Biblioteczka

Stefan Zeromski

Powiesc o udanym Walgierzu

POWIEŚĆ O UDAŁYM WALGIERZU

I

Na progu wyniosłym morza,gdzie sosny rumiane cień błękitnawy na jasne piaski rzucają – oparły się wozy królewskie.Ustały zgonione konie,zarżnęły się w piasku skrzypiące koła. Każe król rozbić szkarłatny namiot swój.Zwisła ciężka,złota frędzla zasłony,na wiotki pia- sek opadła.A przed zasłoną,na żerdzi głęboko wkopanej szeleści plemienna stanica,królów wojenny proporzec.Czterdzieści wnet stanęło stołów.Siadła pospołu drużyna bojowa.Siadł i najemnych gości tłum:Pieczeniagi i Waregi,Czechy i Morawy,za złoto żołdu zdradzające swój ród Nemety,Sasy,Bawary. Na siedzisku wyniosłym rozparł się król.Szkarłat rodowy Piastowski obleka jego tron i

ziemię szeroko – daleko.Po prawicy i po lewicy ma król wiciądze swe,ojczyce ziemi. Cieszy się król. Pierwszy to raz od tylu czasów wielki roztruchan podnosi.Bezcenne migają kamionce,lśni złoto,gdy do ust niesie wino zza gór,zza światów.Na cześć drużyny pije.Krzyczy mu w ląd i w morze drużyna wieczną cześć.

Haw –białe morze.Pod sinym,dalekim niebem chluszcze bryzgami fal,na niskie piaski dumne wełny wyrzuca. Władacz wciąga nozdrzami wiater słony,w siwą dalekość morskich potoków oczy zanu- rza.

– Na twoją cześć,głębokie morze!Na twoją wieczną sławę,święta,jedyna moja!–woła w płaszczyznę ziemi.

– Pieśni!– wzywa drużyna. Wyjdzie z tłumu,gdzie czeladnicy,pachoły i posługacze wojenni,spomiędzy chorągwi

chłopskich – starców kudłatych zgraja.Siwy tłum.Zasiądą w okrąg.Nastroją liry. Śpiewają panu słowiańską,przedwieczną,wojnopamiętną pieśń.A pieśń jasnego pana za nogi obłapia,czołem mu bije. A pieśń go woła... Wsparł na mieczu łokieć,na pięści wielką głowę,niezwyciężony.Obrócił jasne oczy na dziady grające.Słucha.Słucha,jako ta pieśń uderza w krzyk,pomstą pomstuje.Dym kłębami siwymi,ogień drżącymi jęzory wybucha z niej.Ku niemu leci,ku jego sercu z żelaza,ku piersiom szlochającym tajemnie pod kolczą zbroją,co płaczu,jako żyw,nie zaznały.Krze- mienie proc furczą,cięciwy w pieśni tej brzęczą i brzechwy lotnych strzał świszczą.Słychać w niej płacz śmiertelny dzieciąt bezsilnych i dziewek ledwie podrosłych.Hańba z niej woła ojczyców za siwe kudły wleczonych ze siół przez długie mosty w kajdany żelazne,w plenice. Czarna się dymi krew,co wypłynęła bez pomsty z żył mocnych chłopów nieznanymi bro- niami pobitych w paliszczach,kamienną ongi ciosanych siekierą,w warownych grodach po- środku bagien i w tynach nad słodkimi wodami,gdy się z najeźdźcą piersią gołą o jego żela- zną pierś siepali. Wzdycha król.Ręką szarpie głownię mieczową.Krwawymi oczyma,w których ogień bu- cha i dym się kłębi,wodzi po ludziach. Nagle się uczta przerwie.Jeden drugiego pyta:„Czemuż to władacz sposępniał?” Postrzegł król ich milczenie i skinął ręką na grajki:

– Milczeć! Porwie w lewą dłoń czarę,a prawą uściśnie jelca straszliwego koncerza.Wstaje olbrzymi. Ciało jego obleczone od stóp do głów w kolczugi sieć stalową.Kuta koszula pancerna lśni na ramionach,a płach jej mieni się i drży na wielkich piersiach.Stolica pod stopą żelazną trzesz- czy.A w pięści zwartej sieczysty brzeszczot raz w raz szczęka. I słowo wieszcze pada w tłum:

– Słuchajta! Wodze,namiestnicy i wy,chorągwie!Na śmierć piję Sasom,którz y na nasze ziemie przedwieczne idą.Abym ich,póki mego żywota,tym mieczem i waszym mieczem wyrąbał, zdradzieckim żegadłem wyźgał,żeleźcem grotów przebódł,garścią zemściwą po ciemku wy- dusił.Ziemią,nagłym pożarów zagonem wiecznie za nimi chodźmy,rzekami będziewa ta- jemnie brodzić,w morze na łodziach zbiegniemy i na wałach bezdennych pod próg uśpiony podpłyniem.Złupimy miasta i sioła,spalimy siedliszcza do ostatniej przyciesi... Okrzyk:

– Na śmierć Sasom!

–To wam zapowiadam wszem wobec:nie pozwolę grzebać trupów pobitych,gdziekol-

wiek Niemców dopadnę – w kraju Dziadoszan czy na piaskach lutyckich.Niechaj z nich ko- razuny i gugelhauby,nabiodra i plechy nagolenne łupi ciura,trupy ich niechaj wilcy roznoszą po puszczach,sępy po skał grzebieniach.Niechaj nagi między zasiekami leśnymi leży pfalc- graf Burkhard i margraf Gero.Nie zazna czci ani rozkoszy spoczynku w ziemi,która jest moja,Frydrych,mąż żelazny,Widredy i graf Folkmar z dwiestą zwalonych rycerzy!Niech gniją u wierzchu bagna w potokach krwawych i w pyle!Na wieczną rzeczy pamiątkę zostaną niepogrzebani Adelhajd,Ira,Thietmar,Doda i Ludolf.Tak rozkazuję.A kto by się woli mojej

sprzeciwił,przez Boga wiecznie żywego – biada mu! Wołanie:

– Biada mu! A skoro siadł,każe czeladnikom odpasać sprzączki skórzanych tł umoków i wywalić przed bracią wojenną zgarniony za Odrą łup.Sam rzuca w ciżbę głębokie czary i kruże ze złota, rogi i kielichy,sadzone parangonami bezcennej wody,dzbany z kryształu przejrzystego jak woda,greckie amfory i szkatuły niemieckich majstrów,cudnie w metalu kowane.Między srogie zastępy w krzywoślepą hordę Pieczeniagów każe nieść w darze italskie arbalety,ciso- we kusze,zaciągane lewarem z żelaza,hiszpańskie tarcze i krótkie piki.Pieszym chorągwiom chłopów,odzianym jeno w serdaki a czuje,w szłyki z rogami i kły uczynione z obłupionych łbów dzików i turów,wilków i lisów,uzbrojonym jeno w oszczepy z osękami,w rogaciny,w kamienne oksze na długich styliskach a wielkie na chłopa pawęże,szczodrze rozdaje czekany, barty i obuchy z żelaza,cepy kolczaste,smycze i arkany z surowego rzemienia.Konnym swym wojom każe nieść wielkie,obosieczne koncerze,radość serca męskiego,i cudne kapa- liny z połyskliwego żelaza,miedziane nagłowne myśnice,czepki kolczate,rękawice,piachy przedsobne i zasobne pancerzów.Rotom drabów najemnych sypie bez liku,garściami,srebro i złoto denarów kupieckich. A gdy tak szczodrze król wręcza dary każdemu ze swych rycerzy,każdemu ze swych sług, do ostatniego pacholęcia,słychać od czat dalekich wrzaskliwe hasło rogu.Wszystkie się oczy w tę stronę zwróciły i jako czujne ogary pomknęły w las.Oto wyszedł z brodów orszak konny pod czatowniczą strażą i ku namiotowi pańskiemu podąża.Przysłonił wódz dłonią oczy i wil- cze miota spojrzenie. Aż z nagła wstał.Ciężko po stopniach idzie z tronu.Zmierzały wprost ku królewskiemu stołkowi wielkie rycerze niemieckie,zakute w żelazo.Forgi wielobarwnych piór jakoby obło- ki na czubach krzesanic chwiały się na wierzchołkach obłych szyszaków.Nieustraszone śle- pia patrzały zuchwale z widzierów hełmowych.Każdy miał prawicę żelazną na klindze mie- cza,a lewicą ściskał rękojeść mizerykordii.Ze środka ich,jak gdyby z zamczystego łona za- stępu,wyszedł człowiek chudy,z kaprawymi oczyma,z twarzą wykrzywioną od boleści.No- gi miał bose i nagie aż do kolan,ręce nagie aż do ramienia.A nagość jego kości kryła kapa wytarta,z nędznego sukna żałoby uszyta.Pod nią wisiały strzępy mniszego habitu.Na głowie miał czapkę biskupią,w ręku biskupią krzywulę.Ujrzawszy w oddali majestat stanął skulony, stopa przy stopie,kolano przy kolanie.Podniósł rękę i pokazał w niej krzyż.

Wnet blada trwoga skupiła dookoła wodza drużynę.Opat –doradca przysunął się do pań- skiego boku i szepce:

– Panie!...Bacz...Święty człowiek idzie przeciwko tobie.

– Tenże to z Myśny?

– On.Patrz,płacze.

– Czegóż płacze?

–Płaczek on Boży.Kaprawy,patrz,z płakania.Bosy.Bez koszuli i bez nogawic zimie i lecie.A zamiast łoża pień ma bukowy,który był sobie wydłubał w tajemnicy przed ludźmi.A obwiedziony jest pień-łoże płotem z tarniny,żeby go kolce wyrywały ze snu.Głowę zaś,pa- nie,układa na poduszce z badylów róży dzikiej.Za dnia,gdy nań nie patrzy nikt,wdziewa na głowę mitrę biskupią z pnia drzewnego uciosaną,na której ze wszech stron ciężkie zawiesza kamienie.

– Czemuż to czyni,powiedz?

– Zęby go,panie,biły po głowie,gdyby się o sprawach żywota ziemskiego zadumał.Patrz,

wielki królu – na tobie zbroja złocona z łusek stalowych na skórę nieprzebitą naszytych,pod stopą twoją szkarłat bezcenny.A na nim gałgan zetlały!Wiedz o tym,panie.Zanim posłuszny woli cesarskiej po stopniach stolicy biskupiej poszedł,gdy w puszczy,w bratnim eremie przebywał,widzieli bracia na zemdlonym od twardej pracy,że przepasany jest łańcuchem żelaznym z kolcami,który mu w biodra wrósł,a skórę brzucha przetarł i w otwartych wieczy- ście ranach gołych wnętrzności dotykał. Duma król.Z głębi potężnych piersi wzdycha.Aż oto woła ku biskupowi:

– Wydam ci ciała poległych w boju,jeno tu nie płacz przede mną. Szepce opat do ucha monarchy:

– Panie,ach,panie!... Patrzy król pod przyłbice,w zawarte maski onego towarzyszów lwimi oczyma.W oczy ich patrzy ze straszliwym uśmiechem,jak między żelazy goreją.

– Wydam ci ciała poległych;;z chwałą je chowaj w tej ziemi. Pomruk złowrogi w drużynie.Spinają sprzączki żupie pancernych.Mocno przypasują obojczyki i blachownice,zarękawia i fartuchy kolczate.Nisko spuszczają przyłbice,żeby ocienić lica nanośnikami.Trzask słychać mieczów i pobrzęk cięciw.Pomruk głośniejszy w drużynie.Gwar. Schyla się biskup,podnosi krzyż i błogosławi nim króla. Postąpił król ku biskupowi.Ujął dłoń i powiódł w pokorze bosego ku złotej zasłonie na- miotu.Orszak niemiecki za królem.A gdy komornik spuścił za nimi zasłonę,rozejdzie się w obóz drużyna z gwarem złowrogim,z szeptem zemściwym.Zostali jeno na placu czterej. Stoją w hełmiech zawartych.Jeden ma kamail na głowie,szyszak z nanośnikiem spadają- cym aż do brody,drugi i trzeci mają lambrekiny frankońskie.Paiże dzierżą na lewym ramie- niu.Na wielkich mieczach się wsparli.Cierpliwie stoją.Długo czekają milczący.Aż ów na czele,którego głowę okrywa olbrzymi gocki szłom,Walgierz o dłoniach potężnych,o udach z żelaza a kolanach z miedzi,uderzy głośno mieczem w puklerz. Raz,drugi. Cisza. Uderzy Walgierz po wtóre,z łoskotem. Rozdzieliła się złota zasłona.Komornik. Uderzy Walgierz Udały mieczem w puklerz po trzecie. Rozdzieliła się złota zasłona. Król. Stoi między zasłonami z głową odkrytą,jasnowłosy.Ręka jego za pasem.W oczach za- duma.Patrzy ku czterem.

– Udały...–cicho wyszepta.Milczą rycerze.

–Słuchasz,patrzysz,mierzysz chytrymi ślepiami me sprawy.Wciąż mrok na twojej twa- rzy,a chmura na twoim czole.

– Wciąż chmura na moim sercu!

–Wciąż cię pycha na rumaku oszalałym unosi.Wciąż ci strzyga o jednym zamku dalekim szepce po nocach.

– Dusza się moja wydziera do Tyńca,praojcowego dworzyszcza,do stolicy mej ziemi.

– Milcz o stolicy twej ziemi!

– Dawno,dawno już milczę.Nazbyt dawno już milczę.

–Bylebyś nigdy nie zaczął przemawiać o tym,co na wieki minęło.Goście w moim obo- zie...

– Dziś będę mówił.

– Nie mów dziś nic,koniądzu!

– Dziś będę mówił pierwszy raz i ostatni.

– Pilnujże dobrze głowy!

–Oto me słowo:idę ze stanu z towarzyszami.Niech słyszą Niemce,że z obozu twojego wychodzę!W dziedzinę moją,w żupy wiślańskie powracam.Przed chwilą piłeś,wodzu,w dłonie nasze puchar rycerski na zgubę rodu Sasów.Zaprzysięgałeś zemstę żywym i trupom.A ledwie się pokazał bosy wróż,jużeś się przeląkł haniebnie.

– Sądzisz moje uczynki!Ja wasz jedyny sędzia i wódz!Ja życia i śmierci pan!Śmieje się hardo Walgierz Udały.Spojrzą po sobie z żela- znych oknisk wściekłe oczy czterech rycerzy.Milczą żelazne ich usta. Król rozkazuje:

– Zdejmijcie zbroje.Odpaszcie pasy.Złożycie na ziemi paiże,a na nich miecze i włócznie w krzyż. Spojrzą po sobie po wtóre z żelaznych jam okrutne oczy.Milczą żelazne usta.Rozkaz królewski nie spełniony. Szarpie król pas.Porwie miecz.Klasnął w ręce. Biegnie ku niemu komorzych tłum. Rozkazał:

– Trąbić! Zawrzasną rogi.Biegnie rycerstwo.Trzepie się ręka królewska ze stopni tronu nad głowa- mi zuchwałej czwórcy. Rozkazał:

– Sąd!Szarpajcie ich w sztuki mieczami.Oburącz! Walcie w zdradzieckie piersi obuchy młotów! Rozruch i zgiełk w drużynie.A porwać za koncerz,za młot nikt nie ma siły. Nie zadrżał Walgierz Udały i nie uchylił głowy ni jeden z towarzyszów:Mściw ani Wy- drzyoko,ni Nosal wielkoramienny.Stali czterej przeciwko wojsku. Wokoło żelazny mur rycerskich ludzi.Na silnych koniach kiryśnicy w zbroi zupełnej.Pa-

iże na ich ramieniu rozsiały wszechmocną zgrozę,a drzewa włóczni pod pachami –czyhają. Daleko stanęły seciny pieszych chorągwi.Jasno srebrzone pawęże,wielkie na chłopa,stwo- rzyły równy,śmiercią błyszczący tyn,co idzie daleko,daleko,aż do fal pienistych morza. Glewie dobyte z pochwy czeka na rozkaz,na cios.W słońcu glewie połyska.Napięte są cię- ciwy samostrzałów. I rzekł w koło wojenne i w ulicę rycerską gromowym głosem Walgierz Udały:

–Drużyno polska,drużyno bojowa!Schodziłem z tobą,drużyno bojowa,ziemie saskie i ziemie lutyckie.Paliłem z tobą zamczyska i miasta.Tym oto mieczem rąbałem za dnia w boju męże w żelazo okute.Tą oto dagą przeszywałem po nocy serca śpiących.A teraz,słuchaj, drużyno bojowa,szarpie mię słowy król,który me ziemie w szpony porwał.Szarpie mię w sztuki jakoby mieczem,przeszywa uśmiechy piersi moje jakoby puinałem.Znieważa król mnie,wiślańskiego koniądza,władcę na Tyńcu i ponad całym światem rzecznym,od niezmie- rzonych gór po łyse góry,pana wszech puszcz jodłowych aż po mazowszańskich piasków sosny.Bije król słowem twardszym od obucha okszy w piersi Nosala zza Dunajca,Wydrzy- oka zza Pilicy i Mściwa z puszczy,gdzie się poczyna w ciemnościach bożych Czarna Nida. Słuchaj mię,królu polski!Mnie,wiślańskiego władacza...

–Nie słucham cię,rycerzu Udały.Nie znam twej władzy i zakazuję ci zwać się panem świata wodnego,ziemii świętej,przez którą biała Wisła idzie.Zakazuję ci zwać się włada- czem puszcz.Obie oce moje sięgają za łyse i za niezmierzone góry,a ręce moje sięgają w dalekie morawy.Moje są dunaje-wody bystre-głębokie,co ze śniegów się rodzą,i moje są strumienie,co z puszczy jodłowej płyną niskimi łąkami.Wziąłem ziemie,które swymi nazy- wasz,żelazną dłonią.Jam jest jedyny ich odzierżyciel.Wydarłem cię z morawskiej pięści,ja, wolny i niezwalczony.A przygarnąłem cię pod mój proporzec,żebyś nie leżał u cudzego pro- gu i żebyś chodaka krzywoślepej dziczy węgierskiej nie całował.Uczyniłem cię rycerzem polskim,pozwałem cię i powiodłem na zwycięstwa przeciwko Niemcom,którzy są wrogowie na wieki wieków mego i twego plemienia.Ziemiom twym kazałem wrosnąć na wieki w moje ziemie.Siłom twym kazałem wrosnąć w moje siły,w moje ręce żel azne,w głos mego rogu,w połysk mojego pancerza.Moje siły są z waszych pancerzów i szczytów,pióra mego szyszaka wzdyma wicher waszego krzyku przed bitwą.Moje siły nie są moje i nie są wasze,jeno są nasze.A siły nasze zrosły się w naszą rzecz wiekuistą,rzecz pospolitą...Woła zuchwale Wal- gierz Udały:

–Królu polski!wychodzę z twojego koła,gdyż nie chcę służyć pod twoją stanicą.Jestem ci równy i władzy twojej już nie chcę dźwigać.Dotąd dźwigałem,a teraz nie chcę.Wracam na zamek,gdzie ojce moje od początku czasów władały.Ze mną Wydrzyoko,Nosal i Mściw. Każ mię porąbać mieczami,walić w me piersi młoty,bić w moje oczy z kusz.Nie chcę już Niemców wojować pospołu z tobą,któryś jest twardy samowładca,któryś jest straszny na- jeźdźca,a bosego się Niemców wróżą boisz.Nie chcę z tobą wojować,bo mi się wojować z tobą nie podoba!Jak grom spada z wysokości słowo królewskie:

–Znam ja cię,władco drewnianego zamczyska,hardy ojcowicu nędznej dziedziny!Widzę na wylot twe myśli.Chodziłeś pod moją sprawą i w cieniu mego proporca na Sasy i na lutyc- kie sioła.Łakome twoje ręce czerpały moje mienie,a oczy zdradzieckie wypatrywały moc moją.A teraz chcesz moc moją w swoim zawrzeć zamczysku,za tynem ją przyczaić i prze- ciwko mojej pięści wykręcić.'Wziąłem cię za gardziel tą pięścią,gdyś był w broni skórzanej, którą ci z turze j skóry ciura uszył,a kowal żelaznymi nabił gwoździami.Teraz odziany jesteś kolczugą z niemieckiej stali,którą z ramienia swego zwlokłem i tobiem z łaski dał.Ale prze- tnie miecz mój łuski...

– Na głowie mojej szłom pradziadów!

–A ty,Mściw!Ty,Wydrzyoko!Ty,Nosal!Dałem wam miasto wilczych szłyków zbroje rycerskie.Otworzę ja te zbroje na nowo!Znam ja nienasycone wasze gardziele!Znam piersi pełne szału kłótni,a ślepia chciwe jak u sępów! Ponuro goreją oczy towarzyszów Walgierza.Ręce ich na głowniach mieczów,na toporzy-

skach złożone – czekają.Zawarte milczą usta. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec