Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

IX

Dzień cały po odejściu Czechów leżał obóz na słocie jesiennej jakby wymarły.

Opodal nieco stali na czatach konni w wodzie spoglądając ku lasom. Obmokłe namioty wyglądały brudno; proporczyki i chorągwie grafów, rycerzy i panów, porozwieszane na drzewach, przestały powiewać wesoło. Nie słychać było szczęku broni ani rżenia koni głodnych, które na próżno paszy szukały. Czaty przed obozem i ludzie z namiotów wystawiając głowy w lasy patrzyli. W tych czarnych lasach jak w twierdzach niezdobytych kryła się niewidoma Bolesława potęga. Co się w nich działo, nie wiedział nikt. Słuchy chodziły po obozie, że król nawet prostą czerń pędził do wojska, aby powiększyć jego siłę, że Ruś już nadciągała. Z niewoli się wydobywszy Niemiec, który pieszo się przywlókł do obozu, opowiadał o ogromnych tłumach, skupionych od granic wszystkich ziem, od Pomorza, z Gniezna, Krakowa, ze wszystkich zamków oddalonych, których położenie samo broniło. Rachowano, że po odejściu Czechów Bolesław dwakroć miał więcej wojska od cesarza. Najśmielsi rycerze, pod namiotami leżąc, zbrojni na pół, ledwie cokolwiek pancerzom popuściwszy rzemieni, nie mogąc usnąć, czuli dreszcze przechodzące po skórze, trwogę, jakby na nich wiało śmiercią. Przed oczyma ich, patrzącymi w nieprzebite ciemności, przeciągał pochód żałobny Czechów, wlókł się i nie widać było końca. Czarne wozy szły; mrok jedne okrywał, drugie z ciemności wypływały, przesuwały się, niknęły wśród nocy, a z otchłani czarnych wychodziły nowe i przeciągały powoli aż do dnia. Wiatr jesienny powtarzał śpiew żałobnych księży. Nie było jednego namiotu, w którym by się teraz weselej zabawiano, jak to bywało, gdy z dobrą nadzieją ciągniono pod mury Głogowa. Na próżno który z rozpaczy resztkami wina się raczył, aby sen nim sprowadzić! Napój korzeniami zaprawny poruszał w głowie też same myśli, co w niej wprzód gościły, roiły się tylko i mąciły dziwniejsze jeszcze. Pobożniejsi do modlitw się uciekali, aby ich Bóg co rychlej wyzwolił z tych obrzydłych moczarów. Długo w noc naradzał się cesarz z Groiczem, który jeden cokolwiek lepiej znał te kraje i mógł obmyślić, jak z nich wyjść cało. Chciał Henryk V, aby go w jakikolwiek sposób zmuszono do odwrotu ocalając mu wstyd dobrowolnej ucieczki; nie pragnął już nic, tylko się dobyć stąd ku Łużycom i Sasom. Sasi też wzdychali do tego. Gdy nad rankiem wycie psów ustało nieco, a słota z wichrem na lasy się poniosła, w mrokach nadchodzącego dnia zdało się czatom obozowym, jakby te lasy, co opodal stały, zbliżyły się ku nim. Ściany jakieś ciemne, nieruchome ciasno ich opasywały dokoła. Mrok nie dawał ich dobrze rozeznać. Niektórzy, wpatrując się kocimi oczyma w dal mroczną, dojrzeli, że ten las poruszać się zdawał, szedł, przysuwał w milczeniu. Nie wierzyli oczom swym jeszcze. Wtem z boku uderzono w rogi na trwogę. Ten jęk powtórzyło wnet mnóstwo trębaczy. Spod namiotów wyskoczyli żołnierze, starszyzna dosiadła gotowych koni. Nie widać nic jeszcze było, jakby daremnie uderzono na trwogę. Wśród ciszy słyszeli tylko niby tchnienie piersi jednej potwora, a oddech ten głuchy, niewyraźny ze wszech stron nadpływał, jakby olbrzymia rozwarła się gdzieś paszczęka na pochłonięcie wojska tego dysząc głodna. Dzień się robił. Zza obłoków gęstych, szarych, osłaniających niebiosa, światło się przeciskało blade, skąpe, stłumione. Czaty już mogły dojrzeć na ścianach ruchomych migające białe ludzkie twarze. W obozie rogi nawoływały coraz głośniej, starszyzna latała między namiotami, krzycząc - na konie! Cesarzowi już nawet prowadzono konia jego, żelazną pokrytego siatką dokoła. Potrząsano próżne proporce i chorągwie obmokłe, wyrywając z ziem; opadały, jakby się wstydziły pokazać swych twarzy. Ściany czarne ze wszech stron ogarniały obóz. Teraz już je rozeznać było można. Tłum znaczny ściśniętych, tarczami wielkimi okrytych ludzi posuwał się z jednej strony, tłum wielki jezdnych zbliżał się z drugiej. Pomiędzy nimi, nieco w głębi, jeżyły się włócznie i wiała chorągiew z krzyżem. Wojsko cesarskie szykowało się do boju, z trzech stron stawiąc czoło nieprzyjacielowi, który tak powoli szedł, że się stać zdawał. Nagle i tam piskliwe rogi odzywać się zaczęły, ściana się ruszyła żywiej. Z pagórka, na którym cesarz stał, widać było daleko, a jak zajrzeć mogli ci, co najlepsze oczy mieli, widzieli gęste szeregi pieszych, zbite w jedno ciało niezmierne, i ponad nimi oddziały mnogie konnych. Wprawdzie nie błyszczały tam zbroje, żelaza widać było mało, strojów wytwornych nigdzie, szaro, czarno, brunatno, jak mrowie pełzły te zastępy.

- Czerń i chłopstwo! - mruczeli z pogardą rycerze. Z cesarskiej strony bojowy okrzyk wydali naprzód Sasi, radzi będąc, że się mają z kim bić. Zwarły się najpierwsze boki, jakby w jedną zlały bryłę. Padł jeden i drugi szereg cisnących się tarczowników od włóczni cesarskich ludzi, ale wnet i konie, i ciężko zbrojni rycerze walić się o ziemię zaczęli. Który z nich padł, ten już nie powstał. Czerń szła na nowe szeregi. Padała, na nią waliły się niemieckie hufce z łoskotem strasznym i słał się na ziemi trup na trupie. Wtem zastęp, który szedł głęboko w pośrodku oskrzydlony, puścił się jak burza na czoło cesarskich wojsk. Tu lśniły i zbroje, i włócznie żelazne, i lud był najsilniejszy, tu (domyślano się) król być musiał i wodzowie jego. Wpadli jak ogromny klin żelazny, gdy ma dębową kłodę rozsadzić. Ostrym końcem wbili się wśród rycerzy cesarskich, obalili ich, wcisnęli się między szeregi, rozłamali je na dwoje, poczęli rozsadzać coraz szerzej i obalać jak wicher puszczę, gdy się w nią wedrze. Cesarz pod hełmem zbladł trupio. Około niego cisnąć się poczęło, co miał najsilniejszego, aby go od niebezpieczeństwa osłonić. Pobojowisko wkrótce zmieniło się w jakiś straszny barłóg trupów zmieszanych - ludzi i. koni, ponad którymi zwijały się gromady lekko zbrojnych, rozszalałych, jak śmierć niezwyciężonych napastników. Padali jedni, z ziemi wyrastali zastępcy. Stojący przy cesarzu poczęli namawiać go, aby w bezpieczniejsze miejsce uchodził. Cofano się z hufcem zwartym. Groicz pobiegł zbierać i gromadzić reszty ludzi, aby ich ocalić. Zwycięstwo było już niewątpliwe. Z cesarskich wojsk ledwie część ocalała zebrawszy się przy nim i uszła w dolinę, gdzie naprędce wozy dokoła ustawiać i ostrokoły zabijać zaczęto. Znaczniejsza daleko liczba leżała zgnieciona pokotem z końmi na pobojowisku szerokim i widać już było czerń mnogą dobijającą rannych, zdzierającą zbroje, gromadzącą łupy. Dobrze z południa walka była skończona; resztki wojska nie wiedziały, czy do ostatniego boju wystąpić będą musiały, czy broniąc pana uchodzić. Cesarz zatrzymał ich przy sobie, nie chcąc się w sromotną dostać niewolę. Chodził po małym namiocie, który dlań rozbito, ręce łamał klnąc i modląc się na przemiany. Uczynił ślub wielkiego daru dla kościoła w Akwizgranie, jeżeliby go Bóg ocalił. Duchowieństwo odprawiło uroczyste modlitwy. Henryk kazał przywołać Groicza. Dokoła milcząca stała rada.

- Jedź ty - rzekł - układaj się, jako chcesz z nimi, bylebym wyszedł stąd cały! Czyń, co można, a ocal cześć cesarskiej korony! Pomszczę się na tym złoczyńcy! Dziś, dziś osobę moją, garść tych rycerzy wiernych, ciała poległych ratować trzeba. Idź! Idź! Zaledwie dziesięciu całych ludzi znaleźć mógł Groicz, aby mu towarzyszyli, trębacza z rogiem wziął rozkazując jechać przodem z uciętą zieloną gałęzią wierzby. Ruszyli wprost ku chorągwi Bolesławowej powiewającej w dali, na jednej stronie której krzyż, na drugiej rycerz konny ukazywał się na przemiany. Widok bolesny a straszny miał Groicz przed oczyma. Przez pobojowisko przejechać nie było można. Pobożność i poszanowanie ciał chrześcijan nie dopuszczały tratować trupów, a minąć ich nie było podobna. Uścielały ziemię, gdzieniegdzie leżąc jedne na drugich, jak wał zapierały drogę. Groicz poznawał zbladłe twarze przyjaciół, które mu się wczoraj śmiały, dłonie martwe, które ściskał rano. Zjechawszy z pobojowiska Wiprecht popędził, dając rogiem znać przed sobą, że na rozmowę przybywa. Rycerz konny wybiegł naprzeciw niego, stanął. Czekał. Skarbimierz to był, cały krwią oplamiony, a z pochew miecza jak zgęsła posoka kroplami ściekała jeszcze. Rozpalony bojem dyszał strzymując konia, który mu się rwał jak szalony, nogami ziemię rozbijał, pienił i zdawał się chcieć kąsać. Nieco opodal widać było bez namiotu, otoczonego drużyną, stojącego króla Bolesława. Hełm zdjęty trzymał w ręku, włos rozpuszczony na ramiona mu spływał, oko świeciło triumfem. W prawo widać było ołtarz i stojący na nim krzyż, przed którym za zwycięstwo składano Bogu dzięki.

- Cesarz mnie przysyła - odezwał się Groicz - do króla jadę w poselstwie. Skarbimierz zawrócił z nim razem. Pomiędzy otaczającymi króla widać było wielu rannych, zawiązywano krwawe ciosy, poprawiano zbroje, jedni pili wodę, drudzy opatrywali konie pokaleczone, inni z głośnym krzykiem opowiadali dzieje dnia tego. Gdy Groicz się przybliżył, Bolesław parę kroków postąpił ku niemu. Poseł z początku przemówić nie mógł. Królu - począł tchnąwszy ciężko - Bóg za nasze grzechy dał wam zwycięstwo; bądźcie w szczęściu pomiarkowani. Cesarza pokonać możecie, nie pokonacie cesarstwa. Przychodzę do was pytając, czego chcecie od nas? Bolesław stał poważny, posępny prawie. Znikło z twarzy wesele.

- Dla siebie nie chcę nic - rzekł.

- Dacie nam wyjść bezpiecznie? - zapytał poseł.,

- Idźcie - odezwał się król - a nie powracajcie. Ziemia ta uboga, łupów wam nie da, lud waleczny swobody swej tak bronić będzie jak dzisiaj. Dla siebie - powtórzył - nie chcę nic.

- Wspaniałym jesteś, królu, i szlachetnym - rzekł Groicz.

- Jestem rycerzem chrześcijańskim - odezwał się Bolko - leżącego na ziemi nieprzyjaciela nie dobijam.

- Dla siebie nie chcę nic - powtórzył raz trzeci król lecz dla Borzywoja, szwagra waszego, żądam tego, co mu należy: czeskiej korony. Z nim od granicy spokój mieć będę. Groicz pokłonił się.

- Dziękuję wam - rzekł - czynicie tym i dla mnie łaskę, bratu memu miłemu wracając dziedzictwo jego. Lecz możliweli to? Wojsko i starszyzna obrała już Ottona.

- A jutro może wybierze Władysława - przerwał Bolko - lecz cesarz ma prawa zwierzchnie nad czeską koroną, może ją dać Borzywojowi. Wskazał na stojącego obok księcia, który mu się do ręki rzucił wzruszony. Uściskali się milczący.

- Cesarz mi to słowem swym uroczystym zaręczy - dodał Bolesław. - Borzywój niech jedzie z wami, słowo to uroczyste niech weźmie przy świadkach. Potem niech cesarz spokojnie ciągnie przez ziemie moje, nie tknie go nikt. Dosyć już trupów legło. Ręką wskazał na straszne pobojowisko. Rozmowa cicha przeciągnęła się jeszcze. Tymczasem noc zapadła. Zabrawszy z sobą Borzywoja i Sobiesława ze dworem ich Wiprecht odjechał nazad, z dala omijając krwawe pole. Król zaraz wysłał rozkazy do wojska, aby nie ważyli się napastować cesarskich. Strasznym był widok pobojowiska po dniu, ale stokroć okropniejszy stał się wieczorem. Czerni nic powstrzymać nie mogło od obdzierania trupów; z zażegniętymi gałęźmi i pochodniami chodziła wśród nich, zabierając leżący jeszcze oręż, zbroje i odzieże. Czerwone ognie i dymy oświecały białe stosy ciał powywracanych i odartych. Gromady psów głodnych, które wyły wczoraj, ściągały dziś, łakome na ścierw koński i na ludzkie ciała, w oczach żywych rozrywać zaczynające ledwo zastygłe trupy. Ujadanie ich słychać było wśród nocy. Odegnane przez ludzi, stada te pierzchały ze szczekaniem i wracały gryząc się jak wściekłe na pastwę straszną. Skomlenie, wycie i szczekanie rozlegały się przez całą noc. W milczeniu pominęli jadący owo "psie pole", wielką mogiłę, na której gniew Pański zdawał się mścić najazdu cudzej ziemi. Nazajutrz pod wodzą Groicza ruszyły niedobitki cesarskie w milczeniu na powrót wioząc, jak Czesi, na czarnych wozach ciała dostojniejszych rycerzy. Była to jedyna zdobycz z tej wyprawy pamiętnej, o której dzieje cesarskie zamilczeć wolały. Zbigniew szukał schronienia w Czechach. Dał mu je wybrany po Ottonie Władysław, który mimo słowa danego Borzywojowi przez cesarza na tronie się utrzymał. Henryk mógł tylko dla obu wygnanych, Borzywoja i Sobiesława, wyjednać przebaczenie i małe dzielnice. Gdy się o to układano, przypadł i Zbigniew błagając, aby mu Bolesław dał przynajmniej taki udział, jaki Borzywój otrzymał. Opierali się temu panowie. Szlachetny Bolesław uległ raz jeszcze. Wyznaczono mu małą dzielnicę i zamek, w którym by mógł żyć spokojnie. Ufając zapewne w czeskie poparcie, w łaskę i opiekę cesarską Zbigniew powrócił do Polski nie jak ułaskawiony winowajca, ale jak książę udzielny, przy odgłosie trąb i okrzykach, na znak władzy rozkazując nieść miecz przed sobą, aby się Bolesławowi urągał. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec