TEODOR TOMASZ JEZ

W zaraniu

Teodor Tomasz Jeż

W zaraniu Powieść, którą pod tytułem "W ZARANIU" czytelnikom ofiaruję, odnosi się do spółczesnych Bułgarii dziejów, do momentu odrodzenia się narodu. Spotkałem się z trudnością pewną, którą obejść musiałem. Gdybym się do historii stosował ściśle, byłbym musiał na teatr akcji powieściowej wyprowadzić osobistości żyjące. Ażeby niedogodności tej uniknąć, zapożyczyłem u dziejów tło i na tle tym nakreślić się starałem obraz momentu jak najwierniejszy. Osobistości, które wprowadziłem, są to działacze historyczni, przedstawieni pod postacią typów, jakie się urobiły pod wpływami, dzięki którym naród zapomniany wyszedł na widownię polityczną. Postacie historyczne, a nawet i miejscowości występują w powieści pod pseudonimami. Chodziło mi głównie o tło, o koloryt lokalny, o przedstawienie momentu dziejowego ze strony wewnętrznej, której poznanie, ponieważ rzecz sama tyczy się narodu pobratymczego, nie bez interesu, jak myślę, będzie dla czytelnika. Uważałem za potrzebne tymi kilku słowami poprzedzić opowiadanie; ażeby uprzedzić czytelnika, iż "W ZARANIU" nie znajdzie ani zmyślenia, ani historii, ale obraz fermentu, jaki się odbywał w łonie społeczeństwa budzącego się do życia narodowego z letargu pięciowiekowego. * Tekst skopiowano z zachowaniem niekonwencjonalnej ortografii i przestankowania. I Czasu onego Bułgaria podobała się była niesłychanie Świętosławowi Igorowiczowi. Nie dziw. Kraina to w Europie jedna z najpiękniejszych. Rozłożyła się na dwóch Bałkanów pochyłościach, staczających się jedna ku morzu Egejskiemu, druga ku Dunajowi. Stoki idąc ustępami nieregularnymi przechodzą tu we wzgórza, owdzie w rozłogi, towarzyszące dolinom, w głębi których płyną rzeczki mniejsze i większe, u źródeł górskie, szumiące i pieniące się po kamieniach, dalej toczące wody swoje spokojnie. Jedna z wpadających do Dunaju rzeczka nosi nazwę Jantry. Źródliska jej tryskają u stóp przejścia, wsławionego w czasie wojny ostatniej i zwanego Szipka. Nad nią leżą dwie wielkiego dla Bułgarów znaczenia miejscowości: Tyrnowa, niegdyś królestwa bułgarskiego stolica, i powyżej Tyrnowy, w górach - Gabrowa, stolica i ognisko ruchu umysłowego, który był pierwszym budzenia się narodu z letargu kilkowiekowego symptomem. Rzeczka ta, zabierająca z sobą ze strony prawej i lewej rzeczek pomniejszych dużo, wpada do Dunaju poniżej miasta Szistowa, w oddaleniu stanowiącym jedną trzecią drogi z Szistowy do Ruszczuku. Jantra w okolicy, którą przepływa, odgrywa niemałoważną rolę. Doliną jej przechodzi droga prowadząca przez Bałkany do Kazanliku, do Eski-Saghra i dalej do Adrianopola. U ujścia przeskakuje przez nią trakt pocztowy, łączący ze sobą leżące nad Dunajem miasta: Ruszczuk, Szistowę, Nikopolis, Rahowę, dwie Palanki i Widdin. Turcy na trakcie most murowany przez rzekę rzucili, przy moście tym Cincar mehanę postawił, a za mehaną stanęło chałup kilka i sformowała się osada, której się dostała nazwa: Kriwena. Nazwy tej nie dawał jej nikt. Wzięła się sama przez się czy to stąd, że się w miejscu tym droga wygina, czy stąd, że Jantra poniżej mostu zakrzywia się w prawo, jakby się wahała, czy ma do Dunaju wpaść, czyli też równolegle do niego ku morzu podążać. Kwestia ta nierozstrzygniętą jest i nierozstrzygniętą pozostanie, chyba że Kriwena zmieni się kiedy w gród wielki, zamożny i sławny, do pierwocin którego za lat jakich tysiąc obudzi się ciekawość historyczna. Czemu by to nastąpić nie miało? Czyż Odessa na przykład nie była lat temu sto osadą rybacką? Jest to jednak kwestia przyszłości, tymczasem zaś Kriwena nie była ani sławną, ani zamożną, ani grodem i wartość jej całkowita zawierała się w mehanie będącej dla prawowiernych kawiarnią, dla nieprawowiernych szynkiem. Podwójny ten charakter pochodził stąd, że właścicielem onej był Cincar, niby Rumun, ale nie Rumun - niby Bułgar, ale nie Bułgar - niby wierny, ale niekoniecznie wierny padyszacha poddany: mówił on po rumuńsku, po bułgarsku i po turecku, mówił jeszcze językami paru, swego zanat-at pilnował i zarazem przykładał ręki do zajęć różnych, o których ani gubernator ruszczucki, ani kajmakan szistowski, ani zapti żaden wiedzieć nie powinni. Ani go podejrzewano, ażeby on mistiszug jaki podejrzany prowadzić miał. Tytułowano go mehandżi, od mehany, która właściwie "mehaną", to jest domem zajezdnym nie była, nie posiadała bowiem ani stajen, ani szop. Budynek wyglądał niepokaźnie pod strzechą słomianą i dzielił się na dwie połowy, rozkładające się symetrycznie ku sieni. Z sieni na prawo wchodziło się do izby obszernej, zaopatrzonej w ławy drewniane, w komin i szynkwas. Ten ostatni otaczało okratowanie z drzewa, maskujące przed oczami muzułmanów raki i mastyki, stojące we flaszkach na półce, jako też kieliszki i szklanki, kupiące się obok flaszek w nieładzie. Muzułmanie za kratę spojrzenia ciekawe zwracali, prawo atoli dozwalało im patrzeć jeno na komin, na którym od rana do wieczora węgle się żarzyły i którego okap ugarnirowany był w tacki, w dżezmy (imbryczki) i filiżanki, w puszki drewniane na kawę mełtą i w butelek kilka, których szyjki przyłożone z wierzchu fajkami glinianymi i okręcone cybuchami skórzanymi znamionowały naczynia, narghilami zwane. Światło do izby tej dostawało się przez okna, przedstawiające się pod postacią otworów kwadratowych, przez które wraz ze światłem wchodziło i powietrze, nie było bowiem szkła ani żadnej innej rzeczy, która by onemu na przeszkodzie stawała. Na zimę w otwory wstawiały się ramy, pęcherzem obciągnięte; na lato ramy te wyjmowały się i szły na strych. Wieczorem okna się okiennicami, z zewnątrz zasuwanymi, zasłaniały. Zakład ów - rzecz prosta - na przechodniów i przejezdnych liczył i z nich zyski ciągnął, luboć i mieszkańcy Kriweny ze swej strony się przyczyniali w części jakiejś do pobierania przez Peta z ludzi haraczu pod postacią procentu, co najmniej dwóchsetnego, od włożonego przed laty kapitału. Procent atoli, jaki oni płacili, stanowił część małą w porównaniu z tym, jaki do dżepu (kieszeni) mehandżego wpływał w czasie jarmarków szistowskich. Wówczas wszyscy muzułmanie i chrześcijanie, co z prawego brzegu Jantry do Szistowy szli lub jechali i z Szistowy wracali, zatrzy urywali się przed mehaną, jedni dla wysmoktania filiżanki kawy, drudzy dla popicia małko raki celem nabrania animuszu jarmarkowego. W dniach też panagiru miał on od rana do wieczora do czynienia dużo. Uwijał się niby mucha w ukropie, a nawet brał sobie ku pomocy momcze (chłopca) z Kriweny za stosownym jednorazowym wynagrodzeniem. W dnie inne jednak starczył sam; zdarzały się zaś momenty takie, w których od rana do wieczora do mehany żywy nie zajrzał duch. W razach takich Peto oddawał się rozmyślaniu, drzemaniu i utrzymywaniu ogniska na wzór tego, jak kapłanki litewskie Znicz w popiele utrzymywały. Przy tym nasłuchiwał i tak sobie słuch wydoskonalił, że rozpoznawał skrzyp maży za górą i krzyk surudżija w kołowrocie szistowskim. Skoro doszedł słuchu jego jeden lub drugi, wnet się do ogniska zwracał, węgla dokładał i mieszkiem spod spodu dmuchał. W momencie, w którym się opowiadanie niniejsze rozpoczyna, nastał był właśnie dzień taki. Bezrobocie absolutne. Peto na ławie usiadł, ręce na piersiach skrzyżował, powieki zamknął i od czasu do czasu dłonią sobie przed nosem machał. Czynił to z powodu much, którym pozwalał łazić po obliczu swoim całym, z wyjątkiem okolicy łączącej nos z wargą wierzchnią. Gdy mu która do nozdrza zaglądała, wnet się z oznakami niecierpliwości budził, rzucał i ręką wymachiwał; niekiedy w dodatku klął i dziwował się, co za interes mieć mogą muchy do nosa jego. Zarzucał im rzecz straszną: pezewenkostwo.

- Pezewenk!...- wybuchnął nacierając sobie z przyciskiem okolicę pod nosem palcem. W chwili tej przed oknem przemknęła się postać ludzka. Peto z ławy wstał i do ogniska się zwrócił.. Do izby wkroczył człowiek jeden, za nim drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty i siódmy. Policzył ich, mimo że się od komina, zajętym będąc dokładaniem węgli i dmuchaniem, nie odwracał i mimo że na nich nie patrzał, wiedział, co to za jedni. Byli to nizami z pułku rozlokowanego częściami po miastach naddunajskich. Pierwszy, co wszedł, miał na sobie mundur oficerski, na piersiach ryngraf, przy boku szablę krótką, za pasem rewolwer, na głowie fez czerwony z kutasem regulaminowym, na nogach pantofle z zapiętkami. Inni odzieżą wydawali szeregowców, a pomiędzy nimi jeden wedle naszywek zdradzał osobistość przewodniczącą w dziesiątku i tytułowaną z racji tej onbaszi, tak samo jak wedle oznak w oficerze rozpoznać można było milazima, odpowiadającego stopniem najniższemu stopniowi oficerskiemu w armiach europejskich. Milazim przez izbę ukośnie przeszedł, przed ławą pantofle z nóg zrzucił, usiadł i nogi pod siebie podłożył. To samo uczynił onbaszi, pierwej jednak karabin przy progu zostawił i tornister z ramion zrzucił. Za przykładem onbaszi poszli i szeregowcy jeden po drugim. Pozasiadali szeregiem na ławie i jeden po drugim wydobywali z zanadrzy cybuchy, fajki i kapciuchy; fajki powolnie nakładali i pierwszy, co nakładania dokonał, odezwał się:

- A tesz (ognia). Mehandżi, który przez ten czas ogień rozdmuchał i wodę w dużym blaszanym imbryku na węglach postawił, wydobył zza pasa szczypce, ujął w szczypce węgielek i zaniósł takowy żądającemu. Żądanie to powtórzył drugi i również obsłużony został. Po drugim odezwał się trzeci; dalej czwarty i tak do końca. Siedem ust pić poczęło dymy z siedmiu cybuchów; kiedy zaś mehandżi lokował w fajce węgielek milazimowi, ten następujące rzucił wyrazy:

- Biraz kave... Znaczyło to: "jedną kawę", to jest: wódz zażądał filiżanki kawy czarnej. Mehandżi z imbryka dużego do małego mosiężnego wody trochę wlał i na węglach postawił; gdy woda zawrzała, wsypał łyżeczkę kawy mielonej, znów na węglach postawił, zagotował raz, drugi i trzeci, wziął tackę, na której w podstawce blaszanej ulokował filiżaneczkę malutką; z filiżaneczką w jednej, z imbryczkiem w drugiej ręce do milazima podszedł, nalał i podał mu napój, porównywany przez niektórych do nektaru, a okryty sutym kożuszkiem fusów. Turek z ostrożnością filiżankę do ust podniósł; nie dotknął jej ustami jednak, ale nastawiwszy takowe powietrze w siebie wciągnął i wraz z powietrzem wciągnął warstwę, co płyn okrywała. Dokonawszy tego cmoknął razy parę, jak zwykł czynić smakosz, gdy mu łyk lub kąsek osobliwy podniebienie połechce. Pocmokał, dłonią się po piersiach pogładził i następnie popijając z filiżanki haustami małymi, kurzył powoli fajkę. Przykład przez wodza dany znalazł w podkomendnych naśladowców. Nizami jeden po drugim kawę sobie podawać kazali. Mehandżi obsłużył wszystkich i gdy dzieła dokonał, zwrócił się, o brzeg komina plecami się oparł i ręce na piersi skrzyżował w oczekiwaniu czy na rozkazy dalsze, czyli też na rozmowę. Rozkazy nie nastąpiły; po niejakim czasie atoli zawiązała się rozmowa, która się rozpoczęła od wymiany pomiędzy nim a milazimem pozdrowień zwyczajnych: "kasz giełdy" i "safał giełdy", po czym milazim zapytał:

- Ne war, ne jok (co jest, czego nie ma)?...

- Sen biur, effendim (ty wiesz, panie)... - odpowiedział Peto. Milazim w cybuch dmuchnął, dymu w pierś naciągnął, z ust takowy kłębami puścił i znów zapytał:

- Zachodzi do kawene twojej ludzi dużo?...

- Ij... - odpowiedział - raz dużo, znów niedużo...

- Co to za ludzie?

- Ludzie... - wymienił okolicznych wsi kilka.

- Dobrze... - mruknął milazim i zapytał: - Znajomi twoi?...

- Znajomi i nieznajomi...

- Nieznajomi... eh?... Peto ramionami ścisnął na znak, że o nieznajomych nic powiedzieć nie umie.

- Przecie?... - nastawał milazim.

- Alboż to Jantra owcy, co do niej po napicie się wody przychodzi, pyta, czyja ona?...

- Ii (dobrze)... - milazim na to. - Tyś jednak nie Jantra...

- Toteż ludzie, co przychodzą, przychodzą nie do mnie, ale po kawę...

- I po raki...

- Prawowierni po kawę, raja po raki...

- I raja milczy pijąc?

- Albo milczy, albo nie milczy...

- A gdy nie milczy, to co?

- Gada, effendim...

- Tyś mądry... - odparł milazim, który w celu jakimś zapytania zadawał i otrzymywał od mehandżego odpowiedzi wymijające. - Tyś mądry i masz uszy do słuchania.

- O, tak... - odrzekł Peto z akcentem przekonania.

- Nie słyszałeś więc czego?...

- O, effendim... - odpowiedział rękę podnosząc i od niechcenia nią machając - gdybym miał pariczek tyle, ile słów mi w jedno ucho weszło, byłbym w świcie całym człowiekiem najbogatszym...

- Hm?... - Turek głową pokręcił.

- Słucham, ale nie słyszę... to nie moja rzecz...

- Uhmu... - mruknął milazim - ale... patrzysz?..._

- Patrzę...

- Eh?... - zapytał. Mehandżi znów ramionami ścisnął.

- Komita jaki w oko ci nie wpadł?...

- Co to: komita?... - zapytał Peto.

- Komita... hm?... Ja sam nie wiem... - odrzekł milazim i zwrócił się z wyrazem zapytania w oczach do żołnierzy.

- Komita... - powtórzył jeden, z cybucha się zaciągając.

- Komita... - powtórzył drugi nachylając się nieco i z fajki popiół o brzeg ławy wytrząsając.

- Komita... - powtórzył trzeci.

- Musi to być - odezwał się milazim - esnaf (rzemiosło) chyba takie... Nizami poważnymi głów skinieniami trafność domysłu naczelnika swego uznali. Peto zachowywał obojętność absolutną. Na twarzy jego nie manifestowało się ani przeczucie, ani uznanie. Czekał.

- To esnaf taki... - powtórzył milazim na mehandżego wejrzenie zwracając.

- Esnaf?... może... - odrzekł Peto popierając wyraz ostatni skinieniem głowy i ruchem brwi.

- Wiesz?...

- Ty wiesz, effendim...

- Tć... cmoknął Turek i głową w tył rzucił. Esnaf ów jest taki, za który do apsu (więzienia) wtrącają, łby ucinają albo wieszają... Wiesz?...

- Phiii... - Peto na to i głową pokręcił. - A jam myślał, że to wedle tych cziżmów a la franka...

- Jokter... - zaprzeczył milazim - to nie to...

- Cóż by to było?

- Może to, co a la franka... Mistiszug jakiś... Komita i koniec...

- Hm... - wytchnął mehandżi.

- Myśmy tu wedle tego przyszli i w mehanie twojej zostaniemy, ażeby za komitą naglądać... Peto na oznajmienie to nie odrzekł ani słowa. Zapanowało w izbie milczenie, które przerwał milazim odzywając się do onbaszi:

- Postaw, synu, szyldwacha i powiedz mu, co jak...

- Eh?... - onbaszi na to - cóż i jak?...

- Niech na most patrzy i gdyby spostrzegł, że się coś takiego niby komita pokazało, niech zatrzyma i na wartę zawoła... Rozumiesz?

- Rozumiem, effendim... Po odpowiedzi tej onbaszi na jednego z żołnierzy skinął i ten z ławy się zsunąwszy nogi w pantofle włożył, karabin ujął i stanął. Onbaszi przed mehanę go wyprowadził. Słychać było, jak mu co do komity nakaz dawał. Po chwili powrócił.

- Eh?... - zapytał milazim.

- Wszystko dobrze, effendim... Most tak, a szyldwach tak - słowom tym towarzyszyła gestykulacja odpowiednia - mysz się nie przesunie, ażebym jej nie zobaczył...

- Myszy niech tam sobie przechodzą i psy, i koty, i ludzie, byle tylko komitę złapać...

- Nie ujdzie ona... - odrzekł onbaszi na ławę włażąc - chybaby na Biełę poszła...

- I tam, synu, warta stoi... Nastąpiło milczenie dłuższe, poświęcone dumaniu, któremu się nikt chyba tak jak Turcy oddawać nie umie. Siedzieli wzdłuż ściany poważnie i dumali. Mehandżi czas jakiś koło ogniska się krzątał, filiżanki na miejscu swoim poustawiał, węgle poprawił, popiołem je przysypał, imbryk z wodą ustawił tak, ażeby woda zachowywała temperaturę wysoką, chwilkę przez drzwi otwarte na dwór patrzał, nos w fartuch utarł i fajkę sobie nałożywszy, a takową zapaliwszy, obok milazima miejsce zajął.

- Bieda, effendim... - odezwał się.

- Jaka?... - zapytał Turek.

- Źle teraz na świecie... - Czemu?...

- Ludzie się chwytają rzemiosł takich, za które ich więżą, ścinają i wieszają...

- Chwytają się...

- Tego dawniej nie bywało...

- Nie bywało...

- Więziono, ścinano i wieszano hajduków...

- Prawda twoja...

- Toć chyba ta komita a hajductwo - to jedno...

- Tć... - zaprzeczył milazim. - Nie jedno...

- Jeżeli nie jedno, na cóż ją tak samo więżą, ścinają i wieszają?...

- Tak, dżanem (duszko), bizun (nasz) padyszach kazał... A jak on kazał, tak być musi... ot co...

- Ani słowa... - wtrącił mehandżi.

- Gdyby mi kazał odciąć głowę tobie, dżanem, wziąłbym nóż i oderznął... ot co...

- Ohum... - odrzekł mehandżi z rozwagą. - Mnie to jednak nie spotka...

- Nie gadaj tego, dżanem...

- O mnie padyszach nic nie wie...

- Jak to nie wie! - zaprotestował milazim.

- Skądże?...

- Posłuchaj, wytłumaczę tobie: zapti ciebie zna?...

- Zna... - odrzekł Peto.

- Otóż wadzisz: zapti powiedział o tobie adze, aga mudirowi, mudir kajmakanowi, kajmakan paszy, pasza wielkiemu wezyrowi, a wielki wezyr padyszachowi... W sposób ten padyszach wie o wszystkim i o wszystkich i gdyby się jemu głowy twojej zachciało, rzekłby jeno do wielkiego wezyra: "Głowa mehandżego"... i wnet by ona w torbie do Stambułu pojechała... Bilir sen (rozumiesz)?...

- Rozumiem... - odpowiedział Peto i wykonał ruch ciałem, znamionujący, że ma zamiar wstać.

- Poczekaj trochę... - powstrzymał go milazim. Mehandżi pozostał.

- Pójdziesz do czorbadżego i powiesz mu, że przyszedł do Kriweny milazim z sześciu nizamami i trzeba, żeby ich Kriwena karmiła, bo oni nie na to są padyszacha ludźmi, ażeby o głodzie pozostawali...

- Dobrze... - odrzekł mehandżi. Za czasów panowania tureckiego prawo zwyczajowe chciało, ażeby każdy podróżny przedstawiający wójtowi (czorbadżi) zwany teskierą paszport, pozostawał na utrzymaniu gminy przez dni trzy. Dawano mu pomieszkanie i jedzenie. Prawo to tym bardziej przysługiwało urzędnikom, tak cywilnym jak wojskowym. Wojsko dostawało wprawdzie racje, ale gdy w koszarach stało. Oddziały wykomenderowywane przechodziły na utrzymanie mieszkańców wioski, którzy po wsiach urządzali pomiędzy sobą kolej. Do tego to prawa odwołał się milazim odwołując się w sposób ten i do mehandżego, który jako mieszkaniec wioski obowiązany był do brania udziału w kolei, jako właściciel zaś domu, w którym się goście zainstalowali, do rozpeczęcia takowej. Zrozumiał on przymówkę, nie poszedł na wieś do czorbadżego, lecz przeszedł jeno przez sień i rzucił wyrazów kilka żonie oznajmiając jej, że zająć się powinna przyrządzeniem dla nizamów posiłku. Kobieta wnet się przy pomocy córki około tego zakrzątnęła. W połowie domu służącej rodzinie mehandżego za mieszkanie prywatne, urządzenie wewnętrzne różniło się od tego, jakie się widzieć dawało w kawonie. Składało się ono z izby jednej, lecz nie było w niej ław ani żadnego do siadania sprzętu, ani nawet sof, w jakie zazwyczaj mieszkańcy zamożniejsi mieszkania swoje zaopatrywali. Robota stolarska nie dawała się spostrzegać w niczym, z wyjątkiem stolika krągłego, bardzo niziutkiego, postawionego bokiem pod ścianą. Na ścianach półki założone były naczyniem kuchennym i stołowym. Podłogę przykrywały w części rogóżki wydeptane, pod ścianami spoczywały stosy poduszek podłużnych, słomą i wełną wypchanych i obciągniętych po jednej stronie perkalikiem wzorzystym, barwy brunatnej. Poduszki te służyły za pościel i do siadania. Powłoka na nich nie zalecała się świeżością. Pod jedną ze ścian, nad położoną na ziemi szeroką płytką kamienną, wznosił się okap komina, zaopatrzonego wewnątrz przekładzinami, od których zwisały łańcuchy, podtrzymujące kociołki miedziane. Przy progu na kołku grubym zawieszony był kociołek z wodą i na tymże kopcu czerpak blaszany. Takim było umeblowanie i zaopatrzenie izby tej, będącej zarazem kuchnią, sypialnią, jadalnią i bawialnią. Przebywało w niej kobiet trzy, reprezentujących trzy wieki: późny, dojrzały i młodociany. Pierwszy przedstawiał się pod postacią staruszki, co z boku na podłodze siedziała i wełnę przędła; wiek młodociany godną miał przedstawicielkę w osobie dziewczyny dziewiętnasto- może dwudziestoletniej, przystojnej i na postaci swojej świadectwo zdrowia noszącej, która obok niej siedziała i wełnianą tkaninę włóczką czerwoną wyszywała. Kobieta dojrzała po izbie się krzątała. Kiedy nizami nadeszli, drzwi od izby były otwarte. Kobieta dojrzała wnet je zamknęła.

- Po co?... - zapytała stara.

- Askierlar (żołnierze)... - była odpowiedź. Staruszka z niepokojem w oczach na dziewczynę spojrzała. Przez chwilę oblicza trzech kobiet wyrażały nasłuchiwanie. Na zamaskowane w tylnej ścianie drzwiczki okiem od czasu do czasu rzucały, lecz po uciszeniu się odgłosu chodu żołnierzy w sieniach spokój na oblicza ich powrócił.

- Zapewne jacyś to, co z Szistowy do Ruszczuku albo z Ruszczuku do Szistowy przechodzą... - odezwała się kobieta w średnim wieku. - Kawę popiją i precz sobie pójdą...

- Dalby to Bóg... - odparła stara. - Ale...

- Co ale, babo?... - zapytała po chwili dziewczyna, gdy staruszka myśli swojej nie dopowiedziała.

- Askier... nieszczęście... - odrzekła.

- Nieszczęście, gdy przychodzi i napada...

- Askier... nieszczęście... - powtórzyła stara.

- Oni precz pójdą...

- Pójdą... może pójdą... dałby to Bóg... ale pokazanie się ich jak pokazanie się zmarłego, co z grobu wstaje i pomiędzy ludzi żywych idzie, coś niedobrego wróży...

- Babo... babo... - westchnęła dziewczyna akcentując westchnienie tonem trwogi.

- Bo - ciągnęła stara - czemu oni nie siedzą w Ruszczuku albo w Szistowie, kiedy im tam dobrze?...

- Idąc z Ruszczuku do Szistowy przechodzić muszą tędy... - odezwała się kobieta w średnim wieku, która przewidując snadź, że dla nizamów jadło przysposobić trzeba będzie, około ogniska się krzątała. Zawsze askier... nieszczęście... - rzekła stara i nie odzywała się już więcej. Nie odezwała się wówczas nawet, kiedy mehandżica usłyszawszy ruch w sieni przez okno wyjrzała i oznajmiła, że jeden z askierów przed mehaną na warcie stanął. Westchnęła jeno. Wyrazy, które Peto przez drzwi rzucił, były następujące:

- Jadła dla siedmiu askierów... Marika niech się wybiera wieczorem do Draganicy... Mehandżica wszystko do przyrządzenia posiłku w pogotowiu miała z wyjątkiem placka, na który ciasto zamiesić i który upiec należało. Nie zabawiło to jednak. Podczas kiedy się strawa w przystawionych do ognia naczyniach gotowała, dziewczyna ciasto zamiesiła i placek duży na desce złożyła. Mehandżica go rączką od łyżki drewnianej raz koło razu pokłuła; następnie w ognisku krąg na płycie kamiennej oczyściła, na kręgu tym placek umieściła, popiołem gorącym z wierzchu go przykryła i zajęła się przysposobieniem stołu. Przysposobienie stołu polegało na okryciu stojącego pod ścianą stoliczka obrusem, na postawieniu na nim równej z nim wielkości tacy i na zastawieniu go naczyniami składającymi się z łyżek drewnianych, solniczki, pieprzniczki i talerzyków paru, z których na jednym był groch prażony, na drugim oliwki. Pośrodku postawiła misę z wznoszącym się na niej w postaci stożka pilafem. Dokonawszy tego do staruszki się zwróciła.

- Majko stara... - rzekła. Staruszka się z siedzenia nie bez trudności dźwignęła, kądziel na bok odłożyła i z rąk mehandżicy stoliczek z jadłem wziąwszy do sieni z nim wyszła. W sieni spotkał ją mehandżi.

- Chcą na dworze posiłek przyjmować... - odezwał się. Staruszka się zatrzymała i stała, póki przed nią nie przedefilowała komenda cała

- milazim na ostatku. Ten na nią okiem rzucił i do Peta się zwracając zapytał:

- Czy w domu u ciebie bułki ani momicy nie ma?...

- Nie ma, efendim...

- Musisz być przecie, dżanem, żonaty... - prawił Turek kierując się w cień orzecha rozłożystego, rosnącego nie opodal od mehany, z boku nieco.

- Ewet (tak jest), efendim... - odrzekł Peto.

- Czemuż nie bułka jadło nam niesie?

- Stara moja niewiasta niedomaga... Wyrazy: "stara moja niewiasta" wymówił z przyciskiem - celem zaznaczenia, jako żona jego nie jest już "bułką", to jest mężatką młodą, że nie należy do rodzaju mołodyc, na które Turcy bardzo byli łakomi bardziej aniżeli na dziewczęta. Reformy, od czasu wydania przez Abdul-Medżida tanzimatu, osłaniały ta ostatnie. Niekoniecznie, zwłaszcza oficerom w stopniu talu niskim jak milazim, bezpiecznie było z nimi się wdawać. Co innego urzędnicy wyżsi. Milazimom atoli nadużycia nie uchodziły płazem. Wypadków kilka, które za sobą pociągnęły kary surowe, ostudziło zapały ich i zmusiło do ostrożności we względzie wdzięków dziewiczych. Reguła ta "bułek" nie obejmowała, wchodziły bowiem do kategorii podziału, który się narodowi panującemu słusznym i godziwym wydawał. Milazim pod orzechem zasiadł, zasiedli nizami: sformowało się koło, we środku którego mehandżi wzięty z rąk staruszki stoliczek postawił. Staruszka poszła po placek i wyniosła takowy obwinięty w ręcznik; mehandżi zaś wyniósł dzbanek z wodą i miednicę z mydłem. Nastąpiło umywanie rąk, po czym placek wręczony został milazimowi, który go połamał i przed biesiadnikiem każdym kurzący się oparem kawałek położył. Jedzenie rozpoczęło się od placka. Turcy w palce dmuchając odłamywali z takowego kawałeczki i kawałeczki te, na gałki umięte, połykali. Gałek takich ten połknął dwie, ów trzy. Milazim wreszcie zaatakował pilaf palcami, dając w sposób ten hasło podkomendnym swoim, którzy do misy przypuścili szturm ogólny. Jedli i od czasu do czasu popijali wodą ze dzbana, z rąk do rąk podawanego. KONIEC ROZDZIAŁU