Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

IX

Zamknięty jako więzień w tych izbach kruszwickiego zamku, w których szukał po

bitwie schronienia, nie wiedział Zbigniew nawet, co się działo dokoła, oprócz swej straży milczącej nie widując nikogo. Przygotował się, rozmyślał nad obroną swej sprawy, gdyby go badano, ale od króla nikt do niego nie przyszedł, głucha cisza go otaczała. Zahoń towarzyszący mu trochę więcej miał swobody, bo go przynajmniej na podwórce wypuszczano, mógł też czasem coś posłyszeć i przynieść. Lecz wieści te skąpe były. Wojska królewskie od zatrutych brzegów Gopła odciągnęły, obóz zwinięto, na grodzie tylu ludzi tylko pozostało, ile do strzeżenia go było potrzeba. Na pobojowisku, nad jeziorem, dla niedostatku wody i nie pogrzebionego w wielkiej ilości trupa, królewscy długo nie mogli pozostać. Zgnilizna z ciał tylu śmiertelnymi wyziewy napełniała powietrze; z miasta nie pozostało nic oprócz węgłów nie dopalonych i zamku, który ocalał; biskup nawet wyniósł się z tego pustkowia, jednego kapłana tylko zostawując przy kościele. Zbigniewa, jak prostego więźnia, opatrywano w pierwsze do życia potrzeby nie troszcząc się o nic więcej, jak tylko by nie umarł z głodu. Strawę mu dawano tęż samą co straży, nikt ani spytał, czy czego potrzebuje. Upłynęło tak parę tygodni, gdy dnia jednego Zahoń wpadł z wiadomością, że na kruszwickim zamku dla wody zepsutej i chorób między ludźmi załoga wytrwać nie może, zatem ją i ich gdzieś zapewne indziej przeniosą. Dokąd? Zahoń się nie mógł dowiedzieć. Jednego mroźnego ranku jesieni ujrzał Zbigniew przez drewniane kraty okien, że konie z szop wyprowadzono i ludzie się krzątali żywo. Ruch na pustym zwykle i cichym zamczysku był nadzwyczajny, radość jakaś nieznana brzmiała w głosach ludzi, bo wszystkim szczęściem wydawało się uciec z tej pustki. w której oddychać było ciężko, żyć straszno i powolnie konać musiał każdy czując, jak zeń życie ucieka. Wysłany Zahoń potwierdził, iż z Kruszwicy wyciągać mają. Zimny był dzień, a królewicz odzieży innej nie miał nad tę, którą w dzień bitwy wdział na siebie. Gdy sotnik, co mu miał towarzyszyć, wszedł do izby, zażądał Zbigniew kożucha na drogę. Dano mu prosty, nie powleczony niczym, barani, zdjęty z któregoś z ludzi, bo innego dlań nie było. Koń też, na którym miał podróż odbywać, z szerścią najeżoną, obrosły, dziki, niepańsko wyglądał. Podesłano kawał sukna grubego, a sznury za wodze służyły. W podwórzu gęsta straż z oszczepami w ręku otoczyła Zbigniewa i tak ruszyli za wrota. Różne myśli snuły mu się zawczasu po głowie, roił przez drogę całą. Zahoń, który w początkach widział go ponurym i niemal zrozpaczonym, dziwił się, gdy drugiego dnia zobaczył pana uśmiechniętym, mrugającym oczyma dosyć żwawe i ochotnie zabierającym się do dalszej drogi. Powolnie bardzo posuwał się ów orszak królewiczowski wynędzniałe mając konie, słabych ludzi. Stawano ciągle na spoczynki, popasano często i długo nad miarę, na noclegi zatrzymywano się zawczasu, ruszano z nich późno. Nikomu widać śpieszno nie było bardzo. Wreszcie nad wieczorem dnia jednego pokazała się Lechowa góra i gnieźnieńskie zamczysko. Z dala już widać było bielejące jaśniej mury kościoła, który teraz dopiero po zniszczeniu owym za bezkrólewia po Mieszku i po łupieży - odbudowywano. Zmierzchło zupełnie, nim się powoli wlokąc do okopów i bramy zamku dostali. Tu dokoła grodu cale inne niż w Kruszwicy było życie; spotykano mnóstwo ludu, wozów wieśniaczych po drodze, pieszych i konnych żołnierzy na zamek i z zamku śpieszących. Podwórca obszerne, do których się dostali, pełne też były różnego tłumu. Wśród żołnierzy przesuwało się duchowieństwo, które w części kościoła odrestaurowanej już odprawiało nabożeństwo; robotnicy też obcy, jak z odzieży poznać było łatwo, do budowy i ozdoby świątyni sprowadzeni, w znacznej się liczbie kręcili. Gdy przybyła gromadka stanęła w dziedzińcu, wszedł zaraz starosta grodowy, aby przyjąć królewicza z rąk straży. Nikt mu jednak i głową nie skinął. Z konia zsiadłszy pod strażą iść musiał pieszo na tylną część zamku, gdzie dlań była gotowa jedna izba, a przed nią druga, w której stróże pilnować go mieli. W oknach tej izby pustej, w której ledwie ławy brudne, stół prosty a w rogu był tapczan sianem przyrzucony, w oknach błon nawet na zimę nie wprawiono, tylko kraty gęste i okiennice zasuwane. Zawiedziono go tu nie mówiąc doń, nie spytawszy o nic, ledwie nań patrząc jak na prostego winowajcę, którego jutro tracić mają. Starosta próbował mocy drzwi i okien, stróżom wydał rozkazy i poszedł precz, jakby unikał Zbigniewa. Zahoń musiał upominać się o skórę na posłanie, o jadło po drodze głodnej, o ogrzanie izby zimnej. Zbigniew milczał. Choć przyjęcie to złą wróżbą było dla królewicza, Zbigniew nie stracił nadziei. Trzeciego dnia rano Zbigniew wstał z twarzą rozjaśnioną, jakby mu się co szczęśliwego zdarzyło, zawołał do siebie Zahonia i zburczał go za ponure wejrzenie.

- Idź mi zaraz - rzekł - do starosty, powiedz mu ode mnie, żem księdza nie widział od dawna, mszy nie słuchał, spowiedzi nie odbył, tego i na ścięcie idącym nie odmawiają. To mówiąc uśmiechnął się, chlubiąc się przed Zahoniem chytrością swoją, na której ten się nie poznał. Poseł spełnił, co mu polecono. Starosta wysłuchał, nie odpowiedział nic i ręką go odprawił. Zahoń powrócił z niczym, ale z południa Zbigniew, który znaczniejszą część dnia wylegiwał się na posłaniu, postrzegł przybywającego duchownego. Prośba została spełniona. Wszedł przygarbiony staruszek krokiem powolnym, nogami sunąc, w czapce z uszami, z kijem w ręku, pozdrawiając wedle obyczaju chwałą Chrystusową. Królewicz uradowany zerwał się doń żywo i pośpieszył do ręki. Zahoń stojący z boku zdziwił się widząc go nagle tak zmienionym, jakby innym był człowiekiem. Postawę przybrał pokorną, jaką miał, gdy klerykiem był jeszcze, twarz smętną i spokojną, szedł z oczami spuszczonymi ku ziemi. Zuchwalstwo obozowe i buta znikły, zastąpił je wyraz niedoli, przygnębienia i poddania się nieszczęśliwemu losowi. Ksiądz, zapewne uprzedzony, spoglądał nań z ciekawością a zarazem z pewnym niedowierzaniem. Usiadł mrucząc coś niewyraźnie i wpatrując się w człowieka, który litość musiał obudzić.

- Ojcze mój - począł Zbigniew głosem do postawy zastosowanym - najnieszczęśliwszego z ludzi widzicie przed sobą, niewinną ofiarę za grzechy cudze pokutującą, oszczerstwem obluzganą, oczernioną złością ludzką. Aliści nie żalę się za grzechy pokutując i skarbiąc sobie łaskę Bożą, boleję tylko nad jednym, że mi największy skarb na ziemi, miłość i serce ojcowskie wydarto. Wszelkiej pociechy pozbawiony, jako prosty niewolnik do ciemnicy rzucony, cierpię w pokorze dopust i krzyż pański! Mówił to z takim uczuciem, tak gorąco i serdecznie, iż księdza poruszył.

- A po cóż było, dziecko moje - odezwał się staruszek po co było Chrystusowe porzucać gniazdo i suknię zwlekać, co pokój duszy daje?

- Gwałt mi uczyniono, ojcze! - odparł Zbigniew. Ksiądz popatrzał nań potrząsając głową, widać była, że pragnął uwierzyć w to, co słyszał, a lękał się być łatwowiernym i oszukanym.

- W klasztorze - ciągnął dalej głosem skruszonym królewicz - miałem, choć zapomniany przez ojca ziemskiego, Niebieskiego Ojca pociechę, wspólną modlitwę z braćmi, w ofierze codziennej uczestnictwo, tu i tego jestem pozbawiony. Tak się rozpoczęła rozmowa, w ciągu której Zbigniew usiłował się okazać pobożnym, stęsknionym za religijną pociechą, błagając, aby mógł kiedy niekiedy przynajmniej przypuszczonym być do wspólnej z duchowieństwem modlitwy. Staruszek słuchał tego wylewu wyrazów płynących z ust królewicza obficie, łatwo, przekonywająco. Z początku uszom wierzyć nie chciał, później zwolna się dając ująć wymowie, której głos nawet drżący i łzawy dopomagał, uległ wrażeniu dlań miłemu. Znalazł człowieka potępionego lepszym, niż się spodziewał. Począł pocieszać więźnia. Nie śmiał mu jeszcze nic obiecywać, lecz przyrzekał się starać, aby losowi jego ulżono i dozwolono mu, choć pod strażą, chodzić do kaplic i do spowiedzi przystępować. Ucałował ręce jego Zbigniew, a gdy staruszek dłużej nad zamiar zasiedziawszy się ruszył ku drzwiom, więzień zgięty wpół odprowadził go do progu. Ledwie się za nim drzwi zamknęły, a ów królewicz tak nieszczęśliwy zmienił się w zuchwałego młokosa, jakim był przedtem. Zahoń stojący w kącie osłupiał. Twarz Zbigniewa rozmarszczyła się, oczy przymrużyły szydersko, usta otwarły uśmiechem, ukazał na drzwi i zatarł ręce. Drugiego dnia już pozwolono Zbigniewowi na mszę ranną do kościelnej kaplicy. Czcigodny starzec, arcybiskup Marcin wedle dawnego kościelnego obyczaju siedział na biskupim tronie za ołtarzem i tejże mszy przez kapelana swego odprawianej słuchał. Zbigniew w owym brudnym kożuszku, w lada jakich chodakach, z włosami odrosłymi, które mu się w nieładzie jeżyły na głowie, blady, wymęczony, stał nieszczęśliwym widokiem swym mogąc istotnie serce litościwe poruszyć. Arcybiskup Marcin znanym był z wielkiego miłosierdzia i cnoty chrześcijańskiej. Ujrzawszy tę królewską krew w takiej poniewierce i poniżeniu, zapłakał nad losem biednego więźnia, słyszał już o nim od staruszka, ojca Laurentego, który wprost doń wczora poszedł niosąc mu obraz tej niedoli i skruchy. Przez cały czas mszy świętej arcybiskup patrzał na królewicza, po kilkakroć ocierając oczy. Tegoż dnia arcybiskup wezwał do siebie starostę grodowego, dla którego najwyższy dostojnik duchowny królestwa na równi był z królem. Należała mu się taż sama cześć i posłuszeństwo. Począł go badać staruszek o więźnia dając do zrozumienia, że choć rozkazy Sieciecha ostre i surowe były, miłość chrześcijańska ulżyć losowi królewskiego syna nakazywała. Rada arcypasterza była rozkazem. Za nią wnet poszło i lepsze łoże, i odzież nowa, i strawa znośniejsza. Zwycięsko na to wszystko ukazywał Zahoniowi królewicz, ale gdy ojciec Laurenty przychodził lub kto z zamkowej straży go odwiedzał, wracał do smutku i pokory wydając się im niewinnym barankiem i ofiarą. Rozeszła się potem po zamku wieść, jakiego to bogobojnego młodziana trzymano w srogiej kaźni z winy tych zdrajców, co za narzędzie go używszy sami wprawdzie marnie zginęli, ale królewiczowi świat zawiązali. Tak stały rzeczy, gdy jednego rana Zahoń powróciwszy do izby z podwórca długo przed ogniem stał w zamyśleniu jak osłupiały; potem, nagle zwracając się do pana, zawołał:

- Miłościwy panie! Czy też może być, żebym ja na moje własne oczy widział Marka Sobiejuchę?

- Kiedy? Gdzie? - spytał Zbigniew.

- Tutaj, dziś - odparł Zahoń.

- Marko przecie pod Kruszwicą zginął biedaczysko rzekł królewicz.

- Albo to on, albo rodzony brat, albo ktoś do niego jak dwie krople wody podobny

- rzekł chłopak.

- Gdzie i jak go widziałeś? - odezwał się obojętnie Zbigniew.

- W podwórcu, tysiącznikiem nad wojskiem. Nie tylko twarz, ale i głos ten sam - rzekł Zahoń.

- A on? Widziałże ciebie?

- Powinien był, ale czy znać nie chciał, czy... nie wiem! mówił chłopak. - Patrzał się na mnie i odwrócił.

- Toć nie on chyba - rzekł Zbigniew - albo to mało ludzi do siebie podobnych! Zbliżyć się było.

- Krzyczał i łajał strasznie ludzi, w gniewie był jakimś, nie śmiałem - rzekł chłopak. - Dziw, bo i opończa na nim taka sama... Królewicz pokiwał głową, zdumiony trochę.

- Opończę widziałeś, nie człowieka - odezwał się - oczy cię omyliły, w bitwie padł.

- A nie - rzekł żywo Zahoń - przed bitwą go nie stało. Trochę się pozostał w tyle, a potem go już nikt nie widział. W parę dni potem zaciekawiony Zahoń, który widmo Markowe ścigał, przyniósł z podwórza wieść, że Marko był ten sam, żyw i zdrów, ale ani znać, ani gadać nie chciał z nim, bo był w służbie królewskiej. Kazał go do siebie przywołać Zbigniew. Ale kilka dni uganiając się za nim Zahoń zbliżyć się doń nie mógł, a gdy wreszcie sam na sam, w cztery oczy, go przydybał, Marko mu rzekł ze złością:

- Idź precz! Znać was nie chcę! Rozgniewał się królewicz i począł odgrażać. W kilka dni jednak po tym zrzeczeniu się Marko zmiarkować musiał, że niebezpieczeństwo było syna królewskiego się zapierać, aby przez niego nie być wydanym. Sam przystąpił do Zahonia i zapowiedział mu, że się którego dnia na straż do nich wyprosi i z królewiczem zobaczy. Tak się też stało. Po głosie poznał Zbigniew zaraz gadatliwego Marka, który do niego wszedłszy naprzód od tego począł, że wszystkie kąty przepatrzył. Kraty w oknach mocował, zasuwy próbował, a dopiero ludzi swych porozsyławszy do rozmowy się stawił.

- Jakżeś ty się ocalił? - zapytał go królewicz.

- Wyraźną łaską i cudem Bożym, a patrona mojego, ewangelisty, opieką - zawołał Sobiejucha ręce składając i wywracając oczy. - Do tylnej straży docierałem, aby zobaczyć, co się tam dzieje, gdy pierwszy zostałem napadnięty przez cały hufiec... Dwudziestu położyłem trupem broniąc się; tymczasem z tyłu ciął mnie w łeb ogromny gbur, aż mi czerep na dwoje rozpłatał, padłem jak nieżywy na pobojowisko. Szczęściem, lecąc na ziemię krzyknąłem: - ratuj mnie, Marku święty! I dwie połowy czerepa rękami ścisnąłem, a w tej chwili natychmiast się zrosły... cudem! A tu jak poczęli mnie końmi tratować, trupy na mnie walić, myślałem, że ostatnia godzina przyszła! Zostało mi tyle tylko luzu, żem miał czym oddychać. Leżałem tak przyczaiwszy się do nocy; dopierom po ciemku się wydobył, pochwyciłem w miasteczku konia rannego, z którego trzewia wyszły, włożyłem mu je nazad, zawiązałem chustą i na nim bez tchu leciałem dwie doby nie jedząc i nie pijąc. Dopadłem w lesie chaty litościwych ludzi i baby, która się na zielu znała. Jak zaczęła mnie smarować, we dwa dni postawiła na nogi. Sobiejucha tchnął mocno i kaszlnął.

- Co było robić! - dodał - przystałem do królewskiego wojska - człowiek musi żyć; ale to hołota!! Z mowy i całego obejścia się Sobiejuchy znać było, że równie się musiał obawiać popaść u starosty w podejrzenie jak u Zbigniewa w niełaskę. Zabawiwszy tu krótko począł się wymykać, obawiał się bowiem, że mu nie dowierzano, i niezmiernie ostrożnym być musiał. Nie było go potem widać długo, a gdy Zahoń spotkawszy się z nim w podwórzu zapraszał, aby przyszedł, wymawiał się tym i twym przysięgając, że nań oko mają, że mu nie wierzą i że dla wielu nieprzyjaciół i zazdrosnych musi się na każdy krok swój oglądać. Niewdzięczność ta Marka niewiele obchodziła królewicza, nagradzała się ona sowicie coraz większą łaską arcybiskupa Marcina, który nad dzieckiem królewskim łzy ronił widząc je ciągle tak pobożnie modlącym się, pokornym i cichym. Powoli za jego wstawieniem się do starosty los Zbigniewa polepszał się ciągle. Nie broniono mu chodzić do kościoła, a niekiedy przy dozorze po podwórcach ku wałom się przechadzać. Zbigniew jak przyczajone zwierzę, które się w kłąb zwija chowając zęby i pazury, samą pokorą i niewinnością okazywać się umiał. Widząc, że się tym przypodoba staruszkowi, w nabożeństwie szczególną okazywał gorliwość, a ilekroć przy wyjściu z kościoła mógł się do niego odezwać, opowiadał o swej miłości dla ojca, dla rodziny, o sieroctwie swym, zaręczając, iż nic nie pragnął oprócz spokoju, aby dziełami miłosierdzia Boga mógł chwalić i za ocalenie swe dziękować. Po każdym takim wystąpieniu powróciwszy do izby królewicz śmiał się do Zahonia, który mu uśmiechem odpowiadał, i zwierzał się z przyszłych myśli.

- Zapłacą oni za moją niewolę! - mówił do wiernego sługi - liczę i zbieram, co mi się od nich należy! Jak w Piśmie stoi, odbiorę od nich ząb za ząb, oko za oko, nie daruję nikomu! Zamiast wdzięczności dla sędziwego arcybiskupa, Zbigniew szydził z jego łatwowierności, wyśmiewał dobroduszność, naśladował ruchy i głos jego, rozczulenie i płacz, co głupkowatego Zahonia niewymownie bawiło. Lecz rok, dwa, może dłużej, nawet z nadzieją ciężko przeżyć takim życiem. Rachuba na arcybiskupa zrazu pewna zaczynała się coraz mniej prawdopodobną okazywać - bo obietnice nie miały żadnego skutku - staruszek ponawiał jakieś nie oznaczone przyrzeczenia głuche nie mówiąc ani kiedy, ani jak się one spełnić mogą. Z wielkiej radości Zbigniew wpadł w rozpacz i zwątpienie. Snuło mu się już po głowie, nie spuszczając się na żadne obietnice, wydobyć się z zamku po kryjomu, zbiec na Pomorze, gdzie się zawsze spodziewał znaleźć sprzymierzeńców, albo się schronić do Czech, które mu pomoc były powinny. Zahoniowi już był nawet polecił ludzi sobie jednać i szukać środków do ucieczki, ale chłopię bojaźliwe i niezręczne do podobnej roboty wcale się nie zdało. Łajanie i szyderstwa z niego wcale nie pomagały; przybity nimi stawał się Zahoń jeszcze mniej obrotnym. Wtem rozeszła się wieść, że w roku tym, dnia pierwszego maja, w święto apostołów Filipa i Jakuba, kończąca się w Gnieźnie katedra poświęcona być miała uroczyście. Na dzień ten zjechać miał z Płocka król Władysław, królowa, Bolko, Sieciech i wszyscy niemal biskupi z kraju całego. Zdało się Zbigniewowi, iż arcybiskup ten właśnie dzień wybrać może, aby za nim do rodzica przemówić i przebaczenie mu wyjednać. O. Marcin wyraźnie dnia tego nie oznaczył, ale się kazał domyślać, iż chwila stanowcza się zbliżała. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec