Biblioteczka

JOZEF IGNACY KRASZEWSKI

Krolewscy synowie

X

Dziesięć lat upływało od śmierci króla Władysława Hermana, w ciągu których walka

dwu braci z sobą nie ustawała. Jesiennego dnia chmurnego, na małym zamczysku w Śląsku, które grodziskiem zwano, stały wrota świeżo wyłamane, przy których widać było ślady rozpaczliwej a bezsilnej i próżnej obrony. Podwórze pełne było koni i ludzi, gwar głuchy dolatywał niekiedy z izb wewnętrznych. Kilku żołnierzy, powiązanych sznurami, jęczało leżąc na podłodze w przedsieniu. Zameczek lichy był i źle opatrzony, sam dworzec w nim do szopy podobny. Kawał tylko muru przypierał do niego, a i w tym widać było okna bez błon, otworem stojące i ściany od słoty popsute. W większej izbie na dole gromada tylko co przybyłej starszyzny stała kupą, zdając się naradzać z sobą. Na czele jej był stary wojewoda Magnus, który znużony i ociężały wiekiem na ławie przysiadł, podparł się na ręku i dyszał, a czoło mu się fałdowało wielką troską i niepokojem. Inni dokoła stali rozglądając się i gwarząc. Żelisław Bezręki, Skarbimierz Jednooki, Wojsław, kilku innych wojewodów i starostów, urzędników króla i doradców, pierwsze miejsce zajmowali.

- Na sumienie nasze wziąć potrzeba ukaranie winowajcy, a raz z nim skończyć! Winien od dawna przypłacić głową. Król a pan nasz, którego on tyle lat walki, tyle srogiego niepokoju kosztuje, i teraz jeszcze ukarać go nie będzie miał serca. Naszą sprawą winien być sąd i kara! Tak mówił powoli Skarbimierz.

- I ja z wami głosuję - odezwał się Żelisław. - Niech raz kraj wypocznie, niech się te zdrady ukrócą. Śmierć! Śmierć! Wtem wojewoda stary zapytał:

- Cóż mówił król? Co mówił? Czyście go wyrozumieli? Skarbimierz się zawahał.

- Nagliliśmy nań, aby koniec uczynił; chciałem słowa od niego, rzekł mi w ostatku: Czyńcie, co uznacie słusznym, czyńcie, co potrzeba, dla spokoju mojego i waszego, a nie pytajcie mnie i nie żądajcie ode mnie, abym na własną krew wyrok wydawał.

- Więc nam sądzić i wyrokować kazał? - wtrącił starosta Boruta. - Sądźmyż i wyrokujmy, jako Bóg przykazał. - Bez sądu - zawołał inny z boku - bez wyroku, stokroć na śmierć zasłużył! Najmniejszy człek w tym królestwie wie, co czynił: na zagładę brata a króla groził i nasadzał, przysięgał pięćkroć i łamał przysięgi, z nieprzyjacioły się wiązał. Dopóki i żyw, póty się nie odmieni, będzie tym, czym był - zdrajcą! Magnus z ławy wtrącił:

- Śmierci winien, pewnie. A gdy mu ją zadać każemy, co powie pan? Co powie?

- Rad będzie, że wolen zostanie - rzekł inny.

- Nie znasz ty go - począł stary wojewoda. - Na polu bitwy krwi on swej ani cudzej nie żałuje, ale brata zgładzić, choćby brat zdrajcą był jawnym, nie zechce. Lat dziesięć się to ciągnie. W ręku go miał, u nóg go trzymał. Sąd Boży skazał, on przebaczył. Gdy wyrok wydamy, znienawidzi nas zań. Boleć będzie. - Niech boleje i odboli, byle raz bezpiecznym był - rzeki Skarbimierz cichym głosem. - Nie było i nie będzie końca zmowom. Słał na nas, kogo mógł, płacił, prosił; knowania nie ustawały nigdy. Mamy go w ręku. Zabić plugawego przecherę, zabić.

- Zabić! No, to zabić! - powtórzył po przestanku głosem śmiałym Boruta. - Dawnoli temu, jak mu cesarz i król czeski wyprosili tę dzielnicę, aby na niej spokojnie paskudnego życia dokończył? Zdrajca, zamiast przybyć pokornym, paść do nóg miłościwemu bratu, zajechał na dwór z wrzawą, gędźbą, lutniami, rogami, jak zwycięzca! Zamiast przebłagać, stawił się zuchwale, a nazajutrz pochwycono mordercę, którego nasadził, aby króla nożem przebił.

- Tym nożem go w serce! - zawołał Skarbimierz. - Tym! Niech żywot ohydny skończy. Magnus ręką czoło tarł i niemal jęcząc wołał:

- Co czynić? Co czynić? Potrzeba się go pozbyć, a nie chciałoby się na gniew pański narazić. Boruta ramionami zżymnął.

- Nie żywić go! Na pniak i koniec!

- Nie chcecie mu życia brać! - odezwał się jeden ze starszych. - Oczy mu kazać wyjąć i niech marnie dogorywa.

- Póki on żyć będzie, to i bez oczów siać zdrady nie przestanie - przerwał Skarbimierz. - Lepszym od niego wzrok odejmowano, temu by stryczek przystał.

- Krew to pańska - podszepnął ktoś z cicha. Zamilkli nieco. Wtem na progu ukazał się duchowny w sukni zakonu benedyktynów. Mężczyzna był lat średnich, ale żywotem ascetycznym przed czasem postarzały, blady, schudzony, wątły na pozór, choć wzrok jego i ruchy zdradzały tę siłę wewnętrzną ducha, która ciału daje potęgę mogącą się oprzeć największym męczarniom. Wśród tych ludzi wojny i oręża, ciałem dzielnych, rozrosłych, nawykłych do rozkazywania i walki, człowiek ten mały, pokorny, słaby, wydał się jakby istotą z innego świata. Wejrzenie jego miało w sobie coś jasnego, przenikającego, sięgającego do głębi i zmuszającego do poszanowania. Szedł krokiem powolnym, trzymając w rękach pod szkaplerzem książeczkę, i zdawał się szukać kogoś, gdy przeciwko niemu wystąpił Skarbimierz i pochyliwszy się w ramię go pocałował. Mnich spojrzał ku niemu ze smutnym półuśmiechem, oczyma zadając mu pytanie.

- Ojcze Łukaszu - odezwał się Jednooki - prosiłem was, abyście mi towarzyszyli nie nadaremnie. To, com przewidywał, ziściło się; winowajcę wielkiego, osądzonego na śmierć, mamy w rękach. Człowiek to urodzenia znacznego, ale winien zdrady, mordu, przelewu krwi i wszelakich zbrodni. Godził podstępnie na żywot pana naszego.

- Na śmierć zasłużył stokroć! - szemrali otaczający. - Raz z nim skończyć - mówili drudzy.

- Życie dać powinien! Nie ma dlań przebaczenia! - rzekł Boruta.

- Nie chcemy, aby ginąć mając nie przejednany z Bogiem poszedł przed sąd Jego - dodał Skarbimierz. - Gdyby nawet wyrok łaskawszy wypadł i oczy tylko miał stracić, któż wie, czy potem wyżyje? O. Łukasz pilnie słuchał wpatrując się w mówiącego.

- Nigdy z Bogiem przejednanie nie zaszkodzi - rzekł spokojnie. - Sąd i kara nie do mnie należą; co moim obowiązkiem, to spełnię. Skłonił głowę i poruszył się, jakby bez dalszych rozpraw iść był gotów. Magnus klasnął w szerokie dłonie. Wszedł natychmiast człek stary już, z krotko postrzyżonym włosem, w grubej odzieży, z drągiem żelaznym w ręku i nożem za pasem. Twarz miał okrągłą, poczwarnie brzydką, z wyrazem bydlęcym i osowiałym. Stanąwszy w progu, patrzał spod brwi nawisłych oczekując rozkazania. Wojewoda Magnus odezwał się doń, aby księdza, który już ku progowi szedł, do więźnia prowadził. Sam jakby go tych kilka słów zmęczyło, padł na ławę westchnąwszy, podparł się na dłoniach i zadumał. Ciężył mu wyrok wydany. Stróż prowadził księdza milcząc z sieni ku drzwiom wiodącym do murowanej części zamczyska. Otworzył je z wysiłkiem podnosząc drąg, którym były zaparte, i wpuściwszy duchownego zaryglował je ze środka. Przeszli izbą pustą, ustawioną ławami dokoła, odemknął drugie drzwi do mniejszej komory, do której w dół nieco zstępować było potrzeba. Na ostatek jeszcze jedne drzwi rozwarł powoli i wpuścił przychodnia do na pół ciemnej izby, której okno kratą obwarowane wysoko w ścianie było wybite. Tu na mizernym posłaniu, wyszarzaną skórą pokrytym, leżał więzień. Usłyszawszy szelest podniósł się nieco i przypatrywać się zaczął zbliżającemu się powoli. Zbigniew to był, lecz lat tych ostatkiem zmieniony straszliwie, do niepoznania prawie. Twarz mu nabrzękłą poorały gniewy, żółć zjadła skórę występując na nią plamami ciemnymi; ciało nieforemnie się rozlało, oczy złe patrzały jak ślepia zwierzęcia, co ma się rzucić na pastwę. W rysach zgniecionych wypiętnowały się zwierzęcą niemal bezmyślnością i rozpaczą, namiętnościami, znękanie, męczarnie gniewów bezsilnych. Po sukni poznawszy mnicha Zbigniew począł się w niego wpatrywać coraz baczniej, drgnął, podniósł się z łoża, przystąpił i krzyknął ręce łamiąc:

- Łukasz! Dawny towarzysz z saskiego klasztoru poznał już był wprzódy nieszczęśliwego księcia, ale stał nieporuszony, spokojny, z oczyma wlepionymi weń, badając okropną zmianę w tym, którego znał niegdyś tak życia pełnym.

- Jam jest! - rzekł cicho. - Nie mylicie się, jam jest! Słowa te wyrzeczone zimno, z wielkim spokojem ducha, zabrzmiały dziwnie w uszach Zbigniewa, który, pomyślawszy krótko, powrócił na łoże i rzucił się na nie mrucząc... Przypomniał sobie lata dawne, pomyślał pewnie, że po nim nic się spodziewać nie może.

- Czegóżeś tu przyszedł? - odezwał się książę - kto Cię przysłał? Co mi przynosisz?

- Przychodzę niosąc ci pociechę - odparł o. Łukasz przychodzę cię pojednać z Bogiem!

- Co to ma znaczyć? - zawołał książę - mów mi jasno. O. Łukasz zawahał się.

- Spowiedź nigdy duszy nie szkodzi, ulgę przyniesie rzekł powoli unikając wyraźniejszej odpowiedzi.

- Ha! Śmierć mi gotują Bolesławowskie katy? - krzyknął Zbigniew.

- Nie wiem! - szepnął o. Łukasz.

- Ja to wiem i bez ciebie - ponuro począł książę. Wiem! Tak! Śmierć mi gotują! Dostałem się w ich ręce! Czemu nie ubili mnie dawniej? Ten sam Magnus! Służyłem mu za narzędzie, naówczas mi się kłaniał. Dziś ja zawadą Bolesławowi i im. Pierworodny syn królewski! Uderzył się ręką w piersi.

- Młodszy powinien mi był ustąpić i zginąć, a ja panować! Ja winien jestem, że tego samego chciałem co on? W nim to cnotą, a we mnie zbrodnią! Mówił, rzucając się, przerywanym głosem, jak w gorączce, ksiądz słuchał wpatrując się w niego bacznie, z wyrazem niewysłowionego smutku, żałości i politowania.

- Zwróć myśl ku Bogu! - szepnął cicho. Głową strząsnął tylko Zbigniew, myśl jego od ziemi się oderwać, nie mogła. Mówił sam do siebie:

- Śmierć? Śmierć? Za co? Bom szczęścia nie miał. Słyszysz, Łukaszu?... Śmierć!

- O duszy myślcie - odezwał się ksiądz łagodnie. Wyrazów tych więzień nie słyszał lub nie zrozumiał, powtarzał łajania i przekleństwa.

- Spróbujcie modlić się ze mną... pokój spłynie na duszę - rzekł o. Łukasz i nie czekając odpowiedzi począł:

- "Boże wielkiego miłosierdzia, miej litość nad grzeszną duszą moją"... Zbigniew zamiast powtarzać modlitwę zawołał gwałtownie:

- Dziś?... Czy dziś mnie chcą zadławić te zbóje? O. Łukasz ramionami poruszył.

- Błagam was - odezwał się - o duszy swej myślcie. Ja nie wiem nic, prócz żem przyszedł ze słowem Bożym do duszy waszej. Jakby nie rozumiał, Zbigniew zerwał się z łoża szybko, jakąś myślą pchnięty, i przystąpił do o. Łukasza.

- Nosiliśmy suknię jedną - odezwał się - pomnicie? Znam serca wasze litościwe... Ratujcie mnie! Ratujcie!

- Ratować też przybyłem - odrzekł o. Łukasz - o ile w mocy mej jest. Ratunek duszy niosę wam. Zmarszczył się książę i nogą uderzył w podłogę.

- Ratuj mi życie, rozumiesz! - zawołał. - Nie dopuść gwałtu! Wstrzymaj tych katów, królowi daj znać. Bolesław mi życie daruje... To mówiąc dłoń położył na ramieniu księdza, który drgnął od tego dotknięcia i cofnął się nieco.

- Uspokójcie się, posłuchajcie mnie - rzekł. - Gdybym mógł, ja, biedny mnich, poszedłbym pieszo prosić za wami. Uczynię, co w mej mocy... Nie przetoż powinniście duszę oczyścić!... Módlmy się razem. Wezwania tego Zbigniew ani chciał słuchać; poszedł ku łożu niespokojny, rzucił się na nie, zerwał, przebiegł ciasną izbę, bijąc o ściany jak oślepły. O. Łukasz oczyma go gonił i powtarzał na próżno:

- Módlmy się!

- Módlmy się - odparł wreszcie oszalały - modlić się?... Ja kląć tylko mogę i narzekać! Ja nie mogę się modlić! Zmęczony miotaniem się książę przywlókł się do łoża i obalił na nie twarzą do góry. Jęczał dziko nie mogąc słowa przemówić. Litość poruszyła o. Łukasza, który wstał zwolna i ku niemu się zbliżył; stanął nad łożem, ujął rękę jego ostrożnie.

- Litujcie się nad sobą! - rzekł. - Co pomoże rozpacz taka, którą szatani duszę przeciw Bogu buntują?... Ukorzcie się, żałujcie grzechów, myślcie o niebie... Zbigniew podniósł głowę i począł zniżając głos:

- Ocal mi życie! Wiesz? Mam jeszcze zakopane skarby; oddam je zakonowi wszystkie... Wdzieję suknię waszą, wyrzeknę się świata... Benedyktyny wezmą dzielnicę moją, wszystko dam na kościoły. Ocal mi życie! Porwał księdza za rękę i gwałtownie całować ją zaczął. - Ocal mi życie! Życie mi zachowaj, bracie Łukaszu. Kapłan odsunął się był nieco; Zbigniew, nie słysząc odpowiedzi, z łoża wstał ukląkł przed nim i za nogi go ściskał coraz goręcej wołając:

- Ocal mi życie!

- O, bracie mój! bracie mój! - rzekł na ostatku benedyktyn. - Gdybyście tak się troskali, tak gorąco pragnęli żywota wiecznego, jak doczesnego pragniecie! Odpowiedź ta jak zimną wodą oblała księcia, który się porwał i krzyknął z gniewem:

- Klechą przebrzydłym byłeś i będziesz! O. Łukasz stał niewzruszony; najmniejszy wyraz gniewu nie zmienił mu twarzy pogodnej i litością tchnącej. Wśród więziennego milczenia słychać było tylko oddech i sapanie zburzonego rozpaczą i gniewem księcia. O. Łukasz siadł na ławeczce i począł odmawiać modlitwę. - Ojcze miłosierdzia...

- Dajże mi pokój z tą modlitwą! - zaryczał głos z łoża. - Przysłali cię, abyś mnie spowiadał?... Powiedz im, że przygotować mnie potrzeba. Zyskam na czasie... Nie wyspowiadanego mnie nie zgładzą. Dosyć tego! - Módlmy się! - powtórzył duchowny. Zbigniew wstał i nie zważając nań chodzić począł; przystąpił do drzwi, uchwycił za nie, potrząsnął nimi - zawarte były. Stróż, usłyszawszy szelest, rozwarł drzwi na pół, a zobaczywszy więźnia gwałtownie je zatrzasnął.

- Módlmy się! - błagająco mówił o. Łukasz.

- Milcz, klecho! - rzekł stając naprzeciw niego Zbigniew i podnosząc pięści ściśnione. - Milcz! Powiedz im, żem wściekły, że spowiedzi słuchać mnie nie mogłeś. Mają prawo wziąć mi życie, ale nie gubić duszę. Pochylił się ku niemu.

- Daj znać królowi! Wszystkie skarby moje benedyktynom przekażę, oddam. Suknię waszą oblekę...

- Uczynię, co mogę - odezwał się ksiądz z politowaniem - lecz dla siebie samego, na błaganie moje pomódlcie się, to wam ulgę przyniesie. Rzucił się Zbigniew.

- Mówiłem! - krzyknął - ani się modlić, ani spowiadać nie mogę, nie chcę, nie będę! Nie będą śmieli mi zadać śmierci w stanie grzechu! Dlatego zdrajcy was tu nasłali z waszą kleszą pokorą i błaganiem, abyście mnie przygotowali im na pożarcie... Macie jak kucharz przyprawić im pastwę. Nic z tego! Nie! Nie! - wolał coraz gwałtowniej. Ksiądz Łukasz ze złożonymi rękami przykląkł przed zrozpaczonym.

- Na dawne nasze w Jezusie Chrystusie braterstwo zaklinam was - zawołał - módlmy się! Uspokójcie się, prosić będę za wami! Czas upływa!

- Chcę, by upływał! - wybuchnął Zbigniew. - Niech uchodzi! Odsunął się od klęczącego i poszedł na łoże. Wyciągnął się na skórze, głowę zakrył, milczał dysząc ciężko. Po kilkakroć, chcąc go jeszcze przywieść da opamiętania, ksiądz przystąpił i ręką potrząsnął; leżący wyrywał mu się gniewnie. Nagle, jakby doprowadzony do niecierpliwości, książę zerwał się z posłania, chwycił o. Łukasza za barki i popchnął go ku drzwiom, w które obu pięściami bić zaczął. Stróż otworzył. Zbigniew nie dając księdzu ani przemówić, ni się odwrócić, wyrzucił go za drzwi. Chwilę jeszcze stał kapłan u drzwi z głową spuszczoną i wolnym krokiem powrócił do izby, w której byli zgromadzeni wojewodowie. Mrok nie dozwalał już rozeznać ich twarzy, siedzieli na ławach pod ścianami oczekując i rozmawiali cicho między sobą. Spór i hałaśliwe rozprawy ustały. Gdy się ksiądz ukazał w progu, Magnus podniósł się pierwszy i, postępując ku niemu, spytał:

- Spowiadał się?

- Miłościwi panowie - odezwał się poważnie kapłan to człowiek w rozpaczy, nie władnący sobą. Ani się spowiadać, ani słuchać, ni zrozumieć nie może... Szalony jest, nieszczęśliwy! Litość nad nim mieć potrzeba. Starszyzna spojrzała po sobie.

- Ojcze wielebny - rzekł Skarbimierz - wszelką litość wyczerpał ten człowiek... Chcemy czynić, cokolwiek można dla duszy jego. Pozostańcie, proszę, opamięta się może i zażąda was. Zaczęli między sobą szeptać wojewodowie. Po chwili Magnus, Skarbimierz i Żelisław wyszli z izby. Wszyscy trzej razem skierowali się milczący do więzienia. Gdy ostatnie drzwi otworzył im stróż, Zbigniew leżący na posłaniu podniósł głowę, popatrzył, zerwał się na nogi zataczając i oczyma błędnymi wodząc po nich wybuchnął:

- Ha! Przyszliście zbójcy po życie moje! Króla waszego krew przelać chcecie?

- Nie - przerwał głosem ogromnym nakazując milczenie Magnus. - Przyszliśmy po głowę zdrajcy! Zdrajcy nie trzykrotnego, bo trzykroć i czterykroć był przebaczonym, ale niepoprawnego zdrajcy, co na życie króla, pana naszego, nastawał, który nań nasyłał morderców, któremu zapomniano jego niegodziwości, a poprawić się nie chciał... Król by wam raz jeszcze przebaczył, ziemie nasze i ziemianie nie mogą!

- Wy? Mnie? Przebaczać? - zerwał się gwałtownie Zbigniew. - Wy? Mnie? Katy i niewolniki! Jam wasz pan prawy! Ja! Nie kto inny. Tamten, co się waszym królem nazywa, zasłużył na karę, bo mi wydarł prawo pierworodztwa, królestwo moje! On jest złodziejem, nie ja zdrajcą. Słyszycie! I zaśmiawszy się padł na posłanie.

- Milczcie! - zawołał Skarbimierz.

- Nie mówić, nie wołać, ale krzyczeć i wrzeszczeć, i ryczeć będę! - odparł Zbigniew pięści wznosząc. - Niech słyszy świat cały, co za zbrodnia się tu dzieje! Ja jestem panem waszym! Ja! - Milczeć! - powtórzył Jednooki nogą bijąc o ziemię. Magnus przystąpił o krok bliżej.

- Gdy wam łaska ojcowska a miłosierdzie ojca Marcina do królestwa tego przypuszczenie wyjednało, jakżeście się za to wywdzięczyli? Król na marach leżał nie pogrzebiony, gdyście bunt podnieśli! Co później? Wszystkie wrogi nasze pędziliście na nas, nasyłaliście pogan, zbójców, prowadziliście nieprzyjacioły na brata! Kto Czechów, kto cesarza, kto Pomorców Prusaków na nas burzył?

- Tak! Ani się zapieram - przerwał podnosząc się Zbigniew. - Tak! Odarty, wyzuty, krzywdzony, upominałem się o swoje! Szukałem opieki u obcych, gdym jej u swoich nie znalazł! Tak! Ząb za ząb! Zdradzony, mściłem się zdradą! Wojewodowie spojrzeli po sobie, nikt nie odpowiada Magnus począł zwolna, jakby wyrok głosił:

- Nie wolą królewską, ale sądem wszystkich ziemian, wojewodów, starszyzny, władyków, osądzeni jesteście...

- Ja? Przez was? - wykrzyknął nie dając dokończy Zbigniew. - Alboście to wy mnie równi, byście śmieli mnie sądzić? Papież tylko, cesarz, królowie mają prawo mnie potępić, nie wy, czerń, ludzie z gminu wyszli... Spojrzeli po sobie trzej sędziowie.

- Będziecie się na to skarżyć przed trybunałem Bożym, przed którym i my staniemy

- wtrącił Skarbimierz pogardliwie. - Na sumieniu was mieć nie będziemy. Nie jednej, ale dziesięciu śmierci winniście. Więcej przeleliście wiader krwi, niż z was kropel wytoczyć można. Zbigniew klął i bełkotał, lecz podniósł się nagle widząc Magnusa cofającego się ku drzwiom.

- Wojewodo! - zmienionym głosem począł. - Wojewodo! Bóg nas będzie sądził! Niech tu przyjdzie ksiądz, niech przyniosą ewangelię, krzyż, hostię, przysięgnę na nich przy was... Nie chcę nic... Życie mi zostawcie. Oblekę znów habit zakonny! Pójdę na wieki do klasztoru!

- Łamaliście wiele takich przysiąg uroczystych - rzekł Skarbimierz.

- Tej dotrzymam! - zawołał Zbigniew. Była chwila strasznego milczenia.

- Życia wam nie wezmą - odezwał się Magnus. Książę poruszył się, odetchnął, powstał.

- Więzienie? - odezwał się głosem orzeźwionym. Nikt nie odpowiedział.

- Poddajcie się losowi waszemu - dodał Magnus. - Jaki wyrok wydano, spełnić się musi. Rzucił się książę za nimi, gdy już wyszli pośpiesznie i drzwi zatrzaśnięto. Cicho było i ciemno. Więzień odetchnął pot ocierając z czoła. W przedsieniu izby u progu dały się słyszeć kroki i głosy ludzi. Trwoga ogarnęła go znowu. Spod skóry; którą łoże było okryte, Zbigniew dobył nóż wsunięty głęboko i schował go w rękaw sukni. U drzwi szmer i szelest jakiś się powiększał, szeptano i umawiano się. Słychać było niewyraźne, przerywane głosy dziwne i śmiechy dzikie. W więzieniu panowała ciemność, przez szparę drzwi jak ostrze jakiegoś miecza ognistego wpadło światło, zadrżało na podłodze, pasem nad głową jego zarysowało się na ścianie. Zbigniew skulony na łożu, cisnąc nóż w ręku spotniałym, drżał i zęby mu się ścinały. Okiem obłąkanym powiódł ku oknu, które wysoko stało nad głową, niedosiężone dla niego. Rękami objął mur gładki i oszarpnięte dłonie opadły. Obejrzał się dokoła: nie było ratunku, kryjówki, ujścia. Drżenie zmieniło się w dygotanie całego ciała, głowa się trzęsła, nogi chwiały; palce to ściskały gwałtownie, to bezsilne rozchodziły, pot zimny spływał po skroniach. Za drzwiami ciągle trwało milczenie, spór stłumionych kilku głosów. Światło przez szparę wpadające przesuwało się i chodziło po izbie, podnosiło się do góry i spadało. Po kilkakroć słychać było rękę, która chwyciła zasuwę drzwi i zsunęła się z niej zwolna. Spierano się jeszcze to głośniej, to ciszej. Oczekiwanie jak wiek trwało długo. Już Zbigniew uspokajać się nieco zaczynał, gdy nagle, gwałtownie, z trzaskiem opadły zasuwy drzwi i stróż ów z niskim czołem, z twarzą bydlęcą wpadł wiodąc za sobą dwu pachołków i wylękłego chłopaka, który trzymał pochodnię w ręku. Oprawca ani słowa nie odezwał się do księcia. Skinąwszy na pomocników postąpił ku niemu. Pachołkowie rzucili się z obu stron na Zbigniewa stojącego u łoża, chwytając za barki, lecz nim za ręce go ujęli, dobył nóż i rozpaczliwie nim miotając zadał naprzód lekkich razów kilka stojącemu bliżej oprawcy. Zmierzył potem ku piersi tego, który z żelazem ostrym także zabierał się silną dłonią za kark go pochwycić. Poczęła się walka straszna, nierówna, zajadła, nieludzka, mająca w sobie coś bydlęcego. Trzech tych ludzi zwinęło się jakby w kłąb jeden, w jeden kadłub nieforemny, którego rąk i nóg poplątanych rozeznać nie było można. Jeden wreszcie piersi mu nacisnął kolanem, drugi broniące się jeszcze dłonie sznurem krępował. Oprawca z rękami obnażonymi stał, oczekując przed nimi. Żelazo, które trzymał w ręku, mówiło, co miał począć. Spiczaste ostrze jego niejedne już oczy, co na świat patrzały, wyjęło spod powiek. Oprawca powoli próbował je na paznokciu. Lecz nim kat dosięgł żelazem oka, wysiłkiem gwałtownym Zbigniew rozerwał krępujące go pęta, odepchnął pachołków od siebie i nożem, którego mu wyrwać nie zdołano, uderzył oprawcę w piersi. Raz ten, choć silny, ledwie przebił grubą suknię jego. Nie syknął nawet, lecz rozwścieczony, zamiast do oczów, zmierzył w piersi Zbigniewa i żelazo w nich utopił. Uderzenie gwałtowne dosięgło serca, książę konając rzucił się tylko, ręką chwycił za pierś i drgając opadł na posłanie. Wbite żelazo tkwiło w ranie i krew się około niego sączyła. Ciągle milcząc oprawca poszedł ku drzwiom. Na sukmanie jego widać było teraz sączącą się krew z lekkiej rany, którą mu zadał książę, ale nie czuł jej ni spojrzał na nią. Chłopak z pochodnią i pachołkowie szepcząc między sobą, opatrując ręce swe poranione, ocierając się i wyciągając, szli za nim. Drzwi więzienia, w którym został trup, nie zamknięto, mrok ogarnął izbę. Oprawca zwolni skierował się ku wielkiej jadalni, w której wojewodowie siedzieli na ławach. Ujrzawszy go powracającego wcześniej, niż się spodziewano, idącego zwolna i zakłopotanego, Magnus wstał i wyszedł niespokojny przeciw niemu.

- Już? - zapytał. Długo się zbierał na odpowiedź straszny człek trąc głowę i patrząc na ziemię.

- Nożem się bronił - rzekł - nie można było dostąpić do oczów... Ręki ruchem pokazał, że go przebić musiał. Wojewoda drgnął nie mówiąc słowa. Zwrócił się ku swym towarzyszom.

- Bronił się - rzekł - musiał go zabić.

- Ranił mnie - dodał oprawca szukając na sukni śladu uderzenia i wskazując krew.

- Stało się! - zawołał Skarbimierz. - Bóg tak chciał, Dobrze się stało! Gdy to mówił, ruszyli się wszyscy, jakby na oczy swe widzieć i przekonać się chcieli, że królestwo od wroga, który je trapił przez lat tyle, wolnym było. Szli wszyscy poprzedzani przez pochodnie, które niesiono przed nimi, w izbie nie został nikt - cisnęli się w ponurym milczeniu. Pierwszy Magnus przestąpił próg i spojrzał. Ciało leżało na łożu, jak je pachołkowie złożyli, ze sznurem pod szczęką, z twarzą straszną jeszcze, na której stężał wyraz walki ostatniej. Zastygły w rysach nieszczęśliwego gniew i wściekłość, usta miał pianą ze krwią okryte, sinieć zaczynało nabrzmiałe lice... Wojewodowie otoczyli łoże i patrzali nie okazując żalu, nie mówiąc słowa, nie litując się losowi człowieka.

- Tak lepiej - szepnął wchodząc Skarbimierz - sam sobie zgon przyśpieszył. Nikt nie winien śmierci jego. Pośpieszę do króla, aby mu oznajmić o tym. Wracali już, gdy w sieniach spotkał ich stojący, czekający na nich o. Łukasz. Ciekawymi oczyma badał przybywających.

- Ojcze mój - odezwał się do niego wojewoda - oddajcie mu ostatnią posługę chrześcijańską. Nie żyje. Ksiądz westchnął nie mówiąc nic, posunął się z twarzą smutną ku izbie więziennej i całą noc modlił się u ciała ze spokojem człowieka, dla którego widok śmierci nic już strasznego i groźnego nie ma. Nazajutrz pogrzeb cichy, w prostej trumnie zakończył ową długą tragedię krwawą braterskiej walki. Zwłoki królewskiego syna złożono w małym sklepiku pod kościołem, a zaledwie lat kilka ubiegło, zapomniano nawet o grobie, którego żadną pamiątkową cechą nie oznaczono. * Gdy Skarbimierz powrócił do Krakowa, jakby przeczuwając coś król go natychmiast do siebie powołać rozkazał. Wyszedł naprzeciwko niego z trwogą na twarzy. Spojrzenie na nią kazało wojewodzie poszanować ten niepokój serca szlachetnego, które tyle przebaczyć umiało, a do zemsty tak nieskorym było. Król stał pytać nie śmiejąc, Skarbimierz odezwać się nie miał odwagi. Milczenie samo wymowne było.

- Zbigniew? - jęknął wreszcie.

- Nie żyje! - rzekł nie ciągnąc już dłużej wojewoda. Chciano mu oczy wyjąć tylko, ranił oprawcę i sam się przebił na żelazie, które trzymał. Słysząc to król pobladł jak chusta, pochwycił się za głowę i wyszedł szybko. Nie widziano go już tego wieczora, nie usiadł do wieczornego stołu, mówiono, że całą noc spędził w zamkowym kościele na modlitwie. Nazajutrz przybywający panowie znaleźli go w szatach podartych, z głową popiołem posypaną, boso, bladego, załamującego ręce, rozgorączkowanego, we łzach. Na próżno starali się go pocieszyć. Skazał się na post, na chleb i wodę, wdział od tego dnia prostą szarą opończę, krył się od tłumu, unikał ludzi, zmienił strasznie. Strwożona królowa posłała panów, panowie pobiegli do biskupa Baldwina, do duchownych, wzywając ratunku. Obawiano się stracić pana tego, na którego barkach spoczywało bezpieczeństwo królestwa, lękano się, aby dla dobrowolnej pokuty nie wyrzekł się panowania i małoletnim dzieciom a opiekunom niepewnym państwa nie zwierzył. Biskup Baldwin zaledwie potrafił uspokoić nieco srodze sobie tę śmierć braterską wyrzucającego króla. Duchowieństwo całe ofiarowało się ze skarbnicy ogólnej łask, którymi kościół rozporządzał, przyczynić się do ulżenia sumienia strwożonego pana. Nie ograniczając się na tym pobożny król całe dnie prawie przebywał w kościołach klęcząc lub leżąc krzyżem w czasie mszy, które się za zmarłych odmawiały, i podczas śpiewania psałterza i modlitw. Codziennie tłumy ubogich sam karmił i przyodziewał; na koniec pod pozorem podróży dla widzenia się z królem węgierskim udał się Bolesław na wędrówkę do kościoła św. Idziego, patrona swego, na Węgrzech, na którego cześć kościół też w Krakowie, przez ojca rozpoczęty, dokończył. Świadek naoczny tej pielgrzymki króla, który był pierwszym rycerzem swojego wieku i najgorliwszym wyznawcą wiary, opisuje ten pochód pokutny Bolesława, jakiemu podobne w owych wiekach tylko widywano. Król przez cały ciąg tych dni czterdziestu żył tylko chlebem suchym i wodą. Biskupi i prałaci zmuszali go na próżno, aby tak ostry post na modlitwy lub msze zamienił. Codziennie z rana wychodził z biskupami i kapelanami, prawie zawsze boso, przez cały dzień idąc, póki godzinek do Panny Marii, pacierzy kapłańskich, siedmiu psalmów pokutnych, litanii, psałterza całego i wigilii za umarłych nie odśpiewano. W ciągu drogi na noclegach umywał nogi ubogim, rozdawał szaty, karmił ich, sypał jałmużny, obdarzał, kogo tylko spotkał. Pielgrzymkę tę odbywszy wrócił król do Krakowa, ale i tu jeszcze pielgrzymich sukni i kapicy nie zrzucił, aż dopóki nie pokląkł u grobu Wojciecha świętego w Gnieźnie. I do tego miejsca jeszcze szedł pieszo i boso, i tu posypały się dary pańskie. Sprawiono naówczas na relikwie apostoła Prus, patrona Polski, trumienkę złotą osiemdziesiąt grzywien ważącą, drogimi kamieniami sadzoną. Biskup, duchowieństwo, kościoły obficie zostały obdarzone. "Jednakże - pisze Gallus - pomimo pielgrzymki pobożnej, tak świątobliwie odbytej, dawny ucisk serca nie ustąpił mu nigdy z pamięci". KONIEC KSIĄŻKI

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec