Biblioteczka

Stefan Zeromski

Uroda zycia

Stefan Żeromski

Uroda życia CZĘŚĆ PIERWSZA CIEŃ I Zupełna cisza zaległa korytarze. Najlżejszy szmer nie dochodził z sal. Nie słychać było turkotu, a jednak czuli to wszyscy, że w tej właśnie chwili zbliżają się karety, że zajeżdżają z Zabałkańskiego Prospektu przed przedsionek. Pewien profesor, mało znany słuchaczom najstarszego półrocza, jeden z sześciu ober-oficerów, wykładający na kursie młodszym, junkierskim, pierwsze zasady fortyfikacji, wbiegł do sali na palcach i w istnym popłochu pozamykał własnoręcznie cztery jej okna. Uczynił to z pośpiechem i taką na obliczu bladością, jakby ta czynność zabezpieczyć miała zgromadzonych od jakiegoś groźnego niebezpieczeństwa. Przesunął się przed ławkami, wykonał ręką nieokreślony, niemal kabalistyczny znak. Znikł jak cień. Przez chwilę słychać było ostrożny podźwięk jego ostróg, najbardziej odpowiedni, specjalny środek do potrącenia naprężonych nerwów. Długa, najzupełniejsza cisza... Piotr Rozłucki siedział w swej ławce wyprostowany, znieruchomiały, zamieniony niemal na spiż, niby jedna ze składowych części nowoczesnej działobitni, którymi miał wyładowaną głowę. Oczy jego spoczywały na taflach posadzki, na deseniu wywoskowanego drzewa. Kiedy wreszcie podniósł oczy, uczynił to niechętnie, prawie przemocą. Za przymkniętymi dopiero co oknami, w miękkiej wilgotności powietrza, wyspowiadanego przez szept wiosennego deszczu z miejskich czadów, tkwiły dalekie, nie wiadomo z jakich pniów wyrosłe, wielolistne gałęzie kasztanów ze stożkowatymi kwiatami, jakby objęcia pachnące z tajemnic dalekiego świata ku tym oknom wyciągnięte. Piotr Rozłucki powrócił co prędzej oczyma i myślą z tej krótkiej wyprawy za mury. Poczuł w sobie wstyd za tę słabość upadku wyłamania się z wojskowej dyscypliny. Wrócił do szeregu. Ujrzał się znowu pośród kolegów, wbity między nich należycie jak sztacheta w przęsło. Niezłomnością woli zapanował nad wszelkim wzruszeniem jakiejkolwiek natury.

Daleko – znajomy na dole gmachu szczęk wielkich drzwi. Głuche głosy. Odległe kroki na marmurowych schodach. Nieokreślony gwar w górnym korytarzu. Odgłos stąpania wielu osób. Serca oficerów zamarły. Rozum przedzierzgnął się w jasną świadomość. Wola osadziła się w pełni. Mięśnie rąk i nóg u wszystkich wraz stały się jednią podwładną. Komendant baterii, sztab-oficer inspektor, w pełnej formie, z żelaznym na twarzy marsem, wszedł niepostrzeżenie do sali. Objął „kurs” błyskawicą źrenicy i wyprostowany, twarzą zwrócony w stronę korytarza stanął u drzwi. W mgnieniu oka zespół młodych podporuczników składający kurs najwyższy powstał z miejsc jak jeden człowiek. Wszedł do sali powolnym, z lekka ociężałym krokiem wielki książę protektor. Bardzo wysoki, chudy, nieco już szpakowaty mężczyzna, o twarzy niewesołej, ściągłej. Niewielka klinowata broda jego siwiała, równie jak gładko przyczesane włosy. Pozdrowił młodzieńców z cicha znanym żołnierskim powitaniem. Odpowiedzieli jak jeden, skandując w sposób przepisany frazes z przepisanym uniesieniem. Książę skierował kroki ku katedrze zasłanej wspaniałym dywanem. Z dyskretną elegancją zasiadł na krześle pod portretem panującego monarchy. Obok, z obudwu stron, jak gdyby wykonywując formułę skomplikowanego tańca, umieścili się generałowie świty: generał-feldzeigmajster, generał inspektor artylerii, pomocnik, inspektorowie zarządu artylerii i inni. Cała ta pusta przed chwilą połać sali zajaśniała nagle od paradnych szlif, aksamitnych kołnierzyków, pąsowych lampasów, akselbantów, wielobarwnych szarf, orderów, gwiazd, wstęg, łysin i wypomadowanych czupryn. Przyciszony dźwięk ustawianych szabel i umyślnie zagłuszany brzęk ostróg rozpłynął się znowu w milczenie. Surowe oczy generałów mierzyły niepobłażliwie głęboką salę, w której zasiadło czterdziestu paru abiturientów. Młodzi oficerowie oczyma skamieniałymi z subordynacji mierzyli generałów. Nade wszystko jednak ośmielali się podnosić oczy na twarz wielkiego księcia doświadczając należytej radości. Widzieli go po raz pierwszy. Na jego obliczu malowało się znudzenie, zamaskowane przymusową uprzejmością. Cała postać była jakby okuta przez powszechną subordynację. Zwrócił głowę z ugłaskaną przez obowiązek i łaskawą odrazą w stronę inspektora Akademii Michajłowskiej i wśród głębokiej ciszy zapytał o stan egzaminów. Sztab-oficer inspektor, wyprostowany niby struna jakowegoś wielkiego instrumentu, wyraźnie, jasno, z cicha wygrał ku czci jego cesarskiej wysokości pokorne recitativo, iż egzaminy na najwyższym, „praktycznym” kursie z hippologii, z wojennej i artyleryjskiej administracji, z teoretycznej i materialnej artylerii, z prawoznawstwa, chemii organicznej tudzież znawstwa materiałów wybuchowych, z fortyfikacji, taktyki, fizyki

i rachunku różniczkowego – już się odbyły. Pozostał właśnie egzamin zasadniczy z historii ojczystej. Wielki książę wyraził życzenie wysłuchania odpowiedzi tego i owego z wychowańców zakładu na pytania, które im sam zada. Inspektor podsunął mu natychmiast listę oficerów kończących akademię. Wielki książę schylił się nad tą listą i wśród tajnego łoskotu serc kilkudziesięciu młodzieńców deliberował. Nareszcie

wypowiedział nazwisko: – Prochorow. Ów Prochorow wstał i wyszedł z głębi sali na nogach, których dygotkę pokrywał nienaturalną sztywnością. Znalazł się niespodziewanie w obliczu wszystkich jak złoczyńca wyprowadzony na szafot. Tu z pociechą usłyszał banalne zapytanie o formułę prochu bezdymnego, wyrecytował ją wraz z przeciętnym objaśnieniem o właściwościach chemicznych, fizycznych i balistycznych tego prochu, wspomniał o jego taktycznych i ekonomicznych zaletach. Ośmielony łaskawym spojrzeniem dodał kilka

uwag o rodzajach prochów nitroglicerynowych – i przedziwnie zadowolony wrócił na swe miejsce z wdzięczną radością w oczach, w ustach, w ruchach, a nawet, zdawało się, z radością w połysku butów. W tym czasie i w ciągu posłuchania udzielonego następnemu koledze, Wasiliewowi, który mówił o teorii celowania pojedynczym działem tudzież działobitnią, o celowaniu

według znaku odchyleń i krzywej Persena – Piotr Rozłucki stłumił zupełnie pewne zaniepokojenie poprzednie. Pracował nad sobą duchowo z niezwykłym opanowaniem wszelkiego wzruszenia. Wiedział dobrze, że wcześniej czy później zostanie powołany na środek. Z całej mocy duszy i ciała przygotowywał się do tego wystąpienia. Był chlubą szkoły artylerii, złotym jej elewem. Nie darmo przecie jako

piętnastoletni prymus przeszedł tutaj ze szkoły kadetów – odbył swój tryumfalny pochód z najwyższymi odznaczeniami przez cały dział junkierski jako feuerwerker i

porte-épée junkier – zdał na teoretyczny i, zaliczony do pierwszej kategorii na egzaminie, w randze podporucznika przeszedł na kurs najwyższy, czyli praktyczny, i nie dał się nikomu pod żadnym względem prześcignąć... Teraz miał ukoronować pracę całego swego młodego życia efektownym odznaczeniem, jakimś „pomysłem Suworowa”. Toteż patrząc z niczym niepowstrzymaną uwagą na deski podłogi badał swą drogę do tej katedry i przewidywał wszystko, co się stać może. Mierzył tedy każdy swój krok, obmyślał każdy ruch, rozważył ukłon, przybrał w wyobraźni niezbędny i najbardziej celowy wyraz twarzy. Praca ta była szybka, stanowcza i nieodwołalnie trafna. Podniósł nieulękły wzrok na wielkiego księcia i wpatrywał się w jego twarz długo i spokojnie. Zgłębiał w tej krótkiej chwili tego człowieka jak zagadnienie o jednej z owych tajemniczych sił wojny, o których tyle się w ciągu swego życia uczył i zawsze „matematycznie marzył”. Ale zagadnienie oblicza wielkiego księcia było trudne, nad siły rozumu „genialnego” podporucznika, niepojęte. Rozłucki zarył się w nie całym dwudziestoczteroletnim objęciem, które forsowna ścisła nauka poddała tak wszechstronnemu ćwiczeniu, dyscyplinie i wyostrzyła tak dalece, że się zamieniło niemal na zuchwałe jasnowidztwo. Patrzał oczyma młodego matematyka, którego nauki wojskowe pchnęły na szczyt marzeń o sławie, w tego. człowieka posiadającego już wszystko, którego posiadanie wszystkiego napawało jedynie wyniosłym, dyskretnie schowanym znudzeniem. Uwielbiał tę flegmę wielkoksiążęcą, wobec której jego wewnętrzna

praca: naprężenie surowych sił i świadomych władz duszy – wydawało mu się ordynarnym zapałem, ale jednocześnie wrzał od głębokiej a poskromionej pasji. W pewnej chwili ta właśnie surowa pasja dosięgła szczytu, podniosła się ponad wszystko niby lawa sięgająca wylotu krateru. Zdobyć i pokonać tego człowieka, stanąć nad nim i nakazać mu zachwyt dla siebie! Za wszelką cenę! To się stać musi! Przymknął oczy i od jednego zamachu woli postanowił:

„Jeżeli się potknę, jeżeli chybię – wówczas – co wówczas? co pocznę?” Po chwili: „Z błahego powodu uderzę w twarz von Dahla, jutro stanę do pojedynku i dam się zabić”. Po czym był już spokojny, wesoły i prostodusznie naiwny. Czekał. Komedia egzaminowania poszczególnych oficerków przez poszczególnych generałów, którym rozwiązanie ścisłe zadawanych pytań poniekąd już wyparowało z łysin i spod uczernionych

fryzur – ciągnęła się jeszcze. W pewnej chwili sztab-oficer inspektor nachylił się czołobitnie do wielkiego egzaminatora i wyjaśnił mu uniżenie jakiś szczegół. Wielki książę przyzwolił skinieniem powiek. Generałowie świty niepostrzeżenie odsapnęli. Generał dyrektor zaanonsował:

– Na polecenie jego cesarskiej wysokości przystępujemy do egzaminu z historii ojczystej. Wielki książę pochylił znowu głowę nad listą i raczył czytać szereg nazwisk. Wymienił

z nich jedno: – von Dahl. Von Dahl wyszedł elastycznie jedwabnymi krokami i drżącą ze wzruszenia dłonią wyciągnął jedno z „pytań”, rozrzuconych na małym stoliku przylegającym do ławek słuchaczów. Głos jego łamał się i zahaczał na rozmaitych szczegółach panowania Aleksandra Błogosławionego, a patriotyczne okresy jak rozpuszczone sztandary szumiąc pływały nad poprzekręcanymi datami, nad błędami zamaskowanymi uniesieniem. Wielki książę spoglądał na von Dahla dobrotliwie jak na kafel pieca, co podporucznika doprowadzało do szału radości. Gdy młody adept sztuki artyleryjskiej wyczerpał już wszystkie batalie roku 1812 i miał w myślach tylko chaos okryty frazesa-

mi, które również były na wyczerpaniu – a w oczach iście baranią rozpacz, puszczono go na miejsce z wysoką aprobatą. Niemal w tej samej chwili Rozłucki usłyszał wymówione swe nazwisko. W mgnieniu oka przygotował się wewnętrznie do wykonania planu. Przybrał na twarz dawniej obmyślony uśmiech, wyszedł sprężyście i stanął przed księciem. Teraz spotkały się ich oczy, a raczej wzrok ucznia wyszukał źrenice pana. Ta chwila trwała tak niewłaściwie długo, że inspektor uznał za konieczne wydać polecenie:

– Proszę wyciągnąć bilet... Piotr sięgnął ręką i podał zwierzchnikowi pierwszą z brzegu kartkę papieru.

– Panowanie cesarzowej Katarzyny Drugiej... Rozłucki doświadczył przez sekundę zawrotu głowy. Szum w uszach jak w gorączce

albo po zażyciu chininy – wybuchł, lecz z wolna nacichał... W owej chwili,

gdy generał czytał „pytanie” – uczeń stanął nad przepaścią. Zebrał się w sobie i w jednej chwili postanowił: „Tak! Próbuję.” Spojrzał znowu w oczy księcia. Nic! Nic dotąd nie osiągnął. Oczy te były nie do zdobycia. Patrzyły jakoś poprzez głowę „złotego” podporucznika, nie widziały go wpatrując się weń, jakby był powietrzem, wodą albo szkłem. Powziął się tedy w sobie na nowo, dźwignął, jakby wówczas kiedy się podnosi w pojedynku pistolet. Zaczął mówić głosem równym, nieswoim, jak gdyby zewnętrznie uprzejmym. Opowiedział panowanie Elżbiety Piotrówny kilkoma zwięzłymi okresami i przeszedł do chwili przybycia do Rosji pięknej księżniczki Zofii-Augusty Anhalt-Zerbstkiej, narzeczonej młodocianego Piotra Trzeciego Teodorowicza. Wdał się w drobiazgową charakterystykę usposobień tego księcia i charakteryzował go z tak świadomym uporem, że aż wywołał iskrę zainteresowania w oczach wielkoksiążęcego słuchacza. Mówił tedy o sympatiach Piotra Trzeciego dla Fryderyka Drugiego, przekraczających wszelką miarę, o jego przywiązaniu do Holsztynu i prawie nienawiści do Rosji, do religii prawosławnej,

do duchowieństwa i ludu – z lekka dotknął braku umysłowych zdolności, nałogu pijaństwa i manii głośnego myślenia. Po czym przeszedł do charakterystyki Zofii-Augusty, późniejszej Katarzyny Drugiej, genialnej samotnicy na dworze Elżbiety Piotrówny, z nudów pochłaniającej stosy książek i z wolna, w ciągu kilkunastu lat wpatrującej się w sprawy publiczne, które w jej oczach płynęły bez końca. Rozłucki narysował zręcznie i ostrożnie poziomą bezmyślność i nudę dworu Elżbiety, wartość moralną Piotra Teodorowicza, ażeby niejako usprawiedliwić bliższy stosunek następczyni tronu z Sołtykowem, a gdy Sołtykow wysłany został na dożywotnie ambasadorstwo

– bliższy stosunek ze Stanisławem Poniatowskim, przypadkowym członkiem poselstwa angielskiego w Petersburgu. Kiedy Rozłucki podniósł w owej chwili oczy na swego słuchacza, ujrzał nareszcie w jego twarzy pożądaną a przewidzianą reakcję, zainteresowanie, ale tego rodzaju, że poczuł zimny dreszcz w ramionach. Wielki książę miał oczy zmrużone i uważnie wpatrywał się w młodego artylerzystę. Generałowie siedzieli na swych miejscach jak wmurowane w ścianę posągi. Tylko lodowate, niepostrzeżone uśmiechy błądzące po ich twarzach świadczyły, że to są ludzie, którzy pilnie czuwają nad swą i cudzą karierą lub karkołomną ruiną. Oczy ich patrzyły w młodego mówcę z wyrazem okrucieństwa i ciekawości. Inspektor, komendant Akademii, stał w głębi blady, ze spuszczonymi oczyma wsłuchując się w słowa wychowańca, które nań spadały jak chłosta na grzbiet obnażony. Rozłucki, utwierdziwszy się w postanowieniu, ciągnął dalej swą rzecz świadomie na szczyt. Przedstawił Stanisława Poniatowskiego jako wykwintnego, wykształconego Europejczyka, pięknego poszukiwacza losu i przygód. Nadmienił, że nic nie było dziwnego w tym zbliżeniu się dwu osób z Zachodu w dziwacznym świecie niskich intryg i poziomych plotek. Nie było w tym nic dziwnego, że następczyni tronu zapragnęła wywyższyć Stanisława Poniatowskiego, podnieść go do stopni tego krzesła potęgi, na którym, obok Piotra Trzeciego, zasiąść miała. Tron w Polsce był obieralny, więc cóż dziwnego, że obydwoje marzyć poczęli o tym tronie dla pięknego Czartoryskich krewniaka. Ażeby tron polski posiąść, trzeba było poznać wszystkie gradusy, po których należało nań zmierzać. Toteż Stanisław Poniatowski w ciągu lat pobytu w Petersburgu, aż do swego przymusowego wyjazdu, w tajemnicy uświadamiał następczynię tronu, z pewnością sumiennie, gruntownie i ze znawstwem, o wszystkich słabych stronach, ranach, zmazach, grzechach, brakach, ułomnościach owoczesnej Polski, o jakości i wartości stronnictw, o stosunkach i mocy praw obyczajowych, o wszystkich wadach i przywarach ludzi rej w tym kraju wodzących, o ich namiętnościach i tajonych ambicjach, o sile w każdym z nich żądzy złota, o każdego mocy charakteru, wielkopańskiej manii lub prosto-szlacheckiej głupocie. W ten to sposób Katarzyna Druga, która nigdy w Polsce nie była, która nigdy na tej ziemi nie postawiła

nogi i bardzo niewielu widziała w swym życiu Polaków – wiedziała dokładnie, komu

co dać, kogo przekupić, komu co przyobiecać, jak zdobyć – powzięła wyobrażenie najdoskonalsze, zupełną topografię upodlenia Polski, znajomość zgniłych jej miejsc, tych szlaków niepostrzeżonych, którędy później ze znawstwem mogła wejść w chwili właściwej, ażeby podtrzymać anarchię i zręcznie zdławić dzieło reformy tego narodu. Wówczas to pewnie nabrała przekonania, które często później głosiła, iż nie masz w wyższej polskiej sferze ani jednego człowieka, którego by do wszelkiej posługi nie można było nabyć za złoto. Wypowiadając te tyrady Rozłucki nie zwracał już uwagi na to, jakie wywierają wrażenie. Wiedział, że około niego skupia się teraz sąd słuchających, wiedział też, że teraz waży się na „zdobywanie” wielkiego księcia. Przystąpił do skreślenia wypadków, które zaszły po śmierci Elżbiety i wstąpieniu na tron Piotra Trzeciego. Mówił tedy ze swobodą i pozorną naiwnością myśli o tym, jak to młody monarcha nie zwracał uwagi na to, co się dzieje w Rosji, lecz wszystkie siły swej duszy miał zwrócone na wojnę Holsztynu z Danią. Rozłucki uskarżał się na postój wojsk holsztyńskich w okolicach Petersburga, żalił, iż młody cesarz ćwiczeniem ich jedynie był zajęty, wojska zaś rosyjskie, które wśród swego niemieckiego otoczenia stale zwał „die Russen”, zaniedbywał zupełnie. Dochód państwowy nie pokrywał wydatków, gdyż deficyt szedł na pokrycie utrzymania armii zagranicznej; chan krymski gotował się do inwazji w granice rosyjskie; w całych okręgach i powiatach szerzyły się bunty chłopskie, a siła wojskowa komend prowincjonalnych nie była w stanie ich uśmierzyć. Wojska krajowe miały iść do Holsztynu. Cesarz Piotr Trzeci głośno wyjawiał zamiar aresztowania

swej małżonki i osadzenia jej w klasztorze – wydawał ukazy najdziwaczniejsze, jak ów do Synodu, z wiosny 1762 roku, wprowadzający za jednym zamachem

tolerancję religijną wszelkich wyznań oraz tolerancję cudzołóstwa – kasujący posty i zaliczający chłopów pańszczyźnianych klasztornych na rzecz prywatnej własności

monarchy – uczestniczył w poświęceniu kaplicy luterańskiej w Oranienbaum i rozdawał

wszystkim obecnym modlitewniki protestanckie. Pomimo – ciągnął Rozłucki – wprowadzenia dwu edyktów, jak zniesienie tajnej kancelarii i zezwolenie na wyjazd za granicę dla szlachty, Piotr Trzeci był znienawidzony przez ogół rosyjski. Następnie skreślił dzieje siedmiu dni od chwili wyjazdu Aleksego Orłowa i Wasyla Bibikowa z Petersburga do Peterhofu, ażeby przywieźć Katarzynę do stolicy i ogłosić

cesarzową – dzieje ucieczki Piotra Trzeciego do Kronsztadu, dzieje jego upadku na

duchu – aż do szóstego lipca, czyli do dnia nagłej śmierci cesarza w zamku Ropszy. Narrator miał zamiar przytoczyć osnowę listu Aleksego Orłowa do cesarzowej, listu zawiadamiającego o śmierci monarchy. W owej chwili był zupełnie spokojny. Miał w sobie zimną pewność i zwycięską nieustraszoność. Od niechcenia spojrzał na wielkiego księcia i powiódł oczyma po linii generałów. Palce suchych rąk księcia błądziły po papierze, oczy były złowieszczo mgliste. Generałowie, zdawało się, z zimną gotowością oczekiwali na jakiś rozkaz. Rozłucki uczuł w tej minucie rozkosz szczególnie przejmującą. Osiągnął swój cel. Wiedział teraz, że naciągnął łuk do ostatniej linii. Należało teraz wypuścić strzałę. Był pewny, że jeśli w tejże chwili, natychmiast nie wypuści swego pocisku, łuk pęknie. Zebrał myśli, skupił je i złożył wszystkie na cięciwie jakoby pierzastą strzałę.

– Proszę się streszczać... – rzekł nagle sztab-oficer głosem suchym, chrapliwym z rozpaczy, usiłując ratować sytuację, siebie i tego szalonego wychowańca. Rozłucki z głębokim uszanowaniem i posłuszeństwem zwrócił głowę w stronę „ukochanego zwierzchnika”. Począł mówić natychmiast z entuzjazmem i brawurą,

jakby wylewając ogrom wdzięczności i uniesienia – o wielkich pochodach i pracach Aleksandra Suworowa. Miał w sobie teraz łatwe uczucie, jakby z rozwianym włosem, wielkimi krokami schodził z wysokiej góry. Umiał na pamięć jak pacierz wszystkie tytuły księcia Italijskiego, hrabiego Rzymskiego, generalissimusa wojsk rosyjskich, wielkiego Aleksandra Wasiliewicza. Wyliczył z pamięci wszystkie jego ordery, szarfy, wstęgi, brylantowe kity, złote szpady obsypane brylantami i wymieniał w lot, co za jaką sprawę przypadło. Zaczął opiewać epos suworowskie od tegoż roku 1762, roku przewrotu, kiedy późniejszy feldmarszałek i generalissimus był dowódcą suzdalskiego pułku. Nad początkową jego działalnością nie rozwodził się zbytnio. Szczegółowiej przedstawił wypadki, które nastąpiły w jakie sześć lat po wojnie siedmioletniej, gdy Suworow jako brygadier wyruszył w stronę Polski. Opisał tedy z należnym uniesieniem, jak to przez zamarzłe rzeki, przez błota, lasy, w ciągu miesiąca brygada

suworowska przebyła tysiąc wiorst z Orszy do Mińska, z Mińska do Warszawy – jak to ją dowódca w marszu uczył strzelać, bić się na bagnety, zdobywać fortalicje. Z wojenną dokładnością uwidocznił porażkę Pułaskich na Litwie, późniejsze czyny w Polsce po przejściu Wisły, a więc w roku 1770 rozpędzenie „szajek” Moszyńskiego pod Klimontowem i Opatowem, zdobycie Lanckorony, Kraśnika, wreszcie obsadzenie

zamku w Krakowie – porażkę Pułaskiego pod Zamościem, Nowickiego pod Krasnymstawem

– w końcu bitwę pod Stołowiczami, gdzie pokonany został hetman Ogiński. Następnie zobrazowane zostało oblężenie Krakowa, zdobycie i wysadzenie w powietrze forteczki w Zatorze... Wielki książę z uwagą, generałowie z namaszczeniem wsłuchiwali się w opowieść o czynach wielkiego wodza Rosji w Krymie, w Turcji, nad Wołgą czasu pojmania Pugaczowa. Wszystko opowiedziane było z niezwykłą precyzją i ścisłością wojskoznawczą. Doprowadziwszy swą opowieść do Kościuszkowskiego „buntu”, Rozłucki sprecyzował czynności Fersena i Suworowa, wystawił doskonale bitwę maciejowicką, a po połączeniu się wojsk rosyjskich w Stanisławowie, okrutną polską porażkę pod

Kobyłką – wreszcie oblężenie Pragi.

Grzmiały w jego relacji działa – osiemdziesiąt sześć rosyjskich i sto cztery polskie w czasie tygodnia oblężniczego. Oto nastąpił szturm. Sześć tysięcy obrońców padło trupem. Oto ludność rzuciła się ku Wiśle, ażeby ją przebyć po moście pontonowym. Most się ugina pod ciężarem. Dwa tysiące ludzi idzie na dno. Osiem tysięcy w niewolę...

Rozłucki opowiadał głosem, który drgał od tryumfu – jak wódz nazajutrz wjeżdżał na koniu w zwykłym mundurze, bez żadnej z tylu swych ozdób. Na brzegu Wisły witają go przedstawiciele narodu chlebem i solą. Podają mu klucze

od miasta – i od Polski. Suworow całuje ich, podnosi ręce do nieba i rzecze: – O Boże, dziękuję ci, że te klucze nie tak drogo mi się dostały, jak... Tu łzy przerywają jego mowę... Słuchacze młodego artylerzysty zostali głęboko, surowo wzruszeni. On sam wzruszony był również, tym nade wszystko, że osiągnął swój cel. Tu doszedł, dokąd był zamierzył. Wielki książę przypatrywał mu się z głęboką uwagą, z zastanowieniem, a nawet z czymś w rodzaju podziwu. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec