Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

VIII

Jakby na głos tego dzwonka, co się ozwał z kruszwickiego kościoła, czekano w

królewskim obozie, wnet około namiotów ruch się rozpoczął znaczniejszy. Stały namioty pańskie pod samym lasem u starych dębów; które już znaczniejszą część żółtych liści straciły. Było ich rozbitych kilka wielkich i ozdobnych dla Władysława, który wygody potrzebował, bo chory wyruszył z Płocka na rozkaz Sieciecha, dla królewicza Bolka i Wojsława, dworu, kapelanów i starszyzny. Z wieczora już zapowiedział król Władysław, że nazajutrz nie pocznie nic, dopóki się nie pomodli i mszy świętej nie wysłucha, a błogosławieństwa Bożego nie otrzyma. Sieciecha widać nie było na czele, nie mianowano go, ażeby dowodził; z ręki jego szli inni, on sam, prawie się kryjąc, stał na uboczu nie chcąc, aby o nim wiedziano. Na oko dowództwo było przy młodym Skarbimierzu, który się w szkole Sieciechowej wyćwiczył. Na pułki królewskie dosyć spojrzeć było, by poznać, że z nimi sprawa nie pójdzie łatwo. Żołnierz odziany, zbrojny należycie, nakarmiony, nawykły iść na skinienie, poruszał się wszystek jako jeden człek w cichości i posłuszeństwie. Na zbroi i żelazie nie zbywało, rychlej za dużo go było niż za mało, bo ci zwłaszcza, co z końmi szli, blach mieli poczepianych na kaftanach do zbytku; tarczy, toporków, dzid, nagolenników i hełmów żelaznych było pełno. Ranek był cichy, z góry nie padało nic, msza święta pod dębem odprawiać się miała. Przysposabiano już do niej wszystko, ołtarz przykrywano, aby gdy król się ukaże, o. Lambert już ubrany mógł zaraz stanąć u ołtarza. Od samego Wrocławia przez drogę całą król był wielce milczący i smutny; na próżno się starano natchnąć go otuchą lepszą. Modlił się, przeczucia miał złe i płakał; wstyd mu było iść na własne dziecko. Do ostatniej chwili czekał, azali się ono nie upokorzy i o łaskę prosić nie będzie. Przybyli potajemnie z Kruszwicy od biskupa posłani i nic nie przywieźli. Sieciech, który nie postrzeżony pilnował króla, może by też był nie dopuścił do zgody, pewnym będąc przewagi i zwycięstwa. Gdy król już się odziewać miał i kożuch mu podawano, wszedł do namiotu wojewoda ubrany jak prosty człek, szarą na zbroję opończę zarzuciwszy, aby pana uspokoił. Drżący modlił się ciągle Władysław. Spojrzeli na siebie. Sieciech miał postać zwycięzcy.

- Niech się miłość wasza - rzekł z uśmiechem - o bitwę tę nie troszczy. Nigdyśmy, dzięki Bogu, nie szli na nieprzyjaciela pewniejsi zwycięstwa. W obozie ich panuje nieład i niedostatek. Ludzie zbierani z różnych kątów, wodza brak. Jeżeli dostoją pierwszej napaści, rzeź sprawimy okrutną. Król strwożony ręce zacisnął.

- A, zabijać go nie każcie - rzekł po cichu - nie godzi się, aby od moich ginął. Ojcem jestem. Wojewoda nic nie odpowiedział, tylko mu się twarz pomarszczyła i ściągnęła. Dniało. Król zobaczywszy przez namiot z przodu odsłoniony, że o. Lambert ze mszą wychodzić był gotów, prędko się ku ołtarzowi poruszył. Do starego dębu niesiono za nim wezgłowie, na którym pokląkł. Z odkrytymi głowy stało rycerstwo dokoła, stał i Bolko, cały już żelazem okryty, więcej oczyma biegając ku Kruszwicy i nieprzyjaciół obozowi niżeli pilnując modlitwy. Msza upłynęła wśród uroczystego milczenia; jak kłosy od wiatru pochylały się i podnosiły głowy, klękali i powstawali pobożni, po mszy zanucono hymn do Bogarodzicy, cicho zrazu, lecz zaledwie odezwał się od ołtarza, połączyły się głosy coraz większej liczby i uroczysta pieśń rozległa się po całym obozie: "O, gospodzie uwielbiona!" Mogli go stąd posłyszeć stojący naprzeciw Polacy i zrozumieć, że tą modlitwą przysposabiano się do walki. Król nie powstał i nie ruszył się do ostatniego słowa pieśni, do pośledniego Amen, które silniej jeszcze niż śpiew zagrzmiało echem wielkim po szeregach, kilkakroć powtarzane. Niebo ciągle chmurne było, dzień wilgotny, choć bezdżdżysty, w powietrzu panowała cisza. Niekiedy tylko ponad skrajem lasu przeleciał wiatr nie wiedzieć skąd, liśćmi poruszył suchymi, podniósł je w górę i rzucił nie opodal drżące na ziemię. Rozjaśniło się zupełnie. Pancernicy koni dosiadali i szykowali się, tak by wielkim kołem objąć obóz Zbigniewa i sam gród kruszwicki. Skarbimierz przez szpiegi swe wiedział, kędy stały Pomorce, gdzie byli Czechy, gdzie zbiegowie polscy, Zbigniewa zaś wśród walki, która się gotowała, łatwo się znaleźć spodziewano wiedząc, jaką się drużyną i hałasem otaczał. Podano królowi konia okrytego, ale mu Sieciech nie dopuścił inaczej jechać jak za pułkami otoczonymi strażą dobrze zbrojną i najmężniejszą. Siadać już mieli, gdy król, stojący w gotowości a zdający się wahać jeszcze, skinął na syna, który się na konia spinał, i z nim razem wszedł do namiotu. Prawie niechętnie Bolko cugle musiał porzucić i iść do ojca. Władysław stał w pustym namiocie, który już pachołkowie opróżniwszy ściągać mieli, gdy Bolko, z młodzieńczym ogniem w oku, rad ze swojego rycerskiego rynsztunku brzęczącego na nim, wszedł do namiotu. Król obie ręce na ramionach jego położywszy stał bezmównym długo.

- Dziecko moje - odezwał się po cichu - niech ci się serce nie rwie do boju. Straszna ta walka będzie opłakana łzami moimi. Wolałbym, byś nie szedł na nią. Królewicz zadrżał cały, aż zadźwięczały na nim żelaza, i ojcu się do kolan pochylił.

- Miłościwy ojcze! Nie żądajcież wy tego po mnie, nie żądajcie, nie strzymam się! Wskazał ręką na wojsko szykujące się do ruszenia, na pułki, które już wesoło wyciągały w pole.

- Moje miejsce tam! Tam! - zawołał.

- Nie! Obok mnie, Bolku! Boję się o ciebie i nie chcę, abyś się potykał z tamtym. Bratem ci jest!

- Przeciwko ojcu idący wróg nie jest mi bratem! - zawołał Bolko. - Znać go nie chcę. Serce twoje zasmucił, stał się nieposłusznym! Król ręce wyciągnąwszy znowu mu je położył na ramionach i z lekka ku sobie przycisnął.

- Bolku, dziecko moje - rzekł - jeśli chcesz iść bić się koniecznie, rycerskie słowo mi daj, że jego będziesz unikał. Bolko zamilkł trochę.

- Nie znam go! - rzekł.

- Poznasz, pokażą ci go ludzie - odparł król. - Ocal go raczej, nie walcz z nim, nie podnoś nań ręki, dla miłości mej. Widząc łzy w oczach ojca stojące Bolko zamilkł i rękę jego pocałował. Nie mówił więcej, za namiotem odzywały się rogi i ziemia tętniała. W milczeniu, wziąwszy błogosławieństwo ojcowskie, Bolko skoczył na gniadego konia, do którego był nawykły. Kilkunastu z drużyny, młodych i jak on zapalonych do boju, zbrojnych od stóp do głów, towarzyszyło mu nieodstępnie. Ani Wojsław, ani żadna siła w świecie powstrzymać by już ich i jego nie mogła, gdy okrzyk bojowy dał się słyszeć. Strzec go już tylko było potrzeba a odcinać, bo zapamiętały biegł za siebie nie patrząc, choćby się sam jeden miał pozostać. Wedle rozkazu Skarbimierza powolnym krokiem posuwały się pułki opasując szerokim kołem obóz Zbigniewa i miasto. W przeciwnym wojsku widać było pośpiech wielki i zamieszanie, pułki się dopiero ściągały i szykowały na stanowiskach. Rogi odzywały się nawołując rozpierzchłych, którzy jeszcze konie poili i od jeziora się ściągali opieszale. Sam widok wojsk królewskich mógł zestraszyć przeciwników, tak groźnym zastępem sunęli się jako mur gęsto zbity, najeżony dzidami i milczący... Na staję przybliżywszy się królewscy jakby przystanęli; każdy za oręż brał, łuk naciągał, tarczę mocował, oszczep zwieszony podnosił, aby mu go przy uderzeniu nie brakło. Z drugiej strony miotano się w nieładzie, jakby nie wiedząc, co poczynać. Już z miejsca, na którym stali królewscy, widać było, gdzie Zbigniewa i starszyzny szukać. Wiewał tam proporzec na długiej żerdzi, a na piersiach ludzi pobłyskiwało żelazo, którego gdzie indziej mało było. Rozkazał Skarbimierz naprzód całą siłą rzucić się na dowodzących, aby nieprzyjacielowi odciąć głowę. Zatrąbiono w rogi i ów mur, który się posuwał tak zwolna, teraz, jakby nim wicher i burza rzuciła; padł wprost pędem wielkim na polskie pułki otaczające Zbigniewa. Tu stał najdzielniejszy żołnierz, bo zbiegowie pamiętali, że głów własnych bronić muszą, a Sieciech im, gdyby się w jego ręce dostali, nie daruje życia. Bolko, jak tylko rogi posłyszał i ruch poczuł około siebie, już go nic powstrzymać nie mogło. Niósł się jak jastrząb na stado spłoszone, młodzież wiodąc za sobą, gotów swoich własnych bić, gdyby mu śmieli zapierać drogę. W jednej chwili zmieszało się wszystko, oba wojska zbiły się w jeden kłąb drgający, w jedno ciało miotające się jak smok ogromny, prąc się wzajem, siekąc, rąbiąc i koląc. Na prawo Pomorcy ledwie dostawszy kroku, że tyłu zajętego nie mieli, z wrzaskiem pierzchać zaczęli tłumnie. Ci, co naprzeciw nich stali, puścili się w pogoń za nimi. Czechy rzucili się przeciw królewskim mężnie a rozpaczliwie bijąc się i tu bój zawziął się srogi. Dobek i Marko, którzy przy Zbigniewie stali, a ten nie wiedząc, co poczynać, blady na koniu siedząc w miejscu się kręcił, zrozumieli łacno, że nie dotrzymają królewskim. Chcieli cofnąć się więc ku miastu, bo tam za domami i ścianami obrona była łatwiejsza a w razie ostatnim i ucieczka mniej niebezpieczna. Lecz zaledwie się ku grodowi posunęli, gdy królewscy odcięli im do niego drogę i na karki wsiadłszy rozpoczęli zajadłą walkę. Bolko był w pierwszym rzędzie, zapomniawszy na prośby ojcowskie i o całym świecie, bo gdy w nim krew zawrzała młoda, ślepym i głuchym się stawał. Kędy był teraz Marko, ów wojewoda, który tak się obiecywał do walki, nikt nie wiedział. Znikł nagle, a stało się to tak, iż powiedzieć nie umiał żaden, gdzie się podział, czy padł, czy go osaczono, ujęto, czy go ziemia pochłonęła. Dosyć, że go już nie było! Z małą gromadką Zbigniew parł się ku miastu i zamkowi, blady, nie umiejący mieczem się bronić, zmuszony więcej ukrywać się za swą młodzież niż na własną liczyć siłę. Nagle naprzeciw niego stanął Bolko, który po chorągwi i otoczeniu albo raczej przeczuciem jakimś brata się w nim domyślał. Zbigniew przyciśnięty przez niego, gdy inni mu w pomoc nie przybywali, pierwszy raz za oręż pochwycił ręką drżącą i zamierzał się na niego. Oczyma starli się bracia - Bolkowi dłoń zadrżała! Gdyby był słuchał zapalczywości swojej, ubiłby go pewnie mając przed sobą niezręcznego i strwożonego. Łzy ojcowskie stanęły mu na pamięci i pominąwszy go z zajadłością rzucił się w bok, nie chcąc nawet patrzeć na Zbigniewa. Towarzysze porwali go między siebie i co żywiej z nim na wzgórze ku zamkowi pobiegli. Pierwszy, co pod miecz Bolka się dostał, padł ubity, gdy wtem koń jego, pchnięty w bok oszczepem, na przednie upadł nogi, łbem na ziemię. Lecz Bolko już stał, a towarzysz wierny drugiego mu podał wierzchowca. Nim go dosiadł i obejrzał się, oddział otaczający Zbigniewa i część Polaków na gród się już wdarli. Tyle tylko ujść ich zdołało od miecza wojsk królewskich, które zwycięsko boju dokonywały, osaczywszy wkoło reszt nieprzyjaciół broniących się z wściekłością, bo jeńców brać nie chciano. Bój wkrótce w rzeź się zamienił. Z jednej strony wojska Władysławowe, z drugiej jezioro: wybór śmierci od żelaza lub wody. Ci, którzy z rozpaczy wpław się rzucili mając na sobie kaftany ciężkie i żelazo, nie mogąc się utrzymać na wodzie, tonęli natychmiast prawie. Niektórzy dobywali się bezsilnie i zaledwie ukazawszy głowy szli znowu na dno. Do innych strzelano i dobijano kamieniami. Na falach widać było płynące ciała i potopione konie. Dzikim rykiem i jękami rozlegała się okolica. Jakaś część Czechów okrwawionych i garść ocalała zbiegów polskich po stosach trupów usiłowała się dostać do miasteczka, z którego ludność przerażona z krzykiem uciekała na pole, domy, dzieci, mienie zostawując na pastwę rozjuszonego żołnierstwa. Wtem z rozkazu czy z przypadku, podłożony czy zażegnięty przez nieostrożność ogień buchnął ze strzech słomianych, gęste kłęby dymu poczęły się podnosić w powietrzu. Wicher, jakby hasła czekał, zerwał się nagle i poniósł iskry i płomień na sąsiednie domostwa. Wkrótce cała osada drewniana była już jakby morzem płomieni, ponad trupów stosami, bo wojsko biło i mordowało, kogo napadło, chucią krwi i zabójstwa miotane. Z pagórka gdzieniegdzie, jak po deszczu strumienie, toczyły się strugi krwawe. Ogień, miecz, woda dokonywały razem strasznego dzieła zniszczenia i śmierci. Pod wieczór już straszliwe owo pobojowisko było jednym śmierci łożem. Jeńców nie brał nikt... Całe brzegi jeziora stały okryte trupami ludzi, ścierwem koni, nad którymi sterczały połamane oszczepy i pokruszone pociski. Czeladź obozowa już plądrowała ściągając obnażone zwłoki ku wodzie, spychając je do Gopła. Jak zajrzeć było, na zmąconych jeziora falach bielały gęściej coraz unoszące się trupy. Król stał na wzgórzu i oczy zakrywał, aby nie patrzeć na widok ten straszny i krwawy. Woń pobojowiska odetchnąć mu nie dawała, a odejść nie mógł i oczów na długo od grozy tej oderwać. Szukał nimi syna. Bolko zostawszy ze swymi na pobojowisku na próżno się oglądał, z kim by jeszcze mógł walczyć - nieprzyjaciela już nie było. Nad wieczór na wrzawliwym polu panowała cisza pustynna. Garść tylko szczupła ze Zbigniewem schroniła się do grodu, ale w nim o obronie i trzymaniu się ani myśleć nie mogła. Zamek opasany był dokoła. U stóp jego dogorywało spustoszone miasteczko, wyludnione, zniszczone na wieki, gdyż co nie uszło zawczasu, padło od nielitościwego żołnierza. Modlił się król, gdy grubą odziany opończą przyszedł Sieciech i wskazał mu na wieżyce grodu.

- Tam jest - rzekł. Król odetchnął.

- Oddaję go opiece twej i straży - odezwał się drżącym głosem. - Ale o życie dla niego, o życie proszę!... I podał dłoń Sieciechowi, który dumnie się jakoś zawahał, nim jej dotknął.

- Miłościwy panie - rzekł. - Masz litość, gdzie się jej mieć nie godzi. Nastawał na życie twe, na królestwo, na powagę ojca, na ukochane dziecię twoje, oręż na ciebie podnosił....

- Chcę, by żył! - powtórzył król z siłą wielką. Wojewoda poruszył się prawie gniewnie. Nadbiegła gromada żołnierzy ze Skarbimierzem, który bojem rozpalony i zagorzały na zamek wskazywał, bo tchnąć i mówić nie mógł.

- Zabrać tych, co tam są! - zawołał Sieciech oczy ku wieży skierowawszy. - A król - dodał żywo - życie mu kazał zachować! Skarbimierz lękając się, aby mu garść ludzi z królewiczem na zamek zbiegłych nie uszła, pośpieszył na gród, który już miano na oku. Wrota były zaparte, ale o obronie nikt nie myślał... Gdy królewscy przy byli do bramy, kazał Skarbimierz zatrąbić, ale na odgłos ten długo się nikt nie zjawił. Już miano zacząć tłuc i rozbijać wrota, gdy w furcie pokazał się człowiek.

- Wrota otwierać! - krzyknął Skarbimierz. - Gdy ja je wyłamię, nie wyjdzie nikt cało, wybić każę wszystkich, tak jakeśmy wybili tych, co tam leżą. Wskazał na brzegi jeziora. Po krótkiej chwili wahania poczęto drągi odwalać, zwolna odchyliły się ciężkie wrota, kilkudziesięciu ciurów stojących za nimi padło na kolana przed Skarbimierzem czoła chyląc ku ziemi. Nikt nie spojrzał na nie. Królewscy poczęli zajmować wnijście i rozgaszczać się na zamku. Pochwyconych jeńców łykami wiązać zaczęto.

- Gdzie Zbigniew? - zapytał Skarbimierz. Nie mówiąc nic ludzie pokazali dworzec pod wieżą. Wódz z kilku ludźmi poszedł do drzwi, w które oszczepami bić zaczęto. Niedługo czekali, gdy im je bez oporu na oścież otwarto. Pacholę, które stało drżące w progu, na zapytanie o Zbigniewa okazało drzwi na prawo. Izby puste stały otworem jedna za drugą. W ostatnie u ściany na ławie spostrzegł Skarbimierz siedzącego człowieka, nad którym drugi stał z boku z rękami spuszczonymi. Zbigniew to był - blady, oparty na łokciu; usta miał zaciśnięte, w oczach wyraz zarazem dziki i strwożony. Nim Skarbimierz wszedł i mógł doń przemówić, zmierzył go wzrokiem królewicz, jakby chciał nieprzyjaciela poznać i los swój przyszły z niego odgadnąć: niósł mu śmierć, oślepienie czy życie i łaskę? Ostatniej mało mógł się spodziewać; jeńcem był krwią drogo okupionym, krnąbrnym przeciwko ojcu i królowi. Ujrzawszy przystępującego Skarbimierza wahał się, czy ma wstać i upokorzyć się przed nim, czy resztką dumy i przebiegłości z nim walczyć. Poruszył się i pozostał w miejscu, podniósł znowu i padł, niepewien siebie, czoło tarł ręką, oczy spuszczał. Wreszcie jakby siłą jakąś rzucony - wstał. Skarbimierz długo nań patrzał.

- Królewski rozkaz jest, abyście więźniem byli - odezwał się krótko. - Zechcecieli zbiec lub z zamku się wyzwolić, życia waszego nie będę szczędzić. Spod brwi nawisłych popatrzył Zbigniew.

- Wiem, żem jeńcem - odezwał się ośmielony. - Ale jestem królewskim synem, o tym ja nie mogę, a wy zapominać nie powinniście!

- Syn, co się na ojca porwał, dzieckiem być przestaje - surowo odparł Skarbimierz. - Miłosierdziu tylko króla winniście życie: znajcie to! W pierwszej izbie zbrojni ludzie, którzy przyszli ze Skarbimierzem, stali w pogotowiu nie wiedząc, co im przykażą. Ten nie czekając już odpowiedzi zwrócił się ku nim i pokazał na Zbigniewa.,

- Więzień jest wasz - rzekł - strzec go macie pilno, abyście zań głowami nie odpowiadali. Kilku się natychmiast zbliżyło.

- Strzec go dzień i noc, taki jest rozkaz króla, pana naszego - powtórzył Skarbimierz. Namyślił się Zbigniew i gdy dowódca miał już odchodzić, zbliżył się doń z niezgrabną mieszaniną dumy i pokory, krokiem niepewnym.

- Chciałbym mówić z wami - odezwał się głosem zniżonym.

- Ja nic z wami do mówienia nie mam - odparł zimno Skarbimierz.

- Jesteście chrześcijańskim człowiekiem - rzekł królewicz - możecie nieszczęśliwego przez miłosierdzie posłuchać. Wódz skinął na ludzi, aby się oddalili, i zatrzymał się w progu.

- Ja - odezwał się zwolna, wzrokiem badając przeciwnika, Zbigniew - nie tak winnym jestem przeciw królowi i ojcu memu, jak się zdaje. Szedłem nie po własnej woli. Z klasztoru mnie wzięto gwałtem, prowadzono tak samo. Nie chciałem bić się przeciwko ojcu, zmuszono mnie. Byłem w ręku tych ludzi zakładnikiem. Mamże za to odpowiadać czując się niewinnym? Popatrzył nań trochę zdziwiony Skarbimierz.

- Prawicie dziś tak - rzekł - bo was zwyciężono i złamano. We Wrocławiu sprawialiście się inaczej, ludzie świadczą o waszych słowach i uczynkach.

- Ludzie winę własną składają na mnie. Oszczercy są! Niegodziwi! - począł nabierając coraz odwagi królewicz. - Bądźcie mi orędownikiem, miłościwy panie, a jeśli nie chcecie więcej nic uczynić, odnieście słowa te królowi ojcu memu - niewinny jestem! Skarbimierz popatrzył nań z góry, nie odpowiedział nie i wyszedł z izby po woli. Zbigniew wrócił na siedzenie swe i padł na nie zamyślony. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec