Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

II

Na płockim zamku wieczorem dnia jednego letniego cicho było jak zwykle; śpiewy

tylko niewieście rozlegały się około komnat królowej, gdzie Judyta, trzy jej córki, liczny dwór żeński i męski - prawie zawsze zabawiał się dosyć wesoło. Dwa otoczenia, króla Władysława i królowej, dzieliły się od siebie najczęściej jak dwa obozy nieprzyjacielskie. U królowej przeważała liczba cudzoziemców, Niemców i Niemek; szczególniej młodzieży węgierskiej, Sasów i Frankonów kręciło się dużo, a była to drużyna pusta i próżniacza, dla której gędźba, śpiewy, pląsy i umizgi całe stanowiły życie. Po królewsku, wspaniale, dostatnio, świetnie odbywały się zabawy wieczorne ciągnące się często do późnej nocy. Na smutnym królewskim dworze panowała cisza, a Władysław modlił się, trwożył i chorzał. Całe dnie schodziły mu na myślach tęsknych, w których przewidywał przyszłe zawikłania i klęski. Wróżył zawsze co najgorsze. Dopóki Zbigniew był zamknięty, płakał nad tym dziecięciem swym pokrzywdzonym; gdy go uwolnił, lękać się począł, ażeby z Bolkiem nie waśnili się i nie spierali, lękał się, aby nie zniechęcili Sieciecha, lękał się, aby woj wojewoda zrażony nie odstąpił od niego. Obawiał się dzieci własnych, bał wojny, niezgody, niepokoju; ze wszystkimi rad był żyć w zgodzie, nikogo nie zniechęcać, okupić ciszę dla dni starości swej. Widma chorobliwej wyobraźni, przeczucia straszne go prześladowały. Nocami sny miewał przerażające, po całych dniach gryzł się podejrzeniami i przywidzeniami. Strapionego ducha ledwie na chwilę ukoiła modlitwa, troska powracała znowu. Dręczył się sam. Sieciech wezwany do rady zawsze miał jedno na ustach: użycie siły i grozy. Król właśnie miał wstręt do obojga, obawiał się skutków! Wieczora tego, zostawiony sam sobie z milczącymi urzędnikami przybocznymi, król opanowany był przez te widma straszliwe klęsk i zawichrzeń, gdy komornik wbiegł oznajmiając o powrocie Bolka. Nie wiedział więcej nic nad to, jak że królewicz przybył sam z drużyną, a wojska przy nim nie było. W pierwszej chwili przeraził się król myśląc, że Pomorcy ich pobili, a Bolko ledwie uszedł z życiem. Cały drżący posłał po syna, aby mu się natychmiast stawił. Prosto więc z konia, jak stał, wpadł Bolko do królewskiej komnaty i przybiegł do ojca, który, nim się doń odezwał, długo w objęciach go trzymał.

- Ocalony jesteś! - zawołał. - Bogu niech będzie chwała! A Zbigniew?

- Nie byliśmy na żadnej wyprawie - odezwał się Bolko. - Co Zbigniew uczyni, ja nie wiem. Nie rycerz z niego, a uparł się zwierzchnie dowództwo brać, z prawa starszeństwa. Ja pod jego rozkazy iść nie mogłem i nie pójdę! Wrócić musiałem z próżnymi rękami. Pobladł król; jedno niebezpieczeństwo znikło, drugie gorsze groziło. To, czego się lękał, co przewidywał: waśń braterska już gorzała w sercach. - Powaśniliście się więc! - zawołał. - Bracia, wy, coście się miłować powinni!

- Nie poczynałem sporu - odpowiedział Bolko - a ulec mi się nie godziło. Rości sobie prawa nade mną! To mówiąc dumnie spoglądał.

- Miły ojcze - dodał - nie przeciwiłem się jego uwolnieniu ani uposażeniu, byłem mu bratem dobrym, ale się zgnieść i w sługę obrócić nie dam! Władysław, oczy zakrywszy, siedział przy stole. Słowa te, głos trochę gniewny syna ściskały mu serce. Straszne sny nocne, czarna owa przyszłość, o którą drżał, stały przed nim. Grzech jego mścił się nad nim.

- Cóż później będzie - odezwał się z cicha - gdy już dziś tak jest? Dziś o dowództwo, jutro się zagryzać poczniecie o ziemie królestwa tego i panowanie nad nimi!

- Nie - odezwał się Bolko. - Komu naznaczysz, ojcze, zwierzchność, temu posłusznym być musi drugi, każesz mi słuchać będę. Dziś myśmy równi, w jednych prawach, synowie twoi. Ja młodszy jestem, ale matka moja starszą była! On starszy nie prawem, ale tylko łaską twoją.

- Dość! Dość! - przerwał król. - Ukój się, uspokój, uczynię wedle sumienia, aby zgoda panowała między wami. Jam stary, chory, niedołężny, puszczę wam rządy, patrzeć chcę, jak je sprawiać będziecie.

- Ojcze miłościwy - przerwał Bolko - rządźcie wy sami, królujcie! Ja nie chcę nic, ino na wojnę gdy idę, sam być muszę, nie pod nim. Po krótkiej rozmowie królewicz odszedł. Od drużyny jego cały już dwór wiedział, co się stało; pobiegli zausznicy z językiem do królowej, do Sieciecha, który na zamku właśnie był i u Judyty siedział. Gdy wieść tę przyniesiono, królowa natychmiast córki i służebne wysłała precz, aby pozostać z wojewodą. W twarzy Sieciecha widać było zwycięstwo i radość złośliwą.

- Jest, jakom przewidział - zawołał - poczyna się rozwiązywać sprawa. Nie stałoż się tak, jakem zapowiadał? Gdy Zbigniewa na wolę puszczą, jeść się będą i zajedzą. Królowa uśmiechnięta zbliżyła się doń i dotknęła jego ręki.

- Wszystko dobrze - rzekła głos zniżając - lecz pośpieszać trzeba. Król dogorywa widocznie, mówię wam, powtarzam, dni jego policzone, ociągać się nie godzi.

- Wszystko teraz pośpiesznym pójdzie krokiem - rzekł Sieciech. Zasłona we drzwiach poruszyła się i zaszeleściła; wszedł podkomorzy królewski. Ukłonił się nisko wojewodzie i ręką wskazał, że król go wzywa do siebie. Zrozumiał to łacno Sieciech, bo się spodziewał, że doń przyślą. Gdy podkomorzy się oddalił, wojewoda w ślad za nim pośpieszył, spojrzał tylko ku królowej, która ścigała go oczyma i odchodzącemu od ust pożegnanie posłała poufałe. Nieraz tak i przy ludziach okazywała czułość swą ulubieńcowi. Sieciech zastał króla na zwykłym miejscu, pogrążonego w myślach tak, że choć wojewoda wszedł i stanął przed nim, nierychło głowę ciężką podniósł i zagryzione usta otworzył. Milcząc, potem wyciągnął doń ręce, jakby pomocy błagał, jakby go wzywał na ratunek, pewien, że już Sieciech uwiadomiony jest o wszystkim. Wojewoda z dobrze udaną obojętnością stał u stołu, jedną ręką w bok się ująwszy, drugą spierając na nim.

- Miły mój! Druhu mój, rado moja jedyna - płaczliwie począł Władysław - wiecie już?

- A! - rozśmiał się nielitościwie Sieciech - miłościwy królu, macie to, czegoście żądali, coście sobie uczynili sarni, a co ja przepowiadałem. Toć było nieuchronne. Dwu ich jest teraz, wojna między nimi musi być, póki jeden nie zostanie. Okrutne te słowa raziły króla mocno; ręką rzucił odganiając przepowiednię, oparł się o krzesło bezsilny i mruczał po cichu, jakby się modlił.

- Ratujcież! Zapobieżcie! - zawołał. - Radźcie! Jam niedołężny, jam słaby, nie podołam już temu. Z sobą bić się będą, a mnie, mnie zabiją! Mnie! Co czynić? Co postanowić między nimi? Wojewoda ramionami wstrząsnął.

- Dwu gospodarzy w jednym domu, zgoda trudna - rzekł. - Jeden ustąpić musi!

- Dom wielki! - zawołał król. Tak się rozpoczynała rozmowa, gdy niespodzianie podkomorzy do drzwi przystąpił oznajmując arcybiskupa Marcina, któremu biskup Filip towarzyszył. Król, posłyszawszy to, natychmiast z krzesła chwycił się drżący wskazując Sieciechowi, aby mu rękę podał, i śpiesznym, o ile zdołał, krokiem, poszedł na spotkanie dwu pasterzy. Zarówno jak poprzednicy jego, król nawykł był starszyźnie duchownej największą cześć oddawać, aby przykładem swym drugich do poszanowania jej wdrażać. Arcybiskup gnieźnieński szedł z królem w parze władzą i znaczeniem. Chory Władysław aż do drzwi swych wyszedł na spotkanie sędziwego arcybiskupa. Przybycie jego nigdy pożądańszym być nie mogło. Po Sieciechu, którego się równie obawiał, jak kochał, o. Marcin pierwszym był dla niego, szanował go król i wierzył weń. Wiek, dostojeństwo, charakter nadawały mu powagę wielką.

- Bóg was tu zesłał w tej chwili! - zawołał król z uczuciem całując rękę pasterza, który go błogosławił. - Bogu niech za to będą dzięki! Znajdujecie mnie w trwodze i boleści wielkiej. Przybycie to tak pożądane dla króla, dla Sieciecha było najnieprzyjemniejszym wypadkiem. Wojewoda zmienił się na twarzy, ustąpił z niej wyraz zwycięski, nachmurzył się, zafrasował, pomieszał; przeczuwał, że mu arcybiskup znowu szyki pomiesza. Nie silił się nawet na udawanie spokoju i wesela. Arcybiskup Marcin i biskup Filip usiedli u królewskiego stołu, wojewoda zatrzymał się nieco, wahał się widocznie, pozostać ma czy odejść, pilnować króla czy opuścić go i zdać na doradców duchownych, gdy Władysław, przyzwawszy go, szepnął mu coś do ucha wydając jakieś rozkazy. Wojewoda zwolna i z niechęcią oddalił się z komnaty.

- Ojcze mój - począł król - oto mści się na mnie grzech mój. Ten, dla którego wyście wolność wyprosili, powstaje na brata. To, czegom się obawiał, przyszło; drżę i płaczę... Niezgoda wstąpiła w dom mój, grozi mu zgubą! Arcybiskup zdziwił się i przeraził, wieść bowiem o wypadku jeszcze go była nie doszła. Król opowiedział mu to, o czym od syna słyszał. Starzec milczał długo, zdumiony i przybity. Bolał nad tym z ojcem na równi.

- Pojednać ich musimy - rzekł - pojednamy! Każemy u ołtarza poprzysiąc sobie miłość braterską. Krewkość to młodzieńcza.

- A, zechcąż oni posłuchać nas, przejednać się! - rzekł Władysław głową poruszając tęsknie. - Lękam się przysięgi, aby uniesieni lub podmówieni krzywoprzysięzcami się nie stali. Raczej zapobiec potrzeba, ażeby do waśni żadnego nie mieli powodu.

- Rozum to każe - potwierdził arcybiskup. Król spoczął nieco i ciągnął dalej.

- Bóg mnie może natchnął, lecz we łzach tę oto myśl powziąłem. Zwierzam się z niej wam tylko, niech ona przy nas zostanie do czasu tajemnicą. Mnie co dzień sił brak więcej do rządzenia tym państwem. Sieciech, wierny sługa mój, nie podoła temu. Nieprzyjacioły ma liczne. Chcę między synów podzielić królestwo za żywota, patrzeć i czuwać, jak rządzić będą. Płock tylko i Mazowsze zostawię sobie, starczy to dla mnie. Uspokoi się dusza moja! Z widocznym politowaniem nad boleścią królewską słuchał arcybiskup.

- Rzekliście - odezwał się - miłościwy panie, że Sieciech wiernym jest waszym sługą? Głos, którym te wyrazy wmówił starzec, zdawał się wątpliwość oznaczać. Król przestraszony drgnął cały, oczyma powiódł dokoła, jakby się lękał niewidzialnych świadków rozmowy.

- Nie wątpię o tym - zawołał - wiernym mi, najwierniejszym jest sługą, a służąc mnie nieprzyjaciół sobie uczynił wielu. Dla mnie on trzecim dziecięciem, więcej może, druhem, podporą, tarczą, rozumem moim, prawicą, wszystkim! Mówił coraz żywiej chory, aż tchu mu zabrakło. Stary pasterz spojrzał dokoła i z piersi mu się dobyło ciężkie westchnienie.

- Nie przystałoby mi was, panie, z błędu wywodzić rzekł z powagą - gdyby nie było to sumienia obowiązkiem. Wy miłujecie Sieciecha, lecz on więcej pono własne korzyści swe niżeli was miłuje. Jam powinien ostrzec was. Zbladły i wylękły król ręce łamał i oczy zakrywał.

- Nieprzyjaciół jego głosy w piersi się waszej odbiły, ojcze mój - zawołał. - W obronie mojej stając przyczynił ich sobie, zazdroszczą mu. Biskupi spojrzeli po sobie.

- Po cóż bym zasmucać miał duszę twą, królu a panie odezwał się arcybiskup - gdybym pewien nie był, iż mówi prawdę? Patrzcie, słuchajcie, a nie zaślepiajcie się. Na to nie odpowiedział Władysław i umyślnie zwracając rozmowę szepnął z cicha:

- Powiedzcie mi, ojcze, co sądzicie o zamiarze moim podziału państwa tego?

- Jeżeli spokój i zgodę nim okupić możecie - odpowiedział o. Marcin - dlaczegóżbyście tak uczynić nie mieli. Inni panowie chrześcijańscy niejeden raz tak dzielili kraje swoje. Lecz, miłościwy królu, zamiast mnie jednego a przytomnego tu brata mojego, miasto Sieciecha, czemuż byście panów, ziemiany, starszych królestwa waszego nie zwołali, aby im przełożyć myśl waszą? Milczeniem przyjął król radę; zdawało mu się zbytecznym powoływanie starszyzny.

- Życzyłbym - mówił arcybiskup - powołać na wiec duchownych, świeckich, władyków i żupanów a ziemian. Sieciech może przeciwnym będzie temu. Posłyszawszy to król drgnął niecierpliwie.

- Jeżeli sądzicie, że potrzebny wiec - rzekł żywo - powołajcie nań, rozkażcie, niechaj się zjadą. Zdaję to na przewielebność waszą.

- Uczynię, jak żądacie - odpowiedział starzec patrząc na zmienioną i zafrasowaną twarz królewską. - Przyjdziemy w pomoc tobie, miłościwy panie. Niech się nie trwoży serce wasze, a strapienie duszy nie ogarnia. Miłościwy jest Bóg, w rękach Jego jest wszystko. Nie spadnie włos bez woli Jego. Przywlókłem się tu - ciągnął dalej - bo mnie straszne doszły wieści o knowaniach Sieciecha. Nie pierwsze to ani z jednych ust idą. Ujrzawszy znowu słabnącego króla starzec go ujął za rękę.

- Zamilczę - rzekł - po co mam waszej przymnażać, boleści, gdy wiary słowom dać nie chcecie. Zamilkł; król tak był poruszony, iż w istocie litość obudzał. Spalone usta otwierał ciągle, jakby mu tchu brakło, ręką uciskał piersi, oczy podnosił, oddech stawał się coraz cięższy, jakby go tłumione tamowało łkanie. Rozmowa już dłużej przeciągnąć się nie mogła. Powstał arcybiskup przyrzekając, że imieniem króla na wiec powoła.

- Uczyńcie to rychło - odezwał się król - dni moje policzone są, a w pokoju chcę umierać i rozterki nie zostawić po sobie.

- Będziecie żyć, miłościwy panie - rzekł arcybiskup, złożył ręce i zmówiwszy po cichu modlitewkę łacińską zabierał się do odejścia. Król, choć osłabiony, wstał i kazawszy się pod rękę wieść komornikom swym, z tym samym obrzędem jak wprzódy odprowadził o. Marcina do progu. Dopiero gdy go znów w krześle posadzono, padł na nie, jakby ostatek sił postradał. Oczy zamknął i obwisł omdlały. Trzeciego dnia Zbigniew, choć nie powołany, przybył do Płocka. Nie stanął jednak na zamku, ale się gospodą rozłożył w miasteczku w dwu czy trzech domach, z których mieszkańców wyrzucono na podwórze. Raźniej mu tu było i swobodniej, bo na zamku czeladź jego rozpasana dokazywać tak nie mogła, a on sam wstydził się onych zabaw, które sobie wyprawiał często po całych nocach biesiadując z drużyną. Na gospodzie przyodziawszy się, kazawszy orszakowi swemu wystąpić po książęcemu, jak był zwykł, w rogi trąbiąc, ze szczękiem i brzękiem wciągnął na zamek do ojca. Król przestraszył się wrzawą, ale mu dano znać, kto był. Choć miłość dla tego dziecka a bardziej poczucie obowiązku króla ku niemu pociągało. Zbigniew nigdy mu nie był tak jak Bolko ukochanym. Wstydził się Zbigniewa, obawiał się go, zrażał się obejściem szorstkim i prawie zuchwałym. Nie pytany wchodził do izby, nie oddając królowi należnego poszanowania, narzekaniami i skargami zamęczał starego, ze słabości jego korzystał. Dnia tego, czując się winnym, tym szumniej i bezwstydniej wystąpił przed ojcem. Bolko był już tego dnia na łowach z drużyną, mógł więc swobodnie ze skargami się rozwodzić. Wszedłszy i zaledwie się pokłoniwszy zaraz zaczął od nich.

- Przybywam do miłościwego ojca i pana z żalem i skargą - odezwał się. - Wyprawa na niczym spełzła, nie z mojej winy.

- Wiem - odpad król sucho.

- Jestem przecie starszy, należy mi się dowództwo.

- Jako żołnierz i rycerz młodszy jesteś - odparł król surowo. - Byłeś jeszcze w klasztorze, gdy Bolko dzieckiem już bił zwierza dzikiego i gonił nieprzyjaciela. Mogliście razem iść w zgodzie braterskiej, tyś spór wszczął.

- Wiem to - dumnie zawołał Zbigniew - że mnie będzie zawsze wina przypisaną. Zaprawdę, nie było po co mnie tu ściągać z więzienia i mianować synem królewskim, abym młodszemu służył za igraszkę i za pośmiewisko. W żywe oczy mnie przezywają klechą, wszyscy patrzą na mnie krzywo, Belko się wyśmiewa, jego drużyna przy każdym spotkaniu mnie na gościńcu przedrwiwa. Ja tego ścierpieć nie mogę! Król popatrzał i nie odpowiedział nic, Zbigniew nadaremnie żale swe rozwodził. Królowa Judyta, która już wiedziała o przybyciu Zbigniewa, na złość Bolkowi znienawidzonemu przez nią i w myśl Sieciecha rada była starszemu bratu okazywać dobrą wolę; zabrała więc go ze sobą na wieczerzę. Król zawsze jadał sam i niewiele. Otwarty stół dla dworu i gości trzymała Judyta lubiąca twarze nowe, wesołość i śmiechy młodzieży. Więcej tu było swobody, niż cesarskiej siostrze i równie królewskiej przystało, za mało poszanowania dla pani. Lecz wszyscy już byli do tego nawykli. Królowa sama chętnie otwierała usta swawolne żarty strojąc i niepomierną wyzywając wesołość. Ona, trzy jej córki i mnogi orszak Niemek, Polek i Węgierek siadały przy stołach, u których też jadała młodzież dworska i starszyzna przybywająca do króla z pokłonami. Pomiędzy Niemkami odznaczała się ulubienica i powiernica pani, Greta, która choć niezbyt już młodziuchna, bo pono do lat trzydziestu się zbliżała, miała jeszcze dobrze zachowaną świeżość jasnowłosych córek Teutonów, a piękną budową, wesołymi oczyma niebieskimi, śmiałością w obejściu się z mężczyznami przechodziła swe współzawodniczki. Wiele tam rozprawiano o tej Grecie i przygodach jej różnych: miała zawsze miłośników wielu, ale na kobierzec nikt jakoś prowadzić się jej nie ważył. Nie zdało się to ją obchodzić wiele, bo twarz miała zawsze wesołą i jasną, żart na ustach i odpowiedź gotową, a wydawała się szczęśliwą. Prawa ręka królowej, służyła jej do wszystkiego, do przyciągania tych, których potrzebowano, szpiegowania innych, jeśli się obawiano. Z dobrej woli czy z rozkazu Judyty, Greta starała się uwikłać w swe sieci młodziuchnego Bolka, ogniste pacholę nad wiek dojrzałe. Zdało się to bardzo łatwym, lecz Bolko oprócz swych koni, psów, sokołów i wojennych zabaw nie lubił nic. Na dziewczęce zaloty odpowiadał śmieszkiem obojętnym, a gdy te szły za daleko, z dumą je odtrącał. Tak samo zbył się natrętnej Grety. Jasnowłosa, na pozór łagodna istota, która patrzała takimi niebieskimi oczyma jak spokojne lazurowych wód tonie, w których się niebo przegląda, pod tym pozorem trzpiotowatym i chłodnym miała niepohamowane namiętności. Jak pod kwitami wąż, pod jej uśmiechem dziecinnym chowało się zemsty pragnienie. Królowa, która wiedziała wszystko, domyśliła się i tego uczucia łatwo.

- A! - szepnęła do Grety dnia tego - jednego królewicza nie udało ci się pochwycić, za to drugiego weźmiesz, gdy zechcesz tylko. Ten ci pomoże dopiec tamtemu, co tobą pogardził i obraził srodze. Próbuj. Greta nie miała dla pani tajemnic, jak królowa dla niej; spojrzała w oczy Judycie zarazem pytając ją i myśli jej potwierdzając.

- O, Zbigniew - śmiejąc się mówiła królowa - parobek niepiękny wcale, ale młody i królewicz. Gdybyś go sobie ujęła a przywiązała, zdałoby się to i dla mnie. Nie bardzo mu się trzeba drożyć, bo chłopak nieśmiały być musi. Poszeptały tak z sobą na uboczu, a przed ucztą wieczorną Greta się przystroiła tak, że zdała się mieć lat piętnaście i być jeszcze dziewczątkiem niewinnym. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec