźmiecie, że od razu żołnierzem nie będę. Temu, co panuje, więcej potrzeba głowy niż dłoni. I uderzył się w czoło.

- E, e! - zaśmiał się Dobek - obojga pono zarówno! Jak jedno będzie słabe, drugie się nie na wiele przyda... Książę się uśmiechnął pańsko, próbując ręką wąsa, którego jeszcze nie miał.

- Wiem ja, co mi potrzeba - zawołał dumnie. - W klasztorze mi rozumu nie wycisnęli dusząc, a myśleć dość było czasu! Dobek, któremu się tego dnia jakoś nie szczęściło, już chciał na inny przedmiot, mniej drażliwy, nawrócić rozmowę, gdy tumult się stał u wchodu i głosy jakieś podnosić zaczęły. Magnus natychmiast niespokojne oczy w to miejsce zwrócił, kędy tysiącznik jego, Pałka, nawet hełmu nie zdjąwszy, przez tłum się przeciskał szukając go oczyma niespokojnie.

- A co tam niesiesz, Pałka? - zapytał z dala przez głowy drugim Magnus.

- Miłościwy wojewodo - głośno począł przybyły, którego reszta starszyzny niewiele obchodziła - tajemnic w tym nie ma, godzi się i głośno o tym powiedzieć. Nasze czaty posła od króla oznajmują. Jutro tu ma być! Usłyszawszy to zgromadzeni ruszyli się wszyscy.

- Poseł od króla? Poseł? Sam? Z ludźmi? Gdzie? Kto go widział? - poczęto wołać ze wszech stron. Wstał i Zbigniew, ale z namarszczoną twarzą, poczuwszy urazę, że się z tym oznajmieniem do namiestnika zwrócono, nie do niego, który już pierwszym chciał być. Wtrącił głośno:

- Któż? Gdzie te posły? Do mnie? Tysiącznik, mało co głowy skłoniwszy, dalej znów mówił do Magnusa jako do swojego dowódcy.

- Poseł z niewielką garścią o milę stąd na nocleg stanął. - A poczet ma duży? Słyszysz! - przerwał Zbigniew chcąc na siebie zwrócić uwagę. Pałka, nie zbity z tropu, patrzał ciągle na Magnusa wahając się z odpowiedzią.

- Poczet ma duży? - powtórzył namiestnik.

- Jest tam, słyszę, koni może ze dwa dziesiątki - odparł Pałka. Magnus, który jak inni do zbytku na królewicza nie zważał, wtrącił od siebie.

- Nie wiecie, kogo do nas wysłano?

- Poważny jakiś człek - mówił Pałka. - Mówili, że się Wojsławem zowie. Ode dworu i osoby pańskiej. Popatrzywszy na otaczających Magnus dał Pałce znak głową, że odejść może. Skupili się starsi, poczęli szeptać i naradzać się po cichu między sobą. Widząc to Zbigniew, urażony, że go na boku zostawiono, podszedł ku nim, właśnie w dobrą chwilę, gdy się starszyzna Magnusa otaczająca do drugiej izby ruszała.

- Cóż poczniemy? - zapytał królewicz stając naprzeciw namiestnika. Zmieszał się Magnus nieco, zawahał, ciężko mu było z odpowiedzią.

- Miłościwy książę - rzekł wreszcie pomyślawszy długo i nie rad widocznie, że mu się książę wtrącał - dajcie nam samym naradzić się a rozważyć; potem ja miłości waszej przyniosę, co uradzimy. Nie w smak to poszło księciu.

- A jaż to się wam nie zdam do rady? - zawołał nieco gniewnie, oczyma złośliwymi tocząc dokoła. Magnus go odwiódł na stronę.

- Zostańcie wasza miłość tu - tak będzie lepiej rzekł. - Zabawiacie się, ludzi sobie jednajcie, my z sobą śmielej bez was mówić będziemy. Sprawy są nasze, domowe, wam jeszcze nieznane... Tak lepiej. Nie odpowiadając już nic Zbigniew zagniewany poszedł rzucić się na ławę i podparł łokciem nie tając, iż mu nie w smak było odsunięcie od rady a zbywanie się młokosa. Tymczasem starszyzna polska i czeska z Magnusem poczęła się wybierać do bocznej izby, którą za nią zamknięto. Pewnie kobiety z niej przez szpary musiały się przypatrywać zgromadzeniu, bo słychać je było pierzchające, strwożone, śmiejące się i pokrzykujące... Izba też to była dla rodziny i domowników, nie dla gości; sprzęty jej mówiły o niewiastach, czuć było kądziel i zioła wonne, nabiał i jadło. Magnus, nie mając już gdzie, wprowadził tu starszyznę odprawiwszy niewiasty do kleci... Weszli milczący panowie. Kobiety zaraz drugie drzwi zasunęły za sobą... Chciał i Dobek wnijść, ale mu Magnus szepnął w progu. - Pilnuj swojego królewicza, a zabawiaj go. My tu radzić musimy. Co obradzimy, powiemy wam! Widać było z twarzy Magnusa niepokój jakiś i podrażnienie, inni też nie patrzyli wesoło. Westchnął Magnus, odszedł nieco w głąb i odezwał się do jednego z poufalszych.

- A co? - rzekł - księcia własnego mamy! Mnichy z niego zrobiły nie wiem co. Ni z pierza, ni z mięsa, ale królewska buta jest.

- Prawi niezgorzej - odezwał się drugi - języka dosyć ma, w głowie też jasno, tylko że do roboty się nie bierze, do konia i do żelaza go nie napędzić... Rycerz z niego nie będzie tęgi.

- Patrzy jako zwierz, gdy go z nory dobędą - dodał trzeci. Nie pochwalił nikt.

- Wszelako, jaki on jest, lepszy będzie od Sieciecha zakończył inny.

- Cóż z posłem od króla czynić będziemy? - zagaił Magnus. - Wojsław to krewniak Sieciechów, ochmistrz królewicza. Znam ci go, lepszym jest, niż się zda. Wszyscy po sobie patrzyli głowami potrząsając; nikt z wyjawieniem zdania nie śpieszył. Najstarszy Chrama odezwał się brodę targając, jak miał we zwyczaju.

- Ha! Co się stało, trudno odrabiać. Zgodziliśmy się królewicza wziąć, trzeba przy nim stać.

- A jeżeli siłą zechce nas przemagać Sieciech - mówiłże Magnus. - Mamyż krew rozlewać? Nie odezwał się nikt.

- Czechy nas poprą, pomogą - bąknął jeden.

- A no pewnie, poprą tak, że zajadą i złupią - rzekł Magnus. - Zamiast Sieciecha, będziemy mieli jakiego Przemysława! - Co myślicie! Jeśli się zładzim zgodnie, dobrze; jak ma wojna być o tego mnicha, ja grodu i ziemi na łup dla niego zdawać nie myślę. Nastraszą się naszej siły, niech Zbigniew siedzi. Jak nas wojować zechcą, za zdrajców i nieprzyjaciół głosić, niewarta krwi naszej sprawa. Sieciech ma ludu dosyć.

- Oho! - zawołał Czech, który nieco dalej stał, a Dobrosław było mu imię. - Jakeście prędko wzięli sprawę, tak ją też rychło rzucacie. Tożeście się zgodzili królewicza trzymać i popierać.

- Nie wypędzamy go też - odezwał się Magnus kwaśno - ino wojna sroga rzecz. Kiedy musu do niej nie ma, lepiej nie poczynać.

- Skądże to wiatr dziś zawiewa? - wtrącił Dobrosław.

- Ten sam, co i wczoraj - mruknął Magnus. - Rozumu zawsze trzeba. Sieciechowi strachu napędzić, aby nam tu nie bruździł, nie królował, toć trzeba, a od swoich odstać i ze swymi się zarzynać!!! Czech warknął coś niewyraźnie, inni za Magnusem trzymali.

- Królewicza nie opuścimy - rzekł jeden - a na rzeź się za niego też nie damy. I jego nie uratujemy przez to, i ludzi nagubim.

- Gdy poseł przybędzie - ciągnął Magnus dalej - powiemy mu, że przeciw królowi podnosić się i z królem wojować nie myślimy, przeciw Sieciecha występujemy. Niech nam król, nie on panuje, niech ludzi nie wygania, niech głów nie strąca, oczów nie łupi... Dosyć było Sieciechowych rządów! Jam tu z ramienia pańskiego niechże mi równy nie rozkazuje!

- A jak król nie przystanie? - zapytał Chrama - jak się nas nie ulęknie? Pogładził się Magnus po łysinie.

- Ja grodu na łup nie dam - rzekł - a czyja wola w polu się potykać, nikomu nie zabroniono.

- Tak lepiej - dodał drugi z boku. - Kto ma wolę się rozprawiać orężnie, niech z murów wyciągnie. Grodu szkoda, na oblężenie ani żywności, ni gotowości nie ma.

- Ani ochoty - zakończył Magnus. Milczał trochę, a potem dodał.

- Prawdęli rzec? Po królewiczu więcej spodziewaliśmy się! Na kleryka on pewnie dobry, a będzieli zeń żołnierz, nie wiem. Z oczów mu groźno patrzy, z gęby mu słodko płyną słowa, a ręce wiszą. Ni do konia, ni do miecza ochoty nie ma. Włożył zbroiczkę, nie dotrwał w niej pół dnia, już mu barki gniotła; aż się skrobał. Rozśmiało się kilku, nikt nie sprzeciwiał. Rozpoczynały się narady, gdy drzwi przebojem otwarłszy zjawił się Zbigniew ciągnąc Dobka za sobą. Wstyd mu było z rady zostać wykluczonym.

- Cóżeście uradzili? - rzekł od progu miotając oczyma, aby wyczytać im prawdę z twarzy, nim ustami skłamią.

- Tak jak nic - odezwał się Magnus wodząc, wzrokiem po swoich. - Zobaczymy, co jutro pokaże. Nie wiemy, co poseł niesie.

- A ja wiem! - przerwał Zbigniew. - Jasna rzecz, zechcą, abyście się poddali, mnie katom w ręce dając! Oburzyli się wszyscy.

- Nie bójcie się, miłościwy książę - odparł Magnus wziąć was z między siebie nie damy. Za wcześnie mówić o jutrze nie wiedząc, co ono przyniesie, ale zdrady się nie dopuścimy. Król, gdy posyła, znać chce zgody. Bystrym spojrzeniem po twarzach poznał Zbigniew, iż przed nim tajono sprawę, a zbytniej dlań miłości nie było. Zgadł niemal, co się święciło.

- Miłościwi panowie - odezwał się podnosząc głowę. Nikogom ja nie prosił, aby mnie z klasztoru wyciągano, samiście to po dobrej woli uczynili. Teraz, gdym ja swobodny, o prawa swe upomnieć się mogę, nie odstąpię od nich. Jeżeli poseł niesie zgodę i to, co mi się należy jako synowi króla, dobrze! Zechcąli mnie znowu zamurować, a opuścicie wy mnie, pójdę do Czechów, do cesarza, pójdę do pogan badaj, a praw się upominać będę. Ludzi, choćby z piekła, muszę mieć. Zbliżył się Dobek z Morawicy do namiestnika.

- Na ludzi - odezwał się - trzeba złota i srebra mieć, a skąd ich wziąć?

- Może na to znaleźć się rada. Co się jutro z posłem uczyni, to nam powie, co dalej mamy przedsiębrać. Do jutra śpij, wasza miłość, spokojnie. Skłonił się nisko. Nie pozostało nic, tylko nazad powracać do izby, ku której prowadził. Zbigniew wyszedł nadąsany i gniewny; w rogu na Dobka skinąwszy nie zatrzymał się już między gośćmi, szedł wprost do izby, która mu była przeznaczona. Miał już i dwór swój, i urzędników, i służbę, bo mu się na nią i Czesi, i polscy wygnańcy, co go sprowadzili, złożyli. Zaraz w pierwszych dniach okazało się, że do występowania gromadnego, dwornego, strojnego i hałaśliwego największą przywiązywał wagę. W drodze już począł się troszczyć, by jego krwi królewskiej odpowiednio co najrychlej się urządzić. Chwytał ludzi, jacy się stręczyli, odziewał ich jaskrawo, dwu co na rogach grali, zabrał z Saksonii, innych ze Śląska pościągał, od panów wyprosił, konie sobie darowywać kazał, dwór przybierał i stroił. Więcej mu o to szło niżeli o samą sprawę. Za próg zamkowy teraz się nie ruszył bez gromady, którą za sobą wszędzie ciągnął. Musiał jeden przed nim miecz nosić jak przed książęciem udzielnym, drugi tarczę malowaną, dwu przeraźliwie trąbiło, inni okrzykiwali, lud rozpędzali i wołali: - Pan jedzie! Z drogi! W tym jednym najbardziej królewska się w nim krew okazywała; przepychowi jaskrawemu byt rad, a gdy prawdziwego mieć nie mógł, jako tako kłamanym się odziewał. Pysznił się tak sobą i podziwem gawiedzi chciał być koniecznie. Śmiał się widząc wybiegających z chat ludzi, głowy wyglądające przez okna, chowające się za węgły dzieci i dlatego tylko na koń co dzień siadał, aby się z trębaczami i dworem zabawić pokłonami ludu. Im więcej koło niego wrzawy czyniono, tym szczęśliwszy był, na zabój w rogi grać, w bęben bić, o żelazo szczękać nakazując. Starzy na to potrząsali głowami, a widzieli w tym pańską dumę, która zresztą w owym wieku przystała książętom i była w obyczaju. Na zamku izba najprzedniejsza, z belkami rzezanymi wzorzysto, przeznaczaną dlań była. Nie brakło w niej nic, co do wygody i ozdoby służyć mogło. Gromadka zjednanych przyjaciół, nazwana drużyną, poprzyodziewana dziwacznie, otaczała go tu wierząc w jego szczęście i gotowa zań karku nastawić. Wszyscy pośpieszyli za bobkiem i księciem czując, że potrzebni być mogą. Szedł i Zahoń. Choć nikogo Zbigniew za serce pochwycić nie mógł, królewska jego krew, nadzieja panowania, łask i datków, ludzi doń ściągała. Dobek szedł z nim jako pokrewny, spodziewając się z nim zawładnąć i kierować, inni, że nic lepszego do roboty nie mieli, a nadzieję jakąś świtającą widzieli. Słuchali go wszyscy podziwiając mowę łatwą, dopomagali do śmiechu, gotowi byli na wszelaką służbę. Zahoń najlepiej błaznował, śmieszył i najniżej się kłaniał, za co był w łaskach. Reszta drużyny niewiele była warta. Na wodza dla przyszłego wojska, którego jeszcze nie było, nastręczył się i wparł niemal gwałtem człowiek, który pono wiele po świecie wojował, a z wojen oprócz wytrawnego języka i skóry podziurawionej nic nie przyniósł. Kto on był, nikt dojść nie umiał; Ślązakiem się mienił, przysięgał, że z Głogowa był rodem, choć tam już nie miał nikogo i nikt go tam nie znał. Powiadał, że wojował długo na Węgrzech, że królowi Szczodremu służył, że Ruś znał jak własne kieszenie, królom czeskiemu i węgierskiemu był ulubiony i tylko go zazdrość z ich dworów wypchnęła; że na cesarskim też długo przebywał i do Włoch z nim wędrował, gdzie też nieprzyjaciół się dorobił swą cnotą. Cnotliwym się mienił wielce a przez cnotę nieszczęśliwym. Cesarskich teraz nie lubił i psy na nich wieszał. Człek był jeszcze urodziwy, postawny, wyszczekany, językiem do wszystkiego gotów, ruchawy pozornie, a gdy przyszło co czynić, posługujący się i popychający drugich, krzyczący tylko głośno a niewiele skuteczny. Do misy i do dzbana pierwszy się zawsze stawił i najdzielniej koło nich chodził. Chociaż skarżył się, że był porąbany w wojnach okrutnie, a włos mu już szpakowaciał, chciał jeszcze służyć, jak powiadał, szczególnie pod takim księciem, którego na pierwsze wejrzenie pokochał nadzwyczajnie. Kłaniał się do stóp królewiczowi, lizał mu ręce, rozpędzał przed nim ludzi, chodził przodem z głową odkrytą i pochlebstwy go zjednał. Zwał się Marko Sobiejucha. Ten bodaj na głównego wojewodę swatał się Zbigniewowi, a że gadał bardzo wiele i zabiegał nieustannie, już był prawie pewien swego. Dwu też Czechów, Rawitów, ludzi milczących i cichych, przyjął był sobie Zbigniew, z tych jeden, Przemko, podczaszym był, drugi Laszko - podkomorzym. Nie zbywało na innych dworakach, a co dzień się stręczyli nowi, których nie pytając przyjmowano, byle kto kaftan cały miał. Ci, co występowali w lepszej odzieży, pewni byli wyższego na nowym dworze dostojeństwa. Dobek z Morawicy, opiekun najdawniejszy, w zaufaniu był i łaskach. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec